Gdy w 1996 roku gatunek horroru co raz bardziej wydawał się być czymś kiczowatym czy po prostu nie był tak chętnie oglądany jak wcześniej, do akcji wkroczył Wes Craven, reżyser jednego z najpopularniejszych slasherów “Koszmaru z Ulicy Wiązów”. Postawił on na w pewnym stopniu humorystyczny film, w którym zaprezentował nam świat gdzie ludzie bardzo dobrze znają takie klasyki jak wcześniej wspomniany Koszmar z Freddym Kruegerem na czele, “Halloween” z Myersem czy inny “Piątek Trzynastego” – mowa tu o „Krzyku”. 

Jednak zanim zacznę o samym “Krzyku”, warto by było wziąć pod lupę siódmą część przygód Kruegera zatytułowaną “Nowy koszmar Wesa Cravena”, bo jest ona solidnym prekursorem tego co zrobione zostało w Krzyku. Otóż Craven postanowił, że stworzy film fabularny, który będzie opowiadał o tym jak Krueger atakuje prawdziwy świat. Co to oznacza? Najprościej mówiąc dostajemy świat gdzie aktorzy oryginalnej części grają siebie samych, a na świecie każdy zna serie filmów z Freddym. Wszyscy dobrze wiedzą, że postać ta jest wykreowana i była grana przez Roberta Englunda… a jednak Krueger istnieje “na prawdę” i postanawia mordować wszystkich związanych z produkcją nowego filmu o nim. Film ten od strony świata przedstawionego był naprawdę dziwaczną produkcją, szczególnie się o tym przekonacie poznając dokładniej całą fabułę, do czego naprawdę was zachęcam. Bo choć świat jest dziwaczny to jest to naprawdę świetny film.  

Po “nowym koszmarze” przyszedł czas na “Krzyk”, serię, w której zabójcą jest fanatyk i znawca horrorów, bawiący się z swoimi ofiarami w małą grę przez telefon. Zabójca zadaje przeróżne pytania dotyczące klasyków kina grozy, a chyba wiadomo czym kończy się nieprawidłowa odpowiedź. W porównaniu do innych klasycznych slasherów Krzyk ma bardzo spójną fabułę, która trzyma się przez całą serię, a obsada nie zmienia się co film, co jest jak najbardziej na plus. Wreszcie dostaliśmy postacie, do których naprawdę można coś poczuć, nie są oni nam tak obojętni jak ofiary Jasona Voorheesa czy Michaela Myersa. No bo kto nie lubi nieporadnego Deweya czy maniaka horrorów RandyegoPostacie te może nie mają jakiejś niesamowitej głębi i nie niosą za sobą specjalnej historii, ale po prostu są autentyczne.  

Napisałem już o tym, że postacie świetnie znają przeróżne horrory. Dzięki temu dostajemy nie tylko ciekawy świat, ale pełną przeróżnych smaczków i nietypowego humoru historię. Wymieniony wcześniej Randy na przykład, na każdym kroku przypomina nam, że seks czy alkohol w kinie grozy zawsze oznacza śmierć i że przecież policja jest głupia, bo nie ogląda filmów i nie wie jak zabójcy naprawdę działają. Serio, jest to bardzo dobrze zrobiony “element” całej serii.  

Świat jest o tyle dziwny, że po pierwszej części nagle w świecie filmu powstaje mnóstwo horrorów opowiadających historie, którą my – prawdziwi widzowie, znamy z pierwszej części, a ludzie z filmu – z ich prawdziwego świata. Bohaterzy dostają swoją wersje “krzyku” zatytułowaną “Stab”. Co jakiś czas widzimy jak ktoś ogląda sobie sceny łudząco podobne do tych z pierwszej części. Po prostu sami sobie wyobraźcie jak ciekawie to musi wyglądać.  

Bardzo ważny jest również fakt, że film jest stosunkowo realny. Nie mamy tu mordercy, który umiera, by w następnej części nagle zmartwychwstać. Nie ma tu żadnego superbohatera, który przeżyje odcięcie głowy. Jest to po prostu zwykły człowiek schowany za maską. Jest to oczywiście wielki plus, bez tego cały ten świat gdzie “postać z filmu wychodzi na świat realny” nie miałaby takiego samego sensu. Ale są też pewne minusy tego. Zabójca stosuje nóż i jego celem jest mordować, a nie jakoś specjalnie męczyć ludzi (no w pewnym sensie), przez co sceny mordu nie są aż tak krwawe, chociaż szczerze wam powiem, że te z czwartej części no już dają rade mocno.  

Film ten poza tym, że jest “nowoczesnym” slasherem posiada również bardzo solidny element kryminału. Uwielbiam ten moment gdy mówię sobie “o ta postać to na pewno zabójca” a po minucie widzę jak leży martwa i zdaję sobie sprawę z tego jak bardzo się myliłem. Do ostatniej minuty nie jesteśmy pewni tego kto tak naprawdę morduje. Cały czas wymyślamy różne scenariusze, dobieramy motywy do postaci, a na koniec i tak jesteśmy totalnie zaskoczeni. No ale halo halonie wystarczy po prostu zaskoczyć widza. Chodzi również o to, by przedstawiony zabójca miał jakiś sens. No bo przecież można by powiedzieć, że zabójcą jest ta jedna postać, która pojawiła się raz na ekranie – ale gdzie tu sensNo właśnie – ale i z tym “Krzyk” radzi sobie świetnie. Jedynie zakończenie trzeciej części uważam za zbyt pokręcone i przekombinowane. Reszta – cudo. Naprawdę drugą część zakończyłem z uśmiechem na twarzy, zdając sobie sprawę z tego jak świetny film właśnie obejrzałem.  

Po obejrzeniu ostatniej części zrozumiałem też, że seria po cichu prezentuje nam też pewne problemy. Pierwszy “Krzyk” prezentował nam jak wyglądają stare horrory w oczach współczesnych odbiorców. Jakie to wszystko wydaje się być głupie i bez sensu. Że jak jesteś “laską 10/10” to na pewno w końcu zostaniesz zamordowana. W końcu takie są prawa tego gatunku. “Dwójka” przedstawiła nam jak ludzie odbierają drugie części, że nigdy nie będą takie dobre jak oryginały i tego typu bzdety z kawałeczkiem prawdy. Trzecia (trochę gorsza od reszty) część jest świetnym zaprezentowaniem “pięknego” Hollywoodu. Pięknego tylko z początku, bo reżyser postanowił nam pokazać jak to “naprawdę” tam działa i że czasem by dostać role musimy dokonać niemoralnych czynów. Na ten moment ostatnia część zaś prezentuje nam myślę dosyć aktualny temat popularności nastolatków w social mediach i tego jak zrobią naprawdę wiele byleby się o nich mówiło. Są to jednak takie bardziej „ciche” wątki. 

Aktorsko jest naprawdę dobrze, nie ma jakichś specjalnych fajerwerków, ale na pewno nie ma na co narzekać. Wyróżnić można Neve Campbell, która świetnie zagrała główną postać. Z części na część widzimy jak bardzo się ona zmienia przez wszystkie wydarzenia wokół niej. Tu już nie chodzi o dobrze napisaną postać. Neve po prostu zagrała to świetnie. Poza tym jest również Courteney Cox, która zagrała redaktorkę z “charakterkiem”. Również bardzo dobrze zagrana rola. W każdej części.

Dobrze wypada również muzyka, klimatyczna, trzymająca w napięciu, a gdy potrzeba to i pełna energii. Lubię napisy końcowe drugiej i czwartej części. Nagle się pojawiają, wbija muzyczka, a ja się uśmiecham i sobie słucham. Piękna sprawa. 

Nie muszę chyba ukrywać, że film ten najbardziej spodoba się fanom gatunku, którzy co chwilę będą wyłapywać jakieś smaczki. 

No i to by było chyba na tyle. Postanowiłem tym razem nie wystawiać oceny w żadnej skali (psst, zawsze możecie zajrzeć na mojego filmweba). Po prostu stwierdźcie po moich bazgrołach jak bardzo ten film mi się podobał. Co prawda nie jest to typowa recenzja, a bardziej przedstawienie serii i napisanie tego co działa w niej najlepiej, ale myślę że zachęci was ona jednak do obejrzenia Krzyku. Seria trzyma równy poziom, także nie martwcie się. Swoją drogą pssst – 14 stycznia 2021 roku do kin wchodzi nowa część z starą obsadą! Osobiście czekam!