Kategoria: Seed1212

Recenzja hiszpańskiego miniserialu „Niewinny”

Ostatnio wziąłem się za miniserial polecony mi przez osobę, z którą gustu raczej nie dziele, ale po sprawdzeniu kilku krótkich opinii i ogólnej oceny na filmwebie stwierdziłem, że czemu nie – warto sprawdzić. Odkładałem seans i odkładałem, aż nagle usiadłem i obejrzałem całość w jeden dzień

Niewinny

Mowa o hiszpańskiej produkcji, w reżyserii Oriola Paulo “Niewinny” będącą ekranizacją powieści Harlana Cobena o tym samym tytule. Opowiada ona o Mateo Vidalu, który przypadkiem w trakcie bójki popycha przeciwnika na kamień. Upadek kończy się błyskawiczną śmiercią, a Vidal trafia do więzienia.  Historia zamknięta jest w ośmiu, około godzinnych odcinkach, a każdy z odcinków zaczyna się pewnym zapoznaniem nas z głębszą historią danej postaci. Dzięki temu zabiegu każdy odcinek jest w raz mniejszym a raz większym stopniu, poświęcony jakiejś postaci. Wielkim plusem oczywiście jest świetne łączenie odcinków i elementów w nich. Nie do końca wiem jak mogę nazwać to działanie, ale gdy obejrzycie to na pewno będziecie wiedzieć o co mi chodzi. Nie ukrywam, że przy drugim odcinku do samego końca zastanawiałem się czy aby na pewno oglądam ten sam serial, czy może odnalazłem jakiś zaginiony drugi sezon, aż nagle wszystko zrozumiałem i szczena opadła.

Twórcy również bardzo fajnie manewrują między teraźniejszością a przeszłością. Jest to element zrobiony na tyle dobrze, że mimo iż dodaje to jeszcze więcej twistów w tej i tak już zakręconej historii to dalej się to przyjemnie ogląda. Ale tak – te wszystkie twisty w pewnym momencie są już tak sztucznie naciągane, że muszę to skrytykować, bo mimo że dalej to fajny miniserial to ma się w głowie ciągle pytania typu “kurde, serio? Po co?” czy inne “aha?”. Około piątego odcinka zaczynamy jednak czuć, że jesteśmy już przy końcu tej historii, niby wiemy już wszystko, ale twórcy zaczynają kolejne wątki i sztucznie przedłużają seans aż do ośmiu odcinków. Mimo to fabularnie produkcja wydaje się być całkiem udana. Mnie wciągnęła 😀 Swoją drogą – zupełnie nie podoba mi się ostatnia scena. Uważam, że jest zupełnie niepotrzebna i niszczy mi moje pojęcie o głównym bohaterze. 

Bardzo ważną zaletą tej produkcji są zdjęcia. Idealnie dobrana kolorystyka i klimat w zależności od sceny potrafią bardzo mocno wpłynąć na finalny wydźwięk danego fragmentu. Reżyser świetnie sobie zdaje z tego sprawę i wykorzystuje ten fakt na 110%. Oglądany przez nas obraz raz jest bardzo kolorowy, pełen ciepłych barw, ale znalazło się też miejsce dla słabo oświetlonych, szarych scen. Chciałbym również zwrócić uwagę na bardzo ładne kostiumy i charakteryzacje.

Hiszpanie zaskoczyli mnie jednak swoją brutalnością, bowiem nie szczędzą nam oni widoku zmasakrowanych ciał. Na pewno nie jest to dobry wybór do oglądania przy obiadku. Rozwalona głowa tu, sporo krwi tam, a jeszcze gdzieś w tle jakaś pedofilia. No smaczne to to na pewno nie jest. Osobiście raczej spokojnie oglądam takie rzeczy na ekranie, nie sięgam co prawda po żadne kino gore i “Niewinnemu” oczywiście daleko do tego typu produkcji, ale wszelka przemoc, zarówno ta krwawa jak i seksualna wyjątkowo budziła we mnie jakiś taki niesmak. Ten “niesmak” jest jednak bardzo dużym plusem tej produkcji. W świecie, gdzie przemoc w filmach jest od lat i widzowie co raz bardziej się do niej przyzwyczajają ciężko zrobić film, który nie będzie nie wiadomo jak brutalny, a jednak ciężko się będzie pewne sceny oglądać. No i wiadomo – serial dotyka tematów, które (przynajmniej dla mnie) są bardzo niesmaczne.  

Aktorsko nie jest wybitnie, mogłoby być lepiej, ale źle też na szczęście nie jest. Raczej żadna rola się nie wybija ponad resztę. Wszyscy grają na tym samym poziomie. Może tylko policjantka Lorena grana przez Alexandre Jiménez troszeczkę podwyższa poprzeczkę, a może to po prostu kwestia tego, że Lorena jest najlepiej napisaną postacią. Główna postać grana przez Mario Casasa (znany głównie z “Trzy metry nad niebem”) przez większość filmu zagrana jest również jak najbardziej okej, odstają jednak niestety sceny gdy od Mario wymagane jest jakieś pokazanie smutku i płaczu.  

Podsumowując – jeżeli szukacie wciągającego serialu na dwa, trzy wieczory, od którego nie wymagacie najwybitniejszego aktorstwa, czy fabuły, którą można analizować i doszukiwać się jakichś ukrytych znaczeń, to “Niewinny” będzie dla was dobrym wyborem. Jest to w końcu miniserial, który od początku do końca ogląda się bardzo przyjemnie mimo wszelkich jego wad. Spokojnie mogę wam go polecić 😉  


Interaktywny serial, czyli recenzja „Life is strange”

Zwykle zanim usiądę do jakiejś gry czy filmu naczytam się mnóstwo opinii, dlatego też tak często chwale wiele produkcji – po prostu najpierw się upewniam czy faktycznie jest warto. W przypadku Life is strange wiedziałem tylko, że jest to dobra gra, ale totalnie nie miałem pojęcia, że zaczynam grę, która tak bardzo wbije mi się do głowy. Mimo, że skończyłem ją niedawno to jestem pewien, że historia i jej przesłanie pozostanie w mojej głowie już na zawsze. 

Produkcja o której mowa została stworzona przez Francuskie studio Dontnod Entertainment i wydane przez znaną wszystkim firmę Square Enix w 2015 roku. Twórcy idąc za sukcesem Teltale Games i ich produkcji typu The Walking Dead spróbowali własnych sił w stworzeniu przygodówki, która stawiałaby bardzo mocno na fabułę i filmowość. Jeśli ktoś nie wie – Teltale specjalizuje się w tworzeniu gier, które często nazywane są interaktywnymi serialami ze względu na fakt, że bardzo dużo jest tam dialogów,  a sam gameplay ogranicza się do wyborów czy czasem jakiegoś poruszania się czy celowania. Stworzyli oni tym samym cały gatunek tego typu gier. Poza settingiem te gry jednak nie bardzo się różniły, ale w końcu pojawiło się Dontnod z swoim Life is strange. Grą, która moim zdaniem zostawia w tyle jakąkolwiek grę od pionierów gatunku. Tutaj się jeszcze zatrzymajmy – z góry ostrzegam, że w dalszej części będzie jeszcze wiele porównań do Teltale. 

W Life is strange przyjdzie nam wcielić się w osiemnastoletnią Max, która z samego początku nie wydaje nam się jakaś wyjątkowa. Ot zwykła, trochę wycofana nastolatka, z pasją do analogowej fotografii. Nasza bohaterka wiedzie całkiem normalne życie, pełne przeróżnych “szkolnych dramatów”, ale wszystko się zmienia gdy odkrywa ona, że posiada moc, dzięki której jej życie może być dużo prostsze – mowa tu o umiejętności cofania czasu. Dzięki tej jednej umiejętności udaje jej się uratować życie swojej przyjaciółki z dzieciństwa, a to prowadzi do rozpoczęcia poważnego śledztwa w sprawie zaginięcia jednej z dziewczyn.  

Historia opowiedziana w grze jest przepiękna. Po prostu. Jest wielowątkowa, szokująca, pełna nie głupich zwrotów akcji. Dawno nie grałem w produkcje, która tak dobrze by mieszała coś tak niezwykłego jak podróże w czasie z czymś tak zwykłym jak szkoła i życie w niej. Mimo, że gra ma około piętnastu godzin to znajduje się tu czas na te mocne, niezwykłe momenty jak i na zwykłe przechadzki po kampusie i rozmowie z znajomymi. Warto zauważyć, że nawet te zwykłe i wydawać by się mogło nic nie znaczące działania i rozmowy mogą mieć wpływ na przyszłość. I tak – konsekwencje wyborów to jest coś co Life is strange robi zdecydowanie lepiej od wcześniej wymienionego The Walking DeadTutaj faktycznie te wybory mają jakiś wpływ na dalszą grę i mimo, że nie zawsze widzimy skutki od razu, tak mogą się one pojawić nawet epizod później. Tymczasem w TWD, nie ważne co byśmy wybrali finalnie wszystko dążyło do tego by skończyło się mniej więcej tak samo. Warto też wziąć pod uwagę, że wybory w “Lisie” są często trudniejsze, aczkolwiek nie mamy tutaj żadnej presji czasu. Możemy się spokojnie zastanowić nad swoim wyborem. Nie chcę za dużo pisać o zakończeniu, bo nie chcę wam niczego spoilerować, ale wiele osób jest zawiedzionych tym jak to zakończenie zostało zrobione. Osobiście uważam, że jest one bardzo dobre i rozumiem czemu twórcy postanowili zrobić to tak, a nie inaczej.  

Dontnod historią, którą nam opowiada próbuje przekazać nam wiele, mądrych tematów do przemyśleń i udaje im się to świetnie. Po za głównym wątkiem z cofaniem czasu pojawiają się również mocne wątki związane z dręczeniem rówieśników, śmiania się z nich i ogólnie dorastania. Nie wiem czy tylko ja, ale osobiście miałem przez tę grę również dużo przemyśleń na temat ekologii. Troszkę o tym też zostało powiedziane, a było to dosyć ciekawe. Bardzo mi się również podobał fakt, że wszystko to wydaje się być takie prawdziwe. Wiadomości między bohaterami są w jężyku, który dla mnie wydaje się dosyć autentyczny. Tak samo jak i pamiętnik Max jest pisany w taki sposób, że czujemy że czytamy faktycznie pamiętnik, a nie wpis na wikipedii. 

Czystego gameplayu jest dużo więcej niż w przypadku gier Teltale. Mamy tutaj również dużo więcej eksploracji i mnóstwo interakcji ze światem. Naprawdę wiele przedmiotów możemy “tyknąć”, sprawdzić czy nawet coś z nimi zrobić. Kamera zza pleców, przyjemne animacje i przepiękna pastelowa grafika umilają nam eksploracje czy nawet rozmowy.  Jako, że Max interesuje się fotografią, to zawsze nosi ze sobą aparat. W końcu żaden dobry fotograf nie może stracić okazji na piękne zdjęcie. Twórcy wykorzystali ten fakt i dzięki temu możemy robić zdjęcia niektórych miejsc, przedmiotów i ludzi, które później trafiają do naszego pamiętnika. Te zdjęcia są swego rodzaju znajdźkami, sam mimo że starałem się w miare eksplorować, zwiedzać i sprawdzać niektóre “interakcje” to tych zdjęć miałem naprawdę mało. Wspomniałem już o pamiętniku, który nasza bohaterka prowadzi. Poza zdjęciami trafiają tam również wszystkie jej przemyślenia. Dziennik z czasem staje się naprawdę gruby. Max zapisuje tam wszystko co dzieje się w fabule gry, razem z jej odczuciami, których sami możemy nie poznać. Świetna sprawa.  

Na medal spisuje się również wykorzystanie motywu z cofaniem czasu. Nie potrafię sobie wyobrazić co można by było zmienić by wyglądał on jeszcze lepiej. Naszą umiejętność wykorzystujemy w trakcie rozmowy, by zmienić jej tok, jeśli któraś z naszych odpowiedzi nam się finalnie nie spodobała czy do przeróżnych zagadek albo i nawet zwykłego omijania przeszkód.  

Postacie w większości są naprawdę stereotypowe – ot mamy jakiegoś mięśniaka grającego w football amerykański, laskę z dwiema przydupaskami u boku czy innego gościa, który musi dostawać same najwyższe oceny, taki on mądry. Ale mimo to naprawdę darzymy ich jakimś uczuciem. Jednych nie lubimy od samego początku, drugich od razu uwielbiamy. Postacie te nie mają niby większej głębi, a jednak nie zamieniłbym ich na żadnych innych. Warto również wziąć pod uwagę, że nawet dwie główne bohaterki nie są “nie wiadomo jakie”. Nawet nie zachodzi w nich jakaś większa przemiana przez całą grę, a mimo to – jest to jeden z lepszych duetów, jedna z lepszych przyjaźni w grach komputerowych. 

O udźwiękowieniu nie chce się za bardzo rozwodzić. Po prostu wiedzcie, że się zakochałem. Zarówno jeśli chodzi o muzykę, bo tak – te indie folkowe utwory strasznie mi podchodzą jak i o inne dźwięki typu szkolny szum, jakieś sztućce w barze, wiaterek i tego typu rzeczy. Przepiękna sprawa, która pozwala jeszcze bardziej wczuć się w ten świat. 

Jak bardzo bym się chciał do czegoś doczepić, żeby nie było że tak tylko chwalę, tak totalnie nie mam pojęcia do czego. Naprawdę, szukam, myślę i uważam że ta gra jest po prostu prześwietna. Jedyne minusy jakie widzę to słabo zsynchronizowane ruchy ust do wypowiedzi bohaterów, momentami naprawdę się zastanawiałem czemu postacie w ogóle nie ruszają ustami gdy mówią. Inny problem tej gry jest bardziej związany z jej wydaniem – Dlaczego nie ma oficjalnej polskiej wersji językowej? :< Niedługo zabieram się za prequel, ale do drugiej części nie podejdę dopóki nie powstanie fanowskie spolszczenie, niestety. 

To by było chyba na tyle. Jeśli oczekujecie od gry świetnej historii, wielu przemyśleń i niezapomnianych wrażeń to proszę bardzo. Oto przed wami Life is strange! 


O nietypowym horrorze, czyli o tym jak Craven bawił się gatunkiem

Gdy w 1996 roku gatunek horroru co raz bardziej wydawał się być czymś kiczowatym czy po prostu nie był tak chętnie oglądany jak wcześniej, do akcji wkroczył Wes Craven, reżyser jednego z najpopularniejszych slasherów “Koszmaru z Ulicy Wiązów”. Postawił on na w pewnym stopniu humorystyczny film, w którym zaprezentował nam świat gdzie ludzie bardzo dobrze znają takie klasyki jak wcześniej wspomniany Koszmar z Freddym Kruegerem na czele, “Halloween” z Myersem czy inny “Piątek Trzynastego” – mowa tu o „Krzyku”. 

Jednak zanim zacznę o samym “Krzyku”, warto by było wziąć pod lupę siódmą część przygód Kruegera zatytułowaną “Nowy koszmar Wesa Cravena”, bo jest ona solidnym prekursorem tego co zrobione zostało w Krzyku. Otóż Craven postanowił, że stworzy film fabularny, który będzie opowiadał o tym jak Krueger atakuje prawdziwy świat. Co to oznacza? Najprościej mówiąc dostajemy świat gdzie aktorzy oryginalnej części grają siebie samych, a na świecie każdy zna serie filmów z Freddym. Wszyscy dobrze wiedzą, że postać ta jest wykreowana i była grana przez Roberta Englunda… a jednak Krueger istnieje “na prawdę” i postanawia mordować wszystkich związanych z produkcją nowego filmu o nim. Film ten od strony świata przedstawionego był naprawdę dziwaczną produkcją, szczególnie się o tym przekonacie poznając dokładniej całą fabułę, do czego naprawdę was zachęcam. Bo choć świat jest dziwaczny to jest to naprawdę świetny film.  

Po “nowym koszmarze” przyszedł czas na “Krzyk”, serię, w której zabójcą jest fanatyk i znawca horrorów, bawiący się z swoimi ofiarami w małą grę przez telefon. Zabójca zadaje przeróżne pytania dotyczące klasyków kina grozy, a chyba wiadomo czym kończy się nieprawidłowa odpowiedź. W porównaniu do innych klasycznych slasherów Krzyk ma bardzo spójną fabułę, która trzyma się przez całą serię, a obsada nie zmienia się co film, co jest jak najbardziej na plus. Wreszcie dostaliśmy postacie, do których naprawdę można coś poczuć, nie są oni nam tak obojętni jak ofiary Jasona Voorheesa czy Michaela Myersa. No bo kto nie lubi nieporadnego Deweya czy maniaka horrorów RandyegoPostacie te może nie mają jakiejś niesamowitej głębi i nie niosą za sobą specjalnej historii, ale po prostu są autentyczne.  

Napisałem już o tym, że postacie świetnie znają przeróżne horrory. Dzięki temu dostajemy nie tylko ciekawy świat, ale pełną przeróżnych smaczków i nietypowego humoru historię. Wymieniony wcześniej Randy na przykład, na każdym kroku przypomina nam, że seks czy alkohol w kinie grozy zawsze oznacza śmierć i że przecież policja jest głupia, bo nie ogląda filmów i nie wie jak zabójcy naprawdę działają. Serio, jest to bardzo dobrze zrobiony “element” całej serii.  

Świat jest o tyle dziwny, że po pierwszej części nagle w świecie filmu powstaje mnóstwo horrorów opowiadających historie, którą my – prawdziwi widzowie, znamy z pierwszej części, a ludzie z filmu – z ich prawdziwego świata. Bohaterzy dostają swoją wersje “krzyku” zatytułowaną “Stab”. Co jakiś czas widzimy jak ktoś ogląda sobie sceny łudząco podobne do tych z pierwszej części. Po prostu sami sobie wyobraźcie jak ciekawie to musi wyglądać.  

Bardzo ważny jest również fakt, że film jest stosunkowo realny. Nie mamy tu mordercy, który umiera, by w następnej części nagle zmartwychwstać. Nie ma tu żadnego superbohatera, który przeżyje odcięcie głowy. Jest to po prostu zwykły człowiek schowany za maską. Jest to oczywiście wielki plus, bez tego cały ten świat gdzie “postać z filmu wychodzi na świat realny” nie miałaby takiego samego sensu. Ale są też pewne minusy tego. Zabójca stosuje nóż i jego celem jest mordować, a nie jakoś specjalnie męczyć ludzi (no w pewnym sensie), przez co sceny mordu nie są aż tak krwawe, chociaż szczerze wam powiem, że te z czwartej części no już dają rade mocno.  

Film ten poza tym, że jest “nowoczesnym” slasherem posiada również bardzo solidny element kryminału. Uwielbiam ten moment gdy mówię sobie “o ta postać to na pewno zabójca” a po minucie widzę jak leży martwa i zdaję sobie sprawę z tego jak bardzo się myliłem. Do ostatniej minuty nie jesteśmy pewni tego kto tak naprawdę morduje. Cały czas wymyślamy różne scenariusze, dobieramy motywy do postaci, a na koniec i tak jesteśmy totalnie zaskoczeni. No ale halo halonie wystarczy po prostu zaskoczyć widza. Chodzi również o to, by przedstawiony zabójca miał jakiś sens. No bo przecież można by powiedzieć, że zabójcą jest ta jedna postać, która pojawiła się raz na ekranie – ale gdzie tu sensNo właśnie – ale i z tym “Krzyk” radzi sobie świetnie. Jedynie zakończenie trzeciej części uważam za zbyt pokręcone i przekombinowane. Reszta – cudo. Naprawdę drugą część zakończyłem z uśmiechem na twarzy, zdając sobie sprawę z tego jak świetny film właśnie obejrzałem.  

Po obejrzeniu ostatniej części zrozumiałem też, że seria po cichu prezentuje nam też pewne problemy. Pierwszy “Krzyk” prezentował nam jak wyglądają stare horrory w oczach współczesnych odbiorców. Jakie to wszystko wydaje się być głupie i bez sensu. Że jak jesteś “laską 10/10” to na pewno w końcu zostaniesz zamordowana. W końcu takie są prawa tego gatunku. “Dwójka” przedstawiła nam jak ludzie odbierają drugie części, że nigdy nie będą takie dobre jak oryginały i tego typu bzdety z kawałeczkiem prawdy. Trzecia (trochę gorsza od reszty) część jest świetnym zaprezentowaniem “pięknego” Hollywoodu. Pięknego tylko z początku, bo reżyser postanowił nam pokazać jak to “naprawdę” tam działa i że czasem by dostać role musimy dokonać niemoralnych czynów. Na ten moment ostatnia część zaś prezentuje nam myślę dosyć aktualny temat popularności nastolatków w social mediach i tego jak zrobią naprawdę wiele byleby się o nich mówiło. Są to jednak takie bardziej „ciche” wątki. 

Aktorsko jest naprawdę dobrze, nie ma jakichś specjalnych fajerwerków, ale na pewno nie ma na co narzekać. Wyróżnić można Neve Campbell, która świetnie zagrała główną postać. Z części na część widzimy jak bardzo się ona zmienia przez wszystkie wydarzenia wokół niej. Tu już nie chodzi o dobrze napisaną postać. Neve po prostu zagrała to świetnie. Poza tym jest również Courteney Cox, która zagrała redaktorkę z “charakterkiem”. Również bardzo dobrze zagrana rola. W każdej części.

Dobrze wypada również muzyka, klimatyczna, trzymająca w napięciu, a gdy potrzeba to i pełna energii. Lubię napisy końcowe drugiej i czwartej części. Nagle się pojawiają, wbija muzyczka, a ja się uśmiecham i sobie słucham. Piękna sprawa. 

Nie muszę chyba ukrywać, że film ten najbardziej spodoba się fanom gatunku, którzy co chwilę będą wyłapywać jakieś smaczki. 

No i to by było chyba na tyle. Postanowiłem tym razem nie wystawiać oceny w żadnej skali (psst, zawsze możecie zajrzeć na mojego filmweba). Po prostu stwierdźcie po moich bazgrołach jak bardzo ten film mi się podobał. Co prawda nie jest to typowa recenzja, a bardziej przedstawienie serii i napisanie tego co działa w niej najlepiej, ale myślę że zachęci was ona jednak do obejrzenia Krzyku. Seria trzyma równy poziom, także nie martwcie się. Swoją drogą pssst – 14 stycznia 2021 roku do kin wchodzi nowa część z starą obsadą! Osobiście czekam!


Planescape: Torment – niesamowita przygoda!

Gra przez wielu uważana za najlepszą w gatunku cRPG, przez innych nawet jako najlepsza gra w ogóle. Historia bezimiennej, nieśmiertelnej postaci, która utraciła wszystkie swoje wspomnienia – poznajcie Planescape: Torment!

Czym jest Torment?

Planescape: Torment to bardzo dziwna gra pod względem odbioru. Gra po której ukończeniu zostajemy na napisach końcowych by uświadomić sobie jak świetną przygodę właśnie zakończyliśmy. Napisy się kończą, grę wyłączamy, ale przez następne kilka dni cały czas zastanawiamy się czy dokonaliśmy odpowiedniego wyboru w danym momencie, czy może mogliśmy coś zrobić lepiej? Może wtedy przygoda potoczyłaby się inaczej?
Z pewnością nie jest typowa produkcja jakich wiele na rynku, już teraz warto podkreślić, że na pewno nie jest to gra dla każdego. Wymaga odpowiedniego dawkowania, co oznacza, że po kilku godzinach grę warto wyłączyć, dać głowie odpocząć od ciągłego czytania i myślenia. Dodatkowo gra ma już prawie 20 lat dlatego nie każdy się do niej przekona, a młode pokolenie może odrzucać zestarzała już szata graficzna, czy animacje w cutscenkach. Jeśli jednak dacie tej produkcji szanse i wpasuje się ona w wasze gusta to jestem pewny, że czekają was niesamowite doświadczenia, jakich jeszcze nie spotkaliście! Ale od początku…
Planescape: Torment zostało wydane w 1999 roku przez Interplay i stworzone przez studio Black Isle, które ma na swoim koncie takie produkcje jak chociażby dwie pierwsze części Fallouta. Gra oparta jest na tym samym silniku co Baldur’s Gate, więc idzie się domyślić, że i Planescape jest klasycznym RPG.

Fabuła

Nasza przygoda rozpoczyna się w kostnicy, gdzie poznajemy naszego protagonistę – bezimienną, nieśmiertelną postać całą w bliznach, od której czuć woń kremu do balsamowania ciał. Szybko okazuje się, że nic nie pamiętamy. Poznajemy za to pierwszego kompana, latającą czaszkę – Mortiego. Na naszych plecach wyryta jest instrukcja, która brzmi jakbyśmy zostawili ją sami sobie – mamy odnaleźć niejakiego Faroda, który wszystko nam wyjaśni. Sprawa oczywiście nie jest taka prosta, bo przecież nic o nim nie wiemy, nawet gdzie go szukać, a sami jesteśmy zamknięci w kostnicy pełnej grabarzy, którzy nie popierają naszego żywota…
Cała fabuła polega na odkryciu tożsamości naszego Bezimiennego i wyjaśnienia dlaczego jesteśmy nieśmiertelni. Nie muszą chyba nawet mówić, że to właśnie historia jest największym i najważniejszym aspektem tej produkcji. Nie ma zresztą co się dziwić, jest ona bardzo dojrzała, nie raz poruszająca tematy filozoficzne. Dialogi są napisane po mistrzowsku, pierwszy raz faktycznie wcielałem się tak bardzo w postać w grze.
Rozmowy nie raz były nawet śmieszne, ale przede wszystkim bardzo autentyczne. Twórcy byli bardzo świadomi, że piszą świetne dialogi i wykorzystali ten fakt poprzez stworzenie chociażby „Przybytku zaspokajania żądz intelektualnych”, w którym można było sobie pogadać czy wyżalić się. Niby nic, niby nudne, a jednak, dzięki świetnym dialogom bardzo miło mi z obecnymi tam postaciami gawędziło Warto też zauważyć, że gra jest niczym otwarta książka, a co za tym idzie – rozmowa z niektórymi postaciami może trwać nawet kilkanaście minut. Z innych jeszcze ciekawostek, warto by było wspomnieć, że różne postacie różnie się komunikują, żebracy używają „typowo biednych” wyrazów typu „nie chcem ale musim”, a bardziej inteligentni korzystają z bogatego zasobu słów.

Świat

Tak pochwaliłem fabułę, a nic jeszcze nie wspomniałem o genialnej kreacji świata, która jest tak różnorodna i interesująca, że aż ciężko sobie to wyobrazić. Serio – w świecie gry istnieje coś takiego jak „sfery”, które w pewnym sensie są różnymi wymiarami połączonymi portalami. No, ale wykreowanie sfer to jedno, a istoty zamieszkujące te sfery to drugie, ale spokojnie – Black Isle wykreowało również bardzo, ale to bardzo różnorodne istoty, różnorodne pod każdym względem. Każda z ras różni się nie tylko wyglądem, ale i obraną przez siebie filozofią. Jedna rasa lubi się z innymi, inna nie. Więc jeśli jesteś typem ciekawskiego gracza, który lubi wiedzieć dużo o świecie jaki go otacza – będziesz w niebie! Każdego możesz wypytać praktycznie o wszystko co by mogło cię zaciekawić. Sam mimo, że aż tak bardzo nie jestem ciekawski, to wiele razy wypytywałem różne postacie, różne rasy o różne tematy. W sferach świat niestety jest smutny, pełen bólu i śmierci…
Bardzo podoba mi się także udźwiękowienie gry. Mamy świetny soundtrack z takimi utworami jak „Deionarra theme” czy motyw przewodni karczmy „Pod gorejącym człowiekiem”. Gra ma także częściowy polski dubbing, który jest jak najbardziej na plus. W mieście, na targu słychać szum, ludzi oferujących swoje towary i tak dalej. Tak z mojego prostego narzekania szkoda trochę, że nie zaimplementowano systemu rutyn npc w zależności od pory dnia tak jak w Gothicu. Dodało by to jeszcze większe powiązanie z światem.

Towarzysze

W poznawaniu siebie pomóc Bezimiennemu może jeszcze 5 innych kompanów. Od nas zależy kogo chcemy do drużyny, a kogo nie. W sumie jest chyba 7 kandydatów. Ogólnie drużyna może być maksymalnie sześcioosobowa. Nasi towarzysze rozmawiają co jakiś czas między sobą, co przy odpowiednim „naborze” tworzy bardzo charyzmatyczną ekipę. Swoją drogą – spotkałem się gdzieś z recenzją, gdzie autor napisał, że wolał wziąć słabszych, ale ciekawszych towarzyszy niż tych najmocniejszych, ale nie pasujących do reszty ekipy, przez co finalnie stwierdził, że towarzysze w tej grze są najlepszymi towarzyszami w grach video. Osobiście nie grałem za bardzo w gry, gdzie był jakiś wątek ekipy, więc no ciężko stwierdzić, ale na pewno ma racje, że mogą być naprawdę ciekawi. Szczególnie, że każdy z nich jest inny.

Walka

Walka tutaj jest dosyć prosta – klikasz na przeciwnika i po prostu go atakujesz, nie musisz nawet ciągle klikać, wystarczy raz. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że postacie potrafią się bugować. Dokładnie chodzi o moment gdy w cztery osoby podchodzisz do jednego przeciwnika przez co ktoś nie atakuje, bo się zblokował i tak dalej… Na szczęście nie przeszkadza to jakoś specjalnie i da się z tym żyć. Gorzej sprawa wygląda w momencie gdy gramy magiem – animacje są tutaj bardzo ładne, ale niestety „freezują” walkę na kilka sekund. Po prostu trzeba poczekać aż animacja się skończy.
Swoją drogą – jakbyście mieli zamiar kiedyś zagrać – pamiętajcie wydawać pieniądze! Osobiście tego nie robiłem, bo cały czas myślałem, że na coś mi się przydadzą w przyszłości, przez co kończyło się to tak, że miałem 10 tysięcy w kieszeni, a amulety zdrowia się kończyły i solidnie dostawałem po dupie. W pewnym momencie swojej przygody miałem już nawet zamiar użyć jakiegoś trainera czy czegokolwiek by dostać amulety, bo postać mnie zabijała na kilka hitów, a ja nie miałem nic do uzdrawiania, ale wiecie jak sobie poradziłem? Jak już wiecie nasza postać jest nieśmiertelna, skorzystałem z tego faktu i moja walka polegała na respawn-> bieg przez kilka pomieszczeń do przeciwnika -> 3 hity -> śmierć -> powtórz. Ważne, że działa

Rozwój postaci

W Planescape: Torment bardzo ważne są także statystyki polegające na kilku cechach, która z czasem zwiększamy. Dzięki dużej inteligencji przykładowo łatwiej nam przychodzą wspomnienia, a dzięki charyzmie mamy bardzo dużo nowych opcji dialogowych, pozwalających zakończyć wiele zadań w inny sposób. Oczywiście samemu także należy dużo myśleć, w przeciwnym wypadku możemy zostać solidnie okłamani. Dlatego na samym początku warto usiąść i zastanowić się jaka ma być nasza postać i w co chcemy wpakować najwięcej punktów. Kolejną ważną rzeczą związaną z rozwojem postaci jest wybór klasy, do wyboru mamy: Mag, Złodziej, Wojownik. Klasę możemy spokojnie zmieniać ile razy chcemy – wystarczy, że znajdziemy w świecie gry przedstawicieli danego fachu. Mamy jeszcze frakcje, te jednak tak naprawdę nic wielkiego nie zmieniają. Osobiście ukończyłem grę „czuciowcem”, ale nie wiem nawet co mi to dało.

Na koniec

W sumie Planescape: Torment to dla mnie najlepsza gra pod względem fabuły jaka kiedykolwiek powstała. Gothic i Wiedźmin się chowa. Serio! Zresztą chyba ilość recenzji chwalących fabułę jest wystarczająco byście mi uwierzyli Z rzeczy, które warto jeszcze odnotować – grałem w edycje rozszerzoną na systemie windows 7 i ją właśnie najbardziej polecam. Wywaliło mi tylko raz do pulpitu, a lekko odświeżony interfejs jest znacznie wygodniejszy od oryginału. Ocena? 10/10? 9.5/10? Wszystko zależy jak oceniacie, jeśli gra musi być bez wad, choćby najmniejszych, no to dziesiątki nie będzie…

Na koniec zostawiam was z pytaniem, które kilka razy powtórzone zostało w grze: Cóż może zmienić naturę człowieka?

Idę nad tym rozmyślać


„Jaka jest cena kłamstw”, czyli o nowym serialu HBO „Czarnobyl”

Jaka jest cena kłamstw? Dokładnie takimi słowami rozpoczyna się nowy serial od HBO, opowiadający historie, której skutki są widoczne do dziś – „Czarnobyl”.  Każdy z grubsza wie co wydarzyło się w tytułowym mieście, ale może warto dowiedzieć się czegoś więcej? Jeśli uważacie, że warto to zapraszam do przeczytania mojej opinii na temat tego dzieła.

Zacznijmy od największego i chyba jedynego problemu, który początkowo może nas odrzucać. Otóż aktorzy mówią po angielsku, tak… po angielsku, nie po rosyjsku. Jest jednak na to bardzo proste wytłumaczenie/wymówka, którą ja kupuje – aktorzy wymuszający rosyjski akcent to zapewne byłaby tragedia. Więc jeśli był wybór między tragicznym rosyjskim, a angielskim, to wydaje mi się, że dobrze wybrano Ale jak już jesteśmy przy tematach z głosem i akcentem – tutaj każdy ma tak cudowny głos, głos, którym dodatkowo świetnie grają, że to jest miód dla uszu, a w połączeniu z mimiką to już w ogóle bajka Nie no, ale serio, aktorstwo tutaj jest idealnym przykładem jak powinno się grać. A właśnie, warto by było coś napisać o castingu, bo ten także jest w pełni udany. O tym, że aktorzy spisują się świetnie już wiecie, ale twórcy załatwili taką charakteryzacje, że trójka oskarżonych jest po prostu świetnie odwzorowana.’

Hmm, co my tu jeszcze mamy takiego świetnego? Ano tak! Zdjęcia! Zdjęcia są genialne, gra świateł – genialna. Wszelkie światła nienaturalne są przedstawione po prostu po mistrzowsku. Serio, praktycznie w każdej scenie znajdziemy kadr, który nadawałby się na tapetę Nie możemy pominąć także świetnej gry dźwięków. Ten serial po prostu stoi na dźwiękach. Cały czas coś tam słyszymy jakieś pukanie, jakieś szumy. W trakcie oglądania nie skupiamy się na tym tak bardzo, ale uwierzcie, że gdyby nie to serial mocno ucierpiałby na klimacie.

Odchodząc jednak od strony typowo audiowizualnej, warto by było zauważyć, że bardzo starano się nam przedstawić jak wadliwy był „system” ZSRR, jak to wszystko tam wyglądało i jak zatajano ważne fakty. Szczególnie dobrze się to wszystko ogląda, gdy nie zna się dokładnie historii Czarnobyla i nawet żadnego powiązanego nazwiska. A zbudowanie tego wszystkiego na 5 odcinkach wyszło genialnie, każdy odcinek prezentował dany moment, daną czynność, a po obejrzeniu całości, ma się chęć wrócić do pierwszego odcinka, by wyłapać to, czego nie rozumieliśmy na początku.

Na koniec taka ciekawostka – Rosja tworzy swoją odpowiedź Czekamy!

Psst. Cześć wam! Moja pierwsza notka tutaj