Kategoria: PitStop

„Kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, czyli wizja kolejnych gier ze studia Rockstar”, 2018 archiwizowane

Pewnie większość z was wie, najpopularniejszy polski serwis o tematyce gier z serii Grand Theft Auto, GTASite przestał działać. Ma to związek z niedawnym pożarem w serwerowni OVH, gdzie hostowana była ta strona. Z pewnego źródła wiem, ze istnieje również kilka innych powodów, czemu sytuacja z tym serwisem wygląda obecnie tak, a nie inaczej. Mam nadzieję, że z czasem się to zmieni, bo serwis jest znaczącym kawałkiem historii GTA w Polsce, niemniej nie z tego powodu piszę dziś te kilka słów. Robię to, ponieważ w swoim czasie pojawił się tam, na stronie, artykuł konkursowy mojego autorstwa, który został doceniony przez ówczesne jury. Dotyczył on potencjalnej przyszłości gier od R* jako takich, jak może to wyglądać za te X lat. Pomyślałem, że z racji, że strona obecnie nie jest dostępna, to zamieszczę go tu. W oryginale dostępny on jest m.in. w formie zarchiwizowanej pod tym linkiem. Jeśli kiedyś wróci na łamy serwisu to dam o tym znać w komentarzu.


Firma Rockstar Games nie od dziś uznawana jest za markę przełomową w świecie gier video. I chociaż to zdanie dla wielu może zabrzmieć jak truizm to mam wrażenie, że część osób o tym zapomina, szczególnie w dobie gdzie pełnoprawnych, nowych, dużych tytułów od R* mamy zdecydowanie mniej niż powiedzmy 10-15 lat temu. Temat wraca jednak przy okazji premier pokroju niedawnego Red Dead Redemption 2 i ponownie otwiera debatę odnośnie tego czym jeszcze zaskoczy nas Rockstar.

Widzę przed tobą wielką przyszłość mój chłopcze…

Przede wszystkim mówiąc o R* w kontekście rewolucji, jaką wprowadziły gry z tego studia musimy zwrócić uwagę na aspekty w jakich owe kroki milowe mogliśmy odnaleźć. Nie są to tylko kwestie związane z grafiką, chociaż oczywiście te pierwsze przychodzą do głowy, w końcu technologicznie gry zawsze były o krok do przodu w stosunku do reszty stawki – GTA III wprowadziła nas w pełną erę 3D jako generalnie jedna z pierwszych gier wysokiego szczebla, IV zaś do dziś uważana jest za jedną z ładniejszych gier i mimo dekady na karku nadal pali komputery kolejnym zapaleńcom. Jednak to nie grafika zaprowadziła R* na szczyt, bo przecież hej, na rynku jest wiele innych także genialnie wyglądających gier, a świetny nos odnośnie oczekiwań jakie mają gracze.

W swoim czasie w środowisku powstało określenie gier just like GTA, czyli gier na podobieństwo flagowej serii. Zwykle były to gry po prostu z otwartym światem, który z resztą teraz jest już praktycznie standardem w dużych tytułach, ale określenie to odnosiło się również generalnie do dużej swobody rozgrywki. Twórcy w studiu przewidzieli, że potencjalny gracz pozostawiony sam sobie w dużym mieście będzie miał ochotę na robienie rzeczy naprawdę przeróżnych, często ocierających się o jazdę o bandzie, ale w sumie czemu mu tej możliwości nie dać, nawet kosztem kontrowersyjnych rozwiązań? Jak pokazała historia – opłaciło się.

harder, better, faster, stronger

Dość jednak o tym co było. Mamy rok 2018, a kolejna część to perspektywa co najmniej kilku lat w przód i nikt nie będzie odcinać kuponów od sławy, szczególnie, że wymagania graczy są znacznie większe niż kiedyś, a dodatkowo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z oczywistych rzeczy – na pewno jeszcze więcej środków, przy teoretycznej kolejnej części GTA, bo zakładamy, że to ona będzie jako kolejna na horyzoncie, pójdzie na tryb online, który nie ma co się oszukiwać, będzie tam główną siłą napędową. Żyjemy w dobie battle royale, a i ramy gry zdają się mieć podstawy by taki tryb wprowadzić na szerszą skalę. Chciałbym jednak, i liczę na to, że mimo wszystko R* bardziej przyłoży się także do trybu single, a przykład RDR 2, prawdopodobnego GOTY tego roku i to bez trybu multi (na moment pisania artykułu) pokazał, że nadal potrafią pisać świetne, ambitne historie. Gwoli ścisłości – nie mówię, że ta w V-tce była wybitnie zła, ale mam wrażenie, że fani czekają jednak na coś mocniejszego. Nie wyobrażam sobie do tego innego miejsca niż słoneczne Vice City – oczywiście w odpowiednio większej skali, ale nadal z zachowanymi wszystkimi, najbardziej charakterystycznymi elementami miasta. Siłą rzeczy musi być to jego uwspółcześniona wersja, ale trzymająca się chociaż w pewnym założeniu kolorowych lat ’80 i tak, wbrew pozorom próby pogodzenia współczesności z klasyką pod względem pewnej stylistyki już były – przypadek dodatku do czwórki The Ballad of Gay Tony. Nieco trudniejszy przypadek jest z potencjalną kolejną częścią Red Deada, bo problem jest chociażby z osadzeniem czasu akcji. Zdecydować się na okres równoległy do dwójki? Prequel? Możemy teraz tylko gdybać, szczególnie, że dwójka dopiero co jest na świeczniku.

Swoje odczuje na pewno też sama rozgrywka i chociaż w założeniu będzie to po prostu usprawnione wykorzystanie już istniejących mechanik to z pewnością przy bezpośrednich porównaniach, szczególnie z perspektywy czasu, możemy poczuć sporą różnicę.

Ponadto podobnie jak wiele innych osób chętnie zobaczyłbym powrót postaci z poprzednich odsłon czy to GTA czy RDR. O ile o ich bezpośredni powrót może być szczególnie ciężko, szczególnie tych z tzw. ery 3D, o tyle chociaż wspomnienie o ich wpływie na dane miejsce i czas mogłoby być ciekawym smaczkiem na wszystkich fanów serii.

This is Vice City. This is business!

Tak naprawdę wiele zmian, jakkolwiek byśmy nie debatowali, ugruntowanych jest nie ograniczeniem czy brakiem umiejętności twórców, a najzwyczajniej kwestiami finansowymi. Niektóre rzeczy muszą się po prostu opłacać i debatuje nad tym wielu analityków. Niemniej niemałe już doświadczenie z grami Rockstara sprawiło że markę darzę naprawdę dużym kredytem zaufania i nie wiem czy jestem o jakąś grę bardziej spokojniejszy niż właśnie o kolejne GTA czy kiedyś w przyszłości o potencjalnego kolejnego Red Deada. Czekam z niecierpliwością, podobnie jak miliony mi podobnych na całym świecie. Już dzisiaj wiem, że warto.


Całe życie w piłkę, w FIFĘ 20 ponad 300 godzin (tak na teraz)

Moja pierwsza styczność z piłką nożną w grach miała miejsce oczywiście na Pegasusie. Nie byłem wtedy jeszcze zbyt biegły w tego typu grach z racji wieku, niemniej najmilej wspominam Soccer Simulator ze Złotej Czwórki, który dla mnie był znacznie lepszy niż popularniejszy wtedy Soccer od Nintendo, który był moim zdaniem nieco drętwy czy Goal 3, którego nie posiadałem i nie znałem. Później należy przenieść się już na PC do gry Football Generation z 2003 roku, która co prawda nie posiadała licencji, ale w sumie niewiele mi to robiło, bo postanowiłem zrobić je sobie sam. Miałem specjalny zeszyt, w którym przypisywałem odpowiednie nazwisko odpowiedniemu numerowi – robiłem w ten sposób nawet własne transfery! Później mój cykl gier piłkarskich, które traktowałem nieco poważniej wyglądał następująco: FIFA 2005 jako pierwsza z serii, z którą miałem kontakt bardziej poważnie, FIFA 07 jako ta, przy której spędziłem chyba najwięcej czasu generalnie z tego rodzaju gier, do dziś mam oryginał, romans z PESem 14, FIFA 18, w którym rozpocząłem przygodę z FUT no i teraz FIFA 20. Oczywiście nie oznacza to że przez te lata ominęły mnie inne odsłony cyklu gier piłkarskich, jednak przygody z nimi nie były jakoś szczególnie długie czy intensywne, niemniej odhaczone jako „grałem” mam również również FIFĘ 03, 04, 06, 08, 10, 11, 14, 17 czy 19 oraz PESa odpowiednio 5 czy 6 czy to w wersjach czy to pełnych czy demo. Dochodzi do tego oczywiście granie multiplayer, poza FUT, takie kontroler w kontroler ze znajomymi czy przez Hamachi bądź GameRanger z ludźmi z internetowych społeczności.

FIFY 20 nie planowałem kupować. Oczywiście może gdzieś tam po cichu człowiek by i chciał, ale jakoś nie byłem przekonany na tyle żeby dokonać zakupu. Nie przychodzi mi to łatwo, znacznie prościej wydaje mi się pieniądze chociażby na książki. Skusiła mnie jednak cena. Na Czarny Piątek udało mi się wyrwać tę grę za plus minus stówkę. Porównując z analogicznymi okresami wcześniej to naprawdę dobra oferta. Od tamtego czasu tj. chyba 26 listopada na liczniku mam przegrane nieco ponad 355 godzin (na dzień 10 październik 2020). Z racji, że sezon grania takiego „na serio” już się w sumie skończył, to chyba mogę pokusić się już więc o pewne podsumowania, doświadczenia no i problemy jakie mam tegoroczną odsłoną, a niestety parę ich mam, w tym takie, które były bardzo blisko przekreślenia tego tytułu na dłuższą metę i przez które przynajmniej na ten moment mówię „nie” FIFIE 21, ale nadal „tak” cyklowi jako takiemu.

FIFA 20 miała i pewnie ma naprawdę wysoki próg wejścia. Już w FUT 19 zrezygnowano z typowych lig jakie były w FIFIE 18 i niżej, tj. tych 10 lig każda po 10 meczów (od konkretnej ilości punktów utrzymanie awans czy spadek) na rzecz nieco bardziej luźno zawieszonych dywizji, które są oparte na nieco innej zasadzie, bardziej punktów rankingowych niż stricte jak w piłce, że 3 punkty za wygraną etc., stąd też nazwa nowego trybu, Division Rivals. System raz, że wymuszał większą ilość rozegranych meczy (zostało to ograniczone w 21 z tego co wiem) to był przede wszystkim mało miarodajny, gdzie tak naprawdę trudniej awansować z ligi 9 do 8 niż powiedzmy z ligi 5 do 4. Dodatkowo bardzo sprzyjał celowemu spadaniu lepszych graczy do niższych lig, żeby łatwiej było im zrobić różne wyzwania w stylu wygraj X meczy czy strzel Y goli lewą nogą. Innymi słowy często nie graliśmy z zawodnikami faktycznie na naszym poziomie przez co również, przynajmniej ja, praktycznie nie czułem żadnego progresu w poziomie gry. Za FUT Champions to się niespecjalnie brałem ogólnie tak nawiasem.

Innym tematem jest tu grind, nawiązując trochę do poprzedniego. Żeby odblokować jakieś wyzwanie, czyt. dostać np. paczkę, czy jakiegoś konkretnego piłkarza, trzeba było wykonać konkretne zadania. Niestety były one albo czasochłonne (tak, wiem, to trochę musi tak działać żeby każdy nie miał wszystkiego za darmo i żeby tytuł przyciągał do grania) albo niewykonalne przez wspomniane spadanie graczy. Alternatywą były wyzwania w Squad Battles, czyli w grze na bota, który był jednak…. popsuty i przykładowo był taki błąd, że wystarczyło strzelić gola, a później przejąć piłkę, zrobić fake shot przed polem karnym rywala i bot głupiał (film poniżej, sorry, że bokiem). Jeśli czegoś żałuję to chyba właśnie tego, chociaż z drugiej strony nie bardzo było inne wyjście jeśli się chciało coś mieć.

To z bramkarzem też śmieszne nawet, mówię też wrzucę.

 

Osobiście występował u mnie także problem z responsywnością, niemniej domyślam się, że to mogła być wina mojego łącza, która trochę wykluczała poważne granie, chociaż jeśli spojrzeć chociażby na film wyżej z bramkarzami to serio było różnie i nie wszystko zwalałbym konkretnie na gracza. W praktyce sprowadzało się to do tego, że często nie miałem kontroli nad swoimi piłkarzami, bądź ich reakcje były opóźnione. W kuriozalnych momentach dochodziło do sytuacji, gdzie wynik 3-0 nie był bezpiecznym wynikiem, chociaż tu wchodzi też temat handicapu czy kick off glitcha, któremu EA zaprzeczyło. Polecam film Kamyka na YT jako przykład tak swoją drogą :>

Oczywiście FIFA jak każda społeczność graczy ma również swoje ciemne elementy. I tak spotykamy mnóstwo osób, które na siłę milionowy raz oglądają powtórki spalonego, biorą 3 pause’y na minutę przed końcem tracąc bezcenne minuty swojego i mojego życia czy robią beznadziejne cieszynki. Cóż, życie.

Boli też spadek znaczenia dobrych kart, lub inaczej, strasznie szybko się dezaktualizują, wspomniał o tym niedawno Kunio w swoim wpisie. W pewnym momencie doszliśmy do kuriozum, że karty Ronaldo czy Messiego (przynajmniej te zwykłe) nie robiły już takiej różnicy za to na fali były karty, które po prostu dobrze wpisały się w silnik gry, bądź też po prostu EA wpadło na taki pomysł, by im tę dobrą kartę dać. I jakkolwiek rozumiem ten zabieg, czasy, kiedy to tzw. in-form w składzie robił wrażenie bezpowrotnie minęły i te eventy naprawdę trzymają grę przy życiu, jednak mimo wszystko trochę boli fakt, że niektóre są typowo pod SBC i powiedzmy taki Kroos, James czy nawet ikona w wersji Optimus od pewnego poziomu potrafi być niegrywalna, bo albo tempo albo gwiazdki słabszej nogi albo cokolwiek innego.

Ponarzekałem, jednak nadal coś co sprawia, że przy tej grze jestem i tak naprawdę jest to obecnie jedyny tytuł, w który jakoś regularniej gram. FIFA to nadał tytuł, przy którym można się dobrze bawić. Wiecie, jest urok w tym śledzeniu kolejnych wydarzeń, wpływu realnego futbolu na rozgrywkę, czekania czy coś trafi się ciekawego w paczce czy nie czy po prostu gameplay’em, bo hej, nadal nie ma żadnej innej alternatywy. Finalnie świetnie można się bawić poza FUTem, chociażby w sezonach online zwykłymi drużynami, gdzie to ciśnienie jest znaczenie mniejsze (i system ligowy jest normalniejszy). Nie wspominam już nawet o grze na bota, który gdybym był młodszy to pewnie piałbym z zachwytu, niemniej na ten moment ja już z gry na bota radości czerpać nie umiem. Zazdroszczę ludziom, którzy to potrafią – kariera to przecież świetna sprawa, do dziś pamiętam swoją z FIFY 07 czy chociażby Volta, z której możemy się smiać, ale kiedyś, wow! Jest jak jest.

„Zaraz, czemu ja właściwie w to gram?”

W ogóle zróbmy mały przegląd drużyny w praktyce. FIFĘ jak wspomniałem kupiłem 26 listopada. 2 dni później (nie wiem czy mnie kalendarz nie kłamie) miałem już taki skład.

Pierwszym moim transferem był Inaki Williams, legenda klubu z FIFY 18, zaraz za nim pewnie Militao. Szczerze nie pamiętam skąd ja na to znalazłem coinsy chociaż z drugiej strony w 20 niespecjalnie mi brakowało na cokolwiek. Screen niżej to już 8 grudnia – parę kart trafionych, jeden ogromny transfer w postaci Ter Stegena, który jak zagościł w tamtym momencie tak z bramki już nie wyszedł. To ogólnie plus w porównaniu z 18, tam znacznie więcej bawiłem się w tasowanie bramkarzami.

Kadr niżej to już 16 grudnia. W ogóle warto wspomnieć, że ja zawsze wychodziłem z założenia, żeby grać tymi kartami, jakie daje mi gra i chociaż na początkowym etapie to dość trudne (tu jednak większość kupiona) tak w tę stronę to domyślnie miało iść.

Dwa screeny niżej to już 19 styczeń. Ter Stegen już niewymienny, podobnie jak atak (strasznie wymęczony ten Plea był chociażby), Bats, Fekir, Mendy i Umtiti. Kształtować zaczęła się już także ławka. Kent idealny rezerwowy, z resztą z czasem stał się jedną z najlepszych kart w grze (sbc trzeba było za niego zrobić za grosze praktycznie) no i Mane, który na tamten moment był jedną z naprawdę ciekawszych kart do trafienia i kartą, która uratowała mi naprawdę dużo spotkań. W ogóle niby mija się to z sensem trochę, ale zawsze lubiłem mieć rezerwowego bramkarza i tak padło, że został nim nasz Artur Boruc.

Niżej jest 22 marca, w składzie zaczęło robić się kolorowo, ale też i miałem spore szczęście żeby trafić karty pokroju tego Mertensa czy De Jonga. Kubo to SBC, Aouar za punkty doświadczenia.

30 czerwca, dla wielu pewnie już koniec FIFY, chociaż przez tę pandemię to też wszystko się poprzesuwało. Tu znów szczęście obrodziło mnie chociażby Modriciem, Hierro (jedyna ikona, która zagościła w tym roku w moim składzie) czy Carvajalem. Jednak szczęście miało dopiero nadejść.

Wiecie, ktoś powie, że trafienie Messiego w lipcu (14tego) to nie jest jakieś wielkie osiągnięcie, niemniej tak, trafiłem Messiego. W sumie nadal tak z boku trafienie Messiego, Ronaldo, ikony czy TOTY to takie punkty przełamania, które zawsze robią wrażenie. Szkoda, że tak późno, bo chociaż tak jak wspomniałem nieco wyżej znaczenie tego typu kart spadało już w tym momencie na łeb na szyję, a ja jestem do tego przecież kibicem Realu, tak Messi to zawsze Messi i zagościł na dobre w moim finalnym składzie obok innych tuz, które widzicie niżej. Ogólnie śmiesznie, bo na papierze mój końcowy skład jest dużo mocniejszy niż te dwa lata temu, ale nie wiem czy pokusiłbym się o stwierdzenie, że gra mi się nimi jakoś łatwiej czy coś. Niemniej słabych punktów tu już nie ma, a niektóre karty to moje osobiste marzenie, żeby w ogóle je mieć.

W ostatecznym składzie, prócz piłkarzy przedstawionych wyżej, znaleźli się również (głębiej w klubie) Batshuayi, Plea, Mertens, Cazorla, Tomiyasu, Benzema, Aouar, De Jong, Lenglet, Rodrigo, Sissoko, Militao, Akinte w różnych wersjach. W sumie tymi piłkarzami bawiłem się najlepiej lub po prostu w jakimś sensie zapisali się w moim klubie. Z jakiegoś względu brak tam Williamsa, Fekira i Vidala, którzy najwidoczniej przepadli w jakimś wymuszonym SBC. W ogóle cel zrealizowany – cały pierwszy skład niewymienny, a generalnie z piłkarzy w klubie tylko Lenglet, Militao, Sissoko i Akinte są możliwi do sprzedaży.

Obecnie gram głównie formacją 4-2-2-2 w grze, ew. zmieniam na 4-1-2-1-2. Dobry motyw w 20 ze zmienianiem formacji bez wchodzenia do menu, tylko bezpośrednio z poziomu gry. Zacząłem też w końcu bawić się z wytycznymi. W sumie nie jakoś bardzo, ale koniecznie wszyscy obrońcy „zostań z tyłu”, śpd też, a napastnicy „wychodź za plecy obrońców”. Według gry wygrałem 508 spotkań, 33 zremisowałem, 282 przegrałem. Na papierze wydaje się, że to lepsze statystyki niż w 18, ale w praktyce dużo zakłamuje to Squad Battles – w końcu hej, tam byłem jednak w lidze 1 w FUT w sezonach online, a tu odbijałem się przez większość czasu przez dolne dywizje. Z resztą ogólnie w 18 czułem się znacznie mocniejszy niż w 20, a wydaje się, że różnica nie jest jakoś szczególnie duża.

Co ciekawe gracz z najlepszymi statystykami jest dość niespodziewany bo jest nim… Michy Batshuayi, który prowadzi w rankingach zarówno najwięcej goli (218) jak i asyst (165) co udało mu się zrobić w 253 meczach. Wyprzedza on Rodrigo (odpowiednio 209 bramek, 155 asyst w 179 meczach) oraz Mertensa (280 meczów, 201 goli, 148 asyst). Dużo wnieśli również Plea i Mane (który praktycznie wchodził to tylko z ławki podobnie jak obecnie jego wersja TOTS) czy Kubo po zsumowaniu statystyk z różnych kart. Pewnie z biegiem czasu, jeśli jeszcze trochę pobawię się tą FIFĄ to te statystyki trochę ulegną zmianie, chociaż wątpię, że same podium jakoś szczególnie się zmieni.

Nieco ciekawiej wyglądają za to statystyki pod względem ilości rozegranych meczy w klubie. Numerem jeden jest bez wątpienia Ter Stegen, który ma rozegrane na jednej karcie ponad 650 spotkań, a grałem nim przecież również przed trafieniem karty niewymiennej i tam też już trochę tych meczy rozegranych miał. Wrażenie robią również statystyki Semedo czy Mendy’iego, którymi rozegrałem ponad 600 spotkań czy to na jednej czy kilku kartach. Wysoko jest również Militao z ponad 500 spotkań oraz Kubo, Lenglet, Aouar czy De Jong z ponad 400 czy Sissoko, któremu zabrakło do 400 tylko dziesięciu spotkań.

Generalnie fajna zabawa, polecam, niemniej od FIFY również trzeba czasami odpocząć. I chociaż z jednej strony mógłbym powiedzieć, że zaciemniła mi obraz FUTa jako takiego, że w FIFIE 18 było weselej, lepiej i w ogóle kiedyś to było, tak może też te odcienie szarości są potrzebne, w końcu hej, i tak będę jeszcze w 20 grać, no a może kiedyś i jeszcze w coś nowszego, kto wie.

Jakby ktoś coś o moim składzie albo do mnie jakieś pytania, o FIFIE, FUT, generalnie o grach piłkarskich – zapraszam do komentarzy!


Pamięć, rzeczy, muzyka

Wiecie, wydaje mi się, że jeśli jest jakiś czynnik, który najbardziej i najdłużej z nami zostanie, taki na zasadzie bycia bodźcem, który metaforycznie odpala w nas pewne obrazy, uczucia czy emocje, wywołuje je z pamięci to jest to zdecydowanie muzyka. Oczywiście, żyjemy w dobie nośników pamięci, video, pełnych dysków zdjęć, które pewnie przez długi, długi czas nie zostaną otwarte, ale wbrew pozorom nie są to nadal rzeczy, które atakują nas z zaskoczenia, raczej otwieramy je intencjonalnie, na zasadzie „hej, chce zobaczyć, jak kiedyś wyglądało moje podwórko czy inny krewny”. Piosenki, zakładając, że słuchamy radia, ale i nie tylko, przecież są one po prostu stałym elementem (pop)kultury w postaci chociażby ścieżek muzycznych do filmów czy dowolnego X, są czynnikiem, które pojawiają się mimowolnie, na które trochę nie mamy wpływu, a jeśli mamy to nie zawsze są one przez nas używane stricte z tą intencją.

Za dwa dni stuknie 8 lat od kiedy zasiadłem do VC:MP czy szerzej do „multi” i tak naprawdę można by o tym oddzielny rozdział, ale mam w tym momencie w głowie coś zupełnie innego. Ktoś powie „hej, jak możesz pamiętać konkretną datę akurat tego, czy ciebie do reszty już ten i tamten?”. Dziś, w momencie, gdzie powiedzmy mam dosyć dobrą pamięć to w sumie łatwe, ale jestem pewny, że ta data mi za jakiś czas, może nie dwa czy trzy lata, ale więcej umknie, strony internetowe spowije kusz, a wszelkie hostingi wiecznie nie będą trzymać rzeczy, które dziś są dla nas codziennością, ale wydaje mi się też, że tak w perspektywie -dziesiąt lat, że jeśli coś będzie mi miało kiedyś przypomnieć o VC:MP i tym, co się z tym wiąże przy pewnie kompletnie innych priorytetach i doświadczeniach życiowych, przede wszystkim, jeśli coś ma mi przypomnieć szczególnie o ludziach z tym związanych, to jest to własnie muzyka i metaforyczne Self Control z głośnika płynące. Wychodząc dalej, w dowolną inną sferę życia, pewnie wielu z nas jest w stanie stwierdzić, jaki kawałek leciał na pierwszej randce, gdzie słysząc go widzimy konkretną osobę, czy o, nie wiem, pierwszej płycie we własnym samochodzie czy generalnie dowolnym odcinku czasu czy wydarzeniu, gdzie dany kawałek muzyczny potrafi być włącznikiem w naszym mózgu, który przywołuje konkretne momenty z naszego życia.

Nie chciałbym popadać w patos, bo wbrew pozorom to optymistyczna kwestia, nie jestem też specem przecież, gdzieś czytałem, że generalnie im więcej zmysłów jest zaangażowanych tym rzeczy zapamiętujemy mocniej i trwalej, ale jakoś w kontekście muzyki czy kwestii zapamiętywania czy pamiętania o ludziach, rzeczach, dowolnym, wydaje mi się to ważne. Pamiętajmy o tym, nie o tym „zapamiętywaniu”, ale o fakcie „pamiętania” o rzeczach dla nas ważnych już dziś. Pielęgnujmy je, niech będą przystanią, do której możemy gdzieś tam wrócić czy mniej metaforycznie, realniej pamiętajmy o ludziach, bo oni i relacje z nimi są przede wszystkim na samym końcu najważniejsze, mimo że dziś możemy nie zdawać sobie z tego sprawy.


Gwiezdne Wojny – ranking filmów!

Z jednej strony mam świadomość, że tworzenie wszelkie rodzaju TOP rzeczy nieco mija się z celem, że obiektywizm w tym przypadku nie istnieje, że za rok, dwa czy piętnaście kompletnie może zmienić się punkt widzenia i tak dalej. Z drugiej strony jest jednak coś uroczego w tworzeniu różnego rodzaju własnych topek – oczywiście ze świadomością, że jest to stan np. na 4 maja 2020 i że jest to w pełni subiektywna wizja. Dziś chciałbym podjąć temat, wziąć na tapetę filmy z uniwersum Gwiezdnych Wojen i nawet dla samego siebie rozważyć co jest w nich dobrego, a co złego i przy okazji jakoś przedstawić moją opinię, które filmy Gwiezdnej Sagi (i czemu) uznaję za najlepsze.

Moja przygoda z Gwiezdnymi Wojnami tak naprawdę zaczęła się stosunkowo późno. O ile urodziłem się 3 lata przed premierą Mrocznego Widma, czyli epizodu I, więc w sumie moje najmłodsze lata przypadały na trylogię prequeli i pamiętam ten boom z zeszytami z postaciami Star Wars na okładce, o tyle początkowo był dla mnie jakiś rodzaj niezrozumienia do tego co tam się dzieje. Głównie wynikało to chyba z faktu, że nie rozumiałem ich kanoniczności, coś w stylu „ale jak to, tu jest jakiś stary film, tu są nowe i że on niby tam zginął, a tu nagle żyje”. W pamięci utkwiła mi chyba z tego okresu najbardziej końcówka właśnie Mrocznego Widma, prawdopodobnie już gdzieś w TV, że oni tak długo tam walczyli efektownie na końcu. Z wiekiem to zainteresowanie uniwersum Gwiezdnych Wojen rosło, zacząłem rozumieć pewne zależności, nadrobiłem gdzieś po drodze pozostałe filmy, Wojny Klonów wyrywkowo (ten ostatni sezon muszę) i chyba takim krokiem milowym był pierwszy seans premierowy, na który wybrałem się do kina w 2016 roku, czyli na film Łotr 1. W kinie byłem również na epizodzie VIII, IX oraz solowym filmie, nomen omen, o Hanie Solo. Ktoś powie „hej, więc co ty wiesz o Gwiezdnych Wojnach?!”, a jest to niewykluczone, bo społeczność Gwiezdnych Wojen jest dosyć zaborcza w kwestii znajomości uniwersum Wydaje mi się, że coś tam wiem, ba, w jakimś sensie dziś uważam się za dość dużego fana. Zaznaczyć chciałbym jednak, że moim zdaniem Gwiezdne Wojny są dla wszystkich, nie jedynie dla jakiejś wybranej grupy społecznej i każdy może traktować je indywidualnie, nawet nie mając z nimi związanego jakiegoś konkretnego bagażu emocjonalnego. Ja jednak mam. Do sedna. Zacznijmy zabawę. Dla porządku napiszę jedynie, że poniższy ranking dotyczy 9 filmów z tzw. Sagi Skywalkerów oraz dwa pełnometrażowe filmy poboczne. Tak nawiasem, kolejne miejsca nie oznaczają że są to filmy złe, a bardziej lepsze i gorsze.

Miejsce 11: Część IX: Skywalker. Odrodzenie

Część IX jest na chwilę obecną najnowszą odsłoną Gwiezdnych Wojen, filmem, który w zamyśle miał ukoronować wszystkie inne filmy, które powstały do tej pory i cóż… tak trochę nie bardzo wyszło, szczególnie jeśli zestawi się to chociażby z innymi dużymi zakończeniami, jakie miały miejsce w danym roku w kinie. Może też emocje są relatywnie najświeższe, ale dziewiąta część Gwiezdnych Wojen to jedyna odsłona sagi, na którą jestem autentycznie zły – zły z powodu, zbyt dużej ilości uproszczeń i nielogicznych jak na wewnętrzną logikę (to w ogóle ciekawe zagadnienie, polecam) rozwiązań i decyzji, które diametralnie burzą bądź zrywają z rozwiązaniami z poprzednich filmów. I tak w filmie, który miał być największą laurką czuć najmniej serca tak naprawdę, a z kolei widać najwięcej rozwiązań ciosanych siekierą.

Czy jest jakiś plus tego filmu? Osobie postronnej może się ten film nawet podobać, jest ładny, efektowny, ale wydaje mi się, że 3 część 3 trylogii uderzała jednak w nieco inny target.

Miejsce 10: Han Solo. Gwiezdne Wojny historie

Han Solo to film do którego podchodzę stosunkowo neutralnie… i szczerze to spory problem tego filmu. Bo to nie jest zły film, jeden z bardziej przystępnych dla neutralnego widza z naprawdę świetnym humorem, szczególnie na linii Han, Chewie i Lando (w jego roli ten od This is America) i z nimi niektóre sceny to prawdziwe złoto. Do tego film jest naprawdę ładny (szczególnie w kinie, wow!), prezentuje inne lokacje, do których normalnie przyzwyczaiła nas saga. Kuleje tu niestety fabuła, może fakt że w głowie cały czas mamy Harrisona Forda jako Hana Solo, co nie znaczy, że odtwórca jego młodszego wcielenia zagrał źle. Po prostu wiemy, że ci którzy mają przeżyć przeżyją, ci co mają zginąć pewnie zginą, bo nie ma ich w kolejnych filmach. Film generalnie ucierpiał na etapie produkcji, reżyser się zmienił, domyślam się, że przy tym i inna ekipa i przez to film tak naprawdę kończy się.. trzy razy.

Miejsce 9: Część II: Atak Klonów

Od miejsca 9 zaczynamy obcowanie z filmami, które już tak naprawdę lubię i nie mam z nimi aż takiego problemu, paradoksalnie jednak zacznijmy od wad. Atak Klonów to moim zdaniem po pierwsze najbrzydsza część Gwiezdnych Wojen i mam wrażenie, że już wtedy efekty specjalnie nie wyglądały najlepiej. Dodatkowo niektóre decyzje w tym filmie są pod względem logiki bardzo blisko epizodu IX. Mam wrażenie, że jest to film najbardziej skierowany do młodszego odbiorcy, a przecież to nie jest Disney, który robił jednak później mocniejsze filmy.

Szanuję go jednak za historię, mimo wszystko, punkty, które spinają nam późniejsze rozwiązania czemu coś z czegoś wynika. Dużym kołem ratunkowym tego filmu jest także Ewan McGregor jako Obi-Wan Kenobi, który jest generalnie jednym z jaśniejszych punktów wszystkich prequeli. Na uwagę zasługuje też przedstawione miasto, czy generalnie planety, które w końcu nie są jedną lokalizacją, a jest na nich jednak coś więcej. No i same miasta są chyba najbardziej cyberpunkowe.

Miejsce 8: Część VI: Powrót Jedi

Chyba najbardziej kontrowersyjna decyzja w tym zestawieniu i dla wielu świętokradztwo, bo w opinii niektórych to co najmniej TOP 3. U mnie niestety ten film znalazł się dosyć daleko, ale ponownie, nie ze względu na mankamenty tego filmu, bo chociażby ten film zrobił dobrze to czego nie zrobiła dziewiątka – sprawnie zamknął swoją trylogię. Chodzi o to, że nie mam jakiegoś emocjonalnego połączenia z tym epizodem i umiejscowienie go wyżej byłoby bardziej wyborem z rozsądku niż faktycznym umiejscowieniem według preferencji.

Na plus na pewno finał. W sumie jeden z najlepszych finałów w cyklu, mimo, że mógł się już nam trochę osłuchać.

Miejsce 7: Część I: Mroczne Widmo

Znów kontrowersyjnie, ale związane jest to z miejscem wyżej (w sumie zamieniłem te dwa miejsca w tracie pisania). Mroczne Widmo jest filmem na swój sposób gorszym od Powrotu Jedi, ale mam z nim związany większy ładunek emocjonalny. Mankamenty tego filmu pokrywają się w jakimś stopniu z tymi z Ataku Klonów, niemniej pojedynek Dartha Maula z Obi-Wanem i Qui-Gon Jinnem wybija dla mnie ten film na plus, podobnie jak dzieciństwo Anakina, na które patrzy się naprawdę ciekawie z perspektywy wszystkich filmów, ze świadomością, że to przyszły Lord Vader.

Miejsce 6: Część VII: Przebudzenie Mocy

Przebudzenie Mocy to film, który zyskuje z kolejnymi obejrzeniami, to film, który zyskał po wyjściu IX, w końcu to film, który jest dobrym rozpoczęciem nowej ery jaką było przejęcie praw do marki przez Disneya. Ten film zyskał również chociażby w postaciach. Jak wychodziło Przebudzenie Mocy, duża fala hejtu spadła na odtwórcę głównej roli męskiej, Kylo Rena – że chłopaczek, że denerwuje, że emo. Jak dowiadujemy się z kolejnych filmów tak właśnie miało być. Kylo nie miał być z miejsca drugim Vaderem, a stającym się powoli potworem o twarzy dziecka.

Każde pokolenie ma swoją Nową Nadzieję, ale z drugiej Nowa Nadzieja może być tylko jedna.

Miejsce 5: Część IV: Nowa Nadzieja

Nowa Nadzieja jest przede wszystkim pierwszym filmem uniwersum, filmem, który to wszystko zapoczątkował i tego statusu mu nikt nie odbierze, a jak to jest stracić tytuł ostatniego przekonał się chociażby Powrót Jedi. W Nowej Nadziei tkwi pewna prostota, która moim zdaniem jest głównym atutem tego filmu. W chwili gdy powstawał ten film, boomu na Gwiezdne Wojny jeszcze nie było i nie było wiadome kompletnie jak film się przyjmie, a już na pewno nie oczekiwano takich efektów. Wiadomo można się przyczepić czy elementy tego filmu się zestarzały czy nie, ale biorąc pod uwagę ogół to naprawdę dobry film.

Miejsce 4: Część III: Zemsta Sithów

Zemsta Sithów jest chyba najbardziej emocjonalną odsłoną Gwiezdnych Wojen. Nic dziwnego, jest to film graniczny, jesteśmy świadkami rozkazu 66, powstania Imperium czy w końcu przejścia na ciemną stronę Anakina Skywalkera, człowieka, który miał przywrócić balans w mocy. Film ten to także ponownie popis aktorski Ewana McGregora. Generalnie prequele to najbardziej polityczne odsłony Gwiezdnych Wojen, pokazują nieudolność rady Jedi, w której paradoksalnie można zauważyć wiele analogii do współczesnej polityki światowej.

Z głupot – śmierć Padme, jakkolwiek wymuszona i musiała mieć miejsce no i jakby nie patrzeć nieracjonalne decyzje Anakina.

Miejsce 3: Łotr 1. Gwiezdne Wojny Historie

Jak wspomniałem wcześniej, Łotr 1 to pierwszy film z uniwersum na jakim byłem w kinie. Swoją drogą poświęciłem mu wtedy parę słów. Łotr 1 to najlepszy gwiezdnowojenny film dla osoby nie osadzonej w sadze. Łotr 1 to przede wszystkim świetny film wojenny, wreszcie film nie o walce „na górze”, ale u podstaw, o anonimowych bohaterach tak zwanej sprawy. Łotr 1 to także film z największą ilością okrasy w postaci ostatniej sceny z Vaderem, których próżno szukać w innych częściach cyklu, a przynajmniej jest ona jedną z nielicznych tego typu. Do wad, nie ma co ukrywać, w sporej części przykryła ona całą resztę, a paradoksalnie szkoda.

Miejsce 2: Część VIII: Ostatni Jedi

Ostatni Jedi jest moim zdaniem najodważniejszym filmem z uniwersum pod względem artystycznym i jest w nim zarazem najwięcej serca i świadomości czym jest saga spośród wszystkich innych filmów, szczególnie nowszych, które muszą mierzyć się z bagażem przeszłości, przy czym najwięcej koresponduje z widzem i z innymi filmami. Mogą boleć niektóre rozwiązania, sceny jak chociażby lot Lei, ale są one oddane z nawiązką w innych, chociażby w scenie w sali tronowej. Ostatni Jedi to także otwarta na oścież furtka do potencjalnych kontynuacji, która została trzaśnięta w epizodzie IX, oby nie na dobre.

Miejsce 1: Część V: Imperium Kontratakuje

No i miejsce pierwsze. Film legenda, film esencja Gwiezdnych Wojen, w końcu film z jedną z najbardziej ikonicznych scen w historii kina (w ogóle szok ludzi wtedy w kinie). W sumie jakby nie patrzeć w tym filmie jest wszystko za co kochamy Gwiezdne Wojny – od ładnych widoczków, przez Vadera, szarżowanie Hana Solo po wreszcie pewien rodzaj filozofii Jedi przedstawianej Yody. Tak nawiasem mam adaptację tego filmu w postaci książki zatytułowanej „A więc Jedi zostać chcesz”. Już prawie umiem! A tak całkiem serio to nie wiem czy jest miejsce na w ogóle dyskutowanie z tym filmem. Marzy mi się kiedyś obejrzeć ten film w operze czy filharmonii, nie znam się, w każdym razie z muzyką na żywo – musi robić spore wrażenie.

Tak przedstawia się mój ranking filmów tego uniwersum. W ogólne data powstania tego wpisu nie jest przypadkowa – dokładnie dziś przypada światowy dzień Gwiezdnych Wojen promowany hasłem May the 4th be with You! Sprawna gra słowna, nie ma co.

W komentarzach zapraszam do dzielenia się własnymi wspomnieniami związanymi z Gwiezdnymi Wojnami. Możecie tworzyć własne rankingi, czemu nie, no a ci, którzy jeszcze nie widzieli żadnego filmu, może wreszcie zdecydują się dołączyć do tej wielkiej gwiezdnej rodziny.

Niech moc będzie z Wami!


Czasami się choruje

Ktoś kiedyś powiedział, parafrazuję, że dziękujmy Bogu, iż żyjemy w nieciekawych czasach. Nieciekawych w sensie wiecie, relatywnie nie ma wojen, przynajmniej nie u nas (tak, świetne myślenie), mamy co jeść, generalnie wiecie o co chodzi – wbrew pozorom porównując naszą sytuację z wieloma okresami wcześniej, nie jest nam tak źle i tak, pomijam tu widmo klęski ekologicznej, której jesteśmy zdecydowanie bliżej niż dalej. Chodzi bardziej o nasze dziś, dotyczące przeciętnego Kowalskiego czy Nowakowej. Czasami jednak poruszy nas coś tak globalnie, ale nawet nie jak chociażby śmierć kogoś sławniejszego jak niedawno Kobe’iego Bryanta, która np. mnie osobiście dotknęła, bo miałem jego plakaty w pokoju, ale jakieś realne zagrożenie z którymi my, nasze, moje(?) pokolenie miało niewiele do czynienia. Przychodzi mi na myśl w sumie tylko 11 września z widmem potencjalnej wojny światowej na horyzoncie czy inne konflikty, ale to nadał było coś, co widzieliśmy głównie na ekranach naszych odbiorników środków masowego przekazu, a nie za oknem. Koronawirus o którym jak się pewnie domyślacie jest dziś mowa to pierwsze realne zagrożenie, nie chcę iść tu w określenia na wzór wojny, ale na pewno na poziomie, który nas, nas w sensie globalnym, nas jako Polaków, Europejczyków czy łał, Ziemian, realnie, namacalnie dotyka.

Chciałbym w tym momencie zaznaczyć, że nie jestem lekarzem, pracownikiem służb medycznych, urzędnikiem państwowym, który zna dużo bardziej stan naszego państwa czy kimkolwiek szczególnym kto ma jakieś uprawnienia by mówić jak to się powinno robić w życiu w takich sytuacjach, ale nawet w tym momencie nie aspiruję do tego. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na kilka kwestii o których z jednej strony dużo się mówi, a z drugiej wciąż za mało lub zbyt skrajnie w jedną czy drugą stronę, a ta swojego rodzaju skrajność jest tu w sumie kluczem, który niesie największe zagrożenia.

Z jednej strony mamy sytuację, w której spora część społeczeństwa nadal bagatelizuje problem koronowirusa, mimo różnych zaleceń nie przestrzega podstawowych środków bezpieczeństwa, młodzi ludzie spotykają się nadal na imprezach, starsi wracają z zagranicy i prosto idą odebrać dziecko ze szkoły w drodze robiąc jeszcze zakupy. Ludzie nadal spinają o to, że czemu odwołali ich ulubiony event czy przełożyli premierę filmu na jaki czekali, finalnie ludzie nadal jeżdżą na wycieczki w kraje z wysokim współczynnikiem zachorowań. Po przeciwnej stronie barykady mamy ludzi, którzy wzięli sobie sprawę do serca chyba jednak nieco krzywdząco – robią zapasy w sklepach ponad miarę, nie myśląc, że za nimi również ktoś przyjdzie robić zakupy czy że zwyczajnie im samym to się nie przyda aż w takiej ilości. Są również ludzie, którzy po prostu zwęszyli w tym całym zamieszaniu biznes i niczym sprzedawcy kilofów w Stanach podczas „gorączki złota” tak i u nas wielu „Januszy biznesu” sprzedaje swoje produkty po zawyżonych cenach wypaczając totalnie prawo popytu i podaży. Jeszcze inną grupą są tu media, które wbrew pozorom mają tu jedną z bardziej odpowiedzialnych ról i wcale nie mają łatwego zadania, bo w sumie gdzie jest osadzony punkt ciężkości w trójkącie informowania o  bieżącej sytuacji, siania paniki, a nie chcę tu użyć zwrotu ukrywania, ale przekazywania tych informacji, które trzeba przekazać, a wstrzymaniem się z tymi, które lepiej wyhamować. I w sumie ten środek ciężkości bardzo trudno znaleźć, stąd w nas powinna być jakaś wypadkowa różnych informacji.

W sumie po co to piszesz? krzyczy ktoś z niewidzialnego tłumu. Prosiłbym was żebyście w tym wszystkim starali się jak najdłuższej zachować zdrowy rozsądek. Nie taki ofensywy, że „ja” wiem najlepiej, bo wielu mądrych ludzi pracuje na to żeby było znów spoko (to także w ich interesie niezależnie od poglądów politycznych), żebyście mieli otwarte oczy i uszy na wszystko, a przy tym przede wszystkim żebyście MYŚLELI. Słuchajcie przede wszystkim oficjalnych komunikatów różnych służb czy struktur, stosujcie się do nich, nie przekazujcie dalej niesprawdzonych informacji kolegi wujka czy kuzyna cioci. Dbajcie o swoich bliskich, rozmawiajcie z nimi czy to żywo z domownikami czy w inny sposób z przyjaciółmi z dala. Uświadamiajcie na temat zagrożeń, na temat tych całych zakupów, na temat wszystkiego tego co albo ich przerasta albo po prostu czego się boją. Jeśli trzeba pomóżcie sobie bardziej namacalnie, jeśli wiecie, że ktoś tego potrzebuje, zróbcie sami zakupy czy włączcie komuś Mszę świętą w niedzielę w TV żeby nie musiał wychodzić. To czego jesteśmy świadkami (i uczestnikami) to naprawdę nie jest koniec świata, trąby jerychońskie jeszcze nie grają, świat widział już naprawdę wiele chorób i złych rzeczy, ale nie dopuśćmy do tego by „mały koniec świata” w jaki sposób dotknął nas, czy to przez zaniedbania czy jakiekolwiek działania, które mogą skończyć się naprawdę źle. W ogólne pamiętam takie wydarzenie na Facebooku popularne gdzieś plus minus 10 lat temu, „After party po końcu świata”. Impreza jeszcze kiedyś będzie, tak samo jak koncert czy seans filmowy w kinie. Poczekajmy na to, nie przyspieszajmy tego, będzie dobrze, a jeśli nawet sytuacja zacznie przybierać z czasem ciemniejsze barwy, potrafmy rozróżniać rzeczy na które mamy wpływ, od tych które po prostu zostały rzucone w nasz los.

Zdrówka!

Niżej przydatne linki:

 

Ministerstwo Zdrowia

Coronawirus Update (live)