7 lutego 2026 roku skończyłem 30 rok życia. Skończyłem czy zacząłem w ogóle – zawsze mi się to myli.

Wróć.

Od 7 lutego 2026 roku oficjalnie mam 30 lat. Oznacza to że wszedłem w swoje lata 30, a skończyłem drugą.. (liczy na palcach)… trzecią dekadę swojego życia. Matematyka jest zasadniczo dziwna w tym aspekcie, ale w każdym razie przestałem już być dwudziesto(kilko)latkiem. Zajęło mi to całe 10 lat – ni mniej, ni więcej, nie było ani speedruna, ani przesadnego longplayu. Zasadniczo trwając przez te 10 lat w tym stanie wydaje mi się że jestem, nomen onen, w stanie je z perspektywy czasu jakoś już nawet ocenić, mimo że może dość świeżo po seansie, ale na recenzje po latach, na swoisty rewatch przyjdzie jeszcze kiedyś, daj Boże!, czas.

W moim przypadku okres ten przypadał na lata 2016 – 2026. Od ogółu do szczegółu. Na świecie w tym czasie wydarzyło się dość sporo, w końcu hej, nie każdemu pokoleniu przydarzy się chociażby światowa pandemia, ale też zasadniczo rzeczy, które wydarzyły się relatywnie niedawno – widmo pełnoskalowej wojny na świecie, rozwój technologiczny w niektórych sferach życia szybki jak nigdy dotąd, w tym sztucznej inteligencji, galopujący rozwój mediów społecznościowych, kryzysy tożsamościowe, relacyjne czy podział społeczeństwa tak dwa czy trzy razy mocniej niż jak to Kazik śpiewał w Arahji. Zasadniczo ten początek, umowny, tak to nazwijmy po prostu, ten okres 2016 do 2019 zdawałby się, tak globalnie, chyba względnie spokojny.

Tylko ze świat światem, działania globalne działaniami globalnymi, ale gdzieś w tym wszystkim jesteśmy my jako jednostki i każdemu pewnie na końcu czas ten minął inaczej.

Rozbijając to jakoś na party w 2016 roku skończyłem szkołę średnią, w moim przypadku technikum, podjąłem się studiów w systemie zaocznym, co może dziś wydawać normalne, ale nie było wtedy wcale takie oczywiste, że ja na te studia w ogólne pójdę, z własnych chęci, a nie powodów edukacyjnych, bo maturę napisałem chyba dość znośnie. W każdym razie dyplomem zawodowym i maturalnym w dłoni pojawiłem się na rynku pracy.

Spoiler:

teraz czy ja chce tu swoją autobiografię pisać o tym

Spoiler:

nie, nie chce

W każdym razie ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że to nie jest najłatwiejsze zasadnie na świecie. Znaczy, bo ja wiem, pewnie zależy od oczekiwań, charakteru, szczęścia, czy masz wujka w polityce bądź z dużą firmą i tak dalej, ale co to zasady w świecie pędzącego kapitalizmu, efektywności, także zmian demograficznych, pokoleniowych jako takich, nie jest to zadanie najłatwiejsze, szczególnie, jeśli mówimy o ograniczeniach wynikających z lokalizacji i nie, rozwiązaniem nie zawsze jest tu zmiana tej lokalizacji, czasem pewnie też, ale nie o tym jest ta historia. Możemy sobie to relatywizować, ale praca i takie „zawsze marzyłem żeby mieć za co żyć”, jest gdzieś o podstaw tej piramidy Maslowa, i z tym ja jak i moi rówieśnicy mają znacznie trudniej niż powiedzmy pokolenie raz i dwa razy wyżej. Starsze znaczy.

Znaczy to też nie jest tak że się nie da i nie będę sprowadzać wszystkiego to ludzie źli i świat zły – udało mi się przez te 10 lat robić rzeczy, z których jestem całkiem zadowolony albo przynajmniej takie, które były całkiem fajnym zajęciem i nigdy nie sądziłem, że się w danym miejscu znajdę, choć niestety pod tym względem, w tej dziedzinie bilans ten i tak nie jest dla mnie najbardziej zadowalający, a w zależności od dnia do fatalny.

Idąc w górę piramidy, choć nie wiem czy te szczeble są ustawione poprawnie, z głowy piszę, ale może się nam wieża nie przewróci, są gdzieś relacje. Relacje buduje się przez całe życie. Relacje buduje się ciągle. Relacje sprowadzają się do tego, że gdzieś bywają one na tyle niewdzięcznym tematem, że z jednej strony zależą bardzo od nas, od tego jakimi jesteśmy ludźmi, na ile poprawiamy się, zmieniamy bądź w drugą stronę, na ile stabilnie stoimy przy swoich przekonaniach i tym jacy jesteśmy. Z drugiej strony relacje mimo tych wszystkich zmian, prób, działań że chociażby skały się zbuntowały to coś, wpiszcie sobie cokolwiek, zależą również od tej drugiej strony i od tego na ile ona, a sumarycznie na ile my chcemy być w tym połączeniu. Wiecie, może to jakieś spaczenie control freaka (nie wiem czy jest łagodniejsze określenie na to), ale nie jest zadaniem najprostszym przełknięcie tego, że w jakiejś relacji człowiek spróbował dać z siebie dużo, a i tak nie odniosło do skutku. Z resztą to nie dotyczy tylko relacji, ale chyba właśnie i kwestii zawodowych, a w kontekście całej tej notki jakichkolwiek przedsięwzięć. I chyba na swój sposób tu rodzi się, nie wiem czy pierwsza, nie będę numerował, lekcja, którą mógłbym dać samemu sobie te 10 lat wstecz i którą mogę dać samemu sobie teraz i za 10 lat i tak dalej – czasem naprawdę można zrobić wszystko co się może, przynajmniej na dany moment, a i tak nie wyjdzie. Chyba clue tego zdania jest to, żeby się właśnie tego nauczyć i, bo ja wiem, nauczyć się odpuszczać, jeśli faktycznie uważa się, że zrobiło się tyle ile mogło? Albo żeby przynajmniej jakoś nie overthingować, tego czemu coś nie wyszło? Ja jeszcze tego nie umiem, ale przynajmniej wiem, że to źle i że paradoksalnie w tej samej myśli, są trochę dwa wilki i z dwojga złego lepiej wybrać tego, który jakoś się mniej katuje tym wszystkim.

W ogóle lata 20 to nie ma co się oszukiwać moment, kiedy uczymy się ludzi. Wiem, że wielu powie, że człowiek mając 20 lat już widział to i owo i nie przeczę, jestem ostatni do tego żeby deprecjonować młodszych ode mnie, ludzie mają dziś bagaż czasem nieproporcjonalny o swojego wieku, ale też niektóre rzeczy wynikają trochę z doświadczenia i tak, te również można mieć różne mając lat 20, 30, 50 i tak dalej. W każdym razie uczymy się naszych bliskich, naszych potencjalnych drugich połówek, pracodawców, kolegów z pracy, kolegów, koleżanek jako takich, wiecie, budowanie relacji, generalnie się w tym momencie zmienia, bo z jednej strony dużo naszych relacji zaczyna mieć charakter czysto interesowny, transakcyjny, a z drugiej wiele totalnie nie i wiele relacji trzyma się właśnie albo bo ktoś potrzebuje je mieć, albo trzyma je z poziomu białej kartki, że chce z tym kimś mieć relacje, dla samej relacji, a nie tego co ona daje i to jest chyba takie najszczersze podejście mam wrażenie. Wiele razy się człowiek sparzy przy tym, oby jak najmniej.

Sparzy.

Co masz na myśli sparzy?

Sparzyć to często tu synonim stracić. Bo te 20 lat i więcej to okres, gdzie dużo rzeczy tracimy. Zabrzmi depresyjnie, ale tracimy dużo dziecięcych złudzeń, niewinności, wiary w ludzi, rzeczy, które nas kiedyś napędzały, tracimy w końcu bliskich, nieraz nieodwracalnie w sensie śmierci, bo statystycznie im człowiek dłużej żyje tym więcej ludzi wokół niego umiera i to czasem naprawdę nagle. Tracimy relacje, nieraz te szkolne, a nieraz takie, z którymi wiązaliśmy swoją przyszłość. I to jest strasznie trudne powiedzieć, że to są rzeczy z jakimi musimy się pogodzić. W ogóle umiejętność pogodzenia się, ze sobą, z kimś, z rzeczami jakie nas otaczają, z czyjąś śmiercią, utratą drugiej połówki, pracy to jest chyba gdzieś kolejna rzecz na którą nie wiem czy się da przygotować wcześniej, ale którą gdzieś czy tego chcemy czy nie będziemy musieli (bądź też nie, co będzie po prostu boleśniejsze) wypracować. Nie ma recepty jak to zrobić też. Ja jej nie mam. Pewnie to zależy od podejścia, a niektórzy mają jak ten gość co go De Niro grał w Gorączce, że wszystko albo wiele są w stanie porzucić w 30 sekund.

W ogóle chyba jakby też główną myślą dorosłości jest taki rodzaj modlitwy, jak ktoś nie wierzy to niech uzna to za próbę wytłumaczenia samemu sobie, w końcu gdzieś modlitwa działa jako rodzaj autosugestii czasem:

Boże, daj mi tę łaskę,
Bym przyjął to, czego nie mogę zmienić,
Daj odwagę, bym zmieniał to, co zmienić mogę
I mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.
(Reinhold Niebuhr)

A może czasem nie warto się na wszystko godzić? Trochę tu też występuje ten rozstrzał między godzić a pogodzić. Bo o ile z większością rzeczy powinniśmy się p o g o d z i ć, o tyle mam wrażenie że rzeczy na które powinniśmy się g o d z i ć, częściej są w kontekście.. no żebyśmy tego nie robili. Gdzieś na fali tych lat swoich 20stych dobrze mieć w sobie i zachować w sobie rodzaj niepisanego buntu na zło i to niezależnie od wieku, wiadomo że świata nie zmienimy, ale dobrze żeby przeszkadzały nam chociaż rzeczy, które są ewidentnie złe i ludzie, którzy, no truizm, nie są dobrymi ludźmi. Warto nie godzić się też w tym wieku na bylejakość, mimo że wielu powie, że kiedyś to i tego nie było, choć dobrze przy tym zachować rodzaj pokory, że nie pozjadało się wszystkich rozumów w wieku 20 lat i czasem może i dobrze posłuchać kogoś innego.

Jakieś przesłanie Pana Cogito mi wszystko z tej notki niechcący. Nie miało tak być w sumie. I chyba wiele więcej nie napiszę, pewnie by się dało, ale piszę to na strzał, zakładam, że jutro bym tego nie dokończył albo zrezygnował. Mam nadzieję, że za 10 lat będę mógł napisać czy opowiedzieć tu niektórym znacznie weselszą wizję.

A lata dwudzieste takie 6/10, mam nadzieję, że kolejna dekada będzie dużo lepsza, bo jak nie to pozostaje tylko pewien cytat Stonogi cytować, a to już niepoważne będzie raczej.