Czerwony Liverpool – czyli o zaakceptowaniu przyzwoitości – podsumowanie sezonu 2016/17.

Nawiązując do wpisu Piterusa, który podsumował sezon swojej ulubionej drużyny – Realu Madryt (oczywiście zachęcam do przeczytania). Pisał on w nim jaki ten sezon nie był dla Królewskich udany, no bo w końcu był. No to teraz czas, aby drugi redaktor coś skleił na temat swojego ulubionego klubu, ale jednak będzie to notka o nieco odmiennym nastroju. Jak wyglądał sezon 2016/17 Liverpoolu z perspektywy ich kibica?

Koniec sezonu 2015/16, Bazylea
Finał Ligi Europy, ostatnia nadzieja Liverpoolu na europejskie puchary w nowym sezonie, The Reds prowadzą po golu Daniela Sturridge’a. Koniec pierwszej połowy. Wszystko idzie zgodnie z planem, wynik mógłby być wyższe gdyby nie kilka kontrowersyjnych decyzji. Jednakże po wznowieniu gry Sevilla błyskawicznie wyrównuje Kevinowi Gameiro, a później na prowadzenie wyprowadza ich Coke. Ten sam zawodnik, kapitan Sevilli, przelewa czarę goryczy, jest 3:1 i piękna przygoda z europejskimi pucharami kończy się na finale, jednak bez happy endu.

Ale i w porażce i braku europejskich pucharu są pozytywy.
W końcu można w okienku poszerzyć skład, aby był gotowy do walki tylko na jednym froncie – w Premier League! W końcu Jurgen Klopp dawał szanse juniorom, aby jego pierwszy skład był gotowy na mecze w Lidze Europy.

Nadchodzi czas okienka transferowego
Nie było wątpliwości, że trzeba poszerzyć skład, aby regularnie bić się o najwyższe cele. Największe luki były w obronie. Choć do ekipy dołączył Joel Matip, to odszedł Kolo Toure, a z trenerem pokłócił się Mamadou Sakho. Klopp widział zastępcę w 29-letnim kapitanie reprezentacji Estonii, Ragnarze Klavanie, który o dziwo wypalił. Zamiast kupować upragnionego lewego obrońcę, Klopp postanowił ustawiać tam Jamesa Milnera, który radził sobie na tej pozycji poprawnie. To jednak zmniejszało konkurencję w środku polu, gdzie na pomoc przyszedł Georginio Wijnaldum z Newcastle United. Do klubu trafił także (z Southamptonu, a jakże) Sadio Mane, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Jednak z drugiej strony z klubu odeszli Christian Benteke i Joe Allen. Warto wspomnieć też o Lorisie Kariusie, młodym, utalentowanym niemieckim bramkarzu z Mainz, który zasilił szeregi The Reds, no i o kończącym karierze Alexandrze Manningerze, który przychodząc do klubu, był świadom swojej roli trzeciego bramkarza.

Czy to nowa potęga, czy wciąż została chimeryczność?
Nastroje kibiców były wesołe po wygranej inauguracji sezonu na wyjeździe z Arsenalem, jednak ci szybko zostali sprowadzeni na ziemię, wyjazdową porażką 0:2 z Burnley. Pojawiały się duchy przeszłości i zwątpienie, którego nie wymazały pucharowe zwycięstwo z Burton Albion, remis z Tottenhamem na wyjeździe, pokonanie Mistrzów Anglii i wyjazdowa wygrana z Chelsea. Wciąż każdy obawiał się jednak jak to będzie w starciach ze słabszymi, gdyż nadchodziły mecze w Pucharze Ligi z Derby County, oraz ligowe potyczki z Hull City i Swansea City. Jednak wszelkie obawy zostały rozwiane. „Barany” The Reds drugim garniturem ograli 3:0, z „Tygrysami” gładko wygrali 5:1, a z „Łabędziami” musieli odrabiać straty, ale wygrali 2:1. O formę zespołu można spać spokojnie, nieważne jakiej klasy to rywal, ważne że niemal zawsze to The Reds kończyli mecz na tarczy. Teraz tylko utrzymać formę do końca sezonu i gonić czołówkę.

Nadchodzi przecież mecz z Manchesterem United – odwiecznym rywalem
Wielkie oczekiwania na wspaniałe widowisko między dwoma najbardziej utytułowanymi klubami w Anglii nie zostały jednak spełnione. Mieliśmy w całym meczu jeden strzał celny, Manchester United cofnął się, bał się zaatakować, a Liverpool nie mógł się przebić przez defensywę Czerwonych Diabłów.

Piękny sen jednak trwał
The Reds jednak wrócili do wygrywania spotkania za spotkaniem, a tercet ofensywny Coutinho, Firmino, Mane stał się czymś czym MSN jest dla Barcelony. Świadczyły o tym wygrane z West Bromwich 2:1, Tottenhamem 2:1 w Pucharze Ligi, 4:2 z Crystal Palace, no i w końcu. Mecz, w którym Liverpool dosłownie zniszczył rywala na każdym froncie, wygrana z Watfordem 6:1, która wyniosła The Reds na szczyt tabeli. Czemuż ta przerwa reprezntacyjna musiała nastąpić akurat w tym momencie, gdy forma podopiecznych Jurgena Kloppa była niemalże perfekcyjna, a lekkie zastrzeżenia mogła budzić duża liczba bramek straconych, ale nie można było narzekać. Szykowała się pasjonująca walka o tytuł przeciwko Chelsea.

Drobne momenty
Pierwszy mecz po przerwie reprezentacyjnej, okazał się jednak być rozczarowujący, gdyż Liverpool zremisował bezbramkowo na wyjeździe z Southamptonem tracąc pozycję lidera. Jednak The Reds nie zapomnieli jak się wygrywa i odnieśli wygrane 2:0 z Sunderlandem w lidze, oraz z Leeds United w ćwierćfinale Pucharu Ligi. Tutaj wydawało się, że seria meczów bez porażki musi trwać. Jednak nadeszło inne zmartwienie – kontuzja Philippe Coutinho. Jak wpłynęło to na wyniki Liverpoolu?. Nadeszło w końcu jesienne, niedzielne słoneczne popołudnie w malutkim Bournemouth. Mecz przebiegał zgodnie z planem, Liverpool gładko prowadził do przerwy 2:0. Po przerwie Bournemouth odpowiedział bramką z rzutu karnego, ale niedługo potem było już 3:1 i wydawało się, że ten mecz jest już wygrany. Do czasu, gdy defensywa zaczęła się gubić, popełniać szkolne błędy, a Wisienki rzuciły się do ataku. Stało się najgorsze. Najpierw bramkę kontaktową zdobył Ryan Fraser, potem ładnym strzałem wyrównał Steve Cook, a w doliczonym czasie, po błędzie Kariusa, piłke do siatki wpakował Nathan Ake. O meczu trzeba była jak najszybciej zapomnieć, a Klopp musiał użyć paru ostrych niemieckich wyrazów, aby takie coś, więcej się nie przytrafiało. Przyszedł mecz z West Hamem United na Anfield. W bramce walczący wciąż o uznanie Loris Karius. W piątej minucie Liverpool na prowadzenie wyprowadził Lallana, ale potem Payet wyrównał z wolnego po katastrofalnym ustawieniu Kariusa w bramce, oraz nie zachował się najlepiej przy bramce na 1:2 Michaila Antonio. Na szczęście bramkarz Młotów, sam popełnił koszmarny błąd, który pozwolił Origiemu wyrównać na 2:2. Czy to chwilowa zadyszka? A może już początek czegoś dłuższego? Czy to efekt braku Coutinho?

Czas weryfikacji
Ważnym meczem aby powrócić do wygrywania, było spotkanie wyjazdowe z Middlesbrough. Tutaj w końcu The Reds zaprezentowali dobry futbol i pewnie wygrali 3:0. Więc jak się okazało, bez Coutinho świat się nie kończy. Ostatnia kolejka przed świętami, w poniedziałkowy wieczór obfitowała w spotkanie, na które sympatyków obu drużyn nie trzeba zapraszać. Derby Merseyside na Goodison Park! Miał być to mecz niesamowity, porywający, ciekawy. Otrzymaliśmy nudny spektakl, jedyne co się działo to brutalne faule. Niczym mecz z League Two. Liverpool atakował co raz śmielej, ale nie mógł się przebić przez defensywę The Toffees. Aż do 94 minuty, gdy po strzale Daniela Sturridge’a, który trafił w słupek, piłkę do bramki dobił Sadio Mane. Przy świątecznych stołach dobre humory zapanowały tylko w czerwonej części miasta. Ale w Drugi Dzień Świąt też przecież gra się w Anglii w piłkę. Ale piłkarze Liverpoolu nie zjedli za dużo, bo pokonali na Anfield Stoke City 4:1, a w końcu, w lidze odpalił Sturridge. W Sylwestra, The Reds godnie pożegnali rok 2016, pokonując 1:0 po kapitalnie rozegranym meczu Manchester City i można było z optymizmem patrzeć, co przyniesie druga połowa sezonu, rok 2017.

Styczeń 2017
Już dwa dni po wspaniałej wygranej z The Citizens, czekała podróż na Stadium of Light, na mecz z Sunderlandem, gdy wydawało się, że The Reds wyszarpią wygraną 2:1, z rzutu karnego, wywalczonego dość w szczęśliwy sposób wyrównał Jermain Defoe. Był to ostatni mecz Sadio Mane przed wyjazdem na Puchar Narodów Afryki z kadrą Senegalu. Ten mecz rozpoczął miesiąc najbardziej zagęszczony meczami, jak się okazało, był to miesiąc do zapomnienia. The Reds w bardzo odmłodzonym składzie rozpoczęli rywalizację w FA Cup, domowym starciem z czwartoligowym Plymouth Argyle. Wydawało się, że ta przeprawa powinna być łatwa, lecz rozpaczliwa defensywa „Pielgrzymów” opłaciła się, bo remis 0:0, doprowadził do powtórki meczu na Home Park. Ale OK, zdarza się. Potem wyjazd na Old Trafford na Derby Anglii z Manchesterem United, bo dobrym meczu pada remis 1:1 i nic nie zapowiadało tego co miało się dziać potem. W środku tygodnia Liverpool wyjeżdża do Southamptonu na pierwszy mecz półfinału Pucharu Ligi, w słabym stylu przegrywając 0:1. Potem jednak przyszło wyjazdowe zwycięstwo 1:0 z Plymouth Argyle, po pierwszym od 8 lat golu Lucasa. Następnie The Reds rozgrywali cztery mecze u siebie, idealna okazja by wrócić do formy. Mecz ze Swansea City miał przypieczętować rok bez porażki na Anfield. Jednak bo wyrównanym meczu, to Swansea zgarnęło 3 punkty, wygrywając 3:2. Rewanżowe starcie półfinałowe z Southamptonem, po rozpaczliwych i nieudanych atakach, przyniosło kolejną porażkę, tym razem 0:1 po kontrze w doliczonym czasie gry. Mecz Pucharu Anglii z Wolverhampton Wanderers to już obraz nędzy i rozpaczy, porażka 1:2 z „Wilkami” w koszmarnym stylu, przedwcześnie zakończyła zmagania The Reds w Pucharze Anglii. Została tylko Chelsea. Ta Chelsea, która niszczyła wszystko na swojej drodze w lidze. Mecz zakończył się jednak remisem 1:1, po tym jak karnego Costy obronił Mignolet. W takiej sytuacji, nawet jeden punkt mógł niestety ucieszyć niektórych kibiców.

Trzeba było się otrząsnąć
Styczeń trzeba było zostawić za sobą i skupić się na walce o wysokie cele w lidze, na jedynym froncie, na którym Liverpool jeszcze pozostał. Ale sprawy pogorszyła kolejna porażka, na wyjeździe z Hull City 0:2. Z walki o mistrzostwo, The Reds przeszli do rozpaczliwego boju o miejsce w Top 4, premiowane upragnioną Ligą Mistrzów. Można było być pełnym obaw, bo w końcu na Anfield przyjeżdżał Tottenham, który zachwycał wysoką formą. Jednakże Liverpool pokonał „Koguty” 2:0 bo dwóch golach powracającego Sadio Mane. Czy tak katastrofalna forma w styczniu to efekt braku Mane? Miało się to okazać, dwa tygodnie później na wyjeździe przeciwko walczącemu o utrzymanie i świeżo po zwolnieniu Claudio Ranieriego Leicester City. Obóz treningowy w hiszpańskiej La Mandze mógł tylko i wyłącznie pomóc The Reds, ale… „Lisy” Craiga Shakespeare’a zdominowały Liverpool wygrywając 3:1, i znów powróciła frustracja. Frustracja spowodowana himerycznością Liverpoolu, mentalnością przeciętnej drużyny. Nikt nie był nawet zaskoczonym pokonaniem Arsenalu 3:1, bo już każdy wiedział, że następny mecz jest przeciwko Burnley. Gdy „Bordowi” objęli w dziesiątej minucie objęli prowadzenie, na myśl przychodziła jedna rzecz. „K***a znowu”. Jednakże Liverpool pokazał charakter, odrobił straty i wygrał 2:1. W końcu udało się pokonać ekipę z niższej półki. A zwycięstwa i punkty był przecież bardzo potrzebne. Później nastał mecz wyjazdowy z Manchesterem City, po dobrym spektaklu, zakończony remisem 1:1. Nastała przerwa reprezentacyjna, The Reds przygotowywali się do wznowienia rozgrywek na hiszpańskiej Teneryfie. Gdzieś już to widziałem…

Powrót do codzienności
Umiejętność pokonywania rywali z niższej półki była teraz najważniejsza, bo w ligowym kalendarzu nie było już meczów z ekipami z „Top 6”. Ale zaczęło się od Derbów Merseyside. Liverpool gładko pokonał 3:1 Everton, lecz przez kontuzję stracił do końca sezonu Sadio Mane. Potem jednak, po kilku błędach w defensywie, przyszedł remis 2:2 z Bournemouth na Anfield. Sytuacja wygląda rozpaczliwie, gdy do przerwy w nowej formacji, The Reds przegrywali 1:0 do przerwy ze Stoke City. Na szczęście, Coutinho i Firmino wprowadzeni w drugiej połowie, odwrócili losy spotkania, a trzy punkty trafiły na konto The Reds. W Wielkanoc przyszła spokojna wygrana 1:0 z West Bromem. Wszystko wyglądało dobrze, ale jednak przyszedł mecz u siebie z Crystal Palace, który The Reds przegrali po ogromnym pokazie nieskuteczności, wynikiem 1:2. Zwycięstwa, nawet wyszarpywane, były potrzebne w każdym z pozostałych czterech spotkań. To też na wyjeździe z Watfordem, Liverpool wyszarpał wygraną 1:0 po pięknym golu Emre Cana. Ta sztuka nie udała się z Southamptonem, gdyż mecz zakończył się wynikiem 0:0, a karnego nie wykorzystał perfekcyjny dotychczas James Milner. Klopp w końcu zmienił ustawienie z oklepanego 4-3-3, zaczął grać systemem 4-1-2-1-2, co przyniosło efekty, bo jego podopieczni gładko roznieśli West Ham 4:0. Został ostatni akord walki o Ligę Mistrzów. Wygrana w meczu z Middlesbrough gwarantowała co najmniej 4 miejsce, była szansa nawet na trzecie, zakładając że Man City nie pokona Watfordu, co oznaczałoby bezpośredni awans do Ligi Mistrzów. Zwycięstwo było jednak potrzebne, bo za plecami czaił się Arsenal.

Ostatni akord
O miejscu trzecim można było zapomnieć, bo kiedy na Anfield było jeszcze 0:0, Manchester City prowadził z Watfordem już 4:0. Co gorsza, Arsenal prowadził 2:0 z Evertonem. Jednak upragnione prowadzenie, pod koniec pierwszej połowy, dał Georginio Wijnaldum, a po przerwie wynik na 3:0 podwyższyli Philippe Coutinho z wolnego i Adam Lallana. Wynik ten oznacza jedno – widzimy się w Champions League!

Parę słów na koniec
Po sparingu w Australii, zaczęły się wakacje i czas transferów. Na pierwszy rzut oka nie powalają, bo są to tylko Dominic Solanke, Mohamed Salah i Andrew Robertson. Z drugiej strony nie odeszły najważniejsze ogniwa, inne transfery mogą jeszcze mieć miejsce, a każdy z tych zawodników w presezonie prezentował sięna bardzo wysokim poziomie. W każdym razie, trzeba czekać co przyniesie nowy sezon w Premier League, oraz czy uda się wywalczyć Ligę Mistrzów w starciu z Hoffenheim. Na dziś to tyle, mam nadzieję że nie zanudziłem, peace out!


Bede grau w gre! – Tomb Raider

Lata 90. XX wieku były fascynującym okresem dla branży gier wideo – w tamtym czasie niemal co kilka miesięcy wychodziła gra, która na swój sposób była innowacyjna. W 1996 wyszła jedna z takich gier – mianowicie obiekt naszej dzisiejszej recenzji, czyli pierwszy Tomb Raider, w którym wcielamy się w znaną przede wszystkim ze swoich wielkich atrybutów panią archeolog Larę Croft, która była inspirowana kultowym filmami o Indianie Jonesie. Sam wcześniej nie miałem większej styczności z tą serią – widziałem urywki filmu bazowanego na grze, gdzie w bohaterkę wcieliła się Angelina Jolie, ale był to zwyczajny crap. Na początku tamtego roku, gdy zdechł mi mój wcześniej komputer postanowiłem zgrać sobie na USBi odpalić na PS2 grę z podtytułem Legend. Ku mojemu zaskoczeniu gra sprawiła wrażenie bardzo grywalnej i choć nie przeszedłem jej wtedy głównie przez niewczytujące się tekstury (szybkość USB 1.1) to postanowiłem rozpocząć swego rodzaju krucjatę i przejść wszystkie tytuły z wymienioną wyżej. Zacząłem, więc od najstarszej części, którą zakupiłem na Allegro za marne 2,50 PLN. Tak, oto przechodzimy do recenzji.

Fabuła w grze, aż prosi się o dobrą penetrację grobowców. Jako znana archeolog podczas pobytu w hotelu w Kalkucie dostajemy zlecenie od Larsona Conwaya, który pracuje dla Natla Technologies. Celem naszym będzie grobowiec Qualopeca położony w Peru i odnalezienie tajemniczego artefaktu zwanego Scion. W miarę naszych postępów odkrywamy, że nasi dotychczasowi zleceniodawcy nie mają dobrych zamiarów – po zdobyciu w/w przedmiotu atakuje nas Larson i mówi, że części tego starożytnego znaleziska jest więcej i są one porozrzucane po całym świecie. Zadaniem Lary w tym momencie staje się znalezienie pozostałych części, zanim zrobi to Natla.

Gra na swoje czasy robiła wielki szum swoją niezwykłą grafiką, którą do tej pory mógł pochwalić się tylko Crash Bandicoot, lecz on trzymał się bardziej kreskówkowego tonu podczas gdy stylistyka Lary miała przypominać grobowce i inne tego typu miejsca wzorowane na tych z trylogii o Indianie Jonesie. Dzisiaj niestety gra nie przeszła dobrego testu czasu i wygląda dziś po prostu brzydko, ale to głównie przez słabiutką wersję Steamową tytułu – na PSOne wszystko wygląda ładniej. Do ukończenia mamy 15 poziomów podzielonych na 4 lokacje – Peru, Grecja, Egipt oraz Atlantyda. I trzeba przyznać klimat tych miejsc został zachowany, gdy podczas przechadzki na przykład po Peru spotykamy zaśnieżone jaskinie w mroźnych Andach pełnych odwołań do tamtejszej kultury Inków, czy chociaż mrożące krew w żyłach poziomy w Atlantydzie, gdzie ścianami są bulgaczące pokłady krwi. Od razu buduje to poważny klimat rozgrywki, a plansze zbudowane są z wielkim przywiązaniem i są całkiem duże, co czasem może powodować, że się możemy zgubić. Ja sam czasami korzystałem z Let’s Playów innych graczy na YouTube.

Do dyspozycji dostajemy 4 bronie – podstawowe Pistolety z nieskończoną amunicją (najnowszy wynalazek), Shotgun, Magnumy będące lepszą wersją Pistoletów oraz najpotężniejsze Uzi. Wszystkie bronie uzyskujemy z czasem zwykle odnajdując je na mapie rozrzucone przez jakiegoś innego podróżnika, który wygląda na to, że ze swojej wyprawy nie wrócił. Dziwne wg. mnie jest to, że w grobowcu, czy świątyni zamkniętej na cztery spusty od tysięcy lat można odnaleźć amunicję porozrzucaną po kątach. Do znalezienia są także apteczki, które odnawiają nasze zdrowie i zwykle bywają one w tych samych miejscach co paczki z amunicją. Jeśli zboczymy trochę z głównej ścieżki poziomu możemy natknąć się na sekrety w postaci kolejnych ammo-packów i apteczek plus ładnie prezentuje się to na końcu poziomu.

Jeśli jest coś słabego w tej grze to jest to głównie wersja Steamowa tej gry odpalana przez emulator DOSBox. Gra jest wykastrowana z większości dźwięków przez co nie zachwyca audio składające się z głównego motywu oraz z nielicznych krótkich utworów budujących napięcie. Problemem jest to, że chodzimy w ciszy, lecz sprawę może załatwić wersja PSOne, która posiada cały soundtrack i jest prawdopodobnie najlepszą wersją tej gry ze wszystkich platform.

Ja osobiście bardzo polubiłem Larę za jej wyjątkowy styl pięknych akrobacji przy wspianiu się na kolejne szczeble, różnych fikołków, które przypomniały mi grę Total Overdose, a każdy ukończony poziom dawał niezwykłą satysfakcję. Problemem Lary akurat jest platformówkowa część – nie zawsze udawało mi się przeskoczyć na kolejny szczebel, gdyż nie da się dokładnie określić, czy musimy biec sprintem, czy musimy odbić się tuż z końca platformy by udało nam się wskoczyć dalej, a żeby Lara nie strzeliła kopytami. Kuleje także jej wersja Steam, która jest bardzo słabym portem i nie ma w nim wszystkich funkcji z oryginału. Nadrabia za to swoją ceną, gdzie na Allegro można kupić klucz do platformy Valve za niecałe 3 złote. Jednak jeśli chcemy czegoś więcej to polecam zaopatrzyć się w wersję PSOne. A dla tych którym grafika sprzed 20 lat wypala dziury w oczach polecam ogranie wydanego 10 lat po premierze oryginału dobrego remake’u pierwszej części. Polecam.

 


Wiesz, że nakarmię Cię ziemią? – Robin Hood: Legenda Sherwood

Kilka miesięcy temu w growym światku niemałe zamieszanie zrobiła gra Shadow Tactics: Blades of the Shogun, która trzeba przyznać była laurką dla fanów leciwych Commandosów czy Desperados tworzonych pod koniec ubiegłego stulecia i na początku obecnego. Spellbound oprócz świetnej przygody na dzikim zachodzie wypuściła także świetną grę o człowieku, „który zabiera bogatym i rozdaje biednym”, czyli Robin Hood: Legenda Sherwood nawiązująca do angielskich legend o tej postaci, który walczył u boku króla Ryszarda Lwie Serce w trzeciej krucjacie do Ziemi Świętej. Gra bierze najlepsze rozwiązania z wcześniejszego tworu studia i dodaje niego więcej rozwiązań czyniąc z niego grę po prostu wspaniałą i kultową. Osobiście nie było to moje pierwsze spotkanie z Robinem – pierwszy raz miało to miejsce na moim ukochanym Pegazusie około 13 lat temu dzięki świętej grze Super Robin Hood, którą posiadałem i często pogrywałem, lecz z racji jej wysokiego poziomu trudności nigdy nie udało mi się jej ukończyć.

Fabuła w grze jest niezwykle prosta – Robin z Locksley powraca po kilku latach do swojego rodzimego Lincoln przy czym wplątuje się w intrygę zawiązaną przeciwko Ryszardowi oraz staremu porządkowi. Głównemu bohaterowi odebrane są wszystkie ziemie po ojcu, który został zamordowany przez zdrajców narodu, a on sam musi zacząć ukrywać się w borach Sherwood wraz ze wcześniej znanym sobie przyjaciółmi, którym również nie podoba się nowa władza. Tam rozpoczyna się ich dobroduszna praca i próba pokrzyżowania Janowi planów.

Wszystko to sprowadza nas do rozgrywki, która jest typową skradanką, gdzie musimy planować każdy swój ruch umyślnie, bo na przykład pozostawione na ziemi ciało wroga może zainteresować żołnierzy szeryfa i przez to cały teren może być przeszukany, a my jeśli się nie ukryliśmy to zostaniemy odkryci. Na szczęście nie jesteśmy bezbronni w tym boju, gdyż każda z postaci występujących w grze ma swoją własną gammę ruchów, którymi można eliminować wrogów po cichu i bez żadnego hałasu, a następnie przenosić ich ciała w takie miejsca, by ich ciała nigdy nie zostały odkryte. Możemy także zwabiać żołnierzy za pomocą różnych przedmiotów, jak na przykład sakiewki z monetami, czy bukłaka z zimnym piwem, po wpływem pokusy stają się bardzo łatwymi celami. Do naszej dyspozycji w grze oddano 5 lokacji + 3 w borach Sherwood, które były największymi grodami Anglii w tamtych czasach. Na każdej z nich będziemy musieli wykonać odpowiednie cele związane głównie z fabułą gry, co może nam zająć trochę czasu, by zlikwidować wszystkich strażników z drogi, lecz przy powrocie nie będziemy mieli już z tym problemu. Po zakończonej misji wyświetla się okienko z naszymi statystykami – ile pieniędzy zebraliśmy, czy ilu nowych wojaków dołączyło do Wesołej Kompanii, z czym ci ostatni zależni są od wskaźnika uratowanych żyć, czyli ilu strażników pozostawiliśmy przy życiu – im wyższy ten wskaźnik, tym więcej ludzi będzie chciało się do nas przyłączyć. Z drugiej strony zabijanie przeciwników może skrócić poziom o dobrych kilka minut ALE. Poziomy też zachęcają do eksploracji, w której mogą nam pomóc porozrzucani po mapie żebracy, którzy za skromny dar pieniężny są skłonni powiedzieć wszystko, co wiedzą co może pomóc nam zdobyć dodatkowe pieniądze, odkryć część mapy skąpaną we wrogach, czy powiedzieć nam o artefaktach, które mają pomóc Janowi w objęciu tronu, lecz odebrane przez nas już raczej nie.

Fascynujący jest post-misjowy powrót do Sherwood, gdzie zastajemy obozowisko stworzone przez przyjaciela Robina w celu ukrycia się przed szeryfem i księciem Janem. Przebywający tam członkowie bractwa nie muszą stać bezczynnie, gdyż obóz jest bardzo podatny na interakcje, więc bezczynni ludzie mogą tutaj szkolić się w walce, łucznictwie, zbierać zioła, biesiadować i wiele innych, które odblokowują się wraz z popychaniem fabuły do przodu. Po ukończeniu misji będziemy mogli zobaczyć, co udało im się wytworzyć przez ten czas. Biednie za to wypadają misje poboczne, gdzie zwykle musimy obrabować konwój szeryfa lub poborcę podatkowego, bo zbieramy pieniądze na bardzo szlachetny cel. Jako że są oni na naszym podwórku to pobratymcy Robina przygotowali dal niego pewne ułatwienia w postaci wykopanych dołów, ustawionych siatek, czy własnej pomocy, której mogą użyczyć, gdy tylko on lub ktoś z jego paczki strzeli w kółko strzeleckie. Problem z nimi jest taki, że wieją one wtórnością i po kilku próbach sam wolałem wbiec w największą grupkę wrogów, ogłuszyć każdego, zabrać haracz i wrócić do Sherwood.

Świetny klimat buduje również polski dubbing, który wgrałem na własną zachciankę i sentyment. I trzeba przyznać, że jest on jak najbardziej legendarny i pewnie stoi na równi z tym do serii Gothic. Przy niektórych tekstach Kompanii nie można się nie zaśmiać, a „Chodź, pomacam Cię moim cepikiem.” musiało mnie kiedyś doprowadzać do płaczu. Po zagraniu w grę z tym dubbingiem nie potrafiłbym już odpalić tej gry w jej wersji angielskiej.

Osobiście wolę Robin Hooda od Desperados z jednego powodu – ta druga była niezwykle trudna do ukończenia nawet na najłatwiejszym poziomie trudności – gdy zostaliśmy odkryci to od razu dostawaliśmy serię z rewolweru od naszych oprawców, a wrogów na mapie było za dużo, by ich wszystkich ogarnąć. Sam przeszedłem w niej tylko 3 poziomy męcząc się strasznie przy tym drugim. Robin Hood nie ma takiego problemu pewnie głównie dlatego że dzieje się normalnie około 700 lat przed czasami opisywanymi w Desperados. Rewolwerowców tutaj nie ma. Nawet łucznicy i kusznicy nie sprawiają takiego problemu, gdyż na najniższym stopniu trudności po pewnym czasie od potyczki nasze zdrowie jest automatycznie uzupełnianie. W tej drugiej również po naszym zabiciu misja automatycznie kończyła się porażką, lecz w Robinie zastąpiono to w postaci możliwości pobudzenia naszych kompanów do działania po daniu im czterolistnej koniczyny, które dostajemy zwykle za dobre uczynki okazane mieszkańcom miast i misjom pobocznym.

Problemem gry jest natomiast jej niska kompatybilność z nowym sprzętem – grałem w wersję na Steam, która załączyła mi ją z liczbą klatek na poziomie około 10. Dopiero po godzinie i użyciu pewnego programu udało mi się zmusić ją do działania, niestety nie w trybie szerokiego ekranu i z błędami graficznymi podczas przesuwania myszki po ekranie. Drugi problem gry to przestarzała już grafika, lecz tutaj nie ma co się dziwić, bo według mnie dobra strategia zwyczajnie jej nie potrzebuje, lecz gdy przybliżymy kółkiem od myszki najbliżej planszy to będziemy mogli nawet policzyć kilka pikseli, lecz jeśli jesteście tacy jak ja to nie sprawi wam to żadnego problemu.

Robin Hood: Legenda Sherwood zestarzał się całkiem dobrze mimo już 15 lat na karku i jest to nadal kawał dobrej gry, mimo że grafika nie powala i może być problem z odpaleniem na nowszym sprzęcie, lecz nadrabia to świetnym pomysłem na rozgrywkę i swoim humorem, który w polskiej wersji jest szczególny i bardzo nostalgiczny, a sama fabuła poprowadzono jest w sposób bardzo inteligetny. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się fana retro. Zdecydowanie warta polecenia.


Królewski Real 2016/17!

Dla fanów Realu Madryt sezon 2016/17 był niezwykle udany. Klub sięgnął po Klubowe Mistrzostwo Świata, odzyskał Mistrzostwo Hiszpanii, wygrał po raz 12 Ligę Mistrzów oraz stał się pierwszym i jedynym jak do tej pory klubem, który obronił ten puchar w nowej formule, a  warto jeszcze przypomnieć o sięgnięciu na początku sezonu po Superpuchar Europy. Wszystko to wraz z posiadaniem w składzie najlepszych piłkarzy na świecie z liderem Cristiano Ronaldo na czele, który możliwe, że właśnie zapewnił sobie 5 Złotą Piłkę czym zrównałby się z innym geniuszem futbolu – Leo Messim, napawa kibiców Królewskich dumą i optymizmem.

Dla mnie ubiegły sezon w jego trakcie był strasznie niepewny. Prawda, Real był faworytem w większości rozgrywek jednak zarówno ta presja jak i gęsty terminarz budził pewne obawy. Sporo graczy często łapało kontuzje przez co albo nie mogli znaleźć odpowiedniej formy albo nie byli po prostu do dyspozycji trenera, przez co niektóre pozycje praktycznie nie miały zmienników. Tym bardziej, że im dalej w las czyt. ostatnie kolejki czy finały pucharów, nadal nie gwarantowały zwycięstwa – Realu nie zadowala finał, trzeba go jeszcze wygrać. Na szczęście dobra taktyka Zidane’a, świetna dyspozycja kluczowych graczy dla zespołu w najważniejszych momentach oraz rotacje w składzie przyniosły upragniony sukces. Rotacje to szczególnie ważna sprawa przy tak długim terminarzu, nawet Ronaldo musiał się bardziej oszczędzać, a do głosu dochodzili także młodsi zawodnicy, którzy dostawali swoje szanse na grę. Niektórzy z czasem wykrystalizowali się jako zawodnicy do odejścia – dziś z nami nie ma już m.in. Pepe (nie dogadał się z klubem w kwestii kontaktu), Coentrao (więcej czasu spędzał z medykami niż na boisku), Moraty (świetny piłkarz, numer dwa w klubie pod względem strzelonych goli, ale nadal ciężko wygryźć ze składu BBC, a on sam nie chciał być zmiennikiem), Jamesa (zniżka formy, przesyt w środku pola, wyżej od niego był Isco czy Lucas) czy Danilo (zmiennik Carvajala, solidny pod koniec sezonu, jednak poszedł za częstszą grą do innego klubu). W ich miejsce przyszli raczej młodzi gracze wracający z wypożyczeń, którzy dopiero pokażą na co ich stać w naprawdę wielkiej piłce. Pieniądze wydane zostały, jak do tej pory, jedynie na Theo Hernandeza za 30 mln z Atletico oraz Daniego Ceballosa za 17 mln z Betisu Sevilla. Nie są to astronomiczne sumy. Czy przyjdzie jeszcze jakiś duży transfer? Czy ktoś jeszcze odejdzie? Czas pokaże.

Sezon 2016/17 był dla mnie szczególny także z innego powodu. Ogólnie za datę rozpoczęcia swojej przygody z kibicowaniem Realowi Madryt uznaje Mistrzostwa Świata 2006 w Niemczech i tak, wiem, że są to zawody gdzie grają reprezentacje, ale ogólnie był to pierwszy mój tak duży świadomy turniej, który oglądałem i kibicowałem reprezentacjom, gdzie grali zawodnicy Królewskich z Zidane’m, Figo, Ronaldo, Beckhamem, Raulem czy Roberto Carlosem na czele. Po mistrzostwach przyszedł sezon 2006/07 co daje nam równe 10 lat kibicowania Realowi. Oczywiście, piłkarzy i tak dalej znałem już wcześniej, ale nie na tyle by móc powiedzieć, że konkretnie im kibicuje. Przez tę dekadę były różne chwile – zarówno te piękne z la Decimą na czele, z rozpoczęciem nowej ery galacticos, z przyjściem Ronaldo, Kaki, piękną końcówką ostatniego mistrzowskiego sezonu Carlosa i Beckhama czy objęciem stanowiska trenera przez Zidane’a, jak i te bardzo ciężkie, jak lata posuchy w Lidze Mistrzów, nieszczęsna granica 1/8, pudła Higuaina, 0-5 i 6-2 z Barcą, porażka z 0-4 III-logowym Alcoronem… wszystko to składa się na cały obraz kibicowania klubowi w różnych dla niego momentach. Oby przez kolejną dekadę i dłużej Real zapewniał swoim kibicom różne, piękne emocje, bo kibicowanie, ogólnie zespołom, każdy swojemu, to jedno z najfajniejszych zainteresowań jaka może człowieka spotkać i jakie może mieć. Serio. Spróbujcie sami


TOP 10 gier Java, tak na luźno.

Jakiś czas temu na tej stronie pojawił się wpis o moim TOP 10 gier konsoli Pegasus (ew. NES). Kwestią czasu było tylko, aż pojawi się tu w sumie podobny artykuł. Tym razem sięgam po platformę Java – generację gier na komórki, która swojego czasu również była dość dużym obiektem moich zainteresowań. Swoją drogą sporo siedziałem w telefonach tak na oko dekadę wstecz, lecz później wraz ze stopniowym wzrostem popularności telefonów systemowych hobby te coraz częściej się ze mną rozmijało. Dziś jednak nie o tym – przystąpmy do listy. Starałem się umieścić tu jedynie oficjalne porty gier, tak gwoli ścisłości. Lista niby jest na zasadzie, że 1 miejsce jest najlepsze i im dalej tym nieco gorsza gra, ale to bardzo umowne, szczególnie na dalszych pozycjach.

Miejsce 10: Might And Magic Mobile 2

Listę otwiera Might and Magic Mobile 2 od studia Gameloft uznawanego za jednego z lepszych twórców gier na tę platformę – posiadali stosunkowo dużo gier w swoim wachlarzu, w większości całkiem udanych. Wspomniana gra to typowy RPG – mamy swoją postać, która wraz z rozwojem fabuły nabywa nowe umiejętności, podnosi swój „poziom” i tak dalej. Wszystko to zbudowane jest w średniowiecznej scenerii ze smokami i magią i księżniczką w rolach głównych. Posiadała całkiem zręczne sterowanie, trochę zagadek logicznych i naprawdę wciągającą fabułę.

Miejsce 9: Splinter Cell Pandora Tomorrow

Splinter Cell Pandora Tomorrow (nawiasem również ze studia Gameloft) jest jedną z najlepszych skradanek na Javę, z resztą podobnie jak jej PC-towe odpowiedniki są przedstawicielem pewnego typu gier. W grze wcielamy się w tajnego agenta, który ma za zadanie wykonać swoją misję w możliwie jak najmniej głośny sposób. W akurat tej wersji szczególnie urzekła mnie kolorystyka – rzekłbym, że to jedna z najładniejszych na Javę gier, opierająca swoje barwy głównie o kontrast. Inne części również były niezwykle udane, ale ta zapadła mi w pamięci najbardziej.

Miejsce 8: Gothic 3 The Beginning

Kolejny RPG w tym zestawieniu, tym razem od HandyGames. Dla wielu legendarna gra na PC – ja osobiście nie miałem z nią tam zbytnio do czynienia, więc mogłem podejść do tytułu względnie świeżo. Wersja na Javę była naprawdę całkiem ciekawa grą, z dobrym humorem i wciągającą fabułą. Cieszyła otwartość świata i pewna dowolność wykonywania zadań. Mógła wkręcić na naprawdę dłuższy czas.

Miejsce 7: Car Jack Streets

Co do tego tytułu to kwestia połknąć bakcyla na początku. Ogólnie Car Jack Streets od Tag Games polegał na tym, że mamy do spłacenia pewien dług u pewnego potężnego mafioza i codziennie (gra opiera się na czasie rzeczywistym, pobiera datę/godzinę z naszego telefonu) musimy spłacić pewną część, jeśli byśmy tego nie zrobili w podanym czasie, czyli przed upływem północy każdego dnia, była wysyłana za nami pogoń i gdy zginiemy to musimy całą grę przechodzić od nowa. Utrzymana w klimatach pierwszych odsłon GTA sprawdzała się znakomicie w misjach jakie były tam dostępne, a mowa o klasycznych misjach typu zabójstwo na zlecenie, kradzież aut, konwój, wyścig i tym podobne. No i końcówka gry jak już minie te kilka tygodni spłacania wymiata

Miejsce 6: Prince of Persia Classic

Prince of Persia Classic to odpowiednik klasycznego Księcia Persji m.in. z Pegasusa, tym razem wydanego przez Gameloft przy współpracy z Ubisoftem. Wszystkie pierwotne założenia są takie same, mamy w ciągu godziny uratować księżniczkę z rąk okrutnego czarnoksiężnika. Poprawiona jest mechanika gry, jej warstwa audiowizualna, całość została wzbogacona o nowe tryby gry, ułatwiające rozgrywkę. Kto zetknął się z tym tytułem już wcześniej, na starszych generacjach konsol, będzie czuł się tu jak w domu.

Miejsce 5: Wall-E

Możliwe, że dość niespodziewana gra w tym rankingu od nieistniejącego już giganta gier THQ. Wydaje się prostą gierką wydaną przy okazji premiery dużego filmu Pixara – nic bardziej mylnego. Jest to jedna z lepszych gier logicznych na Javę. Całość polega na dotarciu z punktu A do punktu B przy pomocy własnoręcznie skonstruowanej drogi, którą tworzymy, podobnie jak w filmie, z tego co znajdziemy, czyli głównie ze śmieci. Bardzo dobra gra z ciekawymi poziomami.

Miejsce 4: Sola Rola

Sola Rola to jedna z pogodniejszych i bardziej zwariowanych gier nie tylko na Javę, ale ogólnie w świecie mobilnej rozrywki. Wcielamy się tam w postaci kolorowych glutów, którym przyjdzie.. uratować wszechświat! Mnogość poziomów, ich projekt i warstwa audiowizualna robi naprawdę wrażenie. No i humor, którego tu nie brakuje. Szanuję także za sterowanie, bo dzięki takiej, a nie innej postaci głównego protagonisty sprawia ono prawdziwą frajdę.

Miejsce 3: Gangstar 2 Kings of LA

Pamiętam jak dziś jak bardzo wyczekiwałem premiery tej gry na pewnym forum – w końcu seria Gangstar od Gameloftu była dla Javy tym, czym GTA od Rockstara dla świata większego grania. Mnogość możliwości, pojazdów (motory!), a także niebanalne misje, ba, wybory moralne… Swoją drogą było widać w tym tytule strasznie dużo inspiracji GTA IV, które wyszło plus minus w podobnym czasie. Jak ściągać to od najlepszych!

Miejsce 2: PES 2009

PES 2009 od Konami występuje tu jako przedstawiciel najlepszej mobilnej symulacji piłki nożnej w tamtym czasie. Jednak nie to jest jest głównym atutem gry. Prawdziwą furorę robił tu tryb multiplayer przez bluetooth na którym spędziłem naprawdę wiele fajnych chwil z kolegami ze szkoły. Idealna i w sumie jedna z niewielu tak udanych gier multi na Javę.

Miejsce 1: Deep – Submarine Odyssey

Miejsce pierwsze nie mogło być inne. Deep 3D od studia Fishlabs to dla mnie bez wątpienia najlepszy tytuł w jaki miałem przyjemność zagrać na Javie. Wspaniała, nierażąca w oczy trójwymiarowa grafika, genialna fabuła, otwarty świat porównywalny wielkością z głośnym No Man’s Sky (no prawie) oraz cała możliwa otoczka sprawia, że z nostalgią patrzę dziś na ten tytuł. Bardzo brakuje mi go np. we współczesnej wersji na Androidzie, a i ogólnie szkoda, że studio z którego wyszła ta gra już nie działa już tak jak kiedyś.

Oczywiście nie są to jedyne warte uwagi gry w które grałem – wiele świetnych gier musiałem odrzucić, chociażby Ultimate Street Football, Nowhere czy Age of Empires III. Być może powstanie jeszcze kiedyś jakiś luźny wpis o innych paru tytułach – z resztą podobny przypadek jest z moją poprzednią topką, tam też sporo gier odrzuciłem, a warto o nich wspomnieć, ale to już za jakiś czas, będziemy o tym myśleć. A jakie były wasze ulubione gry na Javę? Jakie macie wspomnienia związane z tą platformą? Piszcie w komentarzach.