Autor: <span class="vcard">Piterus</span>

Pamięć, rzeczy, muzyka

Wiecie, wydaje mi się, że jeśli jest jakiś czynnik, który najbardziej i najdłużej z nami zostanie, taki na zasadzie bycia bodźcem, który metaforycznie odpala w nas pewne obrazy, uczucia czy emocje, wywołuje je z pamięci to jest to zdecydowanie muzyka. Oczywiście, żyjemy w dobie nośników pamięci, video, pełnych dysków zdjęć, które pewnie przez długi, długi czas nie zostaną otwarte, ale wbrew pozorom nie są to nadal rzeczy, które atakują nas z zaskoczenia, raczej otwieramy je intencjonalnie, na zasadzie „hej, chce zobaczyć, jak kiedyś wyglądało moje podwórko czy inny krewny”. Piosenki, zakładając, że słuchamy radia, ale i nie tylko, przecież są one po prostu stałym elementem (pop)kultury w postaci chociażby ścieżek muzycznych do filmów czy dowolnego X, są czynnikiem, które pojawiają się mimowolnie, na które trochę nie mamy wpływu, a jeśli mamy to nie zawsze są one przez nas używane stricte z tą intencją.

Za dwa dni stuknie 8 lat od kiedy zasiadłem do VC:MP czy szerzej do „multi” i tak naprawdę można by o tym oddzielny rozdział, ale mam w tym momencie w głowie coś zupełnie innego. Ktoś powie „hej, jak możesz pamiętać konkretną datę akurat tego, czy ciebie do reszty już ten i tamten?”. Dziś, w momencie, gdzie powiedzmy mam dosyć dobrą pamięć to w sumie łatwe, ale jestem pewny, że ta data mi za jakiś czas, może nie dwa czy trzy lata, ale więcej umknie, strony internetowe spowije kusz, a wszelkie hostingi wiecznie nie będą trzymać rzeczy, które dziś są dla nas codziennością, ale wydaje mi się też, że tak w perspektywie -dziesiąt lat, że jeśli coś będzie mi miało kiedyś przypomnieć o VC:MP i tym, co się z tym wiąże przy pewnie kompletnie innych priorytetach i doświadczeniach życiowych, przede wszystkim, jeśli coś ma mi przypomnieć szczególnie o ludziach z tym związanych, to jest to własnie muzyka i metaforyczne Self Control z głośnika płynące. Wychodząc dalej, w dowolną inną sferę życia, pewnie wielu z nas jest w stanie stwierdzić, jaki kawałek leciał na pierwszej randce, gdzie słysząc go widzimy konkretną osobę, czy o, nie wiem, pierwszej płycie we własnym samochodzie czy generalnie dowolnym odcinku czasu czy wydarzeniu, gdzie dany kawałek muzyczny potrafi być włącznikiem w naszym mózgu, który przywołuje konkretne momenty z naszego życia.

Nie chciałbym popadać w patos, bo wbrew pozorom to optymistyczna kwestia, nie jestem też specem przecież, gdzieś czytałem, że generalnie im więcej zmysłów jest zaangażowanych tym rzeczy zapamiętujemy mocniej i trwalej, ale jakoś w kontekście muzyki czy kwestii zapamiętywania czy pamiętania o ludziach, rzeczach, dowolnym, wydaje mi się to ważne. Pamiętajmy o tym, nie o tym „zapamiętywaniu”, ale o fakcie „pamiętania” o rzeczach dla nas ważnych już dziś. Pielęgnujmy je, niech będą przystanią, do której możemy gdzieś tam wrócić czy mniej metaforycznie, realniej pamiętajmy o ludziach, bo oni i relacje z nimi są przede wszystkim na samym końcu najważniejsze, mimo że dziś możemy nie zdawać sobie z tego sprawy.


Gwiezdne Wojny – ranking filmów!

Z jednej strony mam świadomość, że tworzenie wszelkie rodzaju TOP rzeczy nieco mija się z celem, że obiektywizm w tym przypadku nie istnieje, że za rok, dwa czy piętnaście kompletnie może zmienić się punkt widzenia i tak dalej. Z drugiej strony jest jednak coś uroczego w tworzeniu różnego rodzaju własnych topek – oczywiście ze świadomością, że jest to stan np. na 4 maja 2020 i że jest to w pełni subiektywna wizja. Dziś chciałbym podjąć temat, wziąć na tapetę filmy z uniwersum Gwiezdnych Wojen i nawet dla samego siebie rozważyć co jest w nich dobrego, a co złego i przy okazji jakoś przedstawić moją opinię, które filmy Gwiezdnej Sagi (i czemu) uznaję za najlepsze.

Moja przygoda z Gwiezdnymi Wojnami tak naprawdę zaczęła się stosunkowo późno. O ile urodziłem się 3 lata przed premierą Mrocznego Widma, czyli epizodu I, więc w sumie moje najmłodsze lata przypadały na trylogię prequeli i pamiętam ten boom z zeszytami z postaciami Star Wars na okładce, o tyle początkowo był dla mnie jakiś rodzaj niezrozumienia do tego co tam się dzieje. Głównie wynikało to chyba z faktu, że nie rozumiałem ich kanoniczności, coś w stylu „ale jak to, tu jest jakiś stary film, tu są nowe i że on niby tam zginął, a tu nagle żyje”. W pamięci utkwiła mi chyba z tego okresu najbardziej końcówka właśnie Mrocznego Widma, prawdopodobnie już gdzieś w TV, że oni tak długo tam walczyli efektownie na końcu. Z wiekiem to zainteresowanie uniwersum Gwiezdnych Wojen rosło, zacząłem rozumieć pewne zależności, nadrobiłem gdzieś po drodze pozostałe filmy, Wojny Klonów wyrywkowo (ten ostatni sezon muszę) i chyba takim krokiem milowym był pierwszy seans premierowy, na który wybrałem się do kina w 2016 roku, czyli na film Łotr 1. W kinie byłem również na epizodzie VIII, IX oraz solowym filmie, nomen omen, o Hanie Solo. Ktoś powie „hej, więc co ty wiesz o Gwiezdnych Wojnach?!”, a jest to niewykluczone, bo społeczność Gwiezdnych Wojen jest dosyć zaborcza w kwestii znajomości uniwersum Wydaje mi się, że coś tam wiem, ba, w jakimś sensie dziś uważam się za dość dużego fana. Zaznaczyć chciałbym jednak, że moim zdaniem Gwiezdne Wojny są dla wszystkich, nie jedynie dla jakiejś wybranej grupy społecznej i każdy może traktować je indywidualnie, nawet nie mając z nimi związanego jakiegoś konkretnego bagażu emocjonalnego. Ja jednak mam. Do sedna. Zacznijmy zabawę. Dla porządku napiszę jedynie, że poniższy ranking dotyczy 9 filmów z tzw. Sagi Skywalkerów oraz dwa pełnometrażowe filmy poboczne. Tak nawiasem, kolejne miejsca nie oznaczają że są to filmy złe, a bardziej lepsze i gorsze.

Miejsce 11: Część IX: Skywalker. Odrodzenie

Część IX jest na chwilę obecną najnowszą odsłoną Gwiezdnych Wojen, filmem, który w zamyśle miał ukoronować wszystkie inne filmy, które powstały do tej pory i cóż… tak trochę nie bardzo wyszło, szczególnie jeśli zestawi się to chociażby z innymi dużymi zakończeniami, jakie miały miejsce w danym roku w kinie. Może też emocje są relatywnie najświeższe, ale dziewiąta część Gwiezdnych Wojen to jedyna odsłona sagi, na którą jestem autentycznie zły – zły z powodu, zbyt dużej ilości uproszczeń i nielogicznych jak na wewnętrzną logikę (to w ogóle ciekawe zagadnienie, polecam) rozwiązań i decyzji, które diametralnie burzą bądź zrywają z rozwiązaniami z poprzednich filmów. I tak w filmie, który miał być największą laurką czuć najmniej serca tak naprawdę, a z kolei widać najwięcej rozwiązań ciosanych siekierą.

Czy jest jakiś plus tego filmu? Osobie postronnej może się ten film nawet podobać, jest ładny, efektowny, ale wydaje mi się, że 3 część 3 trylogii uderzała jednak w nieco inny target.

Miejsce 10: Han Solo. Gwiezdne Wojny historie

Han Solo to film do którego podchodzę stosunkowo neutralnie… i szczerze to spory problem tego filmu. Bo to nie jest zły film, jeden z bardziej przystępnych dla neutralnego widza z naprawdę świetnym humorem, szczególnie na linii Han, Chewie i Lando (w jego roli ten od This is America) i z nimi niektóre sceny to prawdziwe złoto. Do tego film jest naprawdę ładny (szczególnie w kinie, wow!), prezentuje inne lokacje, do których normalnie przyzwyczaiła nas saga. Kuleje tu niestety fabuła, może fakt że w głowie cały czas mamy Harrisona Forda jako Hana Solo, co nie znaczy, że odtwórca jego młodszego wcielenia zagrał źle. Po prostu wiemy, że ci którzy mają przeżyć przeżyją, ci co mają zginąć pewnie zginą, bo nie ma ich w kolejnych filmach. Film generalnie ucierpiał na etapie produkcji, reżyser się zmienił, domyślam się, że przy tym i inna ekipa i przez to film tak naprawdę kończy się.. trzy razy.

Miejsce 9: Część II: Atak Klonów

Od miejsca 9 zaczynamy obcowanie z filmami, które już tak naprawdę lubię i nie mam z nimi aż takiego problemu, paradoksalnie jednak zacznijmy od wad. Atak Klonów to moim zdaniem po pierwsze najbrzydsza część Gwiezdnych Wojen i mam wrażenie, że już wtedy efekty specjalnie nie wyglądały najlepiej. Dodatkowo niektóre decyzje w tym filmie są pod względem logiki bardzo blisko epizodu IX. Mam wrażenie, że jest to film najbardziej skierowany do młodszego odbiorcy, a przecież to nie jest Disney, który robił jednak później mocniejsze filmy.

Szanuję go jednak za historię, mimo wszystko, punkty, które spinają nam późniejsze rozwiązania czemu coś z czegoś wynika. Dużym kołem ratunkowym tego filmu jest także Ewan McGregor jako Obi-Wan Kenobi, który jest generalnie jednym z jaśniejszych punktów wszystkich prequeli. Na uwagę zasługuje też przedstawione miasto, czy generalnie planety, które w końcu nie są jedną lokalizacją, a jest na nich jednak coś więcej. No i same miasta są chyba najbardziej cyberpunkowe.

Miejsce 8: Część VI: Powrót Jedi

Chyba najbardziej kontrowersyjna decyzja w tym zestawieniu i dla wielu świętokradztwo, bo w opinii niektórych to co najmniej TOP 3. U mnie niestety ten film znalazł się dosyć daleko, ale ponownie, nie ze względu na mankamenty tego filmu, bo chociażby ten film zrobił dobrze to czego nie zrobiła dziewiątka – sprawnie zamknął swoją trylogię. Chodzi o to, że nie mam jakiegoś emocjonalnego połączenia z tym epizodem i umiejscowienie go wyżej byłoby bardziej wyborem z rozsądku niż faktycznym umiejscowieniem według preferencji.

Na plus na pewno finał. W sumie jeden z najlepszych finałów w cyklu, mimo, że mógł się już nam trochę osłuchać.

Miejsce 7: Część I: Mroczne Widmo

Znów kontrowersyjnie, ale związane jest to z miejscem wyżej (w sumie zamieniłem te dwa miejsca w tracie pisania). Mroczne Widmo jest filmem na swój sposób gorszym od Powrotu Jedi, ale mam z nim związany większy ładunek emocjonalny. Mankamenty tego filmu pokrywają się w jakimś stopniu z tymi z Ataku Klonów, niemniej pojedynek Dartha Maula z Obi-Wanem i Qui-Gon Jinnem wybija dla mnie ten film na plus, podobnie jak dzieciństwo Anakina, na które patrzy się naprawdę ciekawie z perspektywy wszystkich filmów, ze świadomością, że to przyszły Lord Vader.

Miejsce 6: Część VII: Przebudzenie Mocy

Przebudzenie Mocy to film, który zyskuje z kolejnymi obejrzeniami, to film, który zyskał po wyjściu IX, w końcu to film, który jest dobrym rozpoczęciem nowej ery jaką było przejęcie praw do marki przez Disneya. Ten film zyskał również chociażby w postaciach. Jak wychodziło Przebudzenie Mocy, duża fala hejtu spadła na odtwórcę głównej roli męskiej, Kylo Rena – że chłopaczek, że denerwuje, że emo. Jak dowiadujemy się z kolejnych filmów tak właśnie miało być. Kylo nie miał być z miejsca drugim Vaderem, a stającym się powoli potworem o twarzy dziecka.

Każde pokolenie ma swoją Nową Nadzieję, ale z drugiej Nowa Nadzieja może być tylko jedna.

Miejsce 5: Część IV: Nowa Nadzieja

Nowa Nadzieja jest przede wszystkim pierwszym filmem uniwersum, filmem, który to wszystko zapoczątkował i tego statusu mu nikt nie odbierze, a jak to jest stracić tytuł ostatniego przekonał się chociażby Powrót Jedi. W Nowej Nadziei tkwi pewna prostota, która moim zdaniem jest głównym atutem tego filmu. W chwili gdy powstawał ten film, boomu na Gwiezdne Wojny jeszcze nie było i nie było wiadome kompletnie jak film się przyjmie, a już na pewno nie oczekiwano takich efektów. Wiadomo można się przyczepić czy elementy tego filmu się zestarzały czy nie, ale biorąc pod uwagę ogół to naprawdę dobry film.

Miejsce 4: Część III: Zemsta Sithów

Zemsta Sithów jest chyba najbardziej emocjonalną odsłoną Gwiezdnych Wojen. Nic dziwnego, jest to film graniczny, jesteśmy świadkami rozkazu 66, powstania Imperium czy w końcu przejścia na ciemną stronę Anakina Skywalkera, człowieka, który miał przywrócić balans w mocy. Film ten to także ponownie popis aktorski Ewana McGregora. Generalnie prequele to najbardziej polityczne odsłony Gwiezdnych Wojen, pokazują nieudolność rady Jedi, w której paradoksalnie można zauważyć wiele analogii do współczesnej polityki światowej.

Z głupot – śmierć Padme, jakkolwiek wymuszona i musiała mieć miejsce no i jakby nie patrzeć nieracjonalne decyzje Anakina.

Miejsce 3: Łotr 1. Gwiezdne Wojny Historie

Jak wspomniałem wcześniej, Łotr 1 to pierwszy film z uniwersum na jakim byłem w kinie. Swoją drogą poświęciłem mu wtedy parę słów. Łotr 1 to najlepszy gwiezdnowojenny film dla osoby nie osadzonej w sadze. Łotr 1 to przede wszystkim świetny film wojenny, wreszcie film nie o walce „na górze”, ale u podstaw, o anonimowych bohaterach tak zwanej sprawy. Łotr 1 to także film z największą ilością okrasy w postaci ostatniej sceny z Vaderem, których próżno szukać w innych częściach cyklu, a przynajmniej jest ona jedną z nielicznych tego typu. Do wad, nie ma co ukrywać, w sporej części przykryła ona całą resztę, a paradoksalnie szkoda.

Miejsce 2: Część VIII: Ostatni Jedi

Ostatni Jedi jest moim zdaniem najodważniejszym filmem z uniwersum pod względem artystycznym i jest w nim zarazem najwięcej serca i świadomości czym jest saga spośród wszystkich innych filmów, szczególnie nowszych, które muszą mierzyć się z bagażem przeszłości, przy czym najwięcej koresponduje z widzem i z innymi filmami. Mogą boleć niektóre rozwiązania, sceny jak chociażby lot Lei, ale są one oddane z nawiązką w innych, chociażby w scenie w sali tronowej. Ostatni Jedi to także otwarta na oścież furtka do potencjalnych kontynuacji, która została trzaśnięta w epizodzie IX, oby nie na dobre.

Miejsce 1: Część V: Imperium Kontratakuje

No i miejsce pierwsze. Film legenda, film esencja Gwiezdnych Wojen, w końcu film z jedną z najbardziej ikonicznych scen w historii kina (w ogóle szok ludzi wtedy w kinie). W sumie jakby nie patrzeć w tym filmie jest wszystko za co kochamy Gwiezdne Wojny – od ładnych widoczków, przez Vadera, szarżowanie Hana Solo po wreszcie pewien rodzaj filozofii Jedi przedstawianej Yody. Tak nawiasem mam adaptację tego filmu w postaci książki zatytułowanej „A więc Jedi zostać chcesz”. Już prawie umiem! A tak całkiem serio to nie wiem czy jest miejsce na w ogóle dyskutowanie z tym filmem. Marzy mi się kiedyś obejrzeć ten film w operze czy filharmonii, nie znam się, w każdym razie z muzyką na żywo – musi robić spore wrażenie.

Tak przedstawia się mój ranking filmów tego uniwersum. W ogólne data powstania tego wpisu nie jest przypadkowa – dokładnie dziś przypada światowy dzień Gwiezdnych Wojen promowany hasłem May the 4th be with You! Sprawna gra słowna, nie ma co.

W komentarzach zapraszam do dzielenia się własnymi wspomnieniami związanymi z Gwiezdnymi Wojnami. Możecie tworzyć własne rankingi, czemu nie, no a ci, którzy jeszcze nie widzieli żadnego filmu, może wreszcie zdecydują się dołączyć do tej wielkiej gwiezdnej rodziny.

Niech moc będzie z Wami!


Czasami się choruje

Ktoś kiedyś powiedział, parafrazuję, że dziękujmy Bogu, iż żyjemy w nieciekawych czasach. Nieciekawych w sensie wiecie, relatywnie nie ma wojen, przynajmniej nie u nas (tak, świetne myślenie), mamy co jeść, generalnie wiecie o co chodzi – wbrew pozorom porównując naszą sytuację z wieloma okresami wcześniej, nie jest nam tak źle i tak, pomijam tu widmo klęski ekologicznej, której jesteśmy zdecydowanie bliżej niż dalej. Chodzi bardziej o nasze dziś, dotyczące przeciętnego Kowalskiego czy Nowakowej. Czasami jednak poruszy nas coś tak globalnie, ale nawet nie jak chociażby śmierć kogoś sławniejszego jak niedawno Kobe’iego Bryanta, która np. mnie osobiście dotknęła, bo miałem jego plakaty w pokoju, ale jakieś realne zagrożenie z którymi my, nasze, moje(?) pokolenie miało niewiele do czynienia. Przychodzi mi na myśl w sumie tylko 11 września z widmem potencjalnej wojny światowej na horyzoncie czy inne konflikty, ale to nadał było coś, co widzieliśmy głównie na ekranach naszych odbiorników środków masowego przekazu, a nie za oknem. Koronawirus o którym jak się pewnie domyślacie jest dziś mowa to pierwsze realne zagrożenie, nie chcę iść tu w określenia na wzór wojny, ale na pewno na poziomie, który nas, nas w sensie globalnym, nas jako Polaków, Europejczyków czy łał, Ziemian, realnie, namacalnie dotyka.

Chciałbym w tym momencie zaznaczyć, że nie jestem lekarzem, pracownikiem służb medycznych, urzędnikiem państwowym, który zna dużo bardziej stan naszego państwa czy kimkolwiek szczególnym kto ma jakieś uprawnienia by mówić jak to się powinno robić w życiu w takich sytuacjach, ale nawet w tym momencie nie aspiruję do tego. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na kilka kwestii o których z jednej strony dużo się mówi, a z drugiej wciąż za mało lub zbyt skrajnie w jedną czy drugą stronę, a ta swojego rodzaju skrajność jest tu w sumie kluczem, który niesie największe zagrożenia.

Z jednej strony mamy sytuację, w której spora część społeczeństwa nadal bagatelizuje problem koronowirusa, mimo różnych zaleceń nie przestrzega podstawowych środków bezpieczeństwa, młodzi ludzie spotykają się nadal na imprezach, starsi wracają z zagranicy i prosto idą odebrać dziecko ze szkoły w drodze robiąc jeszcze zakupy. Ludzie nadal spinają o to, że czemu odwołali ich ulubiony event czy przełożyli premierę filmu na jaki czekali, finalnie ludzie nadal jeżdżą na wycieczki w kraje z wysokim współczynnikiem zachorowań. Po przeciwnej stronie barykady mamy ludzi, którzy wzięli sobie sprawę do serca chyba jednak nieco krzywdząco – robią zapasy w sklepach ponad miarę, nie myśląc, że za nimi również ktoś przyjdzie robić zakupy czy że zwyczajnie im samym to się nie przyda aż w takiej ilości. Są również ludzie, którzy po prostu zwęszyli w tym całym zamieszaniu biznes i niczym sprzedawcy kilofów w Stanach podczas „gorączki złota” tak i u nas wielu „Januszy biznesu” sprzedaje swoje produkty po zawyżonych cenach wypaczając totalnie prawo popytu i podaży. Jeszcze inną grupą są tu media, które wbrew pozorom mają tu jedną z bardziej odpowiedzialnych ról i wcale nie mają łatwego zadania, bo w sumie gdzie jest osadzony punkt ciężkości w trójkącie informowania o  bieżącej sytuacji, siania paniki, a nie chcę tu użyć zwrotu ukrywania, ale przekazywania tych informacji, które trzeba przekazać, a wstrzymaniem się z tymi, które lepiej wyhamować. I w sumie ten środek ciężkości bardzo trudno znaleźć, stąd w nas powinna być jakaś wypadkowa różnych informacji.

W sumie po co to piszesz? krzyczy ktoś z niewidzialnego tłumu. Prosiłbym was żebyście w tym wszystkim starali się jak najdłuższej zachować zdrowy rozsądek. Nie taki ofensywy, że „ja” wiem najlepiej, bo wielu mądrych ludzi pracuje na to żeby było znów spoko (to także w ich interesie niezależnie od poglądów politycznych), żebyście mieli otwarte oczy i uszy na wszystko, a przy tym przede wszystkim żebyście MYŚLELI. Słuchajcie przede wszystkim oficjalnych komunikatów różnych służb czy struktur, stosujcie się do nich, nie przekazujcie dalej niesprawdzonych informacji kolegi wujka czy kuzyna cioci. Dbajcie o swoich bliskich, rozmawiajcie z nimi czy to żywo z domownikami czy w inny sposób z przyjaciółmi z dala. Uświadamiajcie na temat zagrożeń, na temat tych całych zakupów, na temat wszystkiego tego co albo ich przerasta albo po prostu czego się boją. Jeśli trzeba pomóżcie sobie bardziej namacalnie, jeśli wiecie, że ktoś tego potrzebuje, zróbcie sami zakupy czy włączcie komuś Mszę świętą w niedzielę w TV żeby nie musiał wychodzić. To czego jesteśmy świadkami (i uczestnikami) to naprawdę nie jest koniec świata, trąby jerychońskie jeszcze nie grają, świat widział już naprawdę wiele chorób i złych rzeczy, ale nie dopuśćmy do tego by „mały koniec świata” w jaki sposób dotknął nas, czy to przez zaniedbania czy jakiekolwiek działania, które mogą skończyć się naprawdę źle. W ogólne pamiętam takie wydarzenie na Facebooku popularne gdzieś plus minus 10 lat temu, „After party po końcu świata”. Impreza jeszcze kiedyś będzie, tak samo jak koncert czy seans filmowy w kinie. Poczekajmy na to, nie przyspieszajmy tego, będzie dobrze, a jeśli nawet sytuacja zacznie przybierać z czasem ciemniejsze barwy, potrafmy rozróżniać rzeczy na które mamy wpływ, od tych które po prostu zostały rzucone w nasz los.

Zdrówka!

Niżej przydatne linki:

 

Ministerstwo Zdrowia

Coronawirus Update (live)


Coś się kończy, coś się zaczyna.

Jak pewnie wiecie wraz z początkiem marca, na CBA, hoście, na którym w sumie od samego początku tj. od 2013 hostowałem tę stronę (z przerwami wiadomo, ale to inny temat), zmienia się polityka zarządzania kontami. Najprościej ujmując host ten przestaje być darmowy jako tako i przechodzi na model, gdzie trzeba nieco bardziej zainwestować. Postanowiłem więc z racji, że w aktualnej sytuacji opcja ta nie wchodzi w grę oraz z faktu, że ma co już tego przeciągać to po prostu pożegnać się z nimi, podziękować za wspólne lata owocnej współpracy, na której z pewnością obie strony zyskały i podjąć zdecydowany krok – zamknąć swoją stronę

..oraz otworzyć ją w innym miejscu.

W momencie w którym aktualnie to czytasz, serwis PitStop znany wcześniej jako ViceClub stoi już na ct8.pl, odłamie, nie wiem czy to dobre słowo, MyDevil.net. Liczę, że strona postoi tu co najmniej tak długo jak na poprzednim hoście, a kto wie, może w międzyczasie wygram w totka i pobawię się w jakąś płatną opcję. Z tego miejsca, chciałbym podziękować Kuniowi, który w sumie popchnął całą operację, z resztą praktycznie w całości podjął się przeniesienia strony z jak najmniejszymi stratami. Tak na chwilę w stosunku do tego co było to ucierpiał tylko shoutbox, także cytując klasyka – wiecie co z nim robić… pisać można na ten przykład i w ogóle

Jeśli widzicie jakieś błędy czy coś to zapraszam do kontaktu, być może coś przeoczyliśmy, a to tylko kwestia przełączenia żeby było jak wcześniej bądź lepiej niż było. Strona dostępna jest głównie pod adresem takim jak wcześniej – pitstop.eu.org oraz pitstop.ct8.pl niemniej zalecałbym tylko ten pierwszy adres. Inne nazwy przestają funkcjonować.

Z innych rzeczy jakby ktoś pytał to mam szczere chęci żeby jeszcze tu coś było, w sensie jakieś wpisy czy coś, wiele razy odpalam edytor nowych bądź zaległych szkiców, które mam nadzieje, kiedyś w końcu ujrzą światło dziennie.

Pozdrawiam, trzymajcie kciuki!


Pozbierajmy to jakoś

Wiecie, jest różnie ogólnie co nie.

Przez ostatni okres (w sumie już od dłuższego czasu) nie mogłem się coś zebrać do napisania tu czegoś sensownego. Nie wiem, może zbyt duże wymagania sobie stawiam, raczej chciałbym żeby były tu rzeczy w miarę merytoryczne, którymi mógłbym się jakoś pochwalić, a z drugiej z różnych przyczyn życiowych nie mam zbytnio głowy do jakichś większych analiz czy generalnie tworzenia czegoś z czego byłbym zadowolony. Skutkuje to tym, że nie ma tu ani rzeczy w miarę prostych, ani tych bardziej rozbudowanych (mówię stricte o sobie, bo pozostali tu robią fajne rzeczy) i szczerze na tę chwilę trochę nie widzę na to recepty. O tym może nieco później, tymczasem robiąc małe porządki w szkicach zróbmy z tego wszystkiego chociaż zarys co ciekawego chodziło mi po głowie.

Z bardziej świeższych rzeczy byłem niedawno na Jokerze Todda Phillipsa, jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów tego roku. Pamiętam jak pisałem jeszcze zapowiedzi rok temu i w sumie już wtedy wśród zainteresowanych były duże nadzieje wobec Joaquina Phoenixa, odtwórcy głównej roli, jako idealnego kandydata na kolejne wcielenie jednego z najbardziej znanych kinowych czy też komiksowych geniuszów zbrodni, tym bardziej po filmie Nigdy cię tu nie było sprzed dwóch lat na pewnych płaszczyznach podobnym zamysłem do Jokera. Inną sprawą jest tu jednak to, że każdy kolejny Joker będzie porównywany z kultową już rolą Heatha Ledgera w Mrocznym Rycerzu, która dla wielu była swoistym opus magnum i nic już tego nie przeskoczy – tyle że czasem nikogo przeskakiwać czy przerastać nie trzeba. Można za to pokazać zupełnie inną stronę postaci i chociaż to bardzo trudne, bo wydawać by się mogło, że o Jokerze wiemy już wszystko, to kinowy seans pokazał, że w odpowiednich rękach możemy za jego sprawą dowiedzieć się jeszcze wiele – może nie tyle (lub nie tylko) o postaci, ale też o tle bądź generalnie o tym co za nim stoi, o społeczeństwie w jakim żyjemy i przede wszystkim można dowiedzieć się też wiele o nas samych, przynajmniej jeśli spojrzymy na ten film.

Oczywiście, możemy spojrzeć na nowego Jokera jako na świetnie nakręcony film, z pięknymi zdjęciami, ze świetną pracą kamery momentami rodem z Birdmana czy zachwycać się rolą wspomnianego już Phoenixa, za którą aktor powinien dostać statuetkę Akademii, ale wydaje mi się, że nie to tu jest akurat w tym filmie najważniejsze, a kwestie pewnej rozchwianej moralności, tego że namacalnie widać, że przedstawiony tam świat nie jest tyle artystycznym, autorskim spojrzeniem twórców, nie wizją przyszłości jak będzie wyglądać społeczeństwo jak niegdyś w książkach George’a Orwella, a pewną realną perspektywą sporej części społeczeństwa i przestawieniem nastrojów, które cały czas są w nim obecne i które co jakiś czas jak iskra rozpalają mniejszy czy większy pożar. Z resztą tych odniesień jest dużo, także do innych dzieł filmowych w przeszłości, wielu zarzuca, że to drugi Taksówkarz, jeśli ktoś kojarzy. Tak czy inaczej Joker pokazuje genezę „zła”, podaje jego przyczyny, ale nie usprawiedliwia go. Zostawia nas z nim i nie daje odpowiedzi na żadne z pytań które zostają nam postawione w trakcie czy też kwestii jak je rozwiązać, bo i zdaje się, że tych odpowiedzi po prostu nie ma.

Dobry film ogólnie.

Na Toy Story 4 byłem też wcześniej, podobało mi mi się na pewno bardziej niż trójka, która nie trafiła w mój gust, ale nadal to nie półka jedynki czy dwójki. na Królu Lwie byłem też, tym odświeżonym co nie, fajna sprawa, szczególnie, że w pewnym sensie (podobnie jak i Toy Story) są to filmy na których wyrosłem i jest w tym coś uroczego, taki swojego rodzaju powrót do tych historii, chociaż też, tak wracając do Króla Lwa jeszcze, bliżej mi oczywiście do oryginału, chociaż rozumiem ten nowy koncept. Na Gwiezdne Wojny planuję jeszcze iść w grudniu jak wypali, zwiastun ostatni mocno emocjonalny w ogóle, ciekawe jak to rozwiążą. Dużo ludzi się zraziło do tej marki, ale nie wiem, u mnie nadal ma spory kredyt zaufania, z resztą nie mam problemu z tymi nowymi częściami generalnie. Jeden się wzrusza, drugi wzrusza ramionami czy coś. Łowcę Androidów pierwszego nadrabiałem też, w domu już, bardziej mi siadła kontynuacja, ale dobry, warty obejrzenia film.

Z innych rzeczy co tam, kupiłem tysięczny numer Kaczora Donalda, fajnie mieć na pamiątkę. Taka akcja była w Internecie żeby kupić, żeby pokazać, że sporo to czasopismo dla sporej części osób w podobnym wieku do mojego znaczyło i w ogóle, a obecnie nie jest w najlepszej formie. Pierwszy numer ukazał się 28 kwietnia 1994 roku i był kontynuacją czasopisma Mickey Mouse, które ukazywało się od 1990 roku. Generalnie wydawnictwo chciało olać ten jubileusz raczej, ale się ugięli trochę i pozmieniali nieco, mam wrażenie trochę na ostatnią chwilę. W ogóle ciekawostka, w prime formie tj. 1999 rok nakład wynosił 300k tygodniowo (bo to tygodnik był wtedy). Dla porównania teraz Fakt (dziennik) ma chyba teraz nieco ponad 300k, a najchętniej czytane tygodniki nawet nie zbliżają się do tej liczby. Czytelnictwo gazet w Polsce się zmieniło wiadomo, no ale to nic nowego akurat. W ogóle bo mam w koszulkach tam różne stare czasopisma to najstarszy numer KD jaki jeszcze posiadam jest z 1999 roku, najnowszy z 2006, jeszcze parę zaginęło w akcji. CD-Action miał niedawno 300 numerów też, ale nie kupowałem.

Na Kolekcjonerskiej Giełdzie Różności byłem ostatnio. Fajna sprawa, różne rzeczy ludzie kolekcjonują – od obrazów, przez monety, znaczki, aż do małych żabek. W sumie jakbym sam tam coś wystawił to tak samo nie miałbym się czego powstydzić kiedyś inwentaryzacje trzeba zrobić albo chociaż co ciekawszych rzeczy, porobić foto z opisami.

Facebook do mnie ostatnio, że 8 lat temu konto założyłem.. w sumie to krzyczał to do mnie w lutym o tym, ale dobra. W każdym razie długo już dość, wcześniej jeszcze Nasza Klasa była chwilę to daje łącznie pewnie już z 10 lat z portalami społecznościowymi. Nie chcę pisać truizmów, że Fb zmonopolizowało rynek, tak wyszło. Pamiętam jeszcze kiedyś to miałem tam ileś stron na które wchodziłem, dziś w sumie do wiadomości to odpalam apkę Google, tam fora różne etc. zastąpił wspomniany Facebook i grupki na nim, oglądanie film(ik)ów zmonopolizował YT (takiego Quaza to jeszcze na Gaminatorze oglądałem), a komunikatory to głównie Discord i Messenger. Czy to jakoś bardzo źle? Imo nie, po prostu ewolucja tak sprawiła. W sumie na pytanie czy mógłbym żyć bez Facebooka odpowiedziałbym i tak raczej twierdząco, z Msg już byłoby mi dużo ciężej zrezygnować. Albo o, odpowiedziałbym, że „mógłbym, ale po co”

To jest głupie, aż mi się w sumie rozpisywać o tym nie chce. W kontrze przypomina się taka reklama, nie znajdę chyba teraz, że dużo osób spinało do dziewczyny, że za dużo korzysta z telefonu, a ona po prostu chciała być w kontakcie z kimś bliskim, kto jest daleko. To nie kwestia używania tego czy innego sprzętu, a raczej kwestia kontaktu z drugim człowiekiem czy generalnie potrzeba uwagi, relacji, a to już inny temat.

Warto w ogóle dbać o relacje z bliskimi w jakikolwiek sposób. Wiadomo, podstawą powinien być namacalny kontakt, realniejszy taki, ale i tak, skoro mamy już takie narzędzia to fajnie jakoś się trzymać z ludźmi z którymi się chcemy trzymać w miarę możliwości. Generalnie istnieje Internetu imo ogranicza mocno ilość wymówek o braku czasu, napisać czy coś to tam chwila roboty. Mam taką niepisaną zasadę, że z ludźmi z którymi tam jakoś mam kontakt to trzymam rozmowy z nimi na Messengerze, a jak tam jakieś losowe wiadomości pojedyncze czy stare z kimś z kim wiem, że już nie będę pisać to usuwam. W sumie to bardziej tę listę uznaję jako taką realniejszą „liczbę znajomych” niż faktyczny system znajomości jaki tam jest, bo ten wymaga moim zdaniem odświeżenia, mam na myśli „znajomi” na Fb, gdzie mamy ludzi z poprzedniej szkoły czy pracy z którymi już nas nic nie łączy i raczej łączyć nie będzie i tego przez te X lat uzbierało się tam ileś i w sumie głupio to jakoś drastyczniej ogarnąć. Instagram moim zdaniem ma lepszy pomysł na to z tą listą obserwowanych, mniej zobowiązująca jakby jest.

W ogóle z innych ciekawszych rzeczy miałem w szkicach na przykład tytuł wpisu, który brzmiał, uwaga będzie mocne: „A o której to się ze szkoły do domu wraca?”, czyli czy serio zmiany w systemie edukacji wpłynęły na grafik uczniów. Fajny tytuł xD To było jakoś na fali tematu o podwójnych rocznikach w szkołach średnich czy tam generalnie w placówkach szkolnych. Nie wiem, ja przez pierwsze dwa lata średniej tak samo miałem lekcje na popołudnie przykładowo w skrajnych od 13.20 do 20.00 gdzie jeszcze autobusy doliczyć godzinę w tę i we tę i jakoś się dawało radę, z resztą tak było i wcześniej i nie tylko w mojej szkole ale generalnie w moim mieście od lat, a nagle boom, jakby to coś nowego było. No nie.

Był też w planach kolejny wpis piłkarski. W swoim czasie Vandi planował odpowiedź na swoje przewidywania dotyczące piłkarskiego sezonu w Premier League. Trochę się to przeciągnęło i później już nie było sensu, niemniej przynajmniej ja nie chce tego jakoś wywalać, bo fajnie napisał, więc zachował się chociaż zalążek z tego.

Spoiler:

Upłynął miesiąc odkąd zakończyły się zmagania w Premier League. Niespełna rok temu wygłosiłem na świat swoje przemyślenia na temat każdej z rywalizujących na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Anglii ekip. Dziś sprawdzimy jak przebiegał sezon każdej z drużyn, zaczynając od dołu tabeli.

20. Huddersfield Town

Miniony sezon był dla Terierów bardzo bolesny. Spadek z hukiem do Championship z ostatniego miejsca z ledwie 16 punktami na koncie. Drużyna nie potrafiła za nic w świecie strzelić gola z gry, a pod koniec stycznia napastnicy Huddersfield mieli łącznie na koncie… 0 goli. Dopiero przyjście Karlana Granta z Charltonu dodało trochę jakości z przodu, ale wtedy było już zdecydowanie za późno. W połowie stycznie po bezbramkowym remisie z Cardiff do dymisji podał się cudotwórca David Wagner, a zastąpił go niedoświadczony Niemiec, Jan Siewert. W zimowym okienku klub nie kupował rozpaczliwie graczy na potęgę, lecz wypożyczenie absolutnie nijakiego Jasona Puncheona z Palace i kupno Karlana Granta to za mało, aby nawet myśleć o utrzymaniu. 22 gole (kolejna pod tym względem drużyna ma 34), 76 straconych i ledwie 3 zwycięstwa, z czego dwa z Wolves – absolutną rewelacją sezonu. Ta liga jest dziwna. Fajna była to przygoda Huddersfield w Premier League dobiega końca. Będziemy tęsknić za klubem, choć nie za topornym stylem gry

19. Fulham

Ten obrazek załamanego po meczu z Watfordem (1:4) Maxime’a Le Marchanda oddaje cały sezon londyńskiego beniaminka. Schurrle, Seri, Anguissa, Vietto, Chambers, Sergio Rico, Le Marchand, Mitrović na stałe, Fosu-Mensah, Joe Bryan i zapewne wielu innych. To wszystko piłkarze sprowadzeni do klubu przez Shahida Khana. Były nadzieje na coś więcej niż walka o utrzymanie w pierwszym sezonie po powrocie po 5 latach do angielskiej ekstraklasy. Dodajmy do tego młodziutkiego Ryana Sessegnona… Rzeczywistość bywa bardzo rozczarowująca. Spadek na 5 kolejek przed końcem (po wspomnianym wcześniej meczu z Watfordem) i strata 10 punktów do miejsc bezpiecznych. Najgorsza defensywa w lidze, Fulham straciło aż 81 bramek, a ich letnie nabytki okazywały się być totalnymi klapami. Dodatkowo 3 z 7 zwycięstw piłkarze w białych strojach odnieśli po spadku z ligi. Trenerzy nie mogli znaleźć optymalnego ustawienia w defensywie niemal ciągle zmieniając skład personalny. Dorzućmy jeszcze niecierpliwość zarządu. Już w październiku z posadą pożegnał się ten, który wprowadził Fulham do elity czyli Slavisa Jokanović. Później Khan podziękował Claudio Ranieriemu, aż do końca sezonu od marca ekipę prowadził były piłkarz Fulham, Scott Parker (który poprowadzi drużynę na stałe). Paniczne zakupy zimą pokroju Lazara Markovicia, czy Havarda Nordtveita, które jak można się domyślać – nie wypaliły, jedynie Ryan Babel wniósł coś w ofensywie. Po jednym sezonie, Fulham wraca skąd przyszło i przy takim zarządzaniu, nie zanosi się na kolejny, a przynajmniej długotrwaly powrót.

18. Cardiff City

Inną drużyną, która po jednym sezonie spadła spowrotem do Championship jest walijskie Cardiff City. Spisywałem ich na bolesną porażkę przed sezonem, ale jednak Drozdy mogą być dumne ze swoich osiągnięć, mimo rozczarowania spowodowanego tym, że to już drugi sezon Cardiff w Premier League i drugi zakończony degradacją. Klub spisywał się powyżej oczekiwań, mimo iż zaczęli koszmarnie, zaczęli w końcu zdobywać w miarę regularnie punkty i przez dość długi czas oscylowali wokół bezpiecznych miejsc w tabeli. Czego najbardziej brakowało podopiecznym Neila Warnocka to klasowego napastnika, bo ekipa ze stolicy Walii potrafiły naprawdę dobrze ustawić szyki obronne w ważnych spotkaniach (choć 69 straconych goli to nienajlepszy wynik). Najlepszymi strzelcami okazali się cofnięty napastnik Bobby Reid i rozgrywający Victor Camarasa, jednak podobne liczby wykręcali stoperzy. Dość powiedzieć, że Cardiff nie urwało ani razu punktów ekipom z Top Six przed potwierdzeniem ich spadku. Problemy z napastnikami zmusiły Cardiff do kupna 29-letniego argentyńskiego napastnika francuskiego FC Nantes – Emiliano Sali (na zdjęciu). Wtedy klub dotknęła przeogromna tragedia. Szczęśliwy Sala wrócił do Francji aby zabrać swoje rzeczy i wrócić prywatnym samolotem do Walii. Z powodów technicznych, maszyna rozbiła się nad kanałem La Manche, a ciało zawodnika odnaleziono dwa tygodnie później. Niech spoczywa w pokoju. Klubem dotknęła żałoba i panika, do klubu trafił wypożyczony z Evertonu Oumar Niasse, który bramki nie zdobył, a w klubie z Liverpoolu rozegrał 0 minut. Jednak zawodnicy pokazywali niezwykłą siłę charakteru, do końca bijąc się o utrzymanie które wydawało się być w zasięgu po wygranej z bezpośrednim rywalem – Brightonem w końcowej fazie sezonu. Jednak porażki z Liverpoolem, zdegradowanym Fulham i Crystal Palace potwierdziły spadek do Championship, do której zejdą z podniesionymi głowami po wygranej w ostatniej kolejce 2:0 na Old Trafford. Spadek Cardiff nie jest zaskoczeniem, ale na pewno zaskoczyli wielu i pokazali że mają potencjał na przyszłość.

17. Brighton & Hove Albion

To Mathew Ryan (zdecydowanie najlepszy piłkarz Mew w tym sezonie) wpuszczający bramkę na własnym stadionie. Przeciwko Bournemouth. Na 5:0. Niewiele zabrakło a podopiecznych Chrisa Hughtona spotkałby syndrom drugiego sezonu i pożegnaliby się oni z angielską elitą. Sezon Brightonu można rozbić na dwie połowy – pierwsza połowa, po której Brighton radził sobie bardzo solidnie zajmując po 19 kolejkach 13 miejsce z przewagą 9 punktów nad strefą spadkową i urywając punkty choćby Manchesterowi United (wygrywając u siebie 3:2), czy Arsenalowi (remisując 1:1). Ekipa z The Amex wyglądała jak pewny kandydat do miejsca w środku tabeli, Lewis Dunk i Shane Duffy tworzy znowu świetną parę w defensywie, a 34-letni Glenn Murray strzelał jak szalony, mając w 2018 roku więcej goli w lidze niż Harry Kane. Aż nadeszły święta (czyli środkowy punkt sezonu) i jakoś nagle coś runęło. Po świętach Brighton był drugą najgorszą drużyną w lidze, nie robiąc w styczniu żadnego transferu i zdołali wygrac jedynie 3 mecze z 19 przegrywając aż 11. i w dodatku przegrywając w starciach z bezpośrednimi rywalami jak przytoczony wcześniej mecz na The Amex z Cardiff (przegrany przez Mewy 0:2). Dunk i Duffy nie byli już tacy szczelni, dowodem choćby porażka 0:5 u siebie z Bournemouth, a ekipa totalnie się zacięła w ostatnich dwóch miesiąc, niemal w ogóle nie strzelając goli. Letnie transfery takie jak Jahanbakhsh, Balogun, Montoya (on raczej głównie przez kontuzje), Button (rezerwowy bramkarz, dostał szans gdy Ryan grał w Pucharze Azji) czy Bissouma totalnie nie wypaliły a trzon stanowili zawodnicy będący w klubie w poprzednim sezonie. Klub z południa Anglii poważnie musi przemyśleć swoją politykę transferową jeżeli chce pozostać w Premier League w kolejnym sezonie, w którym poprowadzi ich już Graham Potter, w zeszłym sezonie trener Swansea City, wcześniej 8 lat trenował szwedzkie Ostersunds, z którym awansował do Ligi Europy i pokonał Arsenal.

16. Southampton

Popularni Święci zakończyli ligową kampanię na szesnastym miejscu, czyli o jedno wyższym niż w poprzednim sezonie. Na pewno jest to swoisty krok w tył wykonany obiema stopami, a zarząd klubu z St. Mary’s Stadium będzie starał się aby walka o utrzymanie taka jak w pierwszej części sezonu nie będzie na południowym wybrzeżu codziennością. Sezon rozpoczął się jeszcze pod opieką Marka Hughesa, który wyciągnął ich ze strefy spadkowej w poprzednim sezonie bo koszmarnym okresie Mauricio Pellegrino. Teraz jednak były szkoleniowiec Manchesteru City czy Stoke City rozpoczął sezon w bardzo słabym stylu, drużyna zajmowała 18. miejsce z tylko jednym zwycięstwem na koncie i z jednym gorszych wyników w obronie, na co przyczyniły się wysokie porażki, takie jak 1:6 na Etihad Stadium, czy 0:1 z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie – Cardiff. W miejsce Walijczyka przyszedł Ralph Hasenhuttl, który ostatnio pracował jako trener niemieckiego potentata – RB Lipsk. Austriak dokonał swoistej transformacji, w pierwszej ekipie zaczęli grać juniorzy, a nieudane nabytki pokroju Mohameda Elyounoussiego posadził na ławce. Pierwszy garnitur stanowiła teraz młodzież, jak Yann Valery, Angus Gunn czy Jan Bednarek. Odżył także wciąż młody James Ward-Prowse będąc prawdziwym motorem napędowym Świętych. Podopieczni Hasenhuttla rozkręcali się powoli, jednak udało im się zdobyć klika cennych zwycięstw w starciach z Arsenalem czy Tottenhamem. 8 zwycięstw, 6 remisów i 10 porażek było wynikiem godnym klubu, który chce być co najmniej w środku tabeli. Widać było pewne braki, na przykład regularnego napastnika – Danny Ings świetnie rozpoczął sezon, ale niestety, znów zaczęły trapić go kontuzje. Shane Long nie jest na poziom Premier League (choć w meczu z Watfordem ustrzelił najszybszą bramkę w historii ligi), a Charlie Austin jest cieniem samego siebie. Problem była również defensywa, Wesley Hoedt grał tragicznie (w wyniku czego klub bez zastanowienia oddał go do Celty Vigo), a Vestergaard i Stephens popełniali co jakiś czas błędy. Jedynym naprawdę dobrym transferem poza Dannym Ingsem był kupiony z Celtiku Stuart Armstrong, który był ciekawą opcją w ofensywie. Pierwsze skrzypce grała jednak „stara gwardia” – Ryan Bertrand, Nathan Redmond, James Ward-Prowse, Oriol Romeu. Na pewno Święci będą musieli być ostrożniejsi z transferami w letnim okienku, w którym do klubu trafili już Moussa Djenepo i Che Adams. Wygląda na to, że Ralph Hasenhuttl jest zadowolony ze swojej kadry, a chce wzmocnić ławkę, lub być może widzi w Djenepo nowego skrzydłowego, którego brakowało w Southampton? Miejmy nadzieję, że nie odbije się to czkawką na klubie z St. Mary’s.

Na samym dole zaś, głęboko na dole, był też wpis zatytułowany Profesjonalizacja a fun z grudnia ubiegłego roku, który jest w sumie clou tego wszystkiego że tak to tu wygląda i w sumie jest to też jeden z tych wpisów, których najbardziej żałuję, że nie udało mi się zrealizować, ale szczerze nadal nie wiedziałbym co chce napisać. Tak naprawdę jest tu kilka płaszczyzn. Pierwotnie wpis dotyczył kwestii, że w sumie nie da się połączyć tego co się lubi z pracą w pełni, a nawet jeśli to po czasie to „hobby” przestanie nim w pewnym sensie być. Z innej strony, pisałem to już kiedyś, ale generalnie zawsze chciałem zrobić z tej strony swojego rodzaju portfolio, wizytówkę, coś więcej niż tylko niszową stronę w podziemiu, szczególnie po okresie gdzie w innym miejscu moje teksty trafiły tu i tam i miałem z tego jakiś profit, a w momencie gdy to się urwało plus później miałem przegrzanie pisaniem pracy licencjackiej czy innych równoległych, dokładając jeszcze do tego presję, że trzeba znaleźć „lepszą” pracę nawet jeśli się jej nie lubi.. jakoś te moje „pisanie” i plany gdzieś uciekły. Uwiera to, tak samo jak fakt, że mówię tam wcześniej o prawdziwym portfolio, a z drugiej mam też obawy w stosunku do reakcji jednego i drugiego otoczenia, pewnego mieszania uniwersum Pitstopu i mnie jako mnie. Błędne koło, wiem, ale po prostu trochę nie wiem w jaką stronę to pójdzie jeszcze. Na ten moment zeszło po prostu na bok, na zasadzie „są rzeczy ważne i ważniejsze na których musisz się skupić”, a to kosztuje mnie sporo.. sam nie wiem czego.

Nie oznacza to oczywiście końca Pitstopu, nie mam zamiaru znów zawieszać strony, postaram się tu w przypływie nadal coś rzucić, liczę też, że zrobią to pozostali redaktorzy. Może kiedyś uda się znaleźć jakiś fajny balans między tym czym chcę by ta strona była, a tym co jestem w stanie jej (sobie?) tu dać, ale do tego potrzeba uporządkowania wielu zmiennych z kompletnie innych dziedzin życia i za to trzymajcie kciuki. Może jeszcze będzie fajnie. Oby.