Coś się kończy, coś się zaczyna.

Jak pewnie wiecie wraz z początkiem marca, na CBA, hoście, na którym w sumie od samego początku tj. od 2013 hostowałem tę stronę (z przerwami wiadomo, ale to inny temat), zmienia się polityka zarządzania kontami. Najprościej ujmując host ten przestaje być darmowy jako tako i przechodzi na model, gdzie trzeba nieco bardziej zainwestować. Postanowiłem więc z racji, że w aktualnej sytuacji opcja ta nie wchodzi w grę oraz z faktu, że ma co już tego przeciągać to po prostu pożegnać się z nimi, podziękować za wspólne lata owocnej współpracy, na której z pewnością obie strony zyskały i podjąć zdecydowany krok – zamknąć swoją stronę

..oraz otworzyć ją w innym miejscu.

W momencie w którym aktualnie to czytasz, serwis PitStop znany wcześniej jako ViceClub stoi już na ct8.pl, odłamie, nie wiem czy to dobre słowo, MyDevil.net. Liczę, że strona postoi tu co najmniej tak długo jak na poprzednim hoście, a kto wie, może w międzyczasie wygram w totka i pobawię się w jakąś płatną opcję. Z tego miejsca, chciałbym podziękować Kuniowi, który w sumie popchnął całą operację, z resztą praktycznie w całości podjął się przeniesienia strony z jak najmniejszymi stratami. Tak na chwilę w stosunku do tego co było to ucierpiał tylko shoutbox, także cytując klasyka – wiecie co z nim robić… pisać można na ten przykład i w ogóle

Jeśli widzicie jakieś błędy czy coś to zapraszam do kontaktu, być może coś przeoczyliśmy, a to tylko kwestia przełączenia żeby było jak wcześniej bądź lepiej niż było. Strona dostępna jest głównie pod adresem takim jak wcześniej – pitstop.eu.org oraz pitstop.ct8.pl niemniej zalecałbym tylko ten pierwszy adres. Inne nazwy przestają funkcjonować.

Z innych rzeczy jakby ktoś pytał to mam szczere chęci żeby jeszcze tu coś było, w sensie jakieś wpisy czy coś, wiele razy odpalam edytor nowych bądź zaległych szkiców, które mam nadzieje, kiedyś w końcu ujrzą światło dziennie.

Pozdrawiam, trzymajcie kciuki!


Stunt GP, czyli dlaczego czasami jednak lubię nostalgię

W takim dość magicznym okresie jakim jest zdecydowanie każda końcówka roku zdarza mi się dość często sięgać pamięcią wstecz o kilka, kilkanaście lat i wyciągać bardzo fajne tytuły, które kiedyś ogrywałem, a jednym z nich, które mógłbym dodać do swojego kosza nostalgii jest zdecydowanie Stunt GP, wydane w 2001 roku przez Team17.

Początek XXI wieku był okresem wielkiego rozwoju arcade’owych ścigałek 3D, gdzie realizm schodził zdecydowanie na dalszy tor. Nie było w tym nic dziwnego, grafika 3D wydoroślała już na tyle, że nie trąciła zbytnio myszką jak skamieliny z lat 90 i mogła przedstawiać złożone wyścigi na szalonych torach, w tym okresie oprócz w/w tytułu pojawił się także Re-Volt od Acclaim, czy MadTracks. Stunt GP nie był jednak zwykłym przedstawicielem tego gatunku. Miał na siebie swój własny i dość unikatowym pomysł. Siadamy za sterami zdalnie sterowanego autka ścigając się po często bardzo wymyślnych torach próbując pokonać opozycję nie tylko umiejętnościami rajdowymi, ale także tytułowymi stuntami. Oczywiście celem jest dotarcie do mety na pierwszym miejscu, ale nie jest to takie oczywiste, jak wygląda to na pierwszy rzut oka. Po pierwsze ograniczani jesteśmy przez opływający pasek baterii, który umieszczony jest pod prędkościomierzem. Dociskając nitro zyskujemy znaczną większą prędkość, lecz za to nasze paliwo trawione jest zdecydowanie szybciej. Na szczęście sytuacja energetyczna wirtualnego świata nie wygląda tak słabo, jak może to na początku wyglądać, bo istnieją co najmniej dwa sposoby na odnowienie energii. Pierwszy polega na prostym zjeździe nomen omen do PitStopu, który kosztem cennych sekund zregeneruje nam znacznie poziom energii. Drugim, zdecydowanie lepszym jest wykonywanie tytułowych stuntów polegające często na zwykłych obrotach w powietrzu w tył i przód, gdyż ten aspekt nie ma jakiejś głębszej głębi. Oprócz tego można również obracać się horyzontalnie, czy jeździć w turnieju aerodynamicznym i na tym w sumie kończy się bogaty arsenał naszych zdolności. Za każdą akrobację zdobywamy punkty zwane aeromilami, które oprócz widnienia w tablicach tryb arcade pełnią rolę także waluty w trybie mistrzostw.

Podstawowym trybem w grze jest tryb Arcade, który jest swego rodzaju małą kampanią, gdzie wspinamy się po swego rodzaju drzewku, gdzie z każdym poziomem jest coraz trudniej, a za dotarcie do końca otrzymujemy nowy samochód do swojej kolekcji. Tutaj nawet wybranie początkowego auta ma znaczenie, od której gałęzi rozpoczynamy naszą przygodę i w tym trybie odblokowuje się lwia część niedostępnych na początku aut i tras kończąc kolejne drzewka wyścigów. Kolejnym trybem jest pojedynczy wyścig, gdzie możemy wybrać sobie jedno z dostępnych aut i odbyć prosty wyścig mający na celu np. zaznajomienie się z nieznaną wcześniej trasą. Następna w kolejce jest Próba czasowa w której bijemy swoje rekordy czasowe na przejechanych trasach, gdzie za odpowiednio niski czas dostaniemy dodatkowy samochód. Przedostatnim trybem są Zawody Kaskaderskie, w którym na typowo Tony-Hawkowej mapie musimy wykonać jak najwięcej akrobacji w określonym czasie. Niestety ten tryb jest bardzo słabo rozwinięty głównie przez ubogi system akrobacji, ale także bardzo źle ulokowaną kamerę przez którą nie idzie za bardzo oszacować liczbę obrotów, które można wykonać podczas czasu w powietrzu. I na samym końcu creme de la creme i serce produkcji, czyli Mistrzostwa, które mógłbym porównać do F1(?), gdzie na samym początku wybieramy jedną z 6 drużyn będących producentami różnorodnych części do zdalnie sterowanych autek, a następnie rozpoczynamy serię 20 wyścigów podczas których dostajemy odpowiednią ilość punktów za zajęte miejsce i dodatkowe fundusze na tuning auta, czy zupełnie nowe auta, które są dostępne dopiero po odblokowaniu w trybie arcade. Warto więc poświęcić na początku trochę czasu na ten tryb, aby odblokować lepsze pojazdy do trybu mistrzostw.

Same pojazdy dzielą się na cztery kategorie, gdzie każda oczywiście ma swoje zalety i wady:

  • Dzikie Resory – auta bardzo dobrze sprawdzające się na etapach, gdzie jeździmy po trudnych nawierzchniach, bo przez swoje gabaryty nie podskakują na każdej hopce jak na trampolinie, lecz z drugiej strony szybciej tracą energię i przez ich wielkość trudniej wykonać jest nimi akrobację do zwiększenia paska energii.
  • Pionierzy Przestworzy – auta bardzo sprawnie wykonujące akrobacje przez co niemal każda, nawet najmniejsza rampa staje się idealnym miejscem na dopakowanie paska energii, z drugiej strony jednak auta te łatwo wpadają w pościzg, przez co niektóre zakręty mogą być dla nich zabójcze.
  • Demony Szybkości – trudne w utrzymaniu na drodze, bo potrafią wybijać się na każdej hopce, ale rekompensują to prędkością, która dla lepszych modeli potrafi łatwo zostawić konkurencję w tyle, a do tego dość dobry system akrobacji, który pozwala na większości ramp zrobić trik.
  • Auta Specjalnie – w większości auta żartobliwe i bardzo unikalne nawiązujące do innych gier studia Team17 takich jak seria Worms czy ich własny autorski samochód.

O ścieżce dźwiękowej za dużo powiedzieć nie mogę, bo nie ma jej aż tak dużo w całej grze, ale ogólnie w czasie wyścigu działa dość stymulująco na atmosferę podczas wyścigu, szczególnie, gdy ścierasz się z przeciwnikiem w trybie arcade. Dzisiaj można powiedzieć, że gra jest dość zapomniana przez społeczeństwo, głównie przez to że trąci już dość mocno myszką, a i z dostępnością tej gry jest bardzo słabo, bo nie jest dostępna cyfrowa, ni to na Steamie, czy nawet na GoGu. Szczęście mają ci, co odnajdą swoją wersję sprzed kilkunastu lat, gdy gra pojawiała się w różnych czasopismach growych jako pełniak. Ja ostatnie dwa podejście miałem przy konsoli PS2, głównie z powodu, że nie lubię grać w wyścigi na klawiaturze, czuję się wtedy zupełnie bezradny podczas wyścigu na pełnej prędkości. Ogólnie fajnie zagrać, jeśli ma się taką możliwość.


Metin2 – czyli niespełnione dziecko nostalgii

Raz na jakiś do mainstreamu gier przebija się całkiem niepozorna gra, nieporywająca grafiką, czy swoją mechaniką, lecz zyskuje ona często dużą popularność w przeciągu kilku miesięcy, bo te gry z założenia mają bardzo niski próg wejścia i grania sobie na sensownym poziomie, można powiedzieć, że są to gry typu Easy2Learn-Hard2Master, W ciągu pierwszych dwóch dekad XX wieku to takich gier bezapelacyjnie zaliczyłbym Tibię, Minecrafta, League of Legends, Fortnite, czy Metina2, nazywanego często WoWem dla biedaków. Często gracze niezaznajomieni i nadużyję może trochę tego słowa – „casualowi” z pogardą traktują te społeczności i ich graczy, gdzie pamiętam można było spodziewać się określenia w stylu „dziecko Tibii” czy „Fortnite to gra dla dzieci”. Zamierzam poświęcić tą notkę Metinowi2, bo mimo że kultowy w moich kręgach w czasie podstawówki/gimnazjum, to nigdy nie doczekał się jakiegoś potężnego ogrania przeze mnie.

Sam Metin2 jest drugą częścią gry.. Metin, ameryki nie odkryłem, lecz nawet po urywkach gameplay’u zobaczonych w internecie można stwierdzić, jak obie produkcje się różniły, jedynka przypomina mi jakiś Fallouto-jedynkowo-podobny twór, bo rzut izometryczny, ciemne kolory, no może zamiast postapokaliptycznej stylistyki było tam fantasy. Walka przypomina bardziej Diablo, czy innego hack’n’slasha, chociaż trzeba przyznać, że mimo jest ona niezwykle drewniana. Tytuł mimo prostoty jest grą ciekawą i zastanawiam się nad jego popularnością w momencie wydania.

Otoczka fabularna Metina2 też jest niezwykle intrygująca, bo nikt nigdy tak naprawdę nie przykładał do niej uwagi podczas samej rozgrywki. Spokój krainy zostaje zakłócony przez złą energię wywoływaną przez spadające kamienie Metin, wśród mieszkańców jednego wielkiego królestwa dochodzi do rozłamu na trzy pomniejsze, które toczą ze sobą niekończącą się wojnę, a nam przyjdzie opowiedzieć się po której ze stron w walce o rozwikłanie tajemnicy tych magicznych kamieni.

Do wyboru w grze były 4 klasy postaci, obecnie jest już ich 5 i składają się one z Wojownika, Ninji, Sury, Szamana i Likana. Wokół każdej z tych klas wyrosły typowe stereotypy i cechy charakteryzujące grających nimi graczy. Sura i Wojownik to typowy damage-dealerzy, Ninja to idealny lur, bo posiada łuk i może z dobrej odległości przyciągać do siebie, a szaman może rozdawać swoje buffy, przez co wojownik i sura mogą niszczyć bez problemu większe zastępy wrogów. Grę zaczynami w często zwanym „M1”, gdzie wrzuceni przed wioskowe mury musimy zacząć niszczyć zastępy… dzikich psów, czy innych wilków, bo od czegoś trzeba zacząć, pierwsze poziomy mają zaznajomić gracza z otaczającym go światem, zdobywanie ekwipunku, wykonywanie pierwszych questów. Na 5 poziomie dostajemy możliwość szkolenia się w sztuce walki, po dwóch trenerów pokazujących zupełnie różne umiejętności do wykorzystywania w walce, od tego momentu zaczyna się bardziej poważna rozgrywka w tej grze, a także zdajemy sobie sprawę, jak dużo trzeba w tej grze chodzić, bo często questy polegają na chodzeniu po mapie za jakimś stworzeniem, czy NPC, tylko po to, żeby wypadł jakiś przedmiot, czy powiedział jakieś jedno zdanie, a potem musimy wracać się do zleceniodawcy. Z drugiej strony na każdym poziomie dostajemy polowanie – specjalne zadanie polegające na ubiciu odpowiedniej liczby konkretnego potwora, a nagrody z tego są tym lepsze, im większy poziom posiadamy, bo pozwala bez problemu wbić z 15% całkowitej ilości punktów doświadczenia dostępnego na poziom.

Mimo że Metin2 był grą niezwykle popularną tą dekadę temu to nigdy nie miałem jakiejś większej styczności w momencie jej największej popularności, głównie przez brak dobrego internetu, a gdy już taki posiadałem, Metin2 stracił na popularności i nie było już po co zaczynać tam gry. Moi znajomi przerzucili się z czasem na prywatne serwery, które cechowały się znacznie większą prędkością zdobywania doświadczenia i różnych przedmiotów, lecz z czasem jedyne za co mogę podziękować tym serwerom to fakt, że mogłem odwiedzić nieosiągalne na oficjalnych serwerach bez spędzenia multum godzin zdobywając punktów doświadczenia. Potem na wyższych poziomach gra przypominała rozgrywką mi grę na oficjalnym serwerze – poziomy nie leciały już tak chętnie, na lepsze uzbrojenie trzeba było mieć jakieś pieniądze z kosmosu, a łatwiej mieli ci, co zapłacili adminowi serwera za jakieś ulepszenia. Dlatego jakoś zawsze bardziej podobały mi się oryginalne serwery od tych prywatnych, bo jakoś pierwsze lokacje były mi bliższe od tych różnych lochów pająków, czy opętanego lasu. Dodatkowo od jakiejś aktualizacji, twórcy serwerów rozdają specjalne paczki zawierające znacznie potężniejsze bronie od tych występujących w grze, wszystko po to, aby każdy mógł w sensownym czasie zdobywać wyższe poziomy.

Metin2 kojarzy mi się z jedną rzeczą, z expieniem i zdobywaniem kolejnych poziomów, które jest tam naprawdę przyjemne, jeśli potrafi się to dobrze dawkować, dlatego też nawet teraz co raz wracam do tej gry zabijając kilka grupek wilków, dzikusów, czy pająków. Do tego jak na grę darmową i teoretycznie prymitywną, ścieżka dźwiękowa występująca w grze jest niezwykle przyjemna dla ucha i dopasowana bardzo dobrze. W pierwszej lokacji usłyszymy spokojne Enter The East, w kolejnych już bardziej dynamiczne i agresywne utwory, dobrze skomponowane ze swoim światami. Nie mogę powiedzieć, że po usłyszeniu niektórych utworów z tej gry włącza mi się lampka małej nostalgii z tych dość ciepło spędzonych chwil.

Z drugiej strony jednak na dłuższą metę, kilka mechanik tej gry sprawia, że po kilku godzinach od powrotu do tej gry skłania mnie do kliknięcia na ikonkę „Odinstaluj”. Dlaczego? Od około 30 poziomu ceny w tej grze zostają tak wywindowane do góry, że taki niewymagający dużo i spokojny gracz jak ja nie ma szans zdobycia takiej gotówki, żeby ułatwić sobie zdobywanie doświadczenia na coraz trudniejszych do zabicia potworach. To jest niezwykle denerwujące, bo przedmioty, które często ty zdobywasz w czasie gry są słabe, a ich ulepszenie to duży koszt, często zdobywać trzeba odpowiednie przedmioty, a dodatkowo pracuje tam najgorszy kowal, jakiego widziałem w życiu. Nie dość, że zabierze ci twoje pieniądze to może bezproblemowo niszczyć twój przedmiot, nawet jeśli włożyłeś w niego sporo pieniędzy – nie ma to znaczenia. Wiem, że można niby pójść do kowali klanowych, ale tam jest jeszcze drożej, a sukcesywność ulepszeń nie jest jakoś stosunkowo większa. Ostatnią rzeczą są dla mnie same zadania, które często są niezwykle z dvpy, już pomijam questy w których trzeba po5dalać po kilku lokacjach naraz, co mimo denerwowania na każdym kroku daje sporo doświadczenia, mam na myślę questy, które rozdawane są na niektórych poziomie, bo są one niezwykle przesadzone i niedopasowane do poziomu np. jeden quest, którego otrzymałem na 30 poziomie, gdzie zabić trzeba wodza orków, czy innego maszkarona, który ma 50 poziom doświadczenia, a do niego trzeba się przebić przez zastępy innych potworów na wysokich levelach, dla mnie totalnie bez sensu, może dlatego, że jestem osobą, która jak dostaje zadanie w dzienniku do wykonania to robi wszystko, żeby zrobić to jak najszybciej.

Tak oto prezentuje się moje wspomnienie Metina2, gry całkiem dla mnie przyjemnej, ze zdobywaniem doświadczenia i dobrą ścieżką dźwiękową, z drugiej strony pewne wady sprawiają, że nigdy tak naprawdę nie miałem w niej dłuższego epizodu i nigdy nie będę uważał ją za jedną ważniejszych gier w swoim życiu, to krótka przygoda, którą z czasem przychodzi mi przyjmować z coraz mniejszym rozradowaniem.


Pozbierajmy to jakoś

Wiecie, jest różnie ogólnie co nie.

Przez ostatni okres (w sumie już od dłuższego czasu) nie mogłem się coś zebrać do napisania tu czegoś sensownego. Nie wiem, może zbyt duże wymagania sobie stawiam, raczej chciałbym żeby były tu rzeczy w miarę merytoryczne, którymi mógłbym się jakoś pochwalić, a z drugiej z różnych przyczyn życiowych nie mam zbytnio głowy do jakichś większych analiz czy generalnie tworzenia czegoś z czego byłbym zadowolony. Skutkuje to tym, że nie ma tu ani rzeczy w miarę prostych, ani tych bardziej rozbudowanych (mówię stricte o sobie, bo pozostali tu robią fajne rzeczy) i szczerze na tę chwilę trochę nie widzę na to recepty. O tym może nieco później, tymczasem robiąc małe porządki w szkicach zróbmy z tego wszystkiego chociaż zarys co ciekawego chodziło mi po głowie.

Z bardziej świeższych rzeczy byłem niedawno na Jokerze Todda Phillipsa, jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów tego roku. Pamiętam jak pisałem jeszcze zapowiedzi rok temu i w sumie już wtedy wśród zainteresowanych były duże nadzieje wobec Joaquina Phoenixa, odtwórcy głównej roli, jako idealnego kandydata na kolejne wcielenie jednego z najbardziej znanych kinowych czy też komiksowych geniuszów zbrodni, tym bardziej po filmie Nigdy cię tu nie było sprzed dwóch lat na pewnych płaszczyznach podobnym zamysłem do Jokera. Inną sprawą jest tu jednak to, że każdy kolejny Joker będzie porównywany z kultową już rolą Heatha Ledgera w Mrocznym Rycerzu, która dla wielu była swoistym opus magnum i nic już tego nie przeskoczy – tyle że czasem nikogo przeskakiwać czy przerastać nie trzeba. Można za to pokazać zupełnie inną stronę postaci i chociaż to bardzo trudne, bo wydawać by się mogło, że o Jokerze wiemy już wszystko, to kinowy seans pokazał, że w odpowiednich rękach możemy za jego sprawą dowiedzieć się jeszcze wiele – może nie tyle (lub nie tylko) o postaci, ale też o tle bądź generalnie o tym co za nim stoi, o społeczeństwie w jakim żyjemy i przede wszystkim można dowiedzieć się też wiele o nas samych, przynajmniej jeśli spojrzymy na ten film.

Oczywiście, możemy spojrzeć na nowego Jokera jako na świetnie nakręcony film, z pięknymi zdjęciami, ze świetną pracą kamery momentami rodem z Birdmana czy zachwycać się rolą wspomnianego już Phoenixa, za którą aktor powinien dostać statuetkę Akademii, ale wydaje mi się, że nie to tu jest akurat w tym filmie najważniejsze, a kwestie pewnej rozchwianej moralności, tego że namacalnie widać, że przedstawiony tam świat nie jest tyle artystycznym, autorskim spojrzeniem twórców, nie wizją przyszłości jak będzie wyglądać społeczeństwo jak niegdyś w książkach George’a Orwella, a pewną realną perspektywą sporej części społeczeństwa i przestawieniem nastrojów, które cały czas są w nim obecne i które co jakiś czas jak iskra rozpalają mniejszy czy większy pożar. Z resztą tych odniesień jest dużo, także do innych dzieł filmowych w przeszłości, wielu zarzuca, że to drugi Taksówkarz, jeśli ktoś kojarzy. Tak czy inaczej Joker pokazuje genezę „zła”, podaje jego przyczyny, ale nie usprawiedliwia go. Zostawia nas z nim i nie daje odpowiedzi na żadne z pytań które zostają nam postawione w trakcie czy też kwestii jak je rozwiązać, bo i zdaje się, że tych odpowiedzi po prostu nie ma.

Dobry film ogólnie.

Na Toy Story 4 byłem też wcześniej, podobało mi mi się na pewno bardziej niż trójka, która nie trafiła w mój gust, ale nadal to nie półka jedynki czy dwójki. na Królu Lwie byłem też, tym odświeżonym co nie, fajna sprawa, szczególnie, że w pewnym sensie (podobnie jak i Toy Story) są to filmy na których wyrosłem i jest w tym coś uroczego, taki swojego rodzaju powrót do tych historii, chociaż też, tak wracając do Króla Lwa jeszcze, bliżej mi oczywiście do oryginału, chociaż rozumiem ten nowy koncept. Na Gwiezdne Wojny planuję jeszcze iść w grudniu jak wypali, zwiastun ostatni mocno emocjonalny w ogóle, ciekawe jak to rozwiążą. Dużo ludzi się zraziło do tej marki, ale nie wiem, u mnie nadal ma spory kredyt zaufania, z resztą nie mam problemu z tymi nowymi częściami generalnie. Jeden się wzrusza, drugi wzrusza ramionami czy coś. Łowcę Androidów pierwszego nadrabiałem też, w domu już, bardziej mi siadła kontynuacja, ale dobry, warty obejrzenia film.

Z innych rzeczy co tam, kupiłem tysięczny numer Kaczora Donalda, fajnie mieć na pamiątkę. Taka akcja była w Internecie żeby kupić, żeby pokazać, że sporo to czasopismo dla sporej części osób w podobnym wieku do mojego znaczyło i w ogóle, a obecnie nie jest w najlepszej formie. Pierwszy numer ukazał się 28 kwietnia 1994 roku i był kontynuacją czasopisma Mickey Mouse, które ukazywało się od 1990 roku. Generalnie wydawnictwo chciało olać ten jubileusz raczej, ale się ugięli trochę i pozmieniali nieco, mam wrażenie trochę na ostatnią chwilę. W ogóle ciekawostka, w prime formie tj. 1999 rok nakład wynosił 300k tygodniowo (bo to tygodnik był wtedy). Dla porównania teraz Fakt (dziennik) ma chyba teraz nieco ponad 300k, a najchętniej czytane tygodniki nawet nie zbliżają się do tej liczby. Czytelnictwo gazet w Polsce się zmieniło wiadomo, no ale to nic nowego akurat. W ogóle bo mam w koszulkach tam różne stare czasopisma to najstarszy numer KD jaki jeszcze posiadam jest z 1999 roku, najnowszy z 2006, jeszcze parę zaginęło w akcji. CD-Action miał niedawno 300 numerów też, ale nie kupowałem.

Na Kolekcjonerskiej Giełdzie Różności byłem ostatnio. Fajna sprawa, różne rzeczy ludzie kolekcjonują – od obrazów, przez monety, znaczki, aż do małych żabek. W sumie jakbym sam tam coś wystawił to tak samo nie miałbym się czego powstydzić kiedyś inwentaryzacje trzeba zrobić albo chociaż co ciekawszych rzeczy, porobić foto z opisami.

Facebook do mnie ostatnio, że 8 lat temu konto założyłem.. w sumie to krzyczał to do mnie w lutym o tym, ale dobra. W każdym razie długo już dość, wcześniej jeszcze Nasza Klasa była chwilę to daje łącznie pewnie już z 10 lat z portalami społecznościowymi. Nie chcę pisać truizmów, że Fb zmonopolizowało rynek, tak wyszło. Pamiętam jeszcze kiedyś to miałem tam ileś stron na które wchodziłem, dziś w sumie do wiadomości to odpalam apkę Google, tam fora różne etc. zastąpił wspomniany Facebook i grupki na nim, oglądanie film(ik)ów zmonopolizował YT (takiego Quaza to jeszcze na Gaminatorze oglądałem), a komunikatory to głównie Discord i Messenger. Czy to jakoś bardzo źle? Imo nie, po prostu ewolucja tak sprawiła. W sumie na pytanie czy mógłbym żyć bez Facebooka odpowiedziałbym i tak raczej twierdząco, z Msg już byłoby mi dużo ciężej zrezygnować. Albo o, odpowiedziałbym, że „mógłbym, ale po co”

To jest głupie, aż mi się w sumie rozpisywać o tym nie chce. W kontrze przypomina się taka reklama, nie znajdę chyba teraz, że dużo osób spinało do dziewczyny, że za dużo korzysta z telefonu, a ona po prostu chciała być w kontakcie z kimś bliskim, kto jest daleko. To nie kwestia używania tego czy innego sprzętu, a raczej kwestia kontaktu z drugim człowiekiem czy generalnie potrzeba uwagi, relacji, a to już inny temat.

Warto w ogóle dbać o relacje z bliskimi w jakikolwiek sposób. Wiadomo, podstawą powinien być namacalny kontakt, realniejszy taki, ale i tak, skoro mamy już takie narzędzia to fajnie jakoś się trzymać z ludźmi z którymi się chcemy trzymać w miarę możliwości. Generalnie istnieje Internetu imo ogranicza mocno ilość wymówek o braku czasu, napisać czy coś to tam chwila roboty. Mam taką niepisaną zasadę, że z ludźmi z którymi tam jakoś mam kontakt to trzymam rozmowy z nimi na Messengerze, a jak tam jakieś losowe wiadomości pojedyncze czy stare z kimś z kim wiem, że już nie będę pisać to usuwam. W sumie to bardziej tę listę uznaję jako taką realniejszą „liczbę znajomych” niż faktyczny system znajomości jaki tam jest, bo ten wymaga moim zdaniem odświeżenia, mam na myśli „znajomi” na Fb, gdzie mamy ludzi z poprzedniej szkoły czy pracy z którymi już nas nic nie łączy i raczej łączyć nie będzie i tego przez te X lat uzbierało się tam ileś i w sumie głupio to jakoś drastyczniej ogarnąć. Instagram moim zdaniem ma lepszy pomysł na to z tą listą obserwowanych, mniej zobowiązująca jakby jest.

W ogóle z innych ciekawszych rzeczy miałem w szkicach na przykład tytuł wpisu, który brzmiał, uwaga będzie mocne: „A o której to się ze szkoły do domu wraca?”, czyli czy serio zmiany w systemie edukacji wpłynęły na grafik uczniów. Fajny tytuł xD To było jakoś na fali tematu o podwójnych rocznikach w szkołach średnich czy tam generalnie w placówkach szkolnych. Nie wiem, ja przez pierwsze dwa lata średniej tak samo miałem lekcje na popołudnie przykładowo w skrajnych od 13.20 do 20.00 gdzie jeszcze autobusy doliczyć godzinę w tę i we tę i jakoś się dawało radę, z resztą tak było i wcześniej i nie tylko w mojej szkole ale generalnie w moim mieście od lat, a nagle boom, jakby to coś nowego było. No nie.

Był też w planach kolejny wpis piłkarski. W swoim czasie Vandi planował odpowiedź na swoje przewidywania dotyczące piłkarskiego sezonu w Premier League. Trochę się to przeciągnęło i później już nie było sensu, niemniej przynajmniej ja nie chce tego jakoś wywalać, bo fajnie napisał, więc zachował się chociaż zalążek z tego.

Spoiler:

Upłynął miesiąc odkąd zakończyły się zmagania w Premier League. Niespełna rok temu wygłosiłem na świat swoje przemyślenia na temat każdej z rywalizujących na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Anglii ekip. Dziś sprawdzimy jak przebiegał sezon każdej z drużyn, zaczynając od dołu tabeli.

20. Huddersfield Town

Miniony sezon był dla Terierów bardzo bolesny. Spadek z hukiem do Championship z ostatniego miejsca z ledwie 16 punktami na koncie. Drużyna nie potrafiła za nic w świecie strzelić gola z gry, a pod koniec stycznia napastnicy Huddersfield mieli łącznie na koncie… 0 goli. Dopiero przyjście Karlana Granta z Charltonu dodało trochę jakości z przodu, ale wtedy było już zdecydowanie za późno. W połowie stycznie po bezbramkowym remisie z Cardiff do dymisji podał się cudotwórca David Wagner, a zastąpił go niedoświadczony Niemiec, Jan Siewert. W zimowym okienku klub nie kupował rozpaczliwie graczy na potęgę, lecz wypożyczenie absolutnie nijakiego Jasona Puncheona z Palace i kupno Karlana Granta to za mało, aby nawet myśleć o utrzymaniu. 22 gole (kolejna pod tym względem drużyna ma 34), 76 straconych i ledwie 3 zwycięstwa, z czego dwa z Wolves – absolutną rewelacją sezonu. Ta liga jest dziwna. Fajna była to przygoda Huddersfield w Premier League dobiega końca. Będziemy tęsknić za klubem, choć nie za topornym stylem gry

19. Fulham

Ten obrazek załamanego po meczu z Watfordem (1:4) Maxime’a Le Marchanda oddaje cały sezon londyńskiego beniaminka. Schurrle, Seri, Anguissa, Vietto, Chambers, Sergio Rico, Le Marchand, Mitrović na stałe, Fosu-Mensah, Joe Bryan i zapewne wielu innych. To wszystko piłkarze sprowadzeni do klubu przez Shahida Khana. Były nadzieje na coś więcej niż walka o utrzymanie w pierwszym sezonie po powrocie po 5 latach do angielskiej ekstraklasy. Dodajmy do tego młodziutkiego Ryana Sessegnona… Rzeczywistość bywa bardzo rozczarowująca. Spadek na 5 kolejek przed końcem (po wspomnianym wcześniej meczu z Watfordem) i strata 10 punktów do miejsc bezpiecznych. Najgorsza defensywa w lidze, Fulham straciło aż 81 bramek, a ich letnie nabytki okazywały się być totalnymi klapami. Dodatkowo 3 z 7 zwycięstw piłkarze w białych strojach odnieśli po spadku z ligi. Trenerzy nie mogli znaleźć optymalnego ustawienia w defensywie niemal ciągle zmieniając skład personalny. Dorzućmy jeszcze niecierpliwość zarządu. Już w październiku z posadą pożegnał się ten, który wprowadził Fulham do elity czyli Slavisa Jokanović. Później Khan podziękował Claudio Ranieriemu, aż do końca sezonu od marca ekipę prowadził były piłkarz Fulham, Scott Parker (który poprowadzi drużynę na stałe). Paniczne zakupy zimą pokroju Lazara Markovicia, czy Havarda Nordtveita, które jak można się domyślać – nie wypaliły, jedynie Ryan Babel wniósł coś w ofensywie. Po jednym sezonie, Fulham wraca skąd przyszło i przy takim zarządzaniu, nie zanosi się na kolejny, a przynajmniej długotrwaly powrót.

18. Cardiff City

Inną drużyną, która po jednym sezonie spadła spowrotem do Championship jest walijskie Cardiff City. Spisywałem ich na bolesną porażkę przed sezonem, ale jednak Drozdy mogą być dumne ze swoich osiągnięć, mimo rozczarowania spowodowanego tym, że to już drugi sezon Cardiff w Premier League i drugi zakończony degradacją. Klub spisywał się powyżej oczekiwań, mimo iż zaczęli koszmarnie, zaczęli w końcu zdobywać w miarę regularnie punkty i przez dość długi czas oscylowali wokół bezpiecznych miejsc w tabeli. Czego najbardziej brakowało podopiecznym Neila Warnocka to klasowego napastnika, bo ekipa ze stolicy Walii potrafiły naprawdę dobrze ustawić szyki obronne w ważnych spotkaniach (choć 69 straconych goli to nienajlepszy wynik). Najlepszymi strzelcami okazali się cofnięty napastnik Bobby Reid i rozgrywający Victor Camarasa, jednak podobne liczby wykręcali stoperzy. Dość powiedzieć, że Cardiff nie urwało ani razu punktów ekipom z Top Six przed potwierdzeniem ich spadku. Problemy z napastnikami zmusiły Cardiff do kupna 29-letniego argentyńskiego napastnika francuskiego FC Nantes – Emiliano Sali (na zdjęciu). Wtedy klub dotknęła przeogromna tragedia. Szczęśliwy Sala wrócił do Francji aby zabrać swoje rzeczy i wrócić prywatnym samolotem do Walii. Z powodów technicznych, maszyna rozbiła się nad kanałem La Manche, a ciało zawodnika odnaleziono dwa tygodnie później. Niech spoczywa w pokoju. Klubem dotknęła żałoba i panika, do klubu trafił wypożyczony z Evertonu Oumar Niasse, który bramki nie zdobył, a w klubie z Liverpoolu rozegrał 0 minut. Jednak zawodnicy pokazywali niezwykłą siłę charakteru, do końca bijąc się o utrzymanie które wydawało się być w zasięgu po wygranej z bezpośrednim rywalem – Brightonem w końcowej fazie sezonu. Jednak porażki z Liverpoolem, zdegradowanym Fulham i Crystal Palace potwierdziły spadek do Championship, do której zejdą z podniesionymi głowami po wygranej w ostatniej kolejce 2:0 na Old Trafford. Spadek Cardiff nie jest zaskoczeniem, ale na pewno zaskoczyli wielu i pokazali że mają potencjał na przyszłość.

17. Brighton & Hove Albion

To Mathew Ryan (zdecydowanie najlepszy piłkarz Mew w tym sezonie) wpuszczający bramkę na własnym stadionie. Przeciwko Bournemouth. Na 5:0. Niewiele zabrakło a podopiecznych Chrisa Hughtona spotkałby syndrom drugiego sezonu i pożegnaliby się oni z angielską elitą. Sezon Brightonu można rozbić na dwie połowy – pierwsza połowa, po której Brighton radził sobie bardzo solidnie zajmując po 19 kolejkach 13 miejsce z przewagą 9 punktów nad strefą spadkową i urywając punkty choćby Manchesterowi United (wygrywając u siebie 3:2), czy Arsenalowi (remisując 1:1). Ekipa z The Amex wyglądała jak pewny kandydat do miejsca w środku tabeli, Lewis Dunk i Shane Duffy tworzy znowu świetną parę w defensywie, a 34-letni Glenn Murray strzelał jak szalony, mając w 2018 roku więcej goli w lidze niż Harry Kane. Aż nadeszły święta (czyli środkowy punkt sezonu) i jakoś nagle coś runęło. Po świętach Brighton był drugą najgorszą drużyną w lidze, nie robiąc w styczniu żadnego transferu i zdołali wygrac jedynie 3 mecze z 19 przegrywając aż 11. i w dodatku przegrywając w starciach z bezpośrednimi rywalami jak przytoczony wcześniej mecz na The Amex z Cardiff (przegrany przez Mewy 0:2). Dunk i Duffy nie byli już tacy szczelni, dowodem choćby porażka 0:5 u siebie z Bournemouth, a ekipa totalnie się zacięła w ostatnich dwóch miesiąc, niemal w ogóle nie strzelając goli. Letnie transfery takie jak Jahanbakhsh, Balogun, Montoya (on raczej głównie przez kontuzje), Button (rezerwowy bramkarz, dostał szans gdy Ryan grał w Pucharze Azji) czy Bissouma totalnie nie wypaliły a trzon stanowili zawodnicy będący w klubie w poprzednim sezonie. Klub z południa Anglii poważnie musi przemyśleć swoją politykę transferową jeżeli chce pozostać w Premier League w kolejnym sezonie, w którym poprowadzi ich już Graham Potter, w zeszłym sezonie trener Swansea City, wcześniej 8 lat trenował szwedzkie Ostersunds, z którym awansował do Ligi Europy i pokonał Arsenal.

16. Southampton

Popularni Święci zakończyli ligową kampanię na szesnastym miejscu, czyli o jedno wyższym niż w poprzednim sezonie. Na pewno jest to swoisty krok w tył wykonany obiema stopami, a zarząd klubu z St. Mary’s Stadium będzie starał się aby walka o utrzymanie taka jak w pierwszej części sezonu nie będzie na południowym wybrzeżu codziennością. Sezon rozpoczął się jeszcze pod opieką Marka Hughesa, który wyciągnął ich ze strefy spadkowej w poprzednim sezonie bo koszmarnym okresie Mauricio Pellegrino. Teraz jednak były szkoleniowiec Manchesteru City czy Stoke City rozpoczął sezon w bardzo słabym stylu, drużyna zajmowała 18. miejsce z tylko jednym zwycięstwem na koncie i z jednym gorszych wyników w obronie, na co przyczyniły się wysokie porażki, takie jak 1:6 na Etihad Stadium, czy 0:1 z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie – Cardiff. W miejsce Walijczyka przyszedł Ralph Hasenhuttl, który ostatnio pracował jako trener niemieckiego potentata – RB Lipsk. Austriak dokonał swoistej transformacji, w pierwszej ekipie zaczęli grać juniorzy, a nieudane nabytki pokroju Mohameda Elyounoussiego posadził na ławce. Pierwszy garnitur stanowiła teraz młodzież, jak Yann Valery, Angus Gunn czy Jan Bednarek. Odżył także wciąż młody James Ward-Prowse będąc prawdziwym motorem napędowym Świętych. Podopieczni Hasenhuttla rozkręcali się powoli, jednak udało im się zdobyć klika cennych zwycięstw w starciach z Arsenalem czy Tottenhamem. 8 zwycięstw, 6 remisów i 10 porażek było wynikiem godnym klubu, który chce być co najmniej w środku tabeli. Widać było pewne braki, na przykład regularnego napastnika – Danny Ings świetnie rozpoczął sezon, ale niestety, znów zaczęły trapić go kontuzje. Shane Long nie jest na poziom Premier League (choć w meczu z Watfordem ustrzelił najszybszą bramkę w historii ligi), a Charlie Austin jest cieniem samego siebie. Problem była również defensywa, Wesley Hoedt grał tragicznie (w wyniku czego klub bez zastanowienia oddał go do Celty Vigo), a Vestergaard i Stephens popełniali co jakiś czas błędy. Jedynym naprawdę dobrym transferem poza Dannym Ingsem był kupiony z Celtiku Stuart Armstrong, który był ciekawą opcją w ofensywie. Pierwsze skrzypce grała jednak „stara gwardia” – Ryan Bertrand, Nathan Redmond, James Ward-Prowse, Oriol Romeu. Na pewno Święci będą musieli być ostrożniejsi z transferami w letnim okienku, w którym do klubu trafili już Moussa Djenepo i Che Adams. Wygląda na to, że Ralph Hasenhuttl jest zadowolony ze swojej kadry, a chce wzmocnić ławkę, lub być może widzi w Djenepo nowego skrzydłowego, którego brakowało w Southampton? Miejmy nadzieję, że nie odbije się to czkawką na klubie z St. Mary’s.

Na samym dole zaś, głęboko na dole, był też wpis zatytułowany Profesjonalizacja a fun z grudnia ubiegłego roku, który jest w sumie clou tego wszystkiego że tak to tu wygląda i w sumie jest to też jeden z tych wpisów, których najbardziej żałuję, że nie udało mi się zrealizować, ale szczerze nadal nie wiedziałbym co chce napisać. Tak naprawdę jest tu kilka płaszczyzn. Pierwotnie wpis dotyczył kwestii, że w sumie nie da się połączyć tego co się lubi z pracą w pełni, a nawet jeśli to po czasie to „hobby” przestanie nim w pewnym sensie być. Z innej strony, pisałem to już kiedyś, ale generalnie zawsze chciałem zrobić z tej strony swojego rodzaju portfolio, wizytówkę, coś więcej niż tylko niszową stronę w podziemiu, szczególnie po okresie gdzie w innym miejscu moje teksty trafiły tu i tam i miałem z tego jakiś profit, a w momencie gdy to się urwało plus później miałem przegrzanie pisaniem pracy licencjackiej czy innych równoległych, dokładając jeszcze do tego presję, że trzeba znaleźć „lepszą” pracę nawet jeśli się jej nie lubi.. jakoś te moje „pisanie” i plany gdzieś uciekły. Uwiera to, tak samo jak fakt, że mówię tam wcześniej o prawdziwym portfolio, a z drugiej mam też obawy w stosunku do reakcji jednego i drugiego otoczenia, pewnego mieszania uniwersum Pitstopu i mnie jako mnie. Błędne koło, wiem, ale po prostu trochę nie wiem w jaką stronę to pójdzie jeszcze. Na ten moment zeszło po prostu na bok, na zasadzie „są rzeczy ważne i ważniejsze na których musisz się skupić”, a to kosztuje mnie sporo.. sam nie wiem czego.

Nie oznacza to oczywiście końca Pitstopu, nie mam zamiaru znów zawieszać strony, postaram się tu w przypływie nadal coś rzucić, liczę też, że zrobią to pozostali redaktorzy. Może kiedyś uda się znaleźć jakiś fajny balans między tym czym chcę by ta strona była, a tym co jestem w stanie jej (sobie?) tu dać, ale do tego potrzeba uporządkowania wielu zmiennych z kompletnie innych dziedzin życia i za to trzymajcie kciuki. Może jeszcze będzie fajnie. Oby.


Maraton PS2 [3/3] – Święta Trójca

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Powoli trzeba kończyć ten maraton i odpocząć od czarnulki. Przekopałem się przez swoje wspomnienia z tą konsolą i opinie ludzi w internetach i muszę przyznać, że nie jestem odosobniony, bo poczciwa PS2 znalazła swoje miejsce w niejednym sercu. Na wzruszenia i podsumowania będzie jeszcze czas, na razie zajmiemy się Świętą Trójcą.

3. Gran Turismo 4 (2004)

Można powiedzieć, że pozycje 3 i 2 będą efektem przedłużenia pewnej miłości, która wybuchła podczas ogrywania gier na starszej siostrze czarnulki, bo do dzisiaj nie zapomnę wielu sesji spędzonych w GT2, odblokowywanie nowych samochodów i jazda po kilku wspaniałych trasach, piękne. GT4 od razu przyciągnęło mnie faktem bycia kolejnym dzieckiem spod szyldu Gran Turismo, a przeskok na lepszy sprzęt zwiastował usprawnienia graficzne, wizualne oraz fizyczne. Gra od początku wygląda podobnie do 2-ki, karierę rozpoczynamy tak samo, bez samochodu, z 10,000 tysiącami w portfelu. Co prawda za pierwszym razem brzmi to dobrze, lecz wybierając się do najbliższego salonu swojego ulubionego producenta zdamy sobie sprawę, że jest to jednak za mało, by móc kupić sobie pojazd, którym nie jest wstyd pokazywać się publicznie, dlatego lepszym rozwiązaniem byłoby kupienie używanego samochodu, który mimo swojego wieku, będzie osiągami lepszy i pomoże nam w wygraniu pierwszych wyścigów, których niestety liczba jest ograniczona. Dlaczego? Ponieważ kolejnym znakiem rozpoznawczym serii jest fakt uzyskania odpowiedniej licencji, aby móc konkurować w różnych wyścigach na całym świecie. I to jest akurat ta zła strona tych gier, za którą nie przepadam – wymuszanie zdobywania tych licencji, gdzie dodatkowo w czwartej części musimy wykonać, aż 16 testów na każdą kategorię, gdzie dodano także testy, w których musimy w określonym czasie przejechać okrążenie na trasie, jadąc idealnie za pojazdem kontrolnym. Dodajcie sobie do tego test, gdzie takie okrążenie trwa około 10 minut i już widzicie młodego mnie sfrustrowanego całą tą sytuacją. Ale pomijając to jest to cudowna gra z ponad 700 rodzajami aut, od aut sportowych przez te typowo miejskie do nawet prototypów z przyszłości. Fizyka aut i prowadzenia jest również na bardzo wysokim poziomie, ba, nawet w instrukcji poświęcono temu aspektowi ponad 200 stron! Przez ten fakt wyścigi jeździ się po prostu fantastycznie, co prawda nie ma tutaj tylu emocji co w takim Need For Speed: Most Wanted, bo GT to symulator, ale jeżdżenie tych okrążeń, odblokowywanie kolejnych aut jest naprawdę wspaniałe. Kolejnym wspaniałym atutem gry jest różnorodność tras, bo mamy tu trasy po największych miastach świata, przez specjalne tory niczym te do wyścigów typu Nascar, aż po wyścigi rajdowe, gdzie można poczuć przy hamowaniu tą genialną fizykę. Śmiesznym był też fakt, że dodatkowe trasy odblokowywały się nie wygrywaniem wyścigów tylko z czasem poświęconym trybowi kariery i ilością miesięcy, które tam zleciały. Jedyną rzeczą, która odrzuca mnie od tej pozycji to fakt zaprojektowania przez twórców wyścigów w wyniku których musimy jeździć po trasie np. 24 godziny! (nie kłamię) Bo serio, kto poświęci cały swój dzień i przez tyle czasu będzie uważał, żeby być na tej pierwszej pozycji. Koniec końców chciałbym tu kiedyś powrócić, lecz jak w przypadku wcześniej omawianego FlatOuta, granie na padzie to już nie to samo i będę musiał pomyśleć o jakiejś kierownicy, żeby jak najlepiej móc odczuć tą fizykę i prowadzenie.

2. Tekken 5 (2005)

Kolejny przykład przedłużanej miłości, bo Tekken 3 w swoim czasie wywołał na mnie takie wrażenie, że klękajcie narody. Wyobraźcie sobie minę dzieciaka, który po długich przygodach podczas dość powolnych bijatyk na Pegasusa natrafił na dynamiczną grę, a do tego wszystko okraszone było swego rodzaju realizmem w postaci nomen omen postaci walczących prawdziwymi technikami walki jak Karate, Kung Fu czy Capoeira. Każdy mógł tam znaleźć coś dla siebie. Nie inaczej jest w powyższej części, gdzie wiele elementów podkręconych zostało do jedenastki tworząc bijatykę wręcz idealną. Filmiki opisujące historię każdego bohatera i jego motywy w nadchodzącym turnieju, więcej interakcji ze swoimi przeciwnikami, czy jak zwykle zabawne outro każdego bohatera. Sama rozgrywka stała się jeszcze bardziej dynamiczna niż w jakiejkolwiek poprzedniej części i w sumie to dziękuję, że to nie 4-ka była wtedy przeze mnie ogrywana, bo chyba zepsułaby mi trochę zdanie o tej serii. Dodano system zdobywania pieniędzy za wygrane walki, które potem można używać w sklepie do zakupu różnych przedmiotów, chociaż smuci fakt, że nie można było ich używać w trakcie walki. Mnogość trybów do wspólnej zabawy czyniło tą grę dość często pozycją obok jakiejś FIFY przy wspólnych posiedzeniach o brata ciotecznego. I zwykle te pojedynki przeradzały się w niezwykle górnolotne wojny psychologiczne, gdzie górowało opanowanie kombinacji wybranej postaci i wykorzystanie mapy. A plansze w tej grze są naprawdę wspaniałe, od wodospadu przez centrum jakiegoś zbiegowiska zbirów, którzy bacznie przyglądali się naszym poczynaniom, kończąc na kościele w iście gotyckim stylu. Wszystko to było by jednak niczym bez przegenialnej ścieżce dźwiękowej, która niemal w każdej grze z tej serii stoi na olimpijskim poziomie – na każdej planszy to właśnie muzyka buduje ten klimat, która jeszcze bardziej sprawia, że kolejne walki nie są tak nużace nawet te toczące się przeciwko komputerowi. A do tego jeszcze narrator ze swoim bardzo charyzmatycznym głosem i wygłaszane przez niego przy wyborze postaci „The King of Iron Fist Tournament V” do dzisiaj wywołuje we mnie ciary. Dodatkowo tryb Devil Within, który równie dobrze mógł być sprzedawany jako osobna gra, gdzie wcielaliśmy się w Jina Kazamę i próbowaliśmy infiltrując różne miejsca na Ziemi poznać prawdę o genie diabła w ciele bohatera. Był jednak z nim pewien problem, często wrogowie przy dużym natłoku stosowali na nas zbiorowy gangbang, gdzie ciężko było nie stracić dużej ilości zdrowia. Ostatnim smaczkiem są pełnoprawne arcadowe edycje poprzednich gier z cyklu, w których bez problemu można rozegrać cały turniej, oraz grę StarBlade, gdzie latając statkiem kosmicznym musimy niszczyć flotę powietrzną opozycji. Wszystko to składa się na pozycję, która w moim umyśle od razu przywoływana, gdy tylko usłyszę hasło PlayStation 2. Przychodzi mi nawet ona szybciej do głowy niż pierwsza pozycja…

Ale zanim do niej przejdziemy potrzymam was chwilę w niepewności i przywołam kilka tytułów, które z różnistych, najróżniejszych powodów i nie załapały się na dłuższe omówienie. Jedne to klasyki, które ograłem już wcześniej na piecu, inne to kolejne pozycje popularne u moich kolegów. Nie przedłużając:

Grand Theft Auto III

Czyli pierwsza pudełkowa gra, jaką kupiłem na PS2 i ograłem dość namiętnie i ukończyłem na 100%. Do dziś mimo dennej fabuły uważam niektóre cutscenki i misje za wspaniałe, a ścieżka dźwiękowa jest tutaj po prostu wspaniała.

Grand Theft Auto: Vice City

Kolejna część, którą sprawiłem sobie kiedyś na urodziny. Jest to też GTA, które przechodziłem najczęściej i posiada według mnie najlepszą fabułę ze wszystkich z tej generacji. Muzyka też fajna.

Grand Theft Auto: San Andreas

Może nie na oryginale to właśnie na czarnulce po raz pierwszy ukończyłem przygodę CJ-a. Z tą grą również mam bardzo fajne wspomnienia wracania w piątek ze szkoły, odrabiania wszystkich lekcji i zasiadania do niej wieczorami w największą grą z otwartym światem na tej konsoli.

Hitman: Contracts

Nigdy nie byłem fanem dość cichego zabijania przeciwników, a w Hitmanie takie metody były na porządku dziennym, dodatkowo gra była w języku niemieckim, co skutecznie zniechęcało do grania. Ostatnio jednak udało mi się ją ukończyć i nie była taka trudna, jak ją pierwotnie malowałem.

FIFA 08

W tą edycję grałem najwięcej przed erą 14. I jest to kolejna gra z cyklu „nie mogłem ograć na kompie to mogę na PS2”. Do dziś pamiętam wiele rozpoczętych karier w takich klubach jak Legia czy Barcelona. Ścieżka dźwiękowa w tej edycji podoba mi się chyba najbardziej z całej serii. W ogóle skład Blaugrany z tamtego sezonu to <3.

Need For Speed: Hot Pursuit 2

Bardzo ciekawa edycja tych wyścigów, która po jej przejściu bardzo urosła. Duży wybór samochodów, dynamiczna ścieżka dźwiękowa. Odpychała mnie tutaj jednak durnowatość niektórych typów wyścigów, czy upierdliwość policji.

Need For Speed: Carbon

Carbon na PS2 był najprawdę biednym portem z licznymi zubożeniami w kwestii samych wyścigów i animacji, w porównaniu do Most Wanted był też bardzo krótki przez co nie wydawał mi się on tak ciekawy jak poprzednik. Ale tuning aut był na wyższym poziomie, taki mały plusik.

Tekken Tag Tournament

Pierwsza odsłona cyklu na czarnulkę od razu pokazywała jaki potencjał drzemie w nowym sprzęcie. Wygląda na taki odświeżony port 3-ki, lecz przy bardziej dynamicznej rozgrywce i możliwości wyboru wszystkich postaci, które dotąd pojawiły się w cyklu.

BurnOut 3: Takedown

Dynamiczna gra wyścigowa skupiająca się nie na samym ściganiu, co na destrukcji i niszczeniu przeciwników. Bardzo przyjemnie się tam jeździ, dodatkowo kilka trybów pobocznych np. taki w którym musimy wbić się w skrzyżowanie i spowodować jak największy rozpierdziel. Dodatkowo bardzo dobry dynamiczny soundtrack.

God of War

Gra, która wielu przyprawiła o własną konsolę mnie nigdy osobiście nie porwała, zdecydowanie miałem już wtedy za sobą okres całkowitej masakry przeciwników. Nie można jej jednak zarzucić bycia kultową i po prostu dobrą pozycją.

Dragon Ball Z: Budokai Tenkaichi 3

Kolejna bardzo świetna bijatyka w zupełnie innej formie niż wyżej wymienione, gdzie do arsenału mieliśmy te wszystkie kamehamy, czy inne lasery. Do dziś bawi niszczenie kuli ziemskiej za pomocą Supernowej, czy innego Galick Guna.

Call of Duty: Finest Hour

Bardzo ciekawa pozycja w serii, lecz osobiście była trochę drewniana jak na mój gust i niektórych poziomach rozstawienie punktów kontrolnych wołało o pomstę do nieba. Plus ogrywając grę z pendrive nie chciała doczytywać mi się czasami plansza i musiałem patrzeć na swoje kroki.

1. The Warriors (2005)

Ta gra szczerze powiedziawszy nie jest w żadnym stopniu nie jest pod żadnym względem, ani przełomowa, ani jakaś wybitna. Opiera się na filmie z 1979 roku pod tym samym tytułem. W grze wcielamy się w zależności od poziomu w różnych członków samozwańczego gangu „The Warriors”. W tej rzeczywistości dzielnice Nowego Jorku są rozdzielone pomiędzy różnorodne gangi, które cechują unikalnym ubiorem i sposobem mówienia. Zaczynamy przygodę w dniu, kiedy do szeregu Wojowników przyjęty zostaje Rembrandt, może nie jakiś wielki wojownik, ale człowiek bardzo dobrze radzący sobie ze street-artem, a jak wiadomo, znakowanie terenu w tej branży bywa niezwykle ważne. Tak oto zaczyna się przygoda i różnorodne misje, w których będziemy wcielać się w każdego ważniejszego członka naszej społeczności i wykonywać bardzo rozmaite zadania, które po drodze i tak wymagały będą obicia mordy kolesiom z przeciwnych gangów. A walka w tej grze jest niezwykle prosta, a daje niesamowitą prawdę, szczególnie gdy uda nam się wykonać kombinację specjalną, w której kierowana przez nas postać wykona dość brutalną sekwencję ciosów. Głównym centrum naszego gangu jest hangar w Coney, gdzie oprócz przechodzenia kolejnych misji możemy poddać się zadaniom pobocznym takim jak obrona terytorium, ćwiczeniu na siłowni, czy swobodnym zwiedzaniu małego kawałka dzielnicy. Dodatkowo w grze każdy etap można bezproblemowo powtarzać, a jest to potrzebne to odblokowywania kolejnych postaci do używania w trybach wieloosobowych, gdzie oprócz standardowych walk drużynowych dostępne są także fikuśne tryby polegające np. na zrzuceniu przeciwnej drużyny z dachu wielkiego budynku. Chodzenie po świecie również zostało wykonane bardzo fajnie, bo niemal z każdym obiektem leżącym na ziemi jest jakaś interakcja, koszami czy butelkami można rzucać, zaczepiać przechodniów, kraść radia z samochodów, czy obrabiać sklepy, gdzie dostajemy pieniądze za które możemy kupić I jest to chyba pierwsza gra w której policja nie denerwuje tak, bo spuszczenie jej wpierdzielu daje niezwykłą satysfakcję. W terenie możemy naszym towarzyszom wydawać różne akcje takie jak spuście każdego kogo spotkacie w5dol, schowajcie się w przed gliniarzami, czy podążajcie za mną. Kolejną ciekawą mechaniką jest malowanie tagów na ścianach i zamazywanie przeciwnego tagu, gdzie wykonujemy to przy pomocy prawego drążka maziając różnorodne kształty. Cała nasza historia kończy się wydarzeniami z filmu, gdzie musimy ociekać przed każdym gangiem, gdyż za nasze głowy wyznaczona jest nagroda. Muszę przyznać, że film obejrzałem dopiero kilka lat później po ograniu tej gry i klimat filmu jest tutaj niezwykle zachowany, z całą tą mroczną otoczką związaną z nieustającym pościgiem za naszymi bohaterami. Wszystko dodatkowo (po raz kolejny patrząc na poprzednie wpisy) zwieńcza potężna ścieżka dźwiękowa z Joe Walshem, czy Desmond Child na czele, które oczywiście znalazły się w grze. I to chyba właśnie ta gra jest moją ulubioną od Rockstara, po prostu gra się w to naprawdę przyjemnie i nie ma tego dennego zabijania ludzi, bo bójka kończy się tutaj zwykle utratą przytomności przez naszego oponenta. Prosta rozgrywka i system walki sprawiają, że to właśnie ta pozycja jest jedną z najbliższych mojemu sercu, jeśli chodzi o bibliotekę PS2 i dlatego ona znalazła się w tym zestawieniu na miejscu pierwszym.

Moja nostalgiczna podróż dobiega na razie końca. Muszę odpocząć trochę od mojej ukochanej czarnulki. Nostalgia jest fajna, ale trzeba z nią uważać, żeby co się nią nie przećpać, a nie ma chyba drugiej takiej konsoli, z którą miałbym tyle wspomnień, co właśnie z nią i nawet dzisiaj ponad 19 lat po swojej premierze wskazałbym ją bez mrugnięcia okiem jako jedną z najlepszym konsol w historii zaraz obok Nintendo Entertainment System, Sony PlayStation i GameBoy Advance. Zajebiste gry, miło wspólnej i samotnej rozgrywki. Lecz problemem PS2 jest fakt, że kojarzy mi się tylko z jednym uczuciem – przemijaniem. Jak już mówiłem, była to moja pierwsza konsola. Mówiąc bardziej obrazowo, spędziłem z nią ponad ćwierć życia. Ostatnimi laty jednak trochę ja zaniedbałem na rzecz laptopa i trochę nowszych tytułów. Wciąż jednak nie ograłem dużej maści tytułów AAA i to będzie mój cel na kolejne lata, dodatkowo powiększenie swojej jak dotąd bardzo małej kolekcji gier. A gdy to się już stanie, prawdopodobnie PS2 będzie miało już status młodszego Pegasusa i przyciągnie to młodszych graczy zainteresowanych grami z pierwszej dekady XXI wieku. Wam dziękuję za przeczytanie tego maratonu, niech moc będzie z wami. Amen.