Autor: Piterus

Festiwal dawnych komputerów i gier

Parę dni temu, dość niedaleko mnie, miało miejsce całkiem ciekawe wydarzenie. Odbywał się tzw. Festiwal dawnych komputerów i gier organizowany przez lokalne muzeum, na którym szcześliwym trafem dane było mi być.

Udając się na te przedsięwzięcie, nie miałem wysokich oczewiań. Myślałem, że wbije na chwilę i zaraz wyjdę – tymczasem spędziłem tam myślę dobre ponad godzinę. Myślałem też, że wystawa będzie praktycznie pusta, lecz trafiłem akurat, że jakaś szkoła też tam sobie zwiedzała, więc było mi stosunkowo łatwo w jakimś stopniu wtopić się w tłum.

Wchodzę, mijam recepcję czy coś w tym stylu, dzień dobry, dzień dobry i udaję się od razu na miejsce. Tam wita mnie około 20 stanowisk, każde z inną konsolą i załączonym tytułem gotowym do zagrania. Runda wokół całości, żeby przyjrzeć się mniej więcej z czym mam doczynienia, no i co, może warto gdzieś przysiąść co nie? Pierwsze kroki były oczwyste – gdzie jest NES?

Przy stanowisku siedzieli już jacyś chłopcy, nie mam wyczucia ile lat, w każdym razie sporo młodsi. Stoję, przyglądam się jak im idzie. Na ekranie kultowe Super Mario Bros. Jakoś tam grają, przy wpadce przy końcówce drugiego poziomu odpuścili, odeszli to mówię przysiądę, pokażę co umiem, a warto wspomnieć, że Mario trochę liznąłem. Tu niby nie wypada się tak znów chwalić, ale w każdym razie zrobiłem chyba jakieś wrażenie, bo zaraz podbił kręcący się wokół typ od mediów i zaczął nagrywać obraz ekranu co robię, o twarzach wcześniejszych, młodszych użytkowników jak wyglądały nie wspomnę Z jakimś typem z radia gadałem nawet sobie. W ogóle gość, ten co to wszystko organizował, miał i inne oryginalne kartdridże do NESA, ale nie byly odpalane. Pytałem o Contrę, ale nie miał. Trudno, szkoda.

Następny na tablicę poszedł Prince of persia wyglądający jak to, cieżko stwierdzić na czym, coś jak stary Mac. Wersja z wyglądu niby jak ta Pegasusowa to mówię będzie bez problemu. Aha, jasne. Ok, poszło. Gra jak gra, chociaż sama przyjemność już nieco toporna. Strasznie wolno to wszystko chodziło, ale w sumie nie o to tu chodziło, a o obcowanie z samym sprzętem, poznanie jak to działa.

Chwila przerwy. Zerkam w prawo, jakiś stary PC, na oko przełom wieku, gość gra w pierwsze GTA, jeszcze dalej jakieś wyścigi. Ja idę dalej. Siadam do Atari 65XE.

Nie wiem nawet w co grałem jak mam być szczery. Wyglądało to jak taki tunel, w którym płyniemy(?) z niezwykle dużą prędkością i omijamy przeszkody za pomocą takiej specialnej gałki. Swoją drogą Atari 2600 też było, robiło lepsze wrażenie, ale nie zasiadałem jakoś do tego. Podobnie jak do jakiejś konsoli/kontroler dedykowanego specialnie do jakiejś konkretnej gry. Wyglądał jak kompas piracki i sama rozgrywka też tam się przy tym opierała. Nie wiem co to. Przysiadłem też trochę np. do Segi i Sonica, ale ja tam jakimś wielkim fanem niebieskiego jeża nie jestem. Była też m.in. Amiga 500, Nintendo 64 z Mario Kart, PONG, Commodore 64 czy też coś pierwowzór dzisiejszych kontrolerów wykorzystujących ruch oraz inne ciekawe, podobne sprzęty.

W sumie całe przedsięwziecie to naprawdę fajna sprawa. Dobra okazja dla przypomnienia sobie gier przez starszych jak i poznania niektórych konsol przez młodszych. To również calkiem ciekawa część historii. Osobiście polecam zarówno wszelkie takie wystawy, jak i bardziej w temacie, by mieć swoją ulubioną retrokonsolę na własność, by móc zagrać w tytuł z dzieciństwa nie tylko od „święta” podczas spotkań jak te, ale w dowolnym momencie, kiedy przyjdzie na to ochota.


Wizualizacja mocno

Krótkie przemyślenie raczej.

Jakiś czas temu w internecie głośnym tematem była tzw. wizualizacja marzeń. Trochę a propos, a trochę tak o, przypomniała mi się pewna historia, której niedawno byłem świadkiem. Autentyk, serio.

Lokalna galeria, niedziela czy inny wolniejszy dzień, siedzę sobie gdzieś czy tam miotam się miedzy kolejnymi sklepami czyhającymi na klienta, widzę taką scenkę. Dziecko znudzone zakupami siada sobie do takiego autka, co tam trzeba wrzucić dwa złote i dzieją się rożne rzeczy wtedy, gra, świeci i tak dalej. No i co, prosi mamę czy tam tatę żeby mu te 2 złote dali, bo bez tego to nie działa. Na to rodzic odpowiada: to wyobraź sobie, że działa.

:|


Run, Mario, Run!

Ostatnimi czasy trochę wypadłem z rynku gier mobilnych. Na moim telefonie nie gości na stałe żadna produkcja i nawet nie z powodu, że odpuściłem granie tego typu, co najzwyczajniej z braku interesujących mnie tytułów. Dziś jednak, w chwili między jednym zadaniem życiowym, a drugim (hue), gdy wbiłem przy okazji aktualizacji programów na Google Playsklep przypomniał mi, że dziś swój debiut na Androida przeżywa najsłynniejszy hydraulik gier wideo. Super Mario Run, witamy na pokładzie!

Początkowo gra była zaplanowana jedynie na urządzenia z iOS, jednak z góry wiadome było, że Android jest tylko kwestią czasu. Kilka miesięcy po premierze na iPhonach, gra zawitała także na oprogramowaniu od Google. Szczerze, nie spodziewałem się tam wielkich fajerwerków, ale Mario to Mario i sprawdzić przecież trzeba.

Gra wita nas dość szybkim przejściem do rozgrywki, która jest bardzo uproszczona względem tego co znamy z innych konsol – ogranicza się jedynie do klikania w odpowiednich momentach w ekran. Zasadniczo jest to typowy runner jakich wiele na markecie od kilku lat, jednak zauważalnie lepiej zrobiony, z bardziej profesjonalną otoczką. Warstwa audiowizualna stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie, a same poziomy są zaprojektowane w taki sposób, że widać, że ktoś musiał nad nimi nieco posiedzieć. Widać wiele nawiązań do części znanych z innych konsol co powoduje, że poszczególne elementy na ekranie mogą spowodować uśmiech na twarzy, z resztą ogólnie fabuła opiera się na tym samym co wszystkie inne części. Trochę pobawić się można, nie można tego odmówić. Trochę, dobre słowo.

Szybciej niż myślimy, zaczynają pojawiać się problemy niczym ciemna chmura rozciągająca się nad całym rynkiem współczesnych gier mobilnych. Darmowa gra to tak naprawdę.. demo pełnoprawnego tytułu, do którego dostęp kosztuje nasze portfele 45 złotych, co jest dość wygórowaną kwotą jak na grę tego typu. Do dyspozycji w darmowej części mamy jedynie pierwszy świat, co daje nam 4 poziomy, z czego aby dostać się do ostatniego musimy „wymaksować” 3 poprzednie tj. zebrać odpowiednią ilość specjalnych monet danego koloru. Oprócz głównej linii fabularnej mamy też swojego rodzaju wyzwanie, czyli przechodzenie poziomu z „duchem”, którego musimy pokonać pod względem ilości zdobytych punktów. Mamy też tryb pokroju Magic Land z Facebookagdzie to za punkty (lub pewnie $$$) budujemy swoje małe królestwo, czego, przynajmniej ja, nie szukam w grze tego typu, z resztą nad obydwoma dodatkowymi trybami przeszedłem praktycznie bez zainteresowania. Trochę nie pasuje mi też, że do poprawnego działania gry musimy mieć cały czas dostęp do internetu, bo jednak nie zawsze ten dostęp jest. Niby walka z piractwem, ale bez przesady.

Podsumowując, darmową część gry myślę że warto sobie przejść, traktując ją trochę jako ciekawostkę i jakiś tam powrót do początków serii + to, że jest dość dobrą grą pod względem rozgrywki, ale wydawać ponad 40 złotych na pełną wersję to już przedsięwzięcie nieco ryzykowne, na które nie wszyscy się zdecydują. Osobiście dla mnie Mario to i tak głównie NES – zdecydowanie to tam ta legenda gier video rozwinęła swoje skrzydła najmocniej i jakikolwiek atak na inne platformy tego już w moim mniemaniu najzwyczajniej nie przebije.


Lecimy w kosmos!

I to wcale nie będzie łatwa podróż.

2001: Odyseja kosmiczna Stanleya Kubricka, bo tym się dziś zajmiemy, jest dziełem trudnym do omówienia. Wokół tego filmu, na przełomie niespełna pół wieku, urósł już niemały kult, a sam film daje widzom wręcz nieograniczone pole manewru do interpretacji mnogością elementów. Tak, film z 1968 roku wyprzedził swoją epokę i oglądając go wcale nie mamy wrażenia oglądania czegoś co się jakoś mocno zestarzało. Od filmu wieje charakterystyczny Kubrickowski uniwersalizm, nie tyle pomysłu czy konwencji, ale samego świetnego technicznie wykonania. Niech o pewnym poziomie świadczy fakt, że istnieją miejskie legendy, że to on „stworzył” pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Swoją drogą wiele za tym przemawia – lata bardzo podobne i tak dalej, ale nie będziemy przecież dokładać swojej cegiełki do i tak wielkiego kopca teorii spiskowych

W bardzo dużym uproszczeniu jest to film z gatunku science fiction, chociaż na próżno szukać w nim laserów, jakiś monstrów, super mocy czy czegokolwiek takiego. Jest to filozoficzna opowieść o powstaniu człowieka, jego ewolucji i hipotetycznych dalszych losach gatunku. Odnajdziemy tu wiele pytań, ale nie poznamy żadnej odpowiedzi, albo inaczej – odpowiedzi nie ma dać nam film, to my sami sobie mamy odpowiedzieć wedle własnej obserwacji.

Film luźno składa się z 4 części: pierwsza Świt ludzkości mówiąca nam o początkach człowieka na Ziemi, następna z wyprawy na Księżyc miliony lat później w 1999 roku, trzecia z misji na Jowisza półtora roku po tym oraz ostatnia Jowisz i poza nieskończonością. Wszystkie cztery łączy pewien znaczący element – monolit (taki blok skalny), który ewidentnie wyprzedza ówczesne sobie czasy – tu ukazany jako symbol wiedzy, większej siły, cywilizacji, mądrości, Boga – jak kto woli. Kto ma z nim styczności przeżywa swojego rodzaju przejście o poziom wyżej.

Sam film wita nas 3 minutową sekwencją ciemnego tła i niepokojącego dźwięku w tle. Wgl w filmie jest mnóstwo podobnych scen, które trwają po kilka minut pokroju leci/płynie statek czy idzie sobie jakiś typ. Jak ktoś nie ma tyle cierpliwości do takich scen to może być ciężko. Niemniej jest w tym na serio, sporo uroku i nieustającego niepokoju. Można za to łatwiej zwrócić uwagę na niektóre elementy.

Dużą rolę odgrywa tu ścieżka dźwiękowa oparta na muzyce klasycznej, nie bez powodu film ten przyrównuje się do opery. Mamy tu także sporo scen po prostu.. ciszy. Pierwsze słowa w filmie padają chyba gdzieś na oko 20-25min po starcie filmu. Chyba wszyscy kojarzą ten nieśmiertelny motyw, którym wita nas intro wyżej.

Rola aktorska to dla mnie głównie popis samego głosu podkładanego pod sztuczną inteligencję. Scena odłączenia maszyny równa chyba jedynie podobnym jak przy Zielonej Mili.

I tu chyba najcięższe, interpretacja. Dla mnie film jest symbolem jak bardzo człowiek marnuje możliwości jakie dostał, bez znaczenia od kogo/czego. Pokazuje jak bardzo „z tyłu” jest nasz gatunek niezależnie jak bardzo by się rozwinął, jakiejkolwiek technologii by nie wymyślił – zawsze będzie o krok za wspomnianym „monolitem”, bo nie to jest celem tego skoku technologicznego/intelektualnego jaki on daje. Czym różni się wspomniana, przełomowa kość od obecnej broni jądrowej? Tu nawet nie chodzi czy jesteśmy wierzący czy nie, czy wierzymy Darwinowi czy swojej religii. Tu chodzi bardziej o to, że większą część rzeczy jakie dostajemy obracamy w coś złego, o to, że rządzą nami głównie instynkty jak tymi małpkami bijącymi się o wodę czy mięso, a chyba powinniśmy być nieco wyżej pod tym względem, czyż nie? I samo to jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej tego filmu! Filmu, dla którego kosmos i technologia nie były taką „codziennością” jak dla nas i teoretycznie powinien czuć się na tej materii znacznie mniej pewnie niż my. Sam seans staje się swoistą medytacją nad genezą i fundamentami świata, czemu sprzyjają te wspomniane wcześniej, względnie przydługawe sceny.

Film naprawdę warty zobaczenia. Bez wątpienia należy do kanonu dzieł ponadczasowych i dlatego, jeśli nie ze względów naukowych czy egzystencjalnych to po prostu dobrze obejrzeć ten film, by widzieć skąd wzięły się te wszystkie odniesienia popkulturowe, których mnóstwo w wielu lepszych czy gorszych filmach współczesnej kinematografii. Polecam.


Najlepsze kanały na YouTube: Nieprzygotowani

Zasadniczo nie oglądam seriali. Przynajmniej teraz. Kiedyś wpadały różne serie, ale jednak trzeba poświęcić na to trochę czasu żeby ukończyć jakiś w całości, a tego niestety nie mam tyle ile bym chciał. Trochę czasu spędzam za to na YT i to tam od listopada wsiąkłem w pewien twór.

Nieprzygotowani to kanał produkcji naszego rodzimego giganta śmiesznych filmików w internecie – AbstrachujeTV. Tym razem jest jednak trochę bardziej poważnie, momentami nawet merytorycznie. Oczywiście dalej można odnaleźć tu sporą dawkę przerysowanego humoru, na który należy spojrzeć z przymrożeniem oka,nie mniej jest naprawdę nieźle i można się wręcz momentami jakoś utożsamić z postacią. Tematem wiodącym kanału są perypetie świeżo upieczonych licealistów, a zwłaszcza młodego Berkowskiego, dla którego liceum ma być szansą na nowe, bardziej udane życie. Każdy odcinek jest o czymś innym, jednak główna oś jego perypetii tworzy nam pewną spójną całość. W Nieprzygotowanych poznajemy zupełnie nowe twarze, ale możemy odnaleźć także gościnne występy innych zaprzyjaźnionych z kanałem twórców co dodaje tu pewnego smaczku.

Oczywiście same nasuwają się porównania z Małolatami czy też Szkołą TVN, jednak jest to zupełnie inny, nieporównywalnie wyższy poziom. Na pewno wpływa też na to ilość pracy włożonej w odcinki. Od początku listopada odcinki pojawiały się jedynie raz w tygodniu, w każdą środę o 17:00. Właśnie skończył się pierwszy sezon, co daje nam 16 odcinków. Warto nadmienić także, że jest to obecnie najszybciej rosnący kanał na polskim YT, który na moment pisania wpisu ma ponad 750 tysięcy subskrybentów! Oczywiście to kwestia gustu, nie mniej, ja polecam i czekam na więcej!