Lektury nie są złe

Człowiek inaczej patrzy na lektury szkolne jak jest już po maturze. Wiadomo, podczas edukacji czy omawiania danego utworu trudno odnaleźć radość z czytania, jeśli głównym, odgórnym zamierzeniem jest zapamiętanie czy bohater był ubrany w długi czy krótki płaszcz. Dodatkowo dochodzi presja czasu, bo czytamy głównie na ostatnią chwilę i zostajemy ze szczątkowym streszczeniem, bo coś jednak wiedzieć wypada. Tymczasem kilka kanonowych pozycji to naprawdę udane utwory, po które chętnie sięgnąłbym bez żadnego odgórnego nacisku. Przykładowo, jaa miałem to szczęście, że np. takiego Hobbita nie omawiałem, a sięgnąłem po niego z własnej woli co zaowocowało fascynacją pięknym światem Tolkiena do dziś – czy byłoby tak gdybym ją omawiał w szkole? Tej pewności nie mam. Dziś chciałbym się skupić głównie na jednej – książce, która w jakiś tam sposób prawie idealnie trafiła idealnie w moje gustum. Dżuma Alberta Camus.

Na podstawowym poziomie, Dżuma to historia ogarniętego epidemią tytułowej dżumy miasta Oran w Algerii oraz perypetii jego mieszkańców w tym okresie. I zasadniczo na tylko tym poziomie książka się broni. Zwroty akcji, budowanie emocji, swoisty niepokój cały czas towarzyszący czytelnikowi – jest naprawdę dobrze. Ale główną zaletą tego dzieła nie jest tylko dobrze napisana historia. To jedna z najbardziej uniwersalnych książek jakie w życiu czytałem! Z resztą, sama określa się jako książka-parabola.

Jest rzeczą równie rozsądną ukazać jakiś rodzaj uwięzienia przez inny, jak ukazać coś, co istnieje rzeczywiście, przez coś innego, co nie istnieje.

Daniel Defoe

Pod pojęciem dżumy można podpisać tak naprawdę wiele innych rzeczy. To już nie tylko sama choroba, to nie tylko od razu przychodząca nam na myśl II Wojna Światowa (kominy w tle, otoczka jak z Getta podczas powstania). To wszelkie zniewolenie, wszelkie zło jakie możemy sobie wyobrazić i walka z nim z poziomu postaci postawionej często na z góry straconej pozycji, bo ten pierwiastek jest w każdym z nas, nikt nie jest, metaforycznie, tylko biały czy tylko czarny ani nikt często nie ma monopolu na prawdę. Ale w tej pozycji tak naprawdę nie ma nic pesymistycznego. Trochę banał, ale liczy się ciągłe dążenie do perfekcji, której nigdy się nie osiągnie i no cóż, tak ma być!

Z poglądów autora bije przeświadczenie, że jedynym wyznacznikiem moralności jest zwykła uczciwość. Ona to każe przede wszystkim bronić człowieka, a co za tym idzie – nie zgadzać się na zło (cytat z wiki) pod czym w pełni się podpisuję. Tak naprawdę tu nie chodzi by dzielić ludzi (jak w książce na chorych i zdrowych) ze względu na ich religię czy nację, a na to, czy są najzwyczajniej dobrymi czy złymi ludźmi. Swoją drogą jak mało w dzisiejszym świecie jest właśnie takiego podziału. Cały czas tworzymy sobie sztuczne my i wy na każdej płaszczyźnie od ulubionego koloru po fundamenty światopoglądowe. Ba, chorych nazywamy zdrowymi, a zdrowych chorymi. Wymyślamy sobie wyimaginowanych wrogów, bo tak naprawdę nie dajemy rady samym sobie. Czyż nie jest tak? Bardziej chcemy przekonać samych siebie, że mamy rację, niż że ktoś się myli. Usprawiedliwiamy się, bo po prostu tak i już. Łatwiej. Tymczasem linia podziału przebiega zupełnie w innym miejscu niż sądzimy. Pomyślmy czasem po której stronie jesteśmy – walczymy z chorobą? A może już dawno daliśmy się zarazić? Diagnozę poznamy dopiero po fakcie.


Muzyka 8bit jest git.

Nie lubię pytania „jakiej muzyki słuchasz?”. Nie wiem, może to źle zabrzmi, ale myślę, że mam na tyle uniwersalne zainteresowania w tym temacie, że nie ograniczam się raczej do jednego gatunku – mam jakieś tam swoje listy „top” i pewnie jakiś nurt w nich dominuje, ale nie zagłębiam się nad tym raczej, a jeśli już postaram się odpowiedzieć, to mam wrażenie, że zadający mi to pytanie nawet nie zrozumie o co mi do końca chodzi. Ogólnie podobna sprawa ma się z grami, książami czy filmami. Nie słucha/gra/czyta się przecież gatunków, a konkretne dzieła i różne świetne rzeczy można odnaleźć w różnych odłamach danego tworu. Z resztą chyba nie ma takiej osoby, która aż tak by zawęziła swój odbiór, że powiedzmy ogląda tylko horrory i nic więcej – no prawie niemożliwe. Wracając, tak w baaardzo dużym uproszczeniu, głównie gustuję w szeroko rozumianej muzyce lat ’80-’90 oraz w tzw. chip music (w sumie to też muzyka z tego okresu) i to na ten temat chciałbym napisać kilka słów.

Chiptune, bo w sumie z takim określeniem spotkać można się nawet częściej, to gatunek muzyki elektronicznej bazujący na dźwiękach z chipów komputerowych. Głównie kojarzony jest ze ścieżkami dźwiękowymi starych gier i konsol, czyli powiedzmy z muzyką z naszego rodzimego Pegasusa. Może zauważyliście lub nie, ale zwracam bardzo dużą uwagę na muzykę w grach, a tamte konsole w połączeniu z wiadomą nostalgią potrafiły robić prawdziwe cuda w tym klimacie.

Jeśli szczególnie miałbym polecić jakiś projekt to zdecydowanie jest to Milos and Chip Jockey działający od 2009 roku, zajmujący się właśnie takimi brzmieniami. Moim zdaniem jest jedna z najlepszych grup tego typu, przy okazji są to nasi rodacy! Chłopaki zrobili niedawno m.in. świetny motyw przewodni dla Dark Archona i serwisu gramburger.pl, czy też współpracowali wcześniej z contrabanda.eu w kwestii muzyki, więc nie byle kto i co. Fajna muzyka, fajne serwisy – Polecam!


Jak wytresować smoka w przeglądarce? – Smoki Nightwood

W 2010 roku do kin trafia animacja „Jak wytresować smoka?” i kiedy w szkole padła propozycja, czy chcemy na to pojechać to od razu się zgodziliśmy. Nie było w tym nic dziwnego, w mojej młodszej młodości byłem wielkim fanem różnych animacji często wychodzących z pod szyldu Pixara. Sam film okazał się bardzo udany i chyba każdemu koledze w klasie się podobał, lecz tu skończył się film a sami wyobrażaliśmy siebie jako jeźdźców tych przepięknych gadów. Kilku moich kolegów rozpoczęło poszukiwania gry w którą moglibyśmy grać razem i łatwo komunikować się z sobą. Motyw smoków pojawiał się np. w Gothicu II i jego dodatku, lecz niestety nie doczekał on się dobre trybu multiplayer. Nagle zadrżało, gdy mój kolega znalazł na jednej z stron odnośnik do nieistniejącej już gry przeglądarkowej Smoki Nightwood w której testowałeś swoje umiejętności jako hodowca jaszczurek.

Aby rozpocząć grę wystarczyło się zarejestrować i potwierdzić e-mail. Grę rozpoczynaliśmy jako początkujący hodowca nieposiadający własnych stworków, lecz w prostym kreatorze mogliśmy wybrać sobie go stworzyć na podstawie odpowiedzi udzielanych pewnemu mędrcowi, który dopisywał kwestie, które wybraliśmy do odpowiedniej rasy smoka. A tych była cała masa – Smok Ciała, Cienia, Drewna, Duszy, Elektryczności, Natury, Ognia, Powietrza, Śmierci, Światła, Umysłu, Wody, Ziemi, a i tutaj nie kończyła się cała zabawa, bo smoki można było zmieniać za pomocą odpowiednich przedmiotów na przykład Smoka Magmy otrzymywaliśmy, gdy mieliśmy szczęście i Puszka Pandory miała odpowiednią zawartość. Istniały również Smoki Chaosu, które była połączeniem 3 smoków na poziomie mędrca. Oprócz nich bardziej niespotykanymi Smokami były Smoki Burzy, Czasu, Eteru, Kryształu, Melancholii, Metalu, Nocy, Słońca, Śniegu, Urodzaju, Smoki Anioły, Demony, Feniksy, Księżyca, Wojny, na Halloween, Dracolich, Piasku, Lodu, Świąt, Świetlik, Magii, Nekromancji, Piernika i Brylantu. Jak widać niektóre żywioły były niezwykle zmyślne lub stworzone tylko na potrzeby jakiegoś eventu. Każdy z żywiołów cechował się inną specjalną umiejętnością podobną do tych które posiadają Pokemony np. Inferno – zdolność Smoków Ognia, która ‚Gdy wpadnie w szał, smok ognia jest w stanie przywołać niszczycielskie płomienie, które w mgnieniu oka spopielają wszystko w zasięgu wzroku bestii’. Warto zaznaczyć, że na początku mogliśmy mieć ich tylko 5, a z czasem za mikropłatności lub też odpowiedni level naszych stworków odblokowywaliśmy możliwość posiadania 6.

Wspomniałem wcześniej o smokach na poziomie mędrca, ale jaki to był poziom? Był to poziom bardzo wysoki 300. Jednak gdy zaczynaliśmy hodowlę to nie mieliśmy smoka od razu podanego na tacy, najpierw musieliśmy przez 5 dni ogrzewać jajo. System levelowania w Smokach działał bardzo prosto, co nakarmienie/ogrzanie dostawaliśmy jeden poziom. Nakarmić i nagrzać można było tylko raz dziennie, co dawało prostą matematykę, że jeden dzień = jeden poziom naszego wychowańca. Z czasem nasz gad dorastał stając się na 20 poziomie młodym smokiem, na 65 poziomie dorosłym, a na 300 wymienionym wyżej mędrcem.  Od początku dostępne było kilkanaście wariantów wyglądu naszego smoka, więc każdy mógł znaleźć coś dla siebie (na górze ulubiony mój wariant dla smoka ognia). Popularnym stało się również tworzenie teł dla każdego ze smoków za pomocą odpowiednich komend chyba z html, nigdy jakoś nie potrafiłem tego ogarnąć. Z każdym poziomem nasz smok dostawał punkt do statystyk, których również było kilka typowych dla RPG-ów siły, zręczności czy inteligencji po Siłę Woli i Szczęście. Oprócz dodawania punktów do statystyk mogliśmy polepszać nasze gady karmiąc je odpowiednią karmą, gdzie każda z nich dawała punkcik w inną umiejętność.

Ważnym punktem rozgrywki było wysyłanie jaszczurek na ‚wyprawę’ na określoną ilość godzin – od 3 do 12. Po niej przynosiły one różne zioła, które czasami przydawały się do różnych osiągnięć lub też mogliśmy je sprzedać. Im więcej godzin spędzały one na wyprawie tym więcej przynosiły. Istniało kilka lokacji do których mogliśmy zabierać nasze smoki, z których przynosiły one inne przedmioty. Na każdej z lokacji mieliśmy poziomy, które zwiększały się od godzin spędzonych przez nasze smoki na tym obszarze. Im większy poziom tym więcej lub lepsze przedmioty były przynoszone. W grze dostępne było jeszcze kilka innych interakcji w których mogliśmy uczestniczyć. Istniały walki na arenie, które mogliśmy odbyć z dowolnym wybranym przez nas Smokiem innego hodowcy, który nawet nie musiał wtedy siedzieć przy komputerze. Po pokonaniu dostawaliśmy trochę srebra, lecz za to nasz smok odczuwał zmęczenie, co mogło być skutkiem przegranej w kolejnych potyczkach, jeśli je prowadziliśmy. Oprócz Smoków innych graczy mogliśmy pokonywać strażników, którzy strzegli niektórych ze wspomnianych lokacji do wypraw i po ich pokonaniu mogliśmy tam bez problemu podążyć. Wspomniane wyżej srebro mogliśmy zdobywać na wielorakie sposoby np. z bitew smoków, z wypraw i zadań, ale także sprzedając zdobyte przedmioty na miejscowym targu, który mogliśmy łatwo znaleźć w panelu po lewej. Istniał także chat dla handlarzy i istniały często osoby o dużym poziomie ich wychowanków kupowały przedmioty innych za określoną przez nich cenę. Istniały też osoby, które za odpowiednią opłatą udostępniały innym przedmioty rzadziej dostępne za odpowiednią kwotę – po wykonaniu questa należało od razu oddać przedmiot jego właścicielowi. Srebro nie były główną walutą w grze – były to rubiny, gdzie wymiana była w stosunku 1:75000. Rubiny można było też kupować za pomocą mikropłatności i przydawały się one do kupowania smoków niestandardowych. W grze istniały także mały zalążek funkcji FB – mogliśmy bez problemu zobaczyć profil innego przywoływacza – jego stworki, poziomy ich, osiągnięcia, opis i inne.

Czas odnalezienia gry przez moich rówieśników był niemal idealny – gra wtedy święciła tryumfy popularności. W moich okolicach gra była legendą i zagrywał się w nią niemal każdy, kto tylko miał dostęp do internetu. I niestety ja nie miałem wtedy stałego łącza i moja przygoda zaczęła się dopiero wtedy, gdy całe zainteresowanie opadło i pogrywałem już w nią sam, lecz i ja po kilku tygodniach odpadałem i nie chciało mi się na nią wbijać. Wracałem jednak za jakiś czas by sprawdzić, czy konto nie wygasło i często poświęcałem się przez kilka następnych dni hodowlą, lecz znowu odpadałem i za jakiś czas znowu powracałem, aż gdy ostatnio chciałem wrócić okazało się, że gra została wyłączona w grudniu 2015 roku i nie można już w nią zagrać nigdzie, więc cała jej legenda niestety zginęła i nigdy nie wróci. A jakie miałem smoki i jak je nazywałem? Tutaj inspiracji długo nie musiałem szukać, bo były one odpowiednikami swoimi tych z serii Pokemon, więc miałem ognistego Charizarda, wodną Seadrę, ziemnego Aerodactyla, Magmowego Dragonite i był jeszcze jeden, którego niestety nie pamiętam.

Ja się tutaj trochę napisałem, ale co z wami, bo może sami zderzyliście się z tą grą lub też tylko obiło wam się o uszy? Dajcie mi znać w komentarzach. Ja się z wami żegnam i do zobaczenia.

Źródła:

http://test.4free.pl:80/test/430776/34978

http://smokinightwoodinfo.blogspot.com:80/

https://www.youtube.com/watch?v=lIkxI16xIkY


Cowabunga! – TMNT

Muszę przyznać, że od małego byłem wielkim fanem TMNT. Bardzo ciepło wspominam wydane w 1993 roku Tournament Fighters będące prawdopodobnie najlepszą bijatyką wydaną na 8-bitową konsolę Nintendo. W Polsce równie wysoką popularnością cieszyły się platformówki, lecz mnie faza na nie ominęła pewnie głównie z faktu, że nie posiadałem kartridża z nimi. Po takim zafascynowaniu pociesznymi gadami niedługo potem zassałem filmy o nich z początku lat 90′, których teraz szczerze nie pamiętam.

Lata mijały, a ukochany Pegazus odszedł w zapomnienie, a ja coraz częściej po lekcjach lądowałem u kolegi Konrada, gdzie on mając całkiem niezły ówcześnie komputer co jakiś czas pokazywał mi nowe gry w swojej kolekcji. Jedną z takich gier była wydana 10 lat temu gra TMNT będąca grową adaptacją animowanego filmu pełnometrażowego, który pojawiał się w tamtym czasie na ekranie.

Fabuła gry luźno bazuje na tej z filmu i jest często przedstawiona za pomocą komiksu lub też za pomocą wstawek wziętych żywcem z filmu i prezentuje się następująco – Po pokonaniu Shreddera w Nowym Jorku zapanowuje względny pokój, a rodzina żółwi zaczyna się rozpadać. Splintera dodatkowo niepokoją wydarzenia, które mają miejsce w Nowym Jorku – biznesman Max Winters po wypadku staje się szalony. Zaczyna gromadzić armię potworów przy pomocy klanu Stopy. Naszym zadaniem będzie pokrzyżowanie ich planów oraz ponowne zjednoczenie rodziny.

Mechanika gry polega na przemierzanie wyznaczonych przez grę ścieżek za pomocą tytułowych bohaterów głównie poprzez wspinanie się po budynkach i bieganiu + parkourze skopiowanym prosto z Prince of Persia. Co jakiś czas na każdym etapie są walki z przeciwnikami i wyróżniamy kilka grup walczących z nami – Milicja, Purpurowe Smoki, Czarne Aligatory i Klan Stopy. Na niektórych poziomach występują bossowie, lecz walka z nimi nie jest szczególnie trudna – mają oni wyznaczony schemat ataków, który łatwo zapamiętać i często za pomocą, że tak to nazwę ‚Rodzinnych Combo’ można łatwo pokonać każdego z nich. Po pokonaniu wszystkich przeciwników na danym obszarze aktywuje się licznik naszego ‚skilla’ w walce, który napełnia się w zależności ile trafień przeciwnika nas dosięgnęło. Aby zaliczyć idealne starcie należy nie zostać trafionym przez żadnego oponenta podczas walki. Po drodze przez poziomy należy zbierać także monety, które są wymieniane na walutę wykorzystywaną w growym Item-Shopie do kupowania przebrań dla żółwików i innych tego typu dupereli. Na każdym z poziomów liczony jest także czas, który również liczy się do końcowego wyniku, który dostajemy za poziom – od najgorszego C do A, więc jeśli wykręcimy dobry czas, zbierzemy wszystkie monety na mapie, a także wykażemy dobre umiejętności w walce to ocena całego poziomu będzie wysoka – nawet A+ . W kilku poziomach wcielamy się także w całą kompanię braci i tam również liczy się statystyka więzi rodzinnej. Polega ona na wykorzystywaniu w walce, czy na planszy umiejętności wszystkich gadów poprzez wymienione przeze mnie wyżej ‚Rodzinne Combo’ czy pomaganie przy skoku, które przydaje się w przypadku, gdy przepaść jest niezwykle wielka i zwykły podwójny skok nie wystarcza by ją pokonać. Jeśli nasza więź będzie niska dostaniemy po ukończeniu pogardę od mistrza Splintera, tak samo jeśli nasz czas poziomu będzie niezwykle długi. Sama rozgrywka urozmaicana jest wypowiedziami bohaterów podczas niej, co tworzy niezwykły klimat i mnie śmieszy, gdy reszta ekipa szczerze narzeka na Mike’a. No bo w końcu „Kto montuje system autodestrukcji w jaskini?!”

W grze dostępnych jest 5 grywalnych postaci, a każda z nich ma różne bronie oraz umiejętności. Przyjrzymy się im po krótce:

Leonardo – najstarszy z braci, przywódca, najbardziej rozsądny – jego bronią są dwie katany – dzięki specjalnemu amuletowi może przechodzić przez niektóre sfery

Raphaello – najbardziej rwie się do walki, często wchodzi w sprzeczki z Leo – sai – dzięki swojej broni może wchodzić po niektóry ścianach

Donatello – najmądrzejszy z braci, potrafi dzięki swojej broni trzymać przeciwników na dystans – kij bo – skok o tyczce, który doskakuje dalej niż zwykły dwuskok

Michaelangelo – najmłodszy z braci, często pakujący resztę w kłopoty – nunchaku – helikopter ze swoich nunchaku

Nocny Strażnik – wcielenie Raphaello podczas nocy – sai – to samo co Raphaello

Sama walka nie jest niczym trudnym w tym tytule – każdy z bohaterów ma swoje własne combo, które szybko może pozbawić przeciwników chęci do dalszej walki. Oprócz standardowego ataku bronią możemy także zaatakować kopnięciem i przydaje się to podczas ataku wielu wrogów by utrzymać nad nimi odpowiednią odległość, lecz osobiście zawsze skupiałem się na ataku bronią. Po zabiciu 10 przeciwników podczas walki bez utraty życia każdy nasz cios staje się śmiertelnym ciosem dla przeciwników, lecz trwa to tylko przez kilka sekund. Dodatkowo przytrzymując domyślnie PPM możemy doskoczyć do każdego przeciwnika będącego na arenie, co jest bardzo skuteczne ze śmiertelnymi ciosami. W dalszej części rozgrywki będziemy mogli wykonać także ‚Rodzinne Combo’ za pomocą wszystkich czterech braci – każdy z nich ma własny atak rodzinny, który wykonuje z innym bratem. Po użyciu trzeba poczekać kilkanaście sekund na regenerację sił, lecz możemy w tym czasie wykonać pozostałe ataki rodzinne przez co ograniczenia czasowe nie są wielkim problemem. Te ataki są one bardzo skuteczne i zabicie przeciwnika z nich daje nam także monetę i są bardzo ważne podczas walk z bossami.

Tak jak wspomniałem to na początku TMNT mogą wykonywać przeróżne akrobacje wzięte z żywcem z Księcia Persji, a składają się na to podwójne skoki, bieganie po ścianie (tutaj widoczna aluzja), odbijanie się od bliskich sobie ścian, huśtanie się na drążkach, chwytanie i bieganie po półkach skalnych, przewroty, a także indywidualne dla każdej postaci umiejętności specjalne wymienione przeze mnie wyżej. Wszystkie te zdolności przydają się w serii wyzwań odblokowywanej podczas przechodzenia gry i kończeniu poziomów na ocenę A. Tam zmierzymy się z własnymi umiejętnościami i w jak najkrótszym czasie musimy przejść ułożoną trasę na końcu dostając odpowiednie oceny, które mi osobiście kojarzą się ze zdobywaniem licencji w serii Gran Turismo.

Osobiście lubię tą grę za to w sumie, że jest o żółwikach i do tej pory ukończyłem ją 3 razy. Z każdym razem jednak czerpię coraz mniej satysfakcji z przechodzenia jej, bo kiedyś wydawała mi się bardzo długa to teraz (w styczniu) przeszedłem ją w niespełna 4 godziny, czyli grę można zaliczyć nawet w popołudnie. System walki choć niezwykle dziecinny i prosty daje trochę satysfakcji z pokonywanych wrogów, w końcu trzeba wszystko wymaksować na każdym poziomie! W grze jeśli mam się przyczepić to do braku postaci drugorzędnych typu Casey czy April, bo w tej grze nie zobaczymy ich ani razu. Pochwalić można za to świetny dubbing wykonany na potrzebę gry. TMNT to wciąż kawał dobrej gry, która dzisiaj może spodobać się tylko niedzielnym graczom takim jak ja. Ale i tak polecam z całego serca.

 


O języku naszym. Tak trochę.

Jakiś czas temu robiłem porządek z moimi rozprawkami ze szkoły i m.in. trafiłem na temat o języku. Pomyślałem, że to całkiem dobry pretekst by napisać coś na stronę na ten temat. Było to już w sumie kilka miesięcy temu i szkic, zarys tematu jak zalegał tak zalega.. i pewnie byłoby tak nadal gdyby nie pewien filmik, który idealnie trafił w moje zdanie. Ale od początku.

Wszyscy wiemy, że język angielski zadomowił się na dobre w naszych wypowiedziach, a zwroty pokroju „Ok, no problem” czy „sorry” w większości już zbytnio ludzi nie dziwią, nie rażą. Stał się na tyle powszechny. że niektórzy stawiają go na równi z ojczystym, a momentami nawet i wyżej. W kręgach ludzi ubiegających się o pracę panuje ogólnie taka anegdota pół żartem, pół serio: pracodawca na rozmowie kwalifikacyjnej pyta interesanta jakie zna języki obce. Kiedy otrzymuje odpowiedź, że angielski odpowiada: „ale ja pytałem o obce.”

Albo inna kwestia. Ktoś gdzieś, w kręgu for fanów kina czy nie wiem, gier, wśród swoich wypowiedzi rzuci obcobrzmiące dla niektórych słowo „trailer”, no i co, i już zaraz na bank znajdzie się przynajmniej jeden poruszony, ktoś zaraz powie: No ale ja przepraszam bardzo, dlaczego na siłę używamy angielskich słów, skoro w naszym pięknym, polskim języku mamy taki piękny, POLSKI wyraz „zwiastun”? Przecież to jest istna obraza!

..Serio?

Pierwsze primo – jeśli ktoś użyje w swoim sforsowaniu „obcego słowa”, w tym przypadku niech jest ten „trailer”, to zwykle nie jest to spowodowane chęcią jakiegoś zabłyśnięcia czy nie wiem, jakimś szpanem, wielką komercjalizacją, spaczeniem umysłu blabla czy czymkolwiek. Ktoś tak napisał/powiedział… bo po prostu tak, bez większej ideologii. Takie słowo komuś akurat przyszło na myśl i pasowało mu do kontekstu wypowiedzi. Strasznie słabe jest takie przyczepianie się do kogoś o użycie danego słowa. Coraz częściej skupiamy się na formie, gdzie traci na tym treść, ale to już na marginesie i nie, nie namawiam tu do niechlujstwa językowego, bo nie. Najzwyczajniej nie bądźmy tak ortodoksyjni w niektórych kwestiach. Język jest czymś żywym i nieustannie się zmienia. Jeszcze niespełna 100 lat temu mówiono zupełnie inaczej, ba, nasi rodzicie mówili inaczej niż my i może kogoś zadziwię, ale JEST TO NORMALNE.

na świecie istnieje wiele języków i mimo różnych ewolucji zachowały one swoją „charakterystyczność” i nikt nie mówi o ich wyginięciu, mimo, że też uległy niesamowitej zmianie, tylko po prostu nas to tak nie boli.

Nasza naczelna internetowa encyklopedia mówi nam o wielu zapożyczeniach w naszym języku, które na pierwszy rzut oka wydawałyby się typowo polskimi słowami:

atłas (tur.), atrament (łac.), biennale (wł.), baca (węg.), bestseller (ang.), bryndza (rum.), brydż (ang), butik (fr.), czerep (białor.), czyhać (czes.), dumping (ang.), embargo (hiszp.), hultaj (ukr.), juhas (węg.), kalafior (wł.), kołchoz (ros.), kolumna (łac.), kombi (niem.), komputer (ang.), loggia (wł.), serial (ang.), torba (tur.), watra (rum.), wagon (ang.), werbunek (niem.), wiedźma (ukr.), zsyłka (ros.), żakard (fr.), żulik (ros.) itd.

Wgl uwaga, w niektórych językach istnieją także słowa pochodzenia polskiego. (klik!, klik!).

Oczywiście nie możemy przegiąć także w drugą stronę. Wiadomo złoty środek i tak dalej, nie chodźmy na running, a na spacer czy zamiast breakfastu zjedzmy, normalne, nasze śniadanie. Najzwyczajniej starajmy się nie popadać ze skrajności w skrajność, bo (w sumie jest to trochę myśl przewodnia) każda skrajność jest zła, obojętnie czego by nie dotyczyła, a o nasz język ojczysty nie macie co się aż tak bać. Nikt mu zginąć nie da, bo i jest to najzwyczajniej niemożliwe.

Aaaa i ten filmik obejrzyjcie koniecznie. Polecam.