Kategoria: Piterus

Ja chce do Nowego Yorku :(

Raczej wszyscy kojarzą Tonego Hawka, jak nie z samej kariery skateboardzisty to z cyklu serii gier oznaczonych jego nazwiskiem. Przeglądając Facebooka trafiłem na świetny film z jednej z akcji jaką wymyślił. Podczas jego pobytu w Nowym Jorku postanowił zrobić prezent jednemu z jego fanów – ma rogu ulic Houston & Forsyth zostawił deskę na której akurat jechał. Kto chciał mógł iść i sobie ją zabrać do czego zachęcał sam Tony. Znalazca już zdążył się pochwalić

Podobną akcję zrobiła kiedyś Emma Watson, znana głównie z roli Hermiony Granger w filmach o Harrym Potterze gdy to zostawiała książki na różnych stacjach londyńskiego metra.

Chętnie przytuliłbym zarówno taką deskę jak i książkę, no ale cóż, trochę zbyt daleko mam. Szkoda.


Najlepszy film o Batmanie od czasu Mrocznego Rycerza!

Nie od dziś wiadomo (przynajmniej wśród tych, którzy mnie tam jakoś przynajmniej trochę znają), że interesuję się uniwersum postaci Batmana wytwórni DC. I o ile widziałem już naprawdę sporo zarówno filmów aktorskich, animowanych czy seriali o tyle na swojego rodzaju film absolutny trafiłem stosunkowo niedawno, bo i niedawno taka produkcja powstała. Mowa o dość niepozornym filmie LEGO Batman Movie.

Niech nie zmyli was akurat taka konwencja filmu. Z całą pewnością nie jest to film, który śmiało można obejrzeć z najmłodszymi – znaczy w sumie i można, ale wiele podtekstów czy odniesień do obecnej popkultury będą dla nich najzwyczajniej niezrozumiałe. Największą zaletą filmu jest jego samoświadomość – dostaje się praktycznie wszystkiemu co jest związane z Batmanem, przy czym wszyscy tam cały czas doskonale wiedzą, że są klockami co prowokuje sporo śmiesznych gagów. Wszystko to składa się na naprawdę dobry, głównie rozrywkowy film z całkiem niezłym przesłaniem.

Ogólnie dodatkowo nabrałem szacunku do tego filmu gdy zobaczyłem materiały zza kulis. Twórcom udało się stworzyć coś na wzór animacji poklatkowej, która niestety już nieco wyszła z użytku. Szkoda. Dodatkowo postanowili wprowadzić także elementy z innych filmów co w pewnych kulminacyjnych scenach naprawdę powoduje opad szczęki na podłogę. Swój egzemplarz kupiłem w jednym ze sklepów sieciowych i wydanych pieniędzy naprawdę nie żałuję.


To nie jest gra… chyba.

Jakiś czas temu w poszukiwaniu prostego tytułu do zagrania w przerwie między zajęciami / po nich, natrafiłem na grę o intrygującej nazwie There is no game. Dział w jakim się znajdowała oraz pozytywne recenzje skusiły mnie do sprawdzenia tej aplikacji na własnym sprzęcie i były to jedne z ciekawszych chwil jakie spędziłem ostatnio przy mobilnej wersji rozrywki.

There is no game wita nas (nie)ładowaniem ekranu głównego i głosem (tak, powinno w to się grać ze słuchawkami na uszach), że nie mamy zbytnio tu czego szukać, że lepiej porobić coś innego np. wyjść dwór czy poczytać książkę, bo najzwyczajniej nie jest to gra. Ten monolog trwa tak trochę, aż nie zachce się nam się po prostu poklikać po ekranie – wtedy to zaczynają dziać się rzeczy naprawdę różne. Zasadniczo wchodzimy w pewną interakcję ze wspomnianym głosem – coś na zasadzie klik = reakcja czy jak ktoś woli bardziej profesjonalnie Point’n Click, co z czasem buduje naprawdę przyjemny tytuł stricte logiczny z satysfakcjonującym zakończeniem. Cale przejście tytułu zajmuje nam max pół godziny podczas których przynajmniej ja nie raz się zaśmiałem, przynajmniej w duchu. Polecam gorąco. U mnie była to wersja na Androida, ale równie dobrze możemy zagrać w to np. za pośrednictwem swojej przeglądarki np. pod tym linkiem.


Vice City potrafiło się zestarzeć

Dziś rano przy śniadaniu, równolegle do pączka i herbaty, na ekranie mojego smartfona oglądałem po raz wtóry jeden z filmów Quaza, w którym myśl przewodnia to że gry starzeją się lepiej gdy są ładne stylistycznie, a nie technologicznie i gdy robią coś unikatowego, coś czego żadna inna produkcja wcześniej lub później nie zrobiła lepiej. Mając na uwadze to jak i moją słabość do Vice City, gdzie gra zajmowałaby pewnie wysokie miejsce w moim osobistym rankingu ulubionych gier, wziąłem właśnie ją na warsztat – jak zestarzało się Vice City i co jest w niej takiego co przyciąga graczy zarówno do wersji single jak i nieoficjalnego multi przez dobrą ponad dekadę.

Click!

Grand Theft Auto: Vice City z 2002 roku to jedyna tak głośna gra, która została osadzona w kolorowym świetle lat ’80 Stanów Zjednoczonych Ameryki. Okresu, do którego w moim przypadku nostalgia jest szczególnie mocna i wydaje mi się, że nie tylko dla mnie ale ogólnie dla ludzi w moim wieku i starszych. Ogromny wpływ miała/ma na to wszechobecna popkultura jaką jesteśmy od małego karmieni. Seriale typu Gliniarz i Prokurator, Drużyna-A, filmy osadzone w tym okresie czy w końcu złota era muzyki z praktycznie każdego gatunku sprawia, że dla wielu był/jest to okres wyjątkowy. I tu rodzi się pytanie. Czy jest jakiś duży tytuł w ramach kręgu gier video, który połączył to wszystko i który zrobił to lepiej niż Vice City?

Jako konkurencja na myśl przychodzą mi jedynie Hotline Miami, czy niedawny Beat Cop, lecz nie są to na pewno odpowiedni „przeciwnicy” dla Vice City – oba tytuły to raczej minigierki przy produkcji wielkiego R z gwiazdką i nie mówię tu tego, by im cokolwiek umniejszyć. Oczywiście, posiadają bardzo dobry klimat, warstwa audiowizualna tam to świetna sprawa, ale mówimy tu o zupełnie innej skali. I chociaż VC również z perspektywy czasu posiada swoje wady, tak i tak ma swoisty monopol, jeśli chodzi o podobne tytuły. Swoje trzy grosze dokłada także scena modderska, dzięki której tytuł staje się znacznie bardziej grywalny.

Klimat to w sumie też pojęcie stosunkowo ogólne. Wiadomo składa się na to wiele czynników. Weźmy taką muzykę. Vice City jak mało który tytuł posiada tak bogate pozycje jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową. Podobnie jest z innymi odsłonami GTA, niemniej każda dotyczy powiedzmy swojego okresu czasowego i jakby nie wchodzi sobie w paradę. Zasadniczo może to też jest klucz do sukcesu GTA jako ogólnie serii – nie mają tak naprawdę dla siebie godnej konkurencji, ba, mówimy nawet tzw. grach just like GTA. Ktoś rzuci VCS jako bezpośredni przeciwnik VC z rodzimego podwórka i w słusznie może fakt, że w tę część dane graczom zagrać jedynie na paru urządzeniach co trochę deklasuje tytuł i zostawia go mocno w tyle.

Osobiście zawsze mam ciarki jak widzę zwiastun Vice City na Androida w momencie gdy wchodzi kawałek Laury Branigan. I chociaż tytuł ten długo na moim telefonie nie zagościł (bo po prostu szukam innego typu gier jeśli chodzi o mobilną rozgrywkę) to i tak jest to jeden z lepszych zwiastunów gier dla mnie ogólnie, a już na pewno najlepszy zwiastun Vice City. Swoją drogą chciałbym poczytać kiedyś czego spodziewano się po tej wersji, jakie były oczekiwania. Internet nie był wtedy tak popularny, więc poszukiwania trzeba byłoby zacząć od czasopism. Niemniej jeśli ktoś obawiał się, że kolejna odsłona nie da rady dźwignąć sukcesu trójki, to obawiał się zdecydowanie niesłusznie.

Wiele wskazuje na to, że już za parę lat będzie dane nam do Vice City wrócić. Nie w jakimś modzie, rodem jak znamy VC Rage, ale w pełnoprawnym tytule. Kwestia tu jest jednak inna. Gra nie będzie osadzona już w latach ’80, lecz co pewniejsze pokaże nam miasto w uwspółcześnionej wersji, co wcale, a wcale nie zaburzy monopolu wersji z 2002 roku. I tak nadal Vice City będzie jedną taką grą, jedyną w swoim rodzaju, grą która nadal będzie czekać na swojego prawdziwego następcę. Tylko czy naprawdę go potrzebuje? Niech każdy odpowie sobie sam.


Królewski Real 2016/17!

Dla fanów Realu Madryt sezon 2016/17 był niezwykle udany. Klub sięgnął po Klubowe Mistrzostwo Świata, odzyskał Mistrzostwo Hiszpanii, wygrał po raz 12 Ligę Mistrzów oraz stał się pierwszym i jedynym jak do tej pory klubem, który obronił ten puchar w nowej formule, a  warto jeszcze przypomnieć o sięgnięciu na początku sezonu po Superpuchar Europy. Wszystko to wraz z posiadaniem w składzie najlepszych piłkarzy na świecie z liderem Cristiano Ronaldo na czele, który możliwe, że właśnie zapewnił sobie 5 Złotą Piłkę czym zrównałby się z innym geniuszem futbolu – Leo Messim, napawa kibiców Królewskich dumą i optymizmem.

Dla mnie ubiegły sezon w jego trakcie był strasznie niepewny. Prawda, Real był faworytem w większości rozgrywek jednak zarówno ta presja jak i gęsty terminarz budził pewne obawy. Sporo graczy często łapało kontuzje przez co albo nie mogli znaleźć odpowiedniej formy albo nie byli po prostu do dyspozycji trenera, przez co niektóre pozycje praktycznie nie miały zmienników. Tym bardziej, że im dalej w las czyt. ostatnie kolejki czy finały pucharów, nadal nie gwarantowały zwycięstwa – Realu nie zadowala finał, trzeba go jeszcze wygrać. Na szczęście dobra taktyka Zidane’a, świetna dyspozycja kluczowych graczy dla zespołu w najważniejszych momentach oraz rotacje w składzie przyniosły upragniony sukces. Rotacje to szczególnie ważna sprawa przy tak długim terminarzu, nawet Ronaldo musiał się bardziej oszczędzać, a do głosu dochodzili także młodsi zawodnicy, którzy dostawali swoje szanse na grę. Niektórzy z czasem wykrystalizowali się jako zawodnicy do odejścia – dziś z nami nie ma już m.in. Pepe (nie dogadał się z klubem w kwestii kontaktu), Coentrao (więcej czasu spędzał z medykami niż na boisku), Moraty (świetny piłkarz, numer dwa w klubie pod względem strzelonych goli, ale nadal ciężko wygryźć ze składu BBC, a on sam nie chciał być zmiennikiem), Jamesa (zniżka formy, przesyt w środku pola, wyżej od niego był Isco czy Lucas) czy Danilo (zmiennik Carvajala, solidny pod koniec sezonu, jednak poszedł za częstszą grą do innego klubu). W ich miejsce przyszli raczej młodzi gracze wracający z wypożyczeń, którzy dopiero pokażą na co ich stać w naprawdę wielkiej piłce. Pieniądze wydane zostały, jak do tej pory, jedynie na Theo Hernandeza za 30 mln z Atletico oraz Daniego Ceballosa za 17 mln z Betisu Sevilla. Nie są to astronomiczne sumy. Czy przyjdzie jeszcze jakiś duży transfer? Czy ktoś jeszcze odejdzie? Czas pokaże.

Sezon 2016/17 był dla mnie szczególny także z innego powodu. Ogólnie za datę rozpoczęcia swojej przygody z kibicowaniem Realowi Madryt uznaje Mistrzostwa Świata 2006 w Niemczech i tak, wiem, że są to zawody gdzie grają reprezentacje, ale ogólnie był to pierwszy mój tak duży świadomy turniej, który oglądałem i kibicowałem reprezentacjom, gdzie grali zawodnicy Królewskich z Zidane’m, Figo, Ronaldo, Beckhamem, Raulem czy Roberto Carlosem na czele. Po mistrzostwach przyszedł sezon 2006/07 co daje nam równe 10 lat kibicowania Realowi. Oczywiście, piłkarzy i tak dalej znałem już wcześniej, ale nie na tyle by móc powiedzieć, że konkretnie im kibicuje. Przez tę dekadę były różne chwile – zarówno te piękne z la Decimą na czele, z rozpoczęciem nowej ery galacticos, z przyjściem Ronaldo, Kaki, piękną końcówką ostatniego mistrzowskiego sezonu Carlosa i Beckhama czy objęciem stanowiska trenera przez Zidane’a, jak i te bardzo ciężkie, jak lata posuchy w Lidze Mistrzów, nieszczęsna granica 1/8, pudła Higuaina, 0-5 i 6-2 z Barcą, porażka z 0-4 III-logowym Alcoronem… wszystko to składa się na cały obraz kibicowania klubowi w różnych dla niego momentach. Oby przez kolejną dekadę i dłużej Real zapewniał swoim kibicom różne, piękne emocje, bo kibicowanie, ogólnie zespołom, każdy swojemu, to jedno z najfajniejszych zainteresowań jaka może człowieka spotkać i jakie może mieć. Serio. Spróbujcie sami