Kategoria: Kunio

Maraton PS2 [2/3] – Parszywa dwunastka

PlayStation 2 to konsola z fantastyczną biblioteką gier. Ponad 3,500 tytułów wydanych na przestrzeni 13 lat, mnogość tytułów niedostępnych na platformach konkurentów do tego wsteczna kompatybilność z poprzednikiem pomnażająca bibliotekę o kolejne tytuły. Stworzenie jakiejś listy najlepszy gier na tą konsolę to zadanie, które nie mam zamiaru się podjąć – zbyt wiele gatunków zawitało na tej konsoli, serii, które mnie nie pochłonęły. Nie ma szans, by moja lista debeściaków odwzorowywała stan faktyczny. Dodatkowo, jako że jest to materiał wspomnieniowy to raczej spróbuję rozmawiać o tytułach, które najbardziej zapadły mi w pamięć przed posiadaniem własnego egzemplarza konsoli, maksymalnie do 2 lat od zakupu (2016). Przedstawiam wam listę moich najbardziej nostalgicznych gier, nostalgicznych z różnych względów od razu zastrzegam, każdy przypadek będę zaraz szczegółowo omawiał, ale zdajcie sobie sprawę, że ten wpis nie będzie pokazywał tej konsoli od najlepszej strony w tym sensie, że nie będzie aż tyle gier uznawanych powszechnie za najlepsze, bardziej liczcie na mniej oczekiwane pozycje. A tak na marginesie, na tej liście są tylko 4 ekskluziwy, ale co poradzę, z większością z tych gier miałem najlepsze wspomnienia właśnie na czarnulce. Nie tracąc więc czasu na rozwlekanie tego co nieuniknione, czas zaprezentować pierwszy tytuł.

15. Metal Slug 3 (2014)

Pamiętam tą grę, gdyż była pierwszą jaką brat zaprezentował mi niedługo po przyniesieniu pożyczonego od kolegi egzemplarzu konsoli. Dostałem w dłoń drugiego pada i dostałem jedną z najbardziej zabawnych gier do wspólnego grania na jaką nigdy wcześniej trafiłem. Rozgrywka w tej grze jest niezwykle prosta, bo jest to niezwykle śmieszna kreskówkowa wersja Contry. Wybieramy wojaka i od razu zostajemy zrzuceni na plażę (Omaha(?)) i ruszamy niszczyć każdego przeciwnika na naszej drodze przy okazji zbierając różne znajdźki dawane nam przez pojmanych sojuszników. Naszymi przeciwnikami są głównie przygłupi żołnierze opozycji, chociaż znajdzie się też kilka egzotycznych oponentów z krabami czy plującymi ogniem rosiczkami na czele. Niszczenie kolejnych zastępów przeciwnika przy pomocy fajnego arsenału broni sprawiało mi masę frajdy, ale nic byłoby to bez dwóch aspektów. Pierwszym z nich jest niezwykły humor produkcji, gdzie niemal na każdym kroku wylewa się dowcip, np. z przerażonych twarzy żołnierzy, kiedy nas zauważą, czy gdy po zebraniu odpowiedniej ilości jedzenia nasz heros staje się „ulany” i zamiast typowego noża używa widelca. Albo poziom drugi w którym możemy zostać zamienieni w zombie i pluć krwią po całym ekranie. Ostatnim aspektem gry są niezwykle fajnie pomyślani bossowie, którzy mimo że w wielu przypadkach wtórni to ich ataki szczególnie za pierwszym razem mogą być niezwykle nie do przewidzenia. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że na niektórych planszach możemy wybrać kilka dostępnych ścieżek, co w rzeczywistości pozwala na przejście gry na kilka sposobów. Tak oto mamy przepis na grę, która idealnie sprawdzi się w piątkowy wieczór zamiast seansu nudnego filmu z telewizji, z kolegą, lub lepiej z koleżanką.

14. Raw vs. Smackdown 2011 (2010)

W pewnym momencie kilka osób z mojej osiedlowej „rodziny” dostało w pewnym momencie szajbę na punkcie profesjonalnego wrestlingu, gdzie co tydzień zasiadali do komputera oglądając akcje z tego świata. W Stanach ta branża rozrywki cieszy się bardzo wielką popularnością i w sumie nic dziwnego, bo nawet dla mnie wygląda to jakby dwóch superbohaterów dzisiejszych czasów walczyło ze sobą dla ubawu publiczności. Wiem, że to jest wyreżyserowane, czy nie prawdziwe… Ale jak można wyreżyserować lądowanie tych 150 kilowych potworów na sobie, nawet ci najmniejsi często latają po całym ringu, czasem okładając się stalowymi krzesłami i innym wyposażeniem. Dlatego w/w gra spełniała każdy sen takiego fana WWE, bo była produktem pełnym – składała się z wielu gal obecnych także w wrestlingu – był Royal Rumble, Eliminator Chamber, Ladder Match, stary wszystko! Dodatkowo w grze dostępnych było wiele popularnych wtedy wrestlerów z moim ulubionym Reyem Mysterio, czy chyba najbardziej popularnym John’em Ceną. Ile razy tworzyłem siebie za pomocą kreatora, a potem dołączałem do rozgrywających się meczy pomiędzy botami, które po kilku chwilach masakrowałem swoim finisherem. I to właśnie był chyba kolejny element, który dodaje tej branży i co za tym idzie grze tego smaczku – te właśnie kończące ruchy, ostateczne ciosy dla naszego oponenta, po których pada na ring i mamy czas na przypięcie go i wygranie pojedynku. Fajny był także tryb „kariery(?)”, który oprowadzał nas po wszystkich wydarzeniach w ciągu roku wydarzających się w świecie WWE. To właśnie tam z czasem odblokowywało się kolejnych wrestlerów, które urozmaicało wszystkie pozostałe tryby, szczególnie mój ulubiony Royal Rumble. Gra była idealnym spadkobiercą PC-owego WWE Impact, które było jednak strasznie ograniczone i nie posiadało tyle zawartości, co w/w tytuł.

13. Prince of Persia: The Two Thrones (2005)

Od dawna miałem jakąś słabość do zjawiska posiadania swojego „alter-ego”, swojej złej strony, która będzie przeciwieństwem tego, co prezentujesz na co dzień. I takie są Dwa Trony, ostatnia część trylogii Piasków Czasu Księcia Persji, który jakoś nie podpasował mi podczas ogrywania go na Pegasusie, nie lubię gier, gdzie często trzeba zasuwać na tzw. „popierdolca”, a też gameplay w tamtej produkcji nie postarzał się w mojej opinii za dobrze. Wracając do części z 2005 roku nasz książę w wyniku kontaktu z jakimś starożytnym artefaktem dostaje znamię jak Jin Kazama z Tekkena na prawym ramieniu przez które od czasu do czasu nad jego ciałem i zyskuje on nowe metody poruszania się, a także eliminacji wrogów. Dodatkowo dochodzą skutki wydarzeń z Piasków Czasu i Duszy Wojownika. Sam książę w wyniku wydarzeń wydoroślał i dorósł, nie był już tylko prostą kalką Alladyna, czy innego bohatera baśni 1000 i jednej nocy. Opowieść nabrała mrocznego charakteru, co widać po często bardzo brutalnych zabójstwach przeciwników podczas walki, szczególnie będąc alter-ego księcia. Ulepszono system walki, który sprawił, że walki przestały przypominać masowy gangbang, co było niezwykle denerwujące w Piaskach Czasu. Ale sama seria nie byłaby sobą bez swojej akrobatyczno-platformowej otoczki, którą osobiście uwielbiam. To bieganie po ścianach i skakanie po półkach zawsze mnie jarało i przyjemniej robi mi się to w Księciu, niż w spadkobiercy – Assassin’s Creed. Ogólnie bardziej podobała mi się przez to ta mroczna część bohatera, z łańcuchami, które wprowadzały nowe elementy do w/w aktywności. Denerwował mnie jedynie w tej postaci fakt, gdyż tam z czasem życie naszego bohatera spada, a podleczyć można się tylko mordując kolejne zastępy przeciwników. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że niszczenie skrzyń i innych pierdół też zwraca nam trochę zdrowia, prawdopodobnie ta gra byłaby już przeze mnie ukończona, a jak na razie czeka na swoją kolej, kiedyś.

12. NBA 2K11 (2010)

Koszykówka, jedna z wielu dziedzin sportowych, które mnie zawsze fascynowały, ale z prawdziwą grą już bywało słabo, głównie z powodu braku talentu, zaangażowania i wzrostu, ale od czego są gry wideo i jeśli chodzi o tą dyscyplinę sportu, to do głowy przychodzi mi tylko jeden tytuł – NBA 2K11. Rozgrywka tam była niezwykle prosta i w sumie nie ma co głupiemu tłumaczyć, o co w koszykówce chodzi. Dla mnie jednak była to pierwsza dłuższa przygoda z grą wideo opisującą inny sport niż piłka nożna, co dla typowego człowieka może być dziwne, ale ja byłem bardzo zdziwiony, jak skomplikowana i złożona to jest gra – obrona strefowa, zakładanie zasłon, rzucanie osobistych. Wszystko w akompaniamencie bardzo charyzmatycznego komentarza Kevina Harlana i Clarka Kellogga, którzy nadają podczas meczu niesamowitą atmosferę. Do tego wybór dowolnej drużyny z draftu i rozgrywanie nią sezonów, jak w FIFIE, gdzie wśród zawodników figurował nasz polak rodak Marcin Gortat, który niestety nie doczekał się w tej wersji komentarza. Ale całą esencją tej gry jest miodny gameplay, który tworzy z tej gry pozycję bardzo grywalną, nawet nie dla fanów tego sportu. Uwielbiam stosowanie taktyk i przedzieranie się przez obronę rywala tylko po to, aby wykonać narzędzie ostatecznego ro5dolu – WSAD, który jest bardzo piękną formą zdobycia punktów dla swojej drużyny, szczególnie, gdy dodany został obrót, czy przełożenie pod nogą w locie. I to zawsze do tej gry udawałem się, gdy byłem niepocieszony po W-Fie, bo przynajmniej tam mogłem święcić swoje mały triumfy.

11. Resident Evil 4 (2004)

Z tą grą kojarzą mi się dość nieprzyjemne wspomnienia, gdyż przy pierwszym odpaleniu znienawidziłem ją z powodu debilnego sterowania i dość strasznego klimatu. No bo wyobraźcie sobie mnie siedzącego te kilka lat temu przed konsolą patrzącego na głównego bohatera, który chodzi z kołkiem w dupie i jest atakowany przez jakiś dziwnym rednecków. Gra dość szybko zniknęła z czytnika PS2, lecz postanowiłem po kilku latach zmierzyć się ponownie z tym tytułem. I naprawdę było ciężko, bo kontrolowanie Leona jest naprawdę dziwne, celuje się przy pomocy R1, a strzela X-em. WHAT WERE THEY THINKING? Ale gdy przejdziemy przez tą barierę mamy do czynienia z bardzo dojrzałą opowieścią, w której musimy uratować córkę prezydenta, która jest przetrzymywana w wiosce na jakimś pustkowiu. Problemem w tej produkcji był dla mnie fakt, że nigdy nie wiedziałem, gdzie iść, szczególnie, gdy trafiałem na dwie ścieżki, które prowadzą do dwóch różnych miejsc. Ale sama walka i ten element przetrwania i oszczędzania amunicji był całkiem fajnie pomyślany, na początku ważną umiejętnością była nauka walki nożem lub wykorzystywania różnych elementów otoczenia do walki, szczególnie w późnych elementach, gdy w miejscach głowy niektórym wieśniakom zaczną wyrastać ostrza, do których lepiej się nie zbliżać. Dodatkowo te klimatyczne walki z bossami, gdzie każdy typowo ma swoje słabe punkty, które trzeba wykorzystywać. I te memy z Leonem jedzącym każde zielone ziele, które przejdzie przez jego ręce. To tworzy naprawdę ciekawą pozycję, której kiedyś może podejmę się znowu.

10. Need For Speed: Most Wanted (2005)

Przez wielu nazywana najlepszą grą z serii i osobiście pewnie mógłbym się zgodzić, ale przepraszam, dla mnie lepszy i bardziej klimatyczny był pierwszy Underground, szczególnie, że to w niego nagrałem się najwięcej, bo MW nie chodził u mnie tak dobrze i pierwszy raz ukończyłem go na PS2. Zatem witamy w Rockport, mieście w którym kobiety noszą skąpe topy, a wszystkie pojedynki rozstrzyga się tylko w jeden sposób, wiadomo jaki. Fabuła jest tutaj tak znana, że chyba nie trzeba się na jej temat w ogóle wypowiadać, trzeba po prostu wygrywać z każdym, kto stanie nam na drodze w wirtualnym mieście. Do użytku dostało się tyle nowych samochodów względem dwóch wcześniejszych instancji, szczególnie mój ulubiony Dodge Viper SRT10, chociaż moim pierwszym wyborem zwykle był Lexus IS300, głównie przez to, że na Golfa nie miałem kasy. Tuning w tej edycji trochę zbiedniał w porównaniu do poprzednika, chociaż ja nigdy nie lubiłem U2 z powodu nakazu zainstalowania jakiś pierdół, które użyć można było ewentualnie w tych zdjęciach do magazynów. W Most Wanted dostajemy dość małą ilość komponentów do naszego samochodu, ale wystarczającą dla każdego, przecież i tak głównie liczą się osiągi naszego auta. To tutaj po raz pierwszy od rewolucji w serii wprowadzono pościgi policyjne, które naprawdę dodawały do gry dużo smaczków, większy sens miała fabuła, gdzie oprócz pokazana się w starciach z innymi kierowcami musieliśmy wykazać się także zdolnością nawigowania po mieście i spełniania różnych celów podczas wyścigu, które dawały nam tzw. Notowania. I nie można zapomnieć o zapadającej w pamięć ścieżce dźwiękowej, gdzie królował Nine Thou, czy inny Hand of Blood. I mam nadzieję, że gdy ewentualnie będę miał samochód i odpalone radio to żaden z tych utworów się nie odtworzy, bo może skończyć się to naprawdę niedobrze…

9. Call of Duty 2: Big Red One (2005)

Opowiada historię o żołnierzach z 1. Dywizji Piechoty, ale także pokazuje potencjał czarnulki do tego typu gier, bo warto wspomnieć, że w tym samym roku wyszła 2 część cyklu Call of Duty, przez którą większości graczy pospadały kapcie. Sam podtytuł sugeruje jednak, że jest to gra z własną historią i pomysłem na siebie, bo w porównaniu do poprzednich części tutaj od początku do końca wcielamy się w członka oddziału, który infiltruje z czasem różne lokacje na świecie. Gra rozpoczyna się w Afryce, gdzie przyjdzie stanąć nam do walki z oddziałami generała Rommla, zaszturmujemy Sycylię w operacji Husky, a cała akcja zakończy się przekroczeniem linii Zygfryda, która otworzy nam drzwi na Berlin. Samo zastosowanie jednej kampanii wyszło grze na dobrze, bo naprawdę da się przywiązać do swoich towarzyszy broni, gdzie każdy ma swój charakter i osobowość oraz fakt, że wiele głosów zostało tutaj podstawionych przez aktorów z serialu Kompania Braci, co nadaje niezwykły klimat całej rozgrywce. Bardzo podoba mi się też fakt, że użyto w tej edycji apteczek, które wyśrubowują trochę poziom trudności, ale według mnie lepsze jest to niż samoregeneracja jak w części na PC (W ogóle wyobrażacie sobie taką wojnę, w której żołnierze mieliby takie umiejętności?). Jest tu także kilka unikalnych broni, bo do dyspozycji są także karabiny francuskie, czy włoskie, więc jak ktoś nie lubi Thompsona czy MP40 to można pobawić się czymś innym. Oprócz chodzenia w butach żołnierza dane będzie nam także wsiąść za stery amerykańskiego Stuarta, czy niemieckiego Panzera IV. Dodano jest także kilka oskryptowanych wydarzeń, które dodają filmowości. Wszystko to złożone do kupy dawało grę, przy której nie jeden wieczór zleciał jak z bicz strzelił.

8. The Godfather (2006)

Z tą grą kojarzy mi się zawsze jedno wydarzenie – niedoczytywanie mapy. Wszystko z powodu porysowanej płyty na której znajdowała się gra, co sprawiało że przejście jakiejkolwiek misji w niektórych przypadkach powodowało długie czasy doczytywania, gdy gra w ślimaczym tempie próbowała dorysować kilka metrów przed nami i wyrwać nas z tego letargu w który wpadliśmy. Z drugiej strony jednak była to jedna z najlepszych gier GTA-podobnych na jaką można trafić. Sama fabuła też nie była taka zła, bo przeplatała się z wydarzeniami z książki/filmu i często lądowaliśmy w środku akcji – to my zawoziliśmy rannego Vito Corleone do szpitala, to my podkładaliśmy Michaelowi broń w toalecie restauracji. Z każdym zadaniem widać rosnącą coraz bardziej naszą pozycję w rodzinie, ale także Nowym Jorku. Wszystko podsyte także smaczkami, które nie występowały w produkcji Rockstara np. system chowania się przy ścianie i innych gładkich powierzchniach. Dodatkowo system zdobywania interesów, a co za tym idzie – manipulacja właścicielami, żeby zapłacili jak najwięcej, czy system modyfikacji broni, który pozwalał ulepszać każdą z dostępnych w grze broni, który ułatwiał grę, ale także pozwalał z mało lubianych broni robić bardzo dobre maszynki do zabijania. Jednym z problemem gry był bardzo mała różnorodność pojazdów, bo w grze jest ich jakoś 6, co jest liczbą bardzo małą patrząc na fakt, że do dyspozycji dostajemy bardzo duże miasto. Fajnym smaczkiem były także zlecenia morderstw „grubych ryb” w konkurencyjnych rodzinach, gdzie przy większości, żeby otrzymać więcej pieniędzy musimy zabić w konkretny, często niekonwencjonalny sposób np. wrzucić go do komina, czy z dachu. Moim ulubionym zajęciem w tej grze było zdobywanie interesów i patrzenie, jak mapa zmienia się pod wpływem naszych działań – odbijanie melin, magazynów, czy posiadłości Rodzin – to właśnie sprawia, że ta gra jest taka miodna i mam do niej taki sentyment.

7. Shadow of Rome (2005)

Jest źródłem słodko-gorzkich wspomnień. Główną otoczkę stanowi tutaj dość ważne wydarzenie w historii Starożytnego Rzymu – zamordowanie Juliusza Cezara w 44 r.p.n.e. W grze wcielamy się łącznie w dwóch przyjaciół – Oktawiana i Aggrippę, pierwszy z nich jest bratankiem zamordowanego, który przeprowadza dochodzenie w w/w sprawie. Aggrippa to jest początkowo rzymskim legionistą, lecz z czasem staje się gladiatorem w wyniku spisku uknutego przez spiskowców. Grę osobiście można podzielić na dwie dość odmienne gry. Z jednej strony sterujemy Oktawianem, podczas której gra zamienia się w typową skradankę, gdzie musimy się ukrywać przed legionistami(L) i innymi ludźmi i każdym etapem wiemy coraz więcej o spisku wokół morderstwa. Te etapy pamiętam na samym początku gry bardzo mnie odrzuciły, bo nigdy nie lubiłem tego typu etapów, bo giniesz w ciągu sekundy i cały, często długi etap musisz powtarzać od nowa. O wiele więcej mogę opowiedzieć o drugiej części gry w której sterujemy gladiatorem Aggrippą, które były typową nawalanką z innymi gladiatorami na często wymyślonych zasadach i różnych trybach, od klasycznego pojedynku z tuzinami przeciwników przez te z dzikimi bestiami aż do trybów w którym mieliśmy pokonać więcej niż konkurent. A sposobów likwidacji było multum przy pomocy różnych rodzai broni – od miażdżenia głów po obcinanie rąk, czy w końcu głowy – posoka leje się przez cały czas i to jest chyba to, co dzieciaki w moim wieku lubiły najbardziej.

6. FlatOut 2 (2006)

To kolejna gra z typu ‘nie mogę zagrać na komputerze, to sobie ogram na PS2’ oraz gier ogrywanych u kolegów. I gdy w końcu na własnej skórze mogłem bez ingerencji kolegów zagrać w ten tytuł przekonałem się, jakie to dobre. To bardzo dobre wyścigi z nutką wielkiego roz5dolu, który może się tam zadziać, gdy spróbujemy twardo porywalizować z przeciwnikami i poniszczyć się nawzajem. A nawet nasi przeciwnicy dostali tutaj trochę charakteru, gdyż wykreowano 7 oponentów, którzy będą mierzyć się z nami w każdych zawodach, przy czym każdy specjalizuje się w innych typach rozgrywki – jedni miażdżą wszystkich w Derby, inni prześcigają resztę w normalnych wyścigach. A te wyścigi to piękna sprawa, że chętnie spróbowałbym tej rozgrywki na kierownicy, bo w sumie granie na analogach nie potrafi tak dobrze oddać tych wszystkich niuansów. Trasy, mimo że są kompletnie wymyślone to sprawiają wrażenie bardzo dobre i klimatyczne, do dziś moją ulubioną jest ta w której ni z gruchy czy pietruchy przejeżdżamy przez środek centrum handlowego niszcząc przy tym każdą ławeczkę czy kwiatek. To właśnie ta miodność rozgrywki sprawia, że w FlatOut 2 gra się tak niezwykle przyjemnie. Wszystko dodatkowo podsyte innymi trybami rozgrywki, w których prym wiodą zawody polegają na zabawę system wystrzeliwania naszego kierowcy przez przednią szybę – pogramy tak sobie w Rzutki, czy Skok Wzwyż, ale także poniszczymy się bardziej na Derbach, czy fikuśnych torach w kształcie 8semki, czy ślimaka. Wszystko zwięczone genialną ścieżką dźwiękową porównywalną do tej z najlepszych części serii Need For Speed.

5. FIFA 14 (2013)

Czyli najlepsza możliwa wersja na silniku FIFY 07. Jako że PS2 sprzedawało się nieźle to nawet w czasach siódmej generacji dostawało najnowsze wersje FIFY, które coraz bardziej odbiegały od wersji na młodszą generację. Ostatnią była właśnie 14 i w czasie zakupu PS2 była ona nawet najnowszą odsłoną serii, także lakonicznie można się śmiać, że w końcu miałem jakąś nową grę. Rozgrywka jest równie drewniana co w poprzednich częściach cyklu, ale przy tym niezwykle prosta, bo żeby wykonać pressing, by odebrać piłkę, naciskasz guzior, a zawodnik od razu rusza do ataku na przeciwnika. Podania są niezwykle nijakie, wykonanie jakiegokolwiek prostopadłego to dobra droga do straty piłki, ale cała otoczka była niezwykle fajna. Sezon 13/14 to pierwszy sezon BBC w Realu, czy Neymara w Barcelonie. Ale FIFA nie byłaby tak uwielbianą przeze mnie grą, gdyby nie tryb menedżerski, który i tutaj znajduje się w pełnej okazałości żywcem wzięty z 07 i drobnymi łatkami w postaci Punktów Sławy Menedżera i rosnącego stopnia okazałości. To właśnie tutaj rozegrałem swoją najlepszą karierę w życiu podnosząc spadkowicza Championship – Yeovil Town w trzy lata do najwyższej klasy rozgrywkowej i niedługo potem z drużyny półtora-gwiazdkowej drużynę pięciogwiazdkową, gdzie podpisywałem kontrakty z młodymi wtedy takimi gwiazdami jak Griezmann, Pogba, czy Lewandowski. Problemem w tym wypadku był jednak fakt, że często wiele drużyn nie wykonywało żadnych ruchów na rynku, przez co nie mogli oni sprzedawać swoich zawodników, gdyż brakowało im kadry. Jednakże były to małe detale, które rzadko wpływały na grę przez co FIFA 14 w wersji na czarnulkę mówiąc po piterusowemu jest w jakimś ścisłym TOP najlepszy gier z serii FIFA w ogólności.

4. Grand Theft Auto: Vice City Stories (2007)

Ta gra jest niezwykle historyczna, bo była pierwszą, którą nakarmiłem system odtwarzania gier z pendrive’a i jedną z pozycji dla której kupiłem wielokrotnie wspominaną konsolę. W momencie zakupu byłem wniebowzięty, ponieważ uważałem wtedy Grand Theft Auto za serię sprawiającą najwięcej frajdy i zawsze ciepło wrzucić się w wir kolejnej przygody, zwłaszcza, że jest to Vice City, czyli jedno z moich ulubionych miast. Przechodziło się kolejne misje niezwykle fajnie, bo było do czego postrzelać i nie brakowało humoru. Ogrywając po latach jednak zastanawiam się dlaczego, bo teraz, gdy nie mam takiej fazy na gry z uniwersum GTA to VCS wydaje mi się strasznie słabiutki, bardziej taki zestaw misji do VC, ale po kolei: po pierwsze primo, fabuła w tej grze jest niezwykle drętwa, bo Victor wstępuje do wojska, żeby mieć hajs na leki dla swojego chorego brata, lecz szybko zostaje wy5dolony z powodu postaci do której od początku nie mamy szacunku plus dodatkowo przewija się tam Lance Vance, czyli jedna z bardziej nielubianych przeze mnie postaci w całej serii. Z fajnych smaczków to Vic potrafi pływać, co prawda przez tylko kilka chwil, ale po zrobieniu pewnej misji staje się to nieograniczone, wprowadzono kupowanie interesów, ale zamiast unikalnych interesów wprowadzono możliwość budowania jednego z kilku predefiniowanych typów tych budynków. Samego klimatu w tej grze w ogóle prawie nie czuć, chociaż miło wspomina się koncert Phila Collinsa, przejazd ciężarówką wojskową do Fortu Baxter z początku gry, czy nawet jingiel z menu gry, który wpada w ucho jak w sumie każdy motyw przewodni z tej serii. Jednak mimo tych wszystkich wad, które odkryłem przechodząc ją po raz kolejny nie mogę jej zarzucić braku nostalgii czy wspomnień z tamtego momentu, gdy wracałem w piątek do domu, odrabiałem lekcje na następny tydzień i wieczorem dawałem się ponieść tym wszystkim emocjom związanym z ogrywaniem tej gry.

Na dziś starczy tego dobrego. Do omówienia została mi nostalgiczna Święta Trójca oraz kilkanaście gier, które z najróżniejszych przyczyn nie znalazły się na tej liście, a należy poświęcić im dwa słowa. Dobra, dwa zdania. Lepiej – poświęcić im nieco uwagi. Chciałbym zachęcić także do dzielenia się wspominkami z omawianymi wyżej tytułami, ale także swoimi własnymi. Nie zatrzymuję was dłużej, niech moc będzie z wami.


Maraton PS2 [1/3] – Historia i wspominki

Pierwsze PlayStation zrodziło się niemalże znikąd, koncepcyjnie będąc na początku jedynie przystawką mająca na celu umożliwiać SNESowi odpalanie gier z nowych wtedy płyt kompakowych. Los chciał, że współpraca Nintendo i Sony została zerwana, a ci drudzy nie porzucili prac nad tą zabawką, która ostatecznie okazała się czarną owcą piątej generacji konsol, gdzie dosłownie pozamiatała Saturna i Nintendo 64. Dla wielu ludzi stała się także pierwszym odtwarzaczem płyt kompaktowych, gdyż taką funkcję zaimplementowano w szaraczku, jako chęć zrobienia z niej czegoś więcej niż tylko kawałku plastiku do postawienia pod telewizorem. Graczy przyciągało bardzo dobrze wspierane 3D, a także wiele ekskluzywnych gier takich jak Tekken 3, Gran Turismo czy Medal of Honor. Wszystkie te cechy pozwoliły mu stanąć na wyżynie swoich ery z wynikiem 102 milionów sprzedanych egzemplarzy. Konkurencja jednak nie będzie siedzieć z założonymi rękami, kiedy sprzed nosa zabierany jest im kawałek tego konsolowego tortu. Pierwsze przecieki o następcy kultowego szaraczka zaczęły dobiegać już w 1997 roku, a PlayStation2 trafiło do sklepów w marcu 2000 roku, niemal z miejsca stając się najgorętszym sprzętem na rynku. W nadchodzącej serii wpisów na Wrzosowisku chciałbym oddać hołd kultowej Czarnulce i jej bogatej bibliotece gier, gdzie wiele z nich ukształtowało mnie jako gracza.

PlayStation2 było moją pierwszą własną konsolą do gier, a więc co za tym idzie był to pierwszy sprzęt do grania nad którym miałem pełną władzę i to ja rozdawałem karty. Sprzęt dorwałem niestety na lata po okresie świetności dlatego nie ma co się rozwodzić, jak to nie czekałem na premiery gry na nią, bo już wtedy byłem po premierze ostatniej gry na ten sprzęt. Nie powiem jednak, że żałuję, że w takim momencie zdecydowałem się na taki ruch, od urodzenia niemal zawsze z grami byłem tak z jedną, dwie, maks trzy generacje do tyłu. Kiedy ludzie ogrywali swoje własne czarnulki, ja co najwyżej skakałem Mario na głowy żółwi, kiedy premierę miało PS3, ja dopiero jeździłem Viperem na Laguna Seca w GT2, zatem kiedy ja w końcu dorwałem własną czarnulkę, ludzie zagrywać się mogli już na PS4, które premierę miało kilka miesięcy wcześniej.

Pierwsze poważniejsze styknięcie z PS2 miałem podczas mody kupowania jako prezenty tej konsoli. Normalnie niemal każdy kolega lub dalszy młodszy członek rodziny był bombardowany przez swoich rodziców konsolą w wersji Slim z dodatkowym pakietem gier w edycji Platinum, która wtedy zaczęła być wydawana, jako ostatni zastrzyk dla powoli dogorywającego urządzenia. A we mnie coś zgrzytnęło, bo po raz pierwszy ujrzałem konsolę na której widać graficznie ulepszone sequele gier z pierwszego PlayStation. Widok Tekkena 5 wbił mi się wtedy w pamięć niczym walka Asha z Clair z pewnego odcinka Pokemonów.

Z czasem jednak stanąłem przed dylematem – brak nowych tytułów wynikający ze słabych bebechach mojego ówczesnego komputera, który był tak słaby, że nawet z GTA SA miewał problemy o jakimś Carbonie nie wspominając. Na PS2 ukazało się trochę portów gier, które na moim komputerze nie miały powodzenia nawet uruchomić się, a co dopiero działać jak należy. Pamiętam jednak nie przyjęło się to z aprobatą mojego starszego brata, czy dobrego znajomego, którzy zgodnym chórem mówili ‘Panie, po co ci ten badziew. Pozbieraj trochę i kupisz sobie PS3, a tam takie giereczki, że łohoho!’. Jednak ja jak to ja się nie posłuchałem, bo zacząłem już wtedy na aukcjach szukać używanych czarnulek, gdzie ważnym elementem stała się karta z wgranym na nią oprogramowaniem do odpalania ‘kopii zapasowych’. Nie chciałem popełnić tego samego błędu, co dwa lata wcześniej przy zakupie GameBoya Advance, gdzie po kilku dniach zacząłem nudzić się z powodu braku gier poza tymi dołączonymi przez sprzedającego. Tak oto niemal po kilku dniach pod koniec lutego 2014 roku trafiła do mnie konsola PlayStation2 w wersji FAT, z pełnym okablowaniem, jednym padem i grą – Hitman: Contracts w języku niemieckim. Dosiadłem się więc do PS2ójkowego pociągu już po oficjalnym końcu produkcji tej konsoli zakończonej na przełomie 12/13. Pamiętam jak dziś podpinanie tego cudeńka do 15 calowego telewizorka, który wówczas stał w moim pokoju, wszystko działało jak marzenie, od razu na tę okazję pobrałem GTA Vice City Stories oraz Need For Speed Carbon jako pierwsze gry do przetestowania systemu wgranego na kartę pamięci – FreeMCBoot, który pozwalał odpalać gry z pamięci przenośnej.

Kilka nowości czarnulka wprowadzała, m.in. pady dołączane do konsoli, mimo że niemal stuprocentowo zerżnięte od szaraczka, to posiadały pewną nową funkcję tzn. analogowe przyciski, czyli takie reagujące odpowiednio na stopień wciśnięcia przez grającego oferujące uczucie precyzji przydatne np. w grach wyścigowych. Problemem jednakże tej konsoli był fakt, że nie oferowała możliwości zagrania po sieci, a wyszła w czasach, gdzie w czy to amerykańskich, czy polskich domach zaczął gościć już stabilny internet. Możliwość gry po sieci dawał wydany w 2002 roku Network Adapter rozszerzający konsolę o porty Ethernetowe i Modeme, który był o wiele prymitywniejszy niż usługa XBOX Online, która udostępniona została na pierwszej konsoli Microsoftu. Dodatkowo ten gadżet posiadacz wersji FAT musiał sobie dokupić, chyba że miał wersję Slim, w której Network Adapter był wbudowany fabrycznie. Cała jednak odpowiedzialność, żeby gry obsługiwały to ustrojstwo spadła na programistów, bo Sony nigdy nie wprowadziło usługi podobnej do tej na XBOXie, także granie po sieci na PS2 było jedną wielką niszą. Kolejnym fajnym zabiegiem była wsteczna kompatybilność ze swoim starszym bratem, bo PS2 mogło odtworzyć wszystkie lub niemal wszystkie gry na pierwsze PlayStation, a dodatkowo obsługiwało karty pamięci i kontrolery z tamtej konsoli. Warto także wspomnieć, że czarnulka kontynuując politykę firmy Sony, oprócz bycia konsolą do gier była dla wielu także pierwszym dla wielu odtwarzaczem płyt DVD, które stawały się popularne na początku XXI wieku. Ja osobiście nigdy nie byłem fanem tego formatu, bo zawsze denerwowały mnie niepotrzebne menusy przez które się trzeba przebijać, żeby obejrzeć film.

Według mnie największą zaletą PS2 jest fakt, że na tę konsolę są po prostu zajebiste gry. Tytułem przełomowym dla mnie było GTA Vice City Stories, które miałem okazję trochę ograć pół roku wcześniej na PSP znajomego, które koniec końców miałem kupić, lecz w wyniku pewnych komplikacji tak się nie stało, więc szukałem sposobu też na ukończenie tej gry, gdyż ewidentnie miałem wtedy fazę na gry od Rockstara. Emulator na komputerze odpadał, bo raczej nie chodziłoby to w znośnym klatkarzu, więc pozostawało tylko PS2. Sama gra mechanicznie znajdowała się gdzieś pomiędzy San Andreas i Liberty City Stories, bo niby Vic potrafił pływać, ale tylko przez kilkanaście sekund zanim nie utonął, ale koniec końców uważam ją za jedną z lepszych części z serii, bo samo przejmowanie interesów przypominało mi trochę Ojca Chrzestnego (chociaż więcej ołowiu, niż negocjacji), a historia domykała mi kilka wątków zakończonych w Vice City. Na GTA się nie skończyło dlatego dla mnie konsola wywołuje pewną młodzieńczą nostalgię, bo mogłem na niej przeżyć to, co bogatsze koledzy kilka lat wcześniej, kiedy byłem jedynie obserwatorem ich działań w tych grach. Pamiętam jakby to było wczoraj – będąc w gimnazjum wracałem po południu do domu, chwilę odpoczywałem po czym brałem się za lekcje i odrabiałem wszystko, co mogłem, żeby potem móc od piątkowego wieczoru i przez kolejne dwa dni móc grać na mojej własnej konsoli w GTA, FIFĘ, czy NFS. Jeśli ktoś nie rozumie czemu tak podniecam sprzętem, który już legalnie może kupić sobie alkohol to współczuję(?). Oczywiście wszystkie te elementy nie miałyby sensu bez dobrego doboru gier, bo w takim wypadku konsola maksymalnie po kilku miesiącach zbierałaby kurz. Co prawda zdarzało mi się wracać i odstawiać PS2 na trochę np. pod wpływem LU-DM, ale zawsze co jakiś czas magia tej konsoli namawiała mnie do zasiądnięcia po raz kolejny i zagrania w te klasyki. Pewne dlatego czarnulka jest tak bliska mojemu sercu, jak wcześniej wszelkiego rodzaju Pegasusy.

Wielu ludzi potrafi z perspektywy czasu hejtować PS2 i narzekać, jakie to koszmarne porty PC-owych gier potrafiły wychodzić na tę konsolę np. NFS Carbon, gdzie podczas wojny drużynowych do pojedynku z nami staje tylko dwóch oponentów, gdzie na PC było ich aż 6-ciu. Czy zmiażdżony w wielu recenzjach port Splinter Cell: Chaos Theory, który był lata świetlne za swoim odpowiednikiem na PieCu. Niestety PS2, jest jedną z najsłabszym konsol swojej generacji, jeśli chodzi o specyfikację, GameCube i XBOX biły ją na głowę w niemal każdym aspekcie, a wiele serii ukazało się na tej konsoli co najwyżej z jakimiś spin-offami będącymi o klasę niżej grami, niż oryginały. Ale osobiście mi to nie przeszkadza, bo jak wiecie wcześniej pojedynki ze słabą grafiką miałem już we krwi po latach doświadczeń. A każdy biedniejszy port, czy spin-off był dla mnie okazją do zapoznania się z czymś nowym i możliwościami mojej konsoli. Takie wydane w 2005 CoD 2:Big Red One, uważam za bardzą dobrą grę, mimo że sporo jest brakuje do CoDa 2. Na obronę PS2 mogę jedynie dodać, że porty GTA3, VC i SA w moim mniemaniu wyglądają lepiej na czarnulce niż na PeCecie, bo jakieś takie lepsze oświetlenie i przyjemniejsze dla oka. Nigdy nie odczułem jednak, że czegoś na tej konsoli mi brakuje, wyszło wiele części NFS czy GT4, jeśli chciałem się pościgać, jeśli chciałem dobrego RPG to miałem Final Fantasy. Trochę ominęło mnie katowanie God of Wara, ale to głównie z faktu, że wszelkie edycje tej gry kraszują się w pewnym miejscu w wyniku zbyt wolnego wczytania pamięci z USB (USB 1.1 :<). Przez to ograniczenie ominęło mnie także kilka innych gier m.in. Tekken Tag Tournament, Half-Life, czy Battlefield2: Modern Combat, ale będąc już starszym myślę, że i na nie przyjdzie czas, oczywiście w wersji pudełkowej.

Czasy szóstej generacji konsol to także wielkie narodziny gier z otwartym światem, gdzie pojawiło się wiele konkurentów dla już wtedy popularnej marki Grand Theft Auto oferujący wielkie miasta, strzelaniny i rozwałkę np. True Crime czy DRIV3R, jednakże wiele z nich nie mogło równać się z produkcjami mistrzów. Pod koniec życia PS2 wychodziło też sporo gier stawiających na niszczenie otoczenia m.in. Just Cause czy Mercanaries, a do tego FlatOut2, czy BurnOut3. Dzięki takim zabiegom wiele gier zostało wzbogaconych o imersję. Jedną z ważniejszych premier tamtego czasu była ostatnia gra wydana na PS2 – we września 2013 roku FIFA 14, dzięki czemu przez chwilę mogłem poczuć wrażenie, że gram w coś zupełnie nowego, bo mam aktualne składy z tymi w rzeczywistości (chociaż w sumie już było zimowe okienko transferowe). FIFĘ tą uważam za najlepszą wersję 07 na tą konsolę, wiele mechanik zostało rozbudowanych o te pojawiające się na PS3, a także mnogości licencji, gdzie nawet każdy klub z Ekstraklasy miał swoje własne licencjonowane stroje. O tej jednak chciałbym opowiedzieć w kolejnej części tego maratonu.

Według mnie PS2 trafiła do mnie w idealnym dla siebie czasie, bo był to okres przejściowy pomiędzy starszymi grami na starym komputerze, a tymi nowymi na laptopie, który otrzymałem w końcówce 2016 roku. Zapoznał mnie z grami, które na moim sprzęcie nie miały nadziei dobrze się uruchomić. PS2 było dobrze nastawione na wspólne kanapowe granie, jednak osobiście nigdy nie miałem większego etapu w którym grywałem z kimś w ten sposób, bo skończyło się na kilku partyjkach z kolegą w LEGO Indiana Jones, czy ten padaczny tryb wieloosobowy dla GTA SA. Niemożna jednak odmówić tej konsoli miejsca w świadomości graczy, gdzie do dzisiejszego momentu żadnej konsoli nie udało się pobić rekordu sprzedaży wynoszącego 155 milionów sztuk. Zebrane razem Dreamcasty, XBOXy i Gamecuby razem zgromadziły ledwo powyżej 1/3 tego wyniku.

Rozważania o PS2 nie byłyby kompletne, gdyby nie zawierały listy najlepiej wspominanych przeze mnie tytułów. Uzbierałem takich.. 15, więc pozwolę sobie z nich sklecić osobną notkę. Mimo początkowych obaw PS2 kupiona przeze mnie w lutym 2014 służy mi do dziś i bezawaryjnie służy mi do dnia dzisiejszego, jedynie pad dołączony przez poprzedniego właściciela posiada już kilka przycisków niedziałających, ale zdążyłem zaopatrzyć się już w zamiennik. Przeciorałem na tej konsoli kilka tysięcy godzin i osobiście uważam pady do tej konsoli za jeden z najlepszych designów ostatnich lat. Sprzeciwy proszę w komentarzach :).

Wbrew temu co mógłby sugerować zakup jeszcze nie ukończyłem dołączonego do zestawu Hitmana, bo jest to gra niezwykle trudna do ukończenia i wielce precyzyjna, siadłem w ostatnie wakacje do niej, lecz udało mi się ukończyć jedynie 2/3 całej gry, lecz na pewno kiedyś ta twierdza polegnie. Do mojego „bogatego” zestawu gier należą jeszcze GTA3 kupione przeze mnie w sierpniu 2015, ukończone na 100% jakoś w styczniu, Shadow of Rome z stycznia 2016, ukończone po kilku tygodniach oraz GTA Vice City zakupione we wrześniu 2016, ukończone w lutym 2017. Jak widać moja kolekcja gier nie jest wielka, lecz każdy nowy tytuł próbuję ukończyć na 100%, żeby jak najlepiej oddać się rozgrywce każdej gry.

Oficjalna historia PS2 zakończyła się na przełomie 2012 i 2013 roku, kiedy to Sony oficjalnie wstrzymało produkcję urządzenia, chociaż śmiało można rzec, że ten system umarł śmiercią kliniczną już kilka lat wcześniej. Wielu ludzi uważa już ją oficjalnie za konsolę retro, głównie przez swoje 19 lat na karku. Ostatnią grą wydaną na urządzenie jest FIFA 14 z września 2013, chociaż wielu za prawdziwą ostatnią grę podaje tutaj God of War 2 z lutego 2007. PS2 dla mnie to nie tylko konsola, to motor do przeszłości, do stania się kolekcjonerem retro konsol i gier. To na tej konsoli poczułem pełną wczuwę w historie opowiadane przez gry (co zbiegło się z powolną nauką języka angielskiego), kolejnych misjach, czy zwrotach akcji myślałem podczas nudnych lekcji w szkole. Przy tej konsoli utopiłem sporo godzin przy FIFIE, GTA, NFSach, czy innych dla mnie nostalgicznych grach. O tych chciałbym wam jednak opowiedzieć w kolejnej części tego maratonu, gdzie przedstawię 15 gier wokół których łezka sama kręci mi się w oku, oraz wspomnę o kilku, które się nie załapały.

W tym miejscu chciałbym zaprosić was do wyrażania swoich wspomnień i opinii o tej konsoli w komentarzach – graliście? Nie graliście? Dla was to już retro? Oldschool? Czy niewarte uwagi badziewie? Jaka by nie była odpowiedź to napiszcie mi proszę w komentarzu? A w międzyczasie wpadnijcie na wpisy moich co-redaktorów np. Piterusa, gdzie ostatnio autor napisał kilka fajnych słów o swojej dotychczasowej przygodzie w FUT, czy LU-DM Team, gdzie ostatnio zaczęliśmy się bawić z serwer na multiplejerze GTAIV. Tymczasem, niech moc będzie z wami i do zobaczenia.


Jak Niemiec zrobił najlepszy polski RPG, czyli wspomnienia i recenzja Gothic

W tym miejscu miała paść historia wielkiej wrogości pomiędzy Polakami, a Niemcami, jednak w wyniku może zbyt kontrowersyjnej treści postanowiłem zamienić ją na coś innego. Znacie zapewne Wiedźmina, który głównie po premierze trzeciej części w 2015 roku stał się jedną z największych chlub kraju nadwiślańskiego i nadaje mu się tytuł najlepszej gry RPG wszechczasów, lecz jednak według mnie ten tytuł należy się zupełnie innej produkcji, którą dzisiaj nazywać już chyba trzeba retro, która nakreśliła gatunek RPG setkom polskich graczy. Dzisiaj porozmawiamy o Gothicu, czyli jak to lubię sobie żartobliwie mówić „Najlepszej polskiej gry RPG stworzonej przez Niemców”. Zapraszam.

W świecie gry trwa wojna pomiędzy ludźmi, a orkami, którą dość łatwo zaczynają wygrywać zielone monstra. W wyniku tej sytuacji król Rhobar II potrzebuje wytworzenia dla jego ludzi broni z najlepszego możliwego tworzywa – magicznej rudy, której największe złoża znajdują się na terenie Górniczej Doliny na wyspie Khorinis. Tworzy się tam kolonia karna, gdzie bandyci zmuszani są do pracy w kopalniach tego kruszcu. Dodatkowo, aby się zabezpieczyć władca zleca swoim magom stworzenie magicznej bariery nad całą doliną, aby żaden z więźniów nie próbował uciec. Coś jednak nie idzie po myśli uczonych, a obszar działania magicznego więzienia zostaje niespodziewanie zwiększony pochłaniając magów i sporą część dalszych terenów. W wyniku zamieszania bandyci przejmują władzę w obozie, a król staje pod ścianą. Zawiera ugodę z więźniami w wyniku której będzie dostarczał im czegokolwiek sobie zażyczą, a on transportować będą mu magiczną rudę. I tak oto pewnego razu osądzony zostaje nasz bohater, który za swoje nieznane nam czyny zostaje wtrącony pod magiczną kopułę i skazany na wieczną harówkę w kopalni. Na swojej drodze gracz będzie miał możliwość dołączenia do trzech ścierających się ze sobą obozów i znalezienia sposobu na wyrwanie się spod ryzów magicznej bariery.

Gothic powstał jako dziecko trójki młodych programistów lubujących się w grach z serii Ultima, którzy zafascynowani grafiką 3D sami postanowili spróbować się w stworzeniu własnej gry opartej na własnym trójwymiarowym silniku. Sam koncept wielkiego więzienia zaczerpnięty został z filmu „Ucieczka z Nowego Jorku”, co łatwo można byłoby uzasadnić fabularnie. Warto nadmienić, że gra miała zawierać tryb wieloosobowy, gdzie nawet do 5 ludzi jednocześnie miałoby przechodzić fabułę i pomagać sobie nawzajem, lecz w końcowej fazie produkcji został on usunięty, prawdopodobnie z braku zasobów na ten aspekt.

Świat przedstawiony w grze jest dowodem geniuszu pomysłowości Michaela Hoge, który dostał za zadanie zagospodarowanie tak wielkiej przestrzeni. Kolonia to w większości tętniąca życiem metropolia kryjąca wiele indywiduów od złodziejaszkowatych Szkodników, po konsumpcyjnych magnatów Starego Obozu do ślepo zapatrzonych członków Sekty. Dodano dwa dość wielkie lasy mające być koszmarem dla odwiedzających ich niedoświadczonych graczy, gdzie większość potworów chętnie zjadłaby Bezimiennego na kolację. Z czasem jednak ze wzrostem umiejętności głównego bohatera zapuszczać się będziemy mogli do coraz bardziej niebezpiecznych terenów m.in. na ziemie Orków, do wieży Mgieł, czy Starej Fortecy. Świat Gothica jest tak różnorodny, co przedstawia również projekt potworów, od istniejących Wilków, czy Chrząszczy po przerośnięte Komary, zminiaturyzowane T-Rexy, czy krzyżówkę kreta ze szczurem(what?).

Mechanika gry niestety jest dzisiaj bardzo toporna, wszystko w większości przez spartolony model sterowania z myszką, gdzie do każdej akcji myszką nacisnąć trzeba dodatkowo jakiś przycisk na klawiaturze. To samo jest podczas handlu, gdzie sami musimy wybrać przedmiot, który chcemy kupić, a następnie wyrzucić na stół odpowiadającą mu ilość magicznej rudy, co przy przedmiotach wartych tysiące bryłek trwa zdecydowanie za długo. Dodatkowym grzechem są liczne kategorie przedmiotów, które trzeba podczas niektórych akcji przewijać, co znowu jest bardzo frustrujące. Na szczęście poprawione zostało to w drugiej części. Toporne dla niektórych może być też to, że walka ogranicza się do wydania kilku ciosów naszym rywalom ponieważ Bezi zawsze zadaje tyle samo obrażeń, nie ma tutaj mowy o obrażeniach krytycznych, czy dodatkowych, a wszystko zależy od siły bohatera i jego oręża. Durne jest także to, że nasz bohater nie potrafi biegać z prawdziwego zdarzenia, potrafi tylko truchtać, a biegać można tylko za pośrednictwem wypicia wcześniej mikstury. Fajnie byłoby, gdyby był pasek wytrzymałości, który wiadomo jakby działał. Ostatnim moim zarzutem wobec tej gry jest fakt, że sporą część rzeczy trzeba robić na czuja, a do tego niemal co kilka minut zapisywać, ponieważ po naszej śmierci zostajemy tylko z zapisem gry, nie ma odradzania się w jakimś miejscu, cały postęp od momentu zapisu zostaje utracony, co przy osobach zapominalskich może zdenerwować jeśli się przytrafi.

Jednak mi graczowi największą frajdę w Gothicu sprawia jak w rasowym RPGu wykonywanie kolejnych zadań popychających fabułę do przodu, które zostały nakreślone niezwykle spójnie i wszystkie twisty są szybko tłumaczone przez postacie niezależne, z którymi nasz bohater się zadaje. Uwielbiam przechodzenie początkowych zadań dających bezcenne punkty doświadczenia, które można spożytkować u nauczycieli na polepszenie statystyk. Misje o poparcie w Starym Obozie należą do jednych z moich ulubionych, szczególnie cieszyłem się, gdy po raz pierwszy przechodziłem go, gdy nie miałem jeszcze Internetu i sam musiałem rozkminiać np. jak dostać się do obozu na bagnie, gdy na drodze tyle niebezpiecznych na początku potworów, czy dostanie się przez niebezpieczny las do wnętrza kopalni. Dodatkową frajdę sprawia mi w Gothicu zwykłe pokonywanie potworów, które według mnie zostało zrobione o wiele lepiej niż w Wiedźminie, czy Morrowindzie. Czuć po prostu moc swojej postaci, która z czasem zapuszczać się może na coraz silniejsze potwory i do coraz to niebezpiecznych miejsc. Dodatkowo świetną robotę robi tutaj lokalizacja wykonana przez CD Projekt, która nadaje całkowity klimat całej produkcji, że można traktować ją niemal jak polską grę spod niemieckiej ręki. Wiele dialogów z serii stało się kultowymi, że sam nawet gdy nie mam go na komputerze lubię odpalić sobie składankę najlepszych rozmów jedne z moich ulubionych to „Nazywam się Diego”, albo „Przyszedłeś tu tylko, dlatego aby móc pocałować Gomeza w dupę.”. Nie wyobrażam sobie po takim ograniu polskiej wersji przysiąść na przykład do wersji amerykańskiej, bo doświadczenie mogło być całkowicie inne.

Ostatnią rzeczą o której warto wspomnieć jest szeroka społeczność Moderska pierwszego Gothica, która co raz okrasza nas ciekawymi modyfikacjami, często nawet spod polskiej ręki. Ja na przykład podczas ostatniego grania w tą produkcję skusiłem się na mod Mroczne Tajemnice mający pełnić tą samą funkcję, co Noc Kruka dla G2. I rzeczywiście czuć to, bo dodała ona wiele nowych obozów, zadań, postaci, a sam poziom trudności został niezwykle podniesiony, gdzie sam grając na najniższym stopniu trudności miałem problem w niektórych momentach, a boję się, co by się działo na najtrudniejszym. Osobiście nie podobał mi się słabo wykonany dubbing, ale nie oszukujmy się i nie oczekujmy cudów w takiej fanowskiej produkcji.

Gothic to jedna z najbardziej kultowych pozycji w Polsce i mimo że w tym roku legalnie będzie mogła kupić już sobie piwo w polskim sklepie to polecam ją serdecznie, bo mimo dość topornej rozgrywki potrafi naprawdę wciągnąć swoją fabułą, ciekawymi postaciami i światem i zapewnić rozgrywkę na kilkanaście dobrych godzin. Mimo że lubię naszego polskiego Wiedźmina to jednak według mnie produkcja Piranha Bytes nie ma sobie równych i w moim rankingu najlepszych RPG ląduje na drugim miejscu. Dlaczego drugim? Ponieważ kolejna część przygód Bezimiennego bohatera była jeszcze lepsza, a o niej w kolejnym odcinku.


Podsumowanie roku 2018 według Wrzosia/Kunia

Od jakiegoś czasu przymierzałem się do napisania czegoś w rodzaju podsumowania ubiegłego roku, opisania niektórych wydarzeń które mnie rozbawiły, czy wręcz przeciwnie, jednak widmo sesji wisiało nade mną jak jakieś homonto, więc obiecałem sobie, że zrobię to po tym wydarzeniu. Zatem zapraszam na podsumowanie 2018 roku i początku 2019 w życiu mojej osoby.

Styczeń
Sam rok nie rozpoczął się jakoś szczególnie dobrze, bo już niemal od razu po przyjściu z przerwy świątecznej dopadła mnie matura próbna, którą napisałem mówiąc krótko – do dupy i trochę mnie to zasmuciło, bo wiedziałem ile rzeczy mam jeszcze do nadrobienia. Akurat w tamtym roku w styczniu musiałem chodzić tylko przez półtora tygodnia, bo w mazowieckim ferie wypadły w tym roku jako pierwsze. Osobiście nie wspominam ich jakoś szczególnie dobrze, bo strasznie się upierdzielałem i też miałem przykrą sytuację, przez którą do dnia dzisiejszego nie chcę jeździć pojazdem czterokołowym. Z fajniejszych rzeczy był fakt, że przeszedłem kilka starych gier m.in. The Legend of Zelda z którego jestem szczególnie dumny oraz z poczciwego klasyka Conflict: Desert Storm. Całe apogeum ferii przelać się miało jednak w drugą sobotę, kiedy to odbywała się studniówka mojej szkoły i do dzisiaj się zastanawiam, jakim cudem dałem się na to namówić, bo jestem zupełnym przeciwnikiem takich imprez. Miałem nawet partnerkę, chociaż o niej można powiedzieć tyle, że więcej już jej nie widziałem po tej imprezie. xD W porządku było jednak to, że miałem sponsora i na samą 100dniówkę ani ja, ani moi rodzice nie wydali nic.

Luty & Marzec & Kwiecień
Kolejne trzy miesiące przelecą dość zbiorczo, ale to głównie z faktu, że miały one dużo ze sobą wspólnego – katowania matematyki i fizyki. Zdałem wtedy sobie nawet sprawę, że moim największym odpoczynkiem jest wtedy przyjście na lekcje do szkoły i robienie czegoś tam, bo po powrocie do domu jadłem obiad, myłem się i po chwili siadałem do zadań, próbnych matur i wszystkiego co wpadło mi w ręce, aby jakoś napisać te matury i być z siebie zadowolonym. Nawet sobota zadawała się dniem idealnym do nauki, gdzie w większości nie trzeba było nic robić, tylko można było oddać się wirowi nauki.. W międzyczasie w wolnych chwilach przechodziłem wtedy pierwszego Gothica. Ostatnim wydarzeniem większym przed końcem roku była wycieczka do Warszawy, do Muzeum Narodowego oraz Teatru Współczesnego, gdzie muszę przyznać bawiłem się nieźle, chociaż w czasie wolnym w Złotych Tarasach miałem trudność ze znalezieniem sobie jakiegokolwiek zajęcia, gdyż znajomi się porozchodzili, więc postanowiłem porobić sobie kółeczka wokół Pałacu Kultury i Nauki. Sam spektakl w teatrze pt. „Ludzie i anioły” był niezwykle zabawny, trochę refleksyjny, chociaż osobiście nie potrafię przy każdym oglądanym filmie zastanawiać się nad danym aspektem życia, który on poruszył, może dlatego nigdy nie byłem dobrym humanem. Z końcem roku dowiedziałem się w sumie też, jak bardzo szanują mnie niektóre osoby z byłej klasy, co było dla mnie wielkim zdziwieniem, bo byłem chyba jedną z najmniej integrujących się osób tam. Słaby okres może sobie wybrałem, ale zacząłem przechodzić wtedy Wiedźmina 3.

Maj
Nadszedł czas matury, czyli pokazania swojej wiedzy zdobytej przez trzy ostatnie lata. Do pierwszej podstawy w języka polskiego podchodziłem na totalnej wyjebce, bo wiedziałem, że będzie po prostu słabo, gdyż nigdy ten przedmiot nie należał do moich ulubionych, posiedziałem trochę nad zadaniami, napisałem jakąś tam rozprawkę i wyszedłem w sumie jako ostatni, bo sporo czasu zajęły mi niektóre zagadnienia. Następna była podstawa z matematyki, która już przy próbnych wydawała mi się trochę egzaminem dla idiotów, bo nic tam skomplikowanego nie ma, a wszystko można znaleźć ewentualnie w tej karcie wzorów. Napisałem wszystko dość sprawnie, posprawdzałem kilka razy zamknięte i wyszedłem stamtąd na pełnym luzie, myślami będąc już przy większym skurczybyku. A bo następnego dnia czekała mnie podstawa i rozszerzenie z języka angielskiego. Powiem krótko, nigdy z tym językiem nie było mi po drodze, rozumieć, rozumiem jakby ktoś do mnie coś pisał, ale tak porozumiewać się nim w stopniu komunikatywnym to już raczej powyżej mojego poziomu. Podstawa jak podstawa, była łatwa, a samo rozszerzenie też nie było czymś nadzwyczajnym, mimo że wcześniej żadnego podobnego egzaminu do tego nie pisałem. Byłem trochę zdziwiony, bo po trzech dniach wychodziłem z sali i nie miałem zszarganego humoru, lecz wiedziałem, że psychicznie najgorzej nie wyrobię przed egzaminem ustnym z polskiego, bo po pierwsze nie lubię za bardzo koegzystować i rozmawiać z ludźmi, który nie znam. Dostałem jakiś temat z rzeźbą, coś tam o nim powiedziałem, przytoczyłem „Dżumę”, zdałem i dość szczęśliwy wróciłem do domu, lecz teraz wiedziałem, że najgorsze przede mną – matura rozszerzona z matematyki i fizyki, o których można powiedzieć tyle, że fizyka szczególnie mi nie poszła i jestem po dziś dzień wk&$&$ony, że tak mi to wyszło, a sama matematyka – też liczyłem (hue) na więcej. Ostatni był egzamin ustny z angielskiego na który przyszedłem zupełnie na luzie, bo wiedziałem, że nic gorszego stać się nie może. Zdałem go perfekcyjnie i tutaj moglibyście się śmiać, że jeszcze trzy zdania temu mówiłem o nikłej znajomości angielskiego, jednak na swoją obronę mogę powiedzieć, że według mnie ocena była trochę naciągana, a moje wypowiedzi nie były jakieś rozwinięte, a sam egzamin ocenia same podstawy komunikacji. Tak oto zakończyła się oficjalnie moja matura, lecz wiedziałem, że teraz prze nudny okres roku, czyli wakacje. Od kilku lat nie potrafię lubić tego okresu, ponieważ fakt, odpoczynek jest ważny, ale dany jest w ilości za dużej jak dla mnie, bo jestem człowiekiem, który nie lubi za długo siedzieć bezczynnie. I fakt mogłem pójść od razu do pracy, co uczyniła lwia część moich znajomych, lecz ja po prostu bałem się koegzystowania z nieznanymi ludźmi i bycia w jakiś sposób odpowiedzialnym za czyny podczas godzin pracy.

Czerwiec & Lipiec & Sierpień & Wrzesień
Wakacje były też dobrym wyznacznikiem, jak trwałe będą przyjaźnie zakorzenione w szkole średniej. W moim przypadku wyszło to niestety blado.. Ale nie spodziewałem się fajerwerków, po prostu każdy poszedł w swoją stronę. Jakoś wtedy, mimo że nigdy nie lubię oglądać seriali to sięgnąłem po Lucyfera, który swojego czasu wydawał mi się jednym z najlepszych rzeczy jaka mnie spotkała, chociaż z perspektywy czasu nie uważam go już za jakiś nadzwyczajny, to po prostu kryminalne zagadki Miami z lekką domieszką tej otoczki wokół głównego bohatera. Ale do dziś uważam, że aktor grający Samaela jest najlepszą rzeczą w całym serialu nadającym mu tą esencję. W międzyczasie skończyłem także zaczętego przed maturą Wiedźmina 3, o którym mogę powiedzieć, że to dobra gra i tyle w sumie, bo był on zupełnie tym, czym traktowałem go po premierze – trochę przehajpowanym, niezłym RPGiem i tyle. Przy okazji miał miejsce drobny remont domu, więc kilka dni miałem co robić, a tak mój czas poświęcałem na jeżdżenie rowerem, co sprawiało mi przez pewien czas niezwykłą przyjemność, lecz jazda po podobnej trasie po kilku dniach stawała się nużąca. Dużo też grałem w piłkę, niemal na każde organizowane na miejscowym boisku mecze przychodziłem, bo mimo że jestem w to kiepski jak PSG z Barceloną to przyjemność sprawia mi proste odbieranie piłki, asystowanie i ewentualne strzelanie goli. Na początku sierpnia spróbowałem także czegoś, co planowałem kilka lat i zostałem Pazdanem na jakiś czas, co , wywołało u niektórych salwy śmiechu, u innych zdziwienie. Sierpień i wrzesień był też czasem jeżdżenia do miasta i sprzedawania starych książek młodszym pokoleniom oraz okres bezkresnego zbliżania się tego, czego bałem się po cichu – studiów. Pojechałem obejrzeć swój akademik i muszę przyznać, że trochę biednie tam było, ale wiedziałem, że dam sobie radę, bo sam mieszkałem w podobnych warunkach kilka lat wstecz. Wróciłem na ostatnie dni do domu i zdałem wtedy sobie sprawę jak zmienia się moje dotąd nieograniczone życie.

Październik
1szego października wyjechałem na studia do Warszawy, wpierw najpierw zahaczając o akademik i poznałem tam swojego współlokatora i o dziwo osobę mniejszą ode mnie. Wydawał się trochę przeciwieństwem mnie, bo miał dużo przyjaciół (a jest rudy) z którymi utrzymywał bliski kontakt, dobrze skurkowany znał angielski i w wiele zdań polskich wprowadza angielskie odpowiedniki jakby nie znał polskich słów, ale ogólnie wydawał się w porządku. Poszedłem na inaugurację roku o 18, wróciłem późnym wieczorem, bo wiedziałem, że następny dzień będzie pierwszym w tym nowym środowisku i należy się dobrze wyspać, czego niestety nie udało mi się spełnić i zdusiłem pierwszy budzik ustawiony na 6:00 i wstałem po kilkunastu minutach. Nie chciało mi się nic robić, ubrałem się i pojechałem na uczelnię, gdzie wtorek akurat był dniem zawalonym ćwiczeniami, na których szlifuje się zagadnienia z wykładów, których nie miałem, więc ćwiczeniowcy dawali jakieś zestawy testowe, które były niezwykle dziwne. Jedne ćwiczenia nawet mi odwołali, poczułem się chwilę jak w szkole. Skończył się dzień, wróciłem do akademika i nastawiałem się na kolejny dzień, tym razem pełen wykładów. A najlepszy z nich był ten z przedmiotu uzupełniającego – niejakiego Prawa i ochrony własności intelektualnej, ale to wiadomo, rozmawiał pan prawnik i taka osoba musi mieć dobrze gadane. Pozostałe wykłady były w porządku, jeden był z pomiarów, drugi z matematyki, trzeci z orientacji, chociaż do dziś uważam, że wykładanie matematyki, bez aktywnego jej ćwiczenia nie ma za bardzo sensu. Tak minął dość długi drugi dzień na studiach. W czwartek też był dzień pełen wykładów, lecz dowiedziałem się wtedy jak bardzo przegwizdane mam, jeśli chodzi o programowanie, bo głupi ja sądziłem, że nauczą mnie tego od podstaw, jednak sam materiał ruszył z wysokiego C i od początku miałem z tym przedmiotem pod górkę. Piątek był niezwykle luźny, bo przez październik rano miałem wykład z pomiarów, a potem już tylko WF, na który co prawda miałem ponad 13 kilometrów, ale jeździłem przez cały semestr niemal na wszystkie sesje. Wróciłem w piątek do domu i przyjemnie było rozłożyć się we własnym łóżku, lecz zawsze, gdy wracam do domu to czas jakby płynął szybciej i w niedzielę już musiałem wracać do Warszawy. Reszta października zleciała mi bez jakiś wielkich komplikacji, jedynie myślałem, że moja legitymacja jest wadliwa, bo nie mogłem na nią nabić ani biletu miesięcznego, ani wejściówki na bramce w akademiku, co przyprawiło mi trochę problemów. Chodziłem na wszystko i siedziałem sporo w akademiku, szczególnie nad tymi matematykami co miałem. Tak oto minął pierwszy miesiąc na studiach.

Listopad & Grudzień
Zaczął się dłuższą przerwą w związku z 1 listopada, a następnie pierwszym kolokwium z prawdziwego zdarzenia, który poszedł mi krótko mówiąc do dupy. Z takich gorszych informacji pogłębiał mi się problem z programowaniem, ponieważ nigdzie nie mogłem znaleźć dobrych poradników do rozwiązywania niektórych problemów, także przyznam się trochę olałem ten przedmiot, lecz w międzyczasie zająłem się robieniem projektu na niego za który dostałem maksimum punktów, naciągane, ale dawało mi to jeszcze jakiekolwiek szanse na zdanie tego przedmiotu. Pod koniec listopada nastąpiła niezwykła fala kolokwiów z multum przedmiotów potęgowanymi cotygodniowymi laboratoriami z pomiarów na które trzeba było się przygotować na wejściówkę, bo niezdanie jej zerowało licznik punktów możliwych do zdobycia. Kolokwia powychodziły mi co najwyżej przeciętnie, a apogeum był ten nemezis zwany programowaniem, bo na kolejnych laboratoriach z ćwiczeń zdobywałem szczątkowe liczby punktów, tak że po zakończeniu zgromadziłem ich 3.3/20, co jest wynikiem tragicznym. Dodatkowo projekt numer dwa, jaki miałem zrobić wykraczał poza granice moich umiejętności skryptowania, lecz wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Grudzień miał to do siebie, że po fali kolokwiów był miesiącem niezwykle spokojnym, przeplatanym jedynie przez te laboratoria, raz nawet spotkałem się z kolegą ze średniej. Poznałem nawet kilku ludzi na studiach, lecz raczej integrowałem się z nimi tylko podczas zajęć, poza nimi wolałem jakoś oddać się nauce i na jakieś wypady zawsze szkoda mi było czasu. Tak oto zbliżały się święta, a ja nawet ze swoim współlokatorem w przeddzień powrotu do domu obejrzeliśmy Kevina . Wróciłem do domu, a święta trochę przepracowałem, ale nie jakoś szczególnie patrząc na to z perspektywy czasu.

Styczeń & Luty 2019
Nastał Nowy Rok i wielkimi krokami zbliżała się masa kolokwiów ze wszystkiego, lecz tym razem poszły mi one o niebo lepiej niż pierwsze terminy, chociaż z programowania liczyłem na przykład na więcej, a po otrzymaniu wyniku, coś we mnie pękło i byłem wtedy gotowy się poddać i rzucić to w cholerę, aby nie musieć mierzyć się z tym i kolejnymi wariacjami tego przedmiotu. Co było niezwykle dziwne, bo do domu wróciłem z uśmiechem na twarzy, a do Warszawy wróciłem jako jeden z najsmutniejszych ludzi na świecie. Ostatni tydzień przed sesją minął mi bardzo nijako, zrezygnowany wiedziałem, że mogą to być moje końcowe dni na tej uczelni, lecz po poprawie z programowania na które poszedłem trochę piłeczka mi się odbiła. Podszedłem do sesji z wielkich rozmachem, bo byłem jednym z niewielu, którzy zdali egzamin z analizy matematycznej w pierwszym terminie. Fizyka była następnego dnia, myślałem też, że zdam bez problemu, lecz gdy dostałem wyniki okazało się, że nie jest tak różowo. Algebra zniszczyła mnie po raz kolejny i ukojeniem na to był trywialny egzamin z układów logicznych, który napisałem zadowalająco. Przysiadłem przez kilka dni to tej algebry, lecz ten egzamin miał to do siebie, że wykładowca zawsze daje bardzo schematyczne zadania, więc przerobiłem kilka egzaminów z poprzednich lat i poprawę napisałem na bardzo dobry wynik, a po tym wydarzeniu zrobiłem sobie dzień wolny, gdzie w końcu mogłem chwilę odpocząć od tej nauki. Następnego dnia pospałem niemal do 12stej i było mi to potrzebne, bo podczas sesji potrafiłem siedzieć do trzeciej lub czwartej nad ranem tłukąc zadania. Pouczyłem się trochę na egzamin z fizyki i napisałem go bez większego problemu. Tak oto zakończyła się moja pierwsza studencka sesja i muszę przyznać, że nie była taka straszna jak sądziłem w ogóle wielu ludzi traktowało to jak jakąś maturę i przychodzili w garniturach i tym podobnych, mnie jedynie stać było na założenie koszuli. Stałem się na chwilę wolnym człowiekiem i mogłem odpocząć i myślami przygotować się do kolejnego semestru, który powinien być trudniejszy? Przekonam się w najbliższym czasie.

Blog & Gry & Podsumowanie
Sam blog w 2018 roku doczekał się największej liczby notek, bo wyszło ich aż 8, z czego cztery wyszły we wrześniu, a z takiej regularności byłem niezwykle zadowolony. Była nawet chwila w której bloga nie było przez kilka dni, nie wiem co się stało, jakby domena wygasła i musiałem ratować się kopią sprzed kilku miesięcy, przez co straciłem dwie notki, które napisałem. Miałem trochę większe plany, jeśli chodzi o tą stronę, lecz zweryfikowało je moje lenistwo i trochę brak weny do niektórych notek np. o w.w. Lucyferze, różnych aspektach życia studenta, czy niektórych tytułach, lecz może nadrobię to w tym roku, kto wie. Ukończyłem trochę nowych gier m.in. The Legend of Zelda czy Wiedźmin 3, ale nie było tego za sporo, bardziej wracałem do starszych gier takich jak Gothic, czy Heroes of Might & Magic IV. Szczerze to nie wiem jak podsumować rok 2018, bo strasznie dużo było tam dziwnych zdarzeń, straconego czasu, możliwie błędnych decyzji i lenistwa. Mimo że był niezwykle przełomowy to osobiście bardziej podobał mi się 2017 rok, gdzie wszystko było trochę prostsze i dużo przyjemności trafiło do mnie w tym czasie. Ale to tylko moje zdanie. Taki mały kącik muzyczny na zakończenie tego trochę smutnego wpisu, a jutro w sumie walentynki. Miłego dnia.


Assassin’s Creed – recenzja

Pierwszy raz z serią Assassin’s Creed miałem styczność na platformie Symbian w okolicach 2010 roku. Była to całkiem fajna platformówka podobna do wydanych wcześniej części Księcia Persji, gdzie skakaliśmy, wykonywaliśmy akrobacje i ciachaliśmy mieczykiem. Z samą serią nie zaznajomiłem się nigdy szczególnie oprócz kilku sesji w część czwartą, która jak na razie jest moją ulubioną, nawet jeśli jest słabym Asasynem. Nigdy jednak nie lubiłem zaznajamiać się z serią gier od jej środka, świadomy, że mogę ominąć część wątków i drapać się w głowę, gdy tylko ktoś wymieni postać z poprzedniczki. Dlatego podchodząc znowu do tej serii postanowiłem zacząć od początku. Samego początku.

Seria z dzisiejszej perspektywy nazywana jest zabójcą Księcia Persji, ale trzeba przyznać, że potrafiła wykorzystać zasoby ze starszej franszczyzy i doprawić ją w swoje unikalne elementy, które stały się wizytówką serii do dziś. PoP dostał później co prawda dwie części – jedna będąca swego rodzaju rebootem i Zapomniane Piaski będące jednak tak słabą pozycją, że pogrzebała ona serię od 8 lat.

Pierwszy Asasyn jest według mnie synonimem do wyrazu monotonia, ale zaczyna się całkiem fajnie. Oto Altaïr Ibn-La’Ahad zostaje wysłany przez swojego mentora Al. Mualima do Jerozolimy wraz ze swoimi przyjaciółmi – Malikiem i Kadarem, którzy mieli znaleźć pewien artefakt. Podczas tej wyprawy Altair złamał zasadę zakonu – „nie odbieraj życia niewinnemu”. W pewnym momencie zauważył jednak Roberta de Sable – wielkiego mistrza zakonu Templariuszy, którzy od tysięcy lat są w koalicji z zakonem Zabójców. Mimo ostrzeżeń jego przyjaciół rzuca się na Roberta, który zastawił pułapkę na niego i jego przyjaciół. W wyniku tego Kadar ginie, a my zostajemy zdegradowani do najniższej rangi w zakonie. Aby odzyskać szacunek w szeregach zabójców musimy zabić dziewięć osób, dosyć potężnych osób stojących po stronie zakonu Templariuszy.  Ruszamy więc do kilku znanych w średniowiecznej Azji Mniejszy i wykonujemy zadania mające na celu zbliżenie się do naszej ofiary, która w każdym przypadku okazuje się mniejszą lub większą szują, która uwielbia sprawiać ludziom cierpienie i zabijać niewinnych ludzi.

Z drugiej strony okazuję się, że naszym bohaterem jest niejaki Desmond Miles, na którym firma Abstergo Industries wykonuje pewnego rodzaju badania przy użyciu urządzenia zwanego Animusem, które pozwala cofać się całe milenia wstecz i odkrywać przodków naszego bohatera i przeżywać ich wspomnienia z perspektywy pierwszej osoby. Sekcje te są tak nudne, że polegają na chodzeniu od łóżka do maszyny i tak w kółko z ewentualnymi rozmowami pomiędzy Desmondem, a doktorem, a jego asystentką. Wątek ten jest jednak niezwykle ważny i zostanie rozbudowany w kolejnych częściach.

Monotonią pierwszego Asasyna jest niestety rozgrywka,  która sprowadza się do kilku jedynie rzeczy – wybranie się do odpowiedniego miasta, zebranie informacji o ofierze poprzez wykonanie trzech misji pobocznych, a następnie wykonanie zamachu i w sumie to jest często najlepsze, bo musimy wykorzystywać umiejętności naszego bohatera, który potrafi wspinać się po ścianach, a także w sumie ważniejsze wtopić się w tłum, żeby zgubić patrolujące okolicę oddziały. Do dyspozycji oddano nam także kilka broni z mieczem i tajnym ostrzem na czele, które pomogą nam w bezpośredniej walce uporać się z przeciwnikiem. Niestety wiele z tego wyposażenia jest zablokowane na początku, a kontry uczymy się dopiero po zabiciu pierwszego templariusza, co jest trochę do dupy. Wielu ludzi nie lubi systemu walki z tej gry, ale osobiście przez ten cały filmowy aspekt, że „atakujemy go pojedynczo” staje się to niezwykle rajcujące i miło jest od czasu do czasu powalczyć, nawet jeśli czasami robi się to monotonne. Altair nie potrafi co prawda niektórych akrobacji Księcia z chodzeniem po ścianie na czele, ale robi zwykłe czynności o wiele szybciej i z większą gracją. Sama gra posiada różne misje poboczne z całym tym ratowaniem ludzi z opresji straży, co jest niezwykle fajne, bo zdobywamy przychylność tych ludzi i możemy dzięki temu łatwiej uciec straży, gdy mężczyźni odwracają jej uwagę swoimi wybrykami. Sam wykonywałem te zadania, bo chciałem, aby licznik czasu w grze był troszkę większy, więc często lubiłem wspinać się na punkty widokowe, aby synchronizować obszary i obserwować piękne średniowieczne miasta z wysoka. Fajną cechą mojego egzemplarzu jest fakt, że jest on z faktycznym polskim dubbingiem, gdzie w Altaira wcielił się Jacek Kopczynśki, który nadał tej postaci niezwykły charakter, ale także innym postaciom pierwszo i drugim planowym nadawano charaktery, szczególnie w momencie ostatecznej rozmowy Asasyna ze swoją ofiarą, gdzie zdradza ona wszelkie swoje myśli o zabójcy, czy planach Templariuszy. Jest to niezwykle klimatyczne i daje do rozkminiania, czy aby na pewno ta osoba była taka okrutna?

Nie sądzę, że pierwszy Asasyn jest słabą grą, bo na pewno nie, wtedy zapewne seria skończyłaby się pewnie na pierwszej części. Jest po prostu przeciętniakiem, przez bardzo prostą rozgrywkę, która równie dobrze zadebiutować mogłaby na automacie, żeby przy każdej następnej ofierze klient musiał rzucać coraz więcej złotówek do maszyny. Ale to właśnie dzięki tej części kolejne są już o wiele lepsze doszlifowując kolejne elementy, a fabułę zamienić w styl bardziej odpowiadający GTA, a także rozbudowując wątek głównego bohatera Desmonda Milesa. Niedługi czas rozgrywki sięgający maks z 10 godzin bez wykonywania pobocznych zadań, czy nudne sekcje podczas pobytu w laboratiorach firmy Abstergo. Z drugiej strony to wspinanie się po budynkach i ucieczki sprzed uwagi strażników, czy bardzo dobry polski dubbing. Osobiście polecam jedynie tym, którzy chcą zaznajomić się z serią tak jak ja, bo w innym przypadku nie ma większego sensu odpalania jej, chyba że serio podoba nam się taki model rozgrywki i klimaty średniowiecza.