Autor: Piterus

Gdzie sztuka łączy się z grami

(Mały disclaimer – pierwotnie tekst ten pisany był, w zamyśle bez screenów, na pewien konkurs kilka miechów temu, ale nie doszedł dostatecznie daleko. Chyba nikt się nie obrazi, że w takim razie podepnę go tu, bo w sumie czemu nie? To Recenzja Cupheada jakby ktoś nie załapał od razu przy tezie, że gry to sztuka)

– – – –

W dzisiejszym świecie, w którym gry już dawno weszły na salony i przestały być postrzegane jedynie jako denna zabawa dla najmłodszych, wiele osób zadaje sobie pytanie o następny krok rozwoju tej formy multimedialnej rozrywki. Niektóre środowiska zastanawiają się już nad aspektem czysto artystycznym najpopularniejszych tytułów, tym bardziej, że chociażby w przeciągu ostatnich 3 lat twórcy gier byli pod tym względem nad wyraz kreatywni. Idealnie widać to na przykładzie gry Cuphead, wyprodukowanej przez stosunkowo małe Studio MDHR, która swoim niecodziennym zamysłem audiowizualnym wybija się ponad inne nowe tytuły, a przy tym nie wstydzi się czerpać z korzeni i mechanik najlepszych gier ubiegłego wieku rodem z NESa, czy patrząc bardziej na nasze podwórko, z Pegasusa. Mając na uwadze to wszystko, czy Cuphead faktycznie daje radę i czy rzeczywiście jest tak niezwykły? Przyjrzymy się bliżej.

Zacznijmy od podstaw. Cuphead w uproszczeniu to tzw. platformówka, w której główny nacisk został położony na walkę z bossami, stylizowana na amerykańskie animacje z lat ’30 ubiegłego wieku. Fabularnie historia dotyczy dwóch postaci z głową w kształcie filiżanki (a jakże!), które przez swoją nieroztropność popadły w długi u diabła i w celu spłaty muszą u niego pracować jako windykatorzy dusz. Wszystko to w akompaniamencie typowych jazzowych kawałków tamtego okresu i oczywiście charakterystycznych męskich kwartetów wokalnych. Brzmi intrygująco? To dopiero początek.

Przeciwnicy jakich spotykamy na naszej drodze są naprawdę różni – od płaczącej cebuli przez pustynnego dżina aż do kuli bilardowej czy przedstawiciela diabelskiego kasyna. Każdy przeciwnik jest inny i przede wszystkim nieprzewidywalny co sprawi, że do danego bossa będziemy zmuszeni niezliczoną ilość razy. Niewykluczone, że przy okazji zjemy też sporo nerwów. Jak na dzisiejsze standardy Cuphead jest najzwyczajniej grą trudną, której po prostu trzeba się nauczyć. Praktycznie niemożliwe jest przejście jej za pierwszym razem co wcale nie jest wadą, a wręcz dodatkowym urokiem. W żadnym momencie nie jesteśmy prowadzeni za rączkę co jest spotykane obecnie w wielu innych większych tytułach, a co graczy, szczególnie tych, którzy mieli do czynienia ze starszymi tytułami pokroju Duck Tales, Chip ’n Dale Rescue Rangers czy zwykłej Contry często irytuje, bo przez to gra nie stanowi dla nich żadnego wyzwania.

Warto wspomnieć, że gracz pozbawiony jest także jakiegokolwiek paska zdrowia swojego oponenta co dodatkowo utrudnia rozrywkę. Jedynym wyznacznikiem naszego progresu jest pasek po każdej naszej śmierci, informujący nas jak daleko zaszliśmy, czy też kolejne transformacje naszych wrogów, których dokonują po zadaniu im pewnej wyznaczonej ilości obrażeń. Dostępny mamy całkiem spory arsenał broni, od pocisków samonaprowadzających pod te lecące w kilka kierunków. Istnieją również dodatkowe wspomagacze w formie dodatkowego życia czy chwilowej niewrażliwości na ataki wroga. Wszystko to z czasem możemy nabyć z poziomu dostępnego w grze menu. Paradoksalnie gra przez to jest wręcz idealna dla tzw. speedrunnerów, którzy raz za razem, analizując grę wykręcają w niej naprawdę imponujące rekordy przejścia.

Wspomniałem wcześniej o warstwie artystycznej. Gdy pierwszy raz zetknąłem się z Cupheadem wiedziałem już jak długą drogę przeszli twórcy by ten tytuł ujrzał światło dzienne – zapowiedziany był on długo przed swoją finalną premierą. W końcu każdą klatkę trzeba było rysować ręcznie, a warto zauważyć, że jest gra dostępna jest w 60, a nie 24 i mniej klatkach na sekundę, w jakich dostępne były kiedyś podobne animacje, więc trochę tych obrazków było, a każdy z nich to nie tylko postaci na planie głównym, ale także te osadzone w tle. Oczywiście nie umniejszam tu grom wygenerowanym czysto komputerowo, ale w zestawieniu z faktycznym rysowaniem, ta bardziej tradycyjna forma robi większe wrażenie. Podobna sprawa ma się przecież z filmami poklatkowymi – chociaż nie są one tak popularne i często trafiają jedynie w pewną swoją niszę to chyba nikt nie odmówi im ogromu pracy i wkładu, a przy tym poczucia uroku i nostalgii filmów z naszego dzieciństwa. Tu rodzi się w mojej głowie pewna konkluzja. Skoro filmy, powiedzmy Gnijąca Panna Młoda Tima Burtona czy idąc nawet jeszcze dalej – ostatni głośny Twój Vincent, gdzie każdy kadr, klatka po klatce, uważane są za „rzeczy” typowo artystyczne to dlaczego Cuphead nie miałby być? Odpowiedź nasuwa się sama.

Finalnie Cuphead to najzwyczajniej tytuł w który warto zagrać. Zarówno ci spragnieni prostej w założeniu, ale przy tym piekielnie trudnej rozrywki znajdą coś dla siebie jak i ci szukający po prostu ciekawego doświadczenia audiowizualnego. Warto się temu poddać, bo śmiem twierdzić, że jest to jeden z ważniejszych tytułów ostatnich lat, a już na pewno jeden z bardziej reprezentatywnych dla całej branży gier video na zewnątrz.


No hejka, co tam się z Tobą dzieje? Skąd to zwątpienie?

Trochę zardzewiało tu znów nad czym w sumie ubolewam, no ale co, priorytety i inne takie…

Moją głowę zaprzątają obecnie głównie zbliżający się trzeci rok studiów, praca, ta obecna i przyszła, oraz, brzmiąc bardziej górnolotnie, rozkminy pokroju Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?, czyli kwestia dalszego życia o którym muszę nieco poważniej myśleć czy najzwyczajniej sprawy prywatne. Wygląda to różnie, ale to akurat osobny temat. Wracając..

W sumie ciężko mi mówić o planach, bo wydaje mi się, że już przestałem trochę planować, przynajmniej takie, wiecie, projekty(?), ale mam w głowie tekst o umowach śmieciowych i moich doświadczeniach z tym związanych, a mimo dość krótkiego czasu od skończenia szkoły średniej coś tam na ten temat liznąłem z czym czym chciałbym wyjść dalej, a parę osób ponoć chciałoby o tym przeczytać czy tam chciałoby nawet żebym o tym napisał. I tu dotykamy kolejnej kwestii.

Nie chciałbym robić z tego jakiejś większej akcji, ale mam zamiar wyjść z tą stroną nieco bardziej z zakorzenionego w grach multi undergroundu, na rzecz nieco bardziej… mnie jako mnie. I nie, nie strzelę sobie imienia i nazwiska w domenie ( ), ale no chciałbym zrobić z tej strony trochę bardziej personalne portfolio, powklejać parę linków co niesie za sobą pewne oczywiste następstwa. Póki co luźne plany, badanie gruntu, zobaczymy.

Chyba niewiele więcej mogę dodać atm. Jakby coś jestem i myślę, że jeszcze trochę pobędę. Tyle.


#GameStruck4, czyli gry, które nas ukształtowały – jak wygląda nasz wybór?

Jakiś czas temu w serwisie gameplay.pl zobaczyłem ciekawy artykuł dotyczący akcji #GameStruck4, gdzie to różni ludzie wybierają 4 gry, które najbardziej zdefiniowały ich jako graczy. Gry, które w jakimś stopniu najbardziej utkwiły im w pamięci. Początkowo mogliśmy zobaczyć to jedynie na twitterze, ale z czasem temat podjęły również inne strony internetowe, chociażby Spider’s Web. Pomyślałem, że fajnie byłoby zrobić również to w swoim wydaniu, ale żeby nie było zbyt nudno, postanowiłem zaprosić parę innych zaprzyjaźnionych osób żeby również przedstawiły swoje typy. Napisałem m.in. do Kunia, NC oraz Genesisa. Z pewnością wiele osób stąd ich kojarzy. Jesteście ciekawi, które tytuły znalazły się na naszej liście? Oddaję głos naszym gościom.

Kunio:

Siadając sobie do rozmyślania nad tematem podesłanym od Piterusa, już na samym początku wypisałem sobie potężną garść tytułów, z którymi wiązałem dobre wspomnienia – głównie z czasów beztroski, kiedy to dopiero zaznajamiałem się z elektroniczną rozgrywką. Wiele z nich już w momencie ogrywania przeze mnie była już dawno archaiczna, ale posiadały swój specyficzny styl dla mojego niezbyt rozgarniętego wtedy mózgu. Oczywiście szaleństwem byłoby wymieniać je tutaj wszystkie, dlatego wybrałem tylko te, które z perspektywy czasu zrobiły na mnie wielkie wrażenie.

Kto mnie zna to wie, że strasznie cenię sobie popularnego u nas „Pegaza”, który na początku XXI wieku był już niezłym przeżytkiem. To właśnie z nim wspominam najwcześniejsze moje lata grania, kiedy to z namiętnością rąbałem we wszelkie tego typu pewniaczki. Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie Contra od Konami i Goal 3 od Technos. Pierwsza była lepsza od Mario z powodu tego, że nie była tak dziecinna, bo w końcu po co skakać po grzybach, skoro można strzelać do ludzi z karabinu. Druga natomiast była przeniesieniem mojego ulubionego sportu na ekrany konsoli, z całą tą brutalnością, dobieraniem własnej postaci czy składu. Gry pegazusowe miały też przewagę świetnych ścieżek dźwiękowych, gdzie większość ogrywanych tytułów posiadała bardzo rozpoznawalne tjunsy, co tylko sprawiało, że chętnie się do nich wraca, nawet dziś.

Kolejną kultową konsolą z jaką miałem doświadczenie jest poczciwy „Szaraczek”, z którym najbardziej chyba kojarzy mi się Tekken 3. O rajuśku, nawet nie wiecie jak zmieniło się wtedy moje postrzeganie gier, gdy to stało się tym. Dodatkową zaletą gry przez którą zbierałem swoją szczękę z podłogi to duża liczba ciekawych postaci do ogrania, podczas gdy większość gier 8-bitowych miała ich maksymalnie 8 lub ich liczba była sztucznie zawyżana kopiowaniem wojowników zmieniając ich kolor. W klasyku takie coś nie występowało. Miałeś ponad 20 grywalnych zawodników, z których każdy był inny i miał swój własny styl walki, co nadawało grze niezwykłego realizmu.

Vice City to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie miałem nigdy styczności z żadną odsłoną tej franczyzy w 3D i zderzenie z grą w której mogłem robić to co żywnie mi się podoba było niezwykle satysfakcjonujące, chociaż na początku nie potrafiłem wyciągnąć dużo z rozgrywki z powodu braku znajomości angielskiego przez co nie wiedziałem, jak robić misje. Dopiero po czasie, polskich napisach można było łyknąć jedną z bardziej pomyślanych historii w całej tej serii z klimatem tych wszystkich znanych filmów z Człowiekiem z blizną na czele. I jakoś ostało mi się tak, że stawiam tą pozycję najwyżej w swoim rankingu serii i nic póki co nie może go zdetronizować, a w VC:MP zacząłem grać tylko dlatego, bo SA:MP działał na moim komputerze bardzo słabo i szukałem alternatyw. I jak widać zostałem tutaj na dłużej.

Ostatnia pozycja wiąże się z moją małą, dziecinną odskocznią od rzeczywistości. W pierwszej dekadzie tego wieku uwielbiałem Pokemony, łykałem każdy odcinek oryginalnej serii po kolei, ale z czasem pałeczkę przejęło Disney XD, a dla mnie był to za wysoki koszt i musiałem pożegnać się z nią na lata. Dlatego nie wiecie, co poczułem, gdy brat przyniósł kiedyś na płycie nagrany emulator Game Boya Advance z kilkoma ROMami, a jednym z nich był Pokemon Fire Red, który jest jedną z najlepszych według mnie gier ever. Świetna historia, ulepszona grafika względem oryginału i możliwość wyboru Charmandera na pierwszego Pokemona. Z czasem odkrywałem kolejne części cofając się i idąc dalej w generacjach stworków, aż do teraz, gdy zostało mi do ogrania X&Y i Sun&Moon, ale tutaj trzeba czekać na własnego 3DSa. Ale i tak mimo wszystko uważam Fire Red za najlepszą i najbardziej kultową część tego cyklu.

 

Genesis:

Football Manager 2006 – Pierwsza kupiona, długo ogrywana przeze mnie gra. Połączenie skarbnicy wiedzy o piłce nożnej z zarządzaniem to dla mnie coś idealnie dopasowanego. To niezwykłe, jak wielka potrafi być dysproporcja między dynamiką gry a emocjami czerpanymi z niej.

Grand Theft Auto 3 – To kolebka, początek mojego zamiłowania do całej serii GTA. Trójka ukształtowała mój gust, po dziś dzień (z nielicznymi wyjątkami) jedynymi grami, w które potrafię naprawdę się wciągnąć są te z otwartym światem.

Metin 2 – Za sprawą popularnego MMO nauczyłem się czerpać radość z grania online. Dzięki tej grze nie mam oporu przed grą multiplayerową, kooperacją z innymi. Gra, która uczy pokory i cierpliwego grindu, który dziś, w dobie „Pay to win” jest jedyną bezpłatną alternatywą.

Colin McRae Rally 04 – Mimo, że pierwsze kroki za wirtualną kierownicą stawiałem w poprzednich odsłonach, to jednak dopiero Colin z 2003 roku rozpalił moją pierwszą świadomą miłość do rajdówek. Absolutny fenomen, który ogrywałem razem ze starszym bratem i który trwa do dziś na mojej półce w postaci najnowszych odsłon DiRT.

NC:

Cztery gry, które zdefiniowały mnie jako gracza? Niby wiadomo o co chodzi, ale dobrać właściwe przykłady wcale nie jest tak łatwo. Modelowymi odpowiedziami byłyby zapewne pierwsze zagrane strzelanki czy gry strategiczne, które wyrobiły w nas refleks i spryt, z których korzystaliśmy w innych grach. Do swojego zestawienia wybrałem cztery tytuły, które może nie definiują mojej grającej części osobowości, aczkolwiek przywołują ciepłe wspomnienia i w pewien sposób ukształtowały mój charakter.

GTA 2

Jak część z was wie z mojego wpisu autobiograficznego, byłem (tfu, jestem!) szczęśliwym posiadaczem GTA 2 w wersji „ściągnięte z internetu na neostradzie 128”. Wspólnie z kolegą ze szkolnej ławy w pierwszych klasach szkoły podstawowej (!!!) namiętnie ciupaliśmy w dwuwymiarowe części Grand Theft Auto, a druga część była pierwszą, która była moją własnością i której z tego względu poświęciłem wiele godzin. Ostatni raz zagrałem w 2008 r., kiedy to ś.p. Polonez wspominał, że multi do tej gry żyje i można normalnie skryptować, w przeciwieństwie do VCMP (czasy skryptów mIRC, kto pamięta, ten stary ). Może warto znowu zagrać? Chyba jestem za stary na takie zręcznościowe tytuły .

Heroes 3

Nooooo! Sytuacja jak wyżej, wracało się ze szkoły i pyknęło się z godzinkę-dwie w Heroes 3, do czasu aż matka po mnie nie przyjechała . Mając kilkadziesiąt zapisanych stanów gry, których nigdy nie wznawialiśmy, wspólnie obmyślaliśmy taktyki, której przewodnią myślą było „nie atakujmy się”. Mimo upływu lat do Heroesów wracałem. Choć rozgrywka jest schematyczna, grywalność jest wysoka, a doinstalowanie modyfikacji jak Wake of Gods winduje poziom zabawy do sufitu. W kolekcji płyt mam jeszcze czwartą część, a obecnie ogrywam Heroes 6 z CDA. Za wcześnie by oceniać grę, ale potrafi przykuć na więcej niż godzinę do ekranu! Chyba, że komputer zacznie oszukiwać…

Dave Mirra Freestyle BMX

Jako dzieciak uwielbiałem komiksy. Rodzice wspominają, że już w wieku kilku lat kupowali mi „Kaczora Donalda” i zmuszałem ich do czytania historyjek czego oczywiście nie pamiętam, ale gdy już potrafiłem sam czytać, chłonąłem każde wydanie, które było co środę. Z czasem zaczęły pojawiać się zabawki, a na okres świąt bożenarodzeniowych (2002?) dodano płytę CD z demami 20 (!!! słownie: DWUDZIESTU) różnych gier. Wśród nich był Dave Mirra BMX, czyli taki Tony Hawk, tylko na rowerze . I dużo lepszy! Pamiętam jak przy świetnej ścieżce muzycznej (odsłuchując ją od razu mam ochotę zainstalować grę) naciskałem wszystkie możliwe klawisze by wykonywać super salta. Ostatni raz grałem może w 2016 r i gra wciąż dobrze wygląda, a zabawa jest przednia. Szkoda tylko, że nie zdecydowano się na kolejne „rowerowe” gry na PC, a sam Dave Mirra kilka lat temu popełnił największą głupotę życia.

Wolfenstein: Enemy Territory

A na koniec – nowy staroć, który odkryłem stosunkowo niedawno. Granie w ET nauczyło mnie, że można być niedzielnym graczem, bez jakiś super growych zdolności czy myszki za dwie stówki i doskonale się bawić. W innych strzelankach zawsze są takie momenty, że snajper gdzieś siedzi i cię nie przepuści, za rogiem ktoś tylko czeka aż przejdziesz, a wszyscy znają mapę na wylot i wiedzą, jak się ustawić. A w ET po prostu zacząłem grać, wspomnianych problemów nie było (chociaż mapę zawsze dobrze znać) i nawet jeśli gram „od święta” to zawsze jakieś głowy urwę .

Gier, które do mojego zestawienia jeszcze bym dorzucił, znalazłoby się kilka. Na pewno GTA VC, bo przecież dzięki niemu teraz mam przyjemność współtworzyć ten artykuł . Jednak byłoby to zbyt oczywiste do opisania. Inne gry, które do mojej listy się nie załapały to Worms Armageddon, Tropico 1, Larry 7 . Może będzie jeszcze okazja, by o tych czy innych tytułach jeszcze coś powiedzieć. Dziękuję Piterusowi za zaproszenie do współtworzenia tego wpisu i gratuluję pomysłu!

To ten, może na mnie kolej co Z racji, że odpadają mi tak świetne tytuły jak Contra, Vice City czy gejmbojowe Pokemony, które świetnie opisali już moi przedmówcy (w sumie to Kunio głownie :D) zdecydowałem się na może nieco mniej oczywiste gry, które z jakiegoś względu utkwiły mi w głowie.

Prince of Persia – Zacznijmy od początku. Moja przygoda z graniem zaczęła się od Pegasusa, znanego szerzej jako NES czy też Famicom. Jedną z gier, która mnie szczególnie ujęła był wspomniany wcześniej Książę Persji, nazywany przeze mnie wtedy… Aladynem. Lata mijały, zmieniały się platformy, a PoP wracał do mnie jak bumerang w różnych odsłonach czy to w wersji mobilnej czy na innych sprzętach. W pewnym momencie, po kolejnej sesji byłem już praktycznie gotów przejść ten tytuł tylko na jednym życiu. Dziś, mimo że sięgam po niego raczej już tylko gdy raz na jakiś czas ponownie podłączę starego pegaza, to i tak za każdym razem czuję się tam jak u siebie, a i jak ktoś wspomni o tym tytule zawsze robi mi się cieplej na serduszku i wiem, że ktoś naprawdę ogarnia temat

Szymek Czarodziej – Później przyszedł czas na PC. W momencie gdy wszyscy zagrywali się w Gothica i inne takie tytuły, ja grałem w… Szymka Czarodzieja. I niech nie zmyli was tytuł! Gra chociaż niepozorna jest odbiciem w krzywym zwierciadle różnych innych gier ocierających się o tematykę fantasy przy czym mamy również odniesienia do różnych współczesnej popkultury, a momentami nawet żarty typowo po bandzie, które w swoim czasie robiły na mnie spore wrażenie. Przy tym wszystkim mamy, jak zwykle z resztą w przypadku naszych rodzimych produkcji, świetny dubbing z chociażby Maciejem Stuhrem podkładającym głos pod główną postać. Grafika nie była genialna nawet jak na tamte czasy, ale przy odrobinie dobrej woli i przyjęciu pewnej konwencji pasuje idealnie i w całym tym szaleństwie, wśród wielu świetnych gier, które gościły na moim sprzęcie i później, to ona dała się zapamiętać jako jedna z ważniejszych.

FIFA (07?) – FIFA jaka jest wszyscy wiemy, ot 22 chłopa podzielonych na zespoły biega po boisku za piłką i próbuje strzelić bramkę przeciwnikowi. Banał, jeśli ktoś nie interesuje się piłką nożną. Z roku na rok dostajemy usprawnioną mechanikę, grafikę i oczywiście składy. Ale przy tym wszystkim najważniejszy dla mnie jest fakt, że FIFA to chyba najlepszy tytuł multi jaki znam. I nie mówię tu nawet o takiej grze przez sieć, ale o siedzeniu na kanapie z kumplami czy koleżanką (w sumie też się da :D) i pad w pad rozrywać mecz i przeżywać go na żywo. Przy czym jednocześnie nie ma chyba bardziej frustrującej gry niż właśnie FIFA – przekonałem się o tym szczególnie teraz, grając w 18 w trybie FUT. Fajnie napisał o tym Vandi swojego czasu. Nie ma co ukrywać – cokolwiek by się nie działo FIFA była, jest i pewnie będzie na moim sprzęcie tak długo jak długo będę w coś grał. 07 dla przykładu, bo najwięcej czasu tam spędziłem i w sumie najlepszy w nią się czuję

Valiant Hearts – zdecydowanie najbardziej ambitny tytuł pod względem problematyki jaki znalazł się na mojej liście. Ba, wydaje mi się, że to najbardziej ambitna historia jaką dane było mi przeżyć w czasie wirtualnej rozrywki. Nawet nie wiem czy rozrywka to odpowiednie słowo w tym miejscu. Valiant Hearts to tytuł, który ma nas uwrażliwić na tematykę wojenną i pokazać, że nikt nigdy nie chciałby przeżyć tego ponowie. Chociaż tytuł ograłem stosunkowo szybko to został po nim naprawdę mocny kac, który ciągnął się za mną jeszcze przez długi czas. W swoim czasie poświęciłem temu tytułowi nawet osobny artykuł i tam można znaleźć więcej na ten temat.

Niestety na mojej liście nie wystarczyło się miejsca dla takich gigantów jak NFS:U2, GTA IV czy nesowego Batmana oraz tytułów o których wspomniałem na początku, bo nie ukrywajmy, że zarówno taka Contra jak i Vice City to absolutny top również w moim przypadku. Z różnych względów nie sposób o wszystkich tych grach nie wspomnieć, bo jeśli miałbym się w jakimś stopniu zdefiniować jako gracz, no to właśnie dzięki takim tytułom.

Jeszcze raz chciałbym podziękować z tego miejsca za pomoc przy wpisie Kuniowi, NC i Genesisowi. Niewykluczone, że w przyszłości ponownie zdecyduję się na takie rozwiązanie o ile ktoś będzie wgl zainteresowany ;)  W końcu zawsze to pewna różnorodność i coś ciekawszego niż czytanie tylko i wyłącznie samego mnie Tak nawiasem zachęcam do pisania własnych tytułów w komentarzach. Być może niektóre pokryją się z naszymi, bo nie ma co ukrywać, że znalazło się tu naprawdę sporo bardzo udanych gier.


Stephen Hawking 1942-2018

Zmarł Stephen Hawking, najwybitniejszy i najbardziej znany uczony naszych czasów. Miał 76 lat.

O ile nie ma co ukrywać, że mało kto jest na bieżąco z badaniami Hawkinga i pewnie wielu miało by problem z wymienieniem chociażby części jego dokonań, o tyle chyba nikt nie kwestionuje jego wkładu we współczesną astrofizykę. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś innego. Jak mimo swojej niepełnosprawności, niezaprzeczalnej, utrudniającej mu normalne funkcjonowanie, znalazł się na samym szczycie światowej nauki i jak mógł udowodnić swoją wielką wartość jako jednostki. Zdumiewające jest też jak bardzo technologia była w stanie mu pomóc – mam na myśli chociażby komunikowanie ze światem zewnętrznym. Wiele osób w podobnym stanie uznawane jest za rośliny i ich dalsze plany zostają praktycznie przekreślone. Może doczekamy czasów, że taka technologia będzie znacznie bardziej dostępna szerszej społeczności. Oby.

Swoją drogą jakby ktoś chciał poznać historię Hawkinga w bardziej przystępnej formie to polecam film Teoria wszystkiego z 2014 z genialną rolą Eddie’iego Redmayne’a, za którą dostał Oskara. Oczywiście należy traktować go z pewnym dystansem, ale daje całkiem ciekawy pogląd na postać słynnego naukowca.

W ogóle, w gąszczu dzisiejszych porannych informacji na ten temat, w pamięci utkwiło mi szczególnie jedno zdanie – po odejściu Stephena Hawkinga świat stał się zdecydowanie głupszy.


Nikt nie wie co siedzi nam w głowie

Ostatnio w sieci pojawił się wywiad piłkarza FC Barcelony, Andre Gomesa dla magazynku Panenka na temat jego osobistych problemów:

Rozmawiam z przyjaciółmi i oni mówią mi, że problem jest w mojej głowie, że gram z zaciągniętym hamulcem ręcznym. To, co jest w tym najtrudniejsze to posiadanie świadomości na ten temat. Wkurza mnie to, że mówią mi, iż mogę zrobić wiele świetnych rzeczy, a ja siedzę i pytam siebie: „to dlaczego ich nie robię?”. Nie czuje się dobrze na boisku, nie ciesze się z tego, że gram. Pierwsze sześć miesięcy (w klubie) były całkiem niezłe, ale potem wszystko się zmieniło. Może te słowa nie są najbardziej poprawne, ale stało się to dla mnie trochę piekłem, ponieważ zacząłem odczuwać większą presję. Podczas treningów z kolegami czuję się dobrze, ale gdy przychodzi mecz to odczuwam, że jest ze mną źle. Chociaż koledzy z zespołu mnie wspierają to sprawy na boisku nie układają się po mojej myśli. Chciałbym opróżnić mój plecak z tym ciężarem, ale on staje się coraz cięższy. Zdarza się tak, że nie chce wychodzić z domu, bo wiem, że ludzie mnie obserwują i jest mi wstyd. Jestem zamknięty i nie mogę pozbyć się tej frustracji, którą od dłuższego czasu mam w sobie.

Pod artykułami o tym spotkać możemy komentarze typu „jakie on może mieć problemy, w końcu gra w jednym z najlepszych klubów świata, ma masę pieniędzy, znajomych – czego chcieć więcej?”. Tylko, że to wszystko nie jest wcale takie proste.

Chciałbym, żeby każdy człowiek miał szansę kiedyś stać się sławnym i bogatym oraz żeby kupił wszystko o czym marzył – bo tylko w ten sposób zrozumie, że nie taki jest cel życia. – Jim Carrey

Cóż, z pewnością o prawdziwości tego zdania każdy wolałby przekonać się na własnej skórze w myśl że lepiej płakać w Ferrari niż w Golfie, ale fakt faktem tak właśnie jest. Sława i pieniądze nie gwarantują niczego. Nie neguję to oczywiście wartości pieniądza. Chodzi mi bardziej, że problemy mogą dotknąć człowieka niezależnie od jego stanu majętnego.

W psychologii czy ogólnie w książkach na ten temat Istnieje określenie wewnętrznych demonów, które często blokują nas przed pozornie prostymi rzeczami, gdzie coś co może z boku wydawać się bardzo proste, dla danej osoby takim nie jest, Do podobnej rangi mogą urosnąć niektóre problemy – to co dla jednego nie jest warte nawet uwagi, dla drugiego może być naprawdę ciężkim doświadczeniem i mówimy to o ludziach w każdym wieku z każdymi problemami – dla jednego będą to problemy miłosne, na drugiego utrata pracy, a dla trzeciego dwójka z matematyki. Ciężko to hierarchizować, co jest większym problemem, a co mniejszym. Zależy to od różnych czynników. Jakkolwiek byśmy się starali nie zrozumiemy w pełni co siedzi komuś w głowie.

Kiedyś zastanawiałem się, patrząc nawet w kontekście gier, czy grając z samym sobą bylibyśmy dla siebie wybitnie łatwym czy bardzo trudnym przeciwnikiem. Z jednej strony znamy przecież swoje zalety jak i słabe strony, które moglibyśmy wykorzystać, z drugiej zaś, nasz hipotetyczny przeciwnik, którym jesteśmy my, ma taką samą przewagę. Taka walka rozgrywa się w naszej głowie każdego dnia i z każdym kolejnym rozpoczyna się od nowa. Analogicznie w potyczce tej jedną stroną jesteśmy my, a drugą przeciwnik w naszej głowie. Stawka jest naprawdę wysoka. Jest nią wewnętrzny spokój, który pozwala nam normalnie funkcjonować.

Do czego zmierzam – w sumie nie wiem. Chciałbym po prostu zwrócić uwagę na fakt, że jako ludzie powinniśmy być bardzo ostrożni w osądach takich osób jak Andre Gomes czy innych sław, które przyznają się do tego typu problemów. Może też warto w swoim otoczeniu być czasami wsparciem dla kogoś kto tego potrzebuje, bądź analogicznie, poszukać osób, które mogą dla nas takim wsparciem być, jeśli sami mamy taki problem. Najlepiej realnych, namacalnych, a nie internetowych.

Tyle.