Keep your eye on the jungle, Jack – FAR CRY

Do tej gry nie potrzebuję dłuższego wstępu, bo podążała za mną od czasów mojego pierwszego komputera i zawsze uważałem ją za kamień milowy w gatunku FPS, że jest to gra niezwykła. Na listach najlepszych gier na słabe komputery zawsze załapywała się do co najmniej jednej odpowiedzi. Gdy przesiadłem się na laptopa Far Cry już był na tyle starą grą, że nie chciało mi się do niej wracać. Dopiero na fali „bezgrowia” postanowiłem po ten tytuł sięgnąć. I naprawdę drapię się po głowie i zastanawiam się, pod jakim względem była ona rewolucyjna? Niemądry młodszy ja.

Nie było żadnych powodów, żeby ludziom wychowanym na Far Cry nie wierzyć, bo z gry od początku rozlewa się bardzo ładna grafika będąca jedną z najlepszych w swoim czasie, której mogli dorównać nieliczni. Wyobrażam sobie uczucie ówczesnych grając w tą pozycję i moment w którym wyszli z tunelu na początku rozgrywki. Po prostu zbierali oni szczęki z podłogi, bo woooow. Nawet posiadacze starszych sprzętów mogli w dużym stopniu doznać jego wyjątkowości. Był to pewnie także jeden z argumentów zwolenników PCMR przeciwko konsolowcom, bo nie dało się osiągnąć takich rezultatów, ani na PS2, ani na Xboxie. Co prawda wydano niedługo potem spin-off w postaci Far Cry: Insticts, ale lepiej o tym koszmarku tutaj nie mówić. Ale dla mnie grafika to nie wszystko, bo lubię sobie w grze postrzelać, jeśli mam do tego dobry powód. A fabuła w grze jest niezwykle szczątkowa, bo Jack (my) jest właścicielem łajby, która urządza wycieczki dookoła tropikalnej wyspy. Wynajmuje nas fotoreporterka, która chce zbadać sprawę dziwnych zjawisk zachodzących tam ostatnimi czasy. Nasza łajba zostaje zniszczona przez najemników, a my trafiamy na jedną z tych wysp i podążając ślepo za rozkazami czarnoskórego elegancika w słuchawce wypełniamy kolejne zadania zabijając przy okazji zastępy żołnierzy i później także mutantów. A ci najemnicy są zaprogramowani według wytycznych operatora koparki. Gdy zabijesz po cichu jednego z nich to jest spoko, reszta pozostanie na swoich pozycjach, nawet jeśli ciało ich towarzysza leży obok nich. Ale gdy nie uda ci się zabić przeciwnika w ciągu 2 sekund to wszyscy w przełomie najbliższych dwóch kilometrów znają twoje dokładne położenie i zaczynają na ciebie biegnąć jak banda Lemingów strzelając przy okazji. Co z tego, że zanim zdążą dobiegnąć to połowa z nich straci już życie. Albo gdy skitrasz się na rogiem to beztrosko będą wbiegać ci pod celownik. Jednak najbardziej denerwującą sytuacją jest ta, w której spotyka się żołnierza bądź mutanta z wyrzutnią rakiet, którzy beztrosko odpalają pocisk jeden za drugim. To jakby muchę latającą w pokoju zabić za pomocą granatu.

I może sprawiać wrażenie, że ja pierwszego Far Cry nie lubię, jednak tak do końca nie jest. Nie mogę powiedzieć, że w żadnym momencie nie czułem satysfakcji z przechodzenia tej gry. Ani Punktowy ostrzał pojedynczymi pociskami z M4 był niezwykle rajcujący, a przechodzenie kolejnych etapów dawało mi satysfakcję. Możliwość jazdy równymi rodzajami pojazdów była też całkiem fajna, bo przyśpieszała podróż pomagała w eliminowaniu kolejnych przeciwników. Podobała mi się też całkiem postać głównego bohatera przypadkowo zamieszanego w całą tą intrygę i chcący zakończyć to jak najszybciej. Muzyka także jest niezła, bo daje klimat, szczególnie w momentach, gdy jesteśmy otoczeni przez wrogów zapuszczony jest kawałek symulujący zagrożenie, napięcie.  Jestem dumny, że mogę dodać tą grę do kolekcji ukończonych gier, lecz na pewno nie zamierzam odświeżać jej prawdopodobnie nigdy, bo nie zapadła mi jakoś szczególnie w pamięci, oprócz momentu w którym kobieta kąpię się pod wodospadem (Hue). Jak dla mnie nie odpalajcie tej gry, jeśli naprawdę nie czujecie potrzeby, żeby w nią zagrać, bo nie oferuje jakiś niesamowitych przeżyć i nie ma, aż takiego klimatu. Według mnie lepiej jest sprawdzić wydanego w podobnym czasie Dooma 3, Half-Life’a 2 albo inny dowolny FPS z tamtego okresu.


Szczelanie na szynach – HOMEFRONT

Wojna… wojna to gówno, jedno z najgorszych rzeczy jakie mogą dotknąć ludzi. Tysiące, często nawet miliony ludzi spotyka się na polu bitwy tylko po to, żeby wyrżnąć siebie nawzajem, wystarczy często sekunda, żeby pełen nadziei żołnierz wylądował na ziemi z przestrzeloną głową. Niby broń dawana przez dowódców daje ci jakąś szansę na przetrwanie w czasach, gdy kilku ludziom zdaje się, że mogą postawić świat u swoich stóp i zrobić z siebie panów. Ale na szczęście jest ktoś, kto cię obroni – Ameryka… Uwielbiam alternatywne historie, już od ogrania Command & Conquer: Red Alert 2 podobała mi się wizja wielkiej wojny pomiędzy USA, a Rosją lub Związkiem Radzieckim, który dążył do zajęcia całego świata, co dzięki naszym staraniom w kampanii mogło się udać. Z drugiej strony mamy bohatera naszej recenzji, czyli grę, która koncentruje się na wydarzeniach, które nadejdą w przyszłości. Pani i panowie – oto Homefront.

Fabuła gry została napisana przez Johna Miliusa znanego ze skryptu do Czasu Apokalipsy. Homefront rozpoczyna się bardzo fajnymi przerywnikami wziętymi prosto z konferencji rządu USA, które zaczynają niepokoić się znacznym rozwinięciem się potencjału atomowego Północnej Korei w 2011 roku i z każdym kolejnym rokiem następuje jakiś przełom, a to nagle obie części Korei jednoczą się i powstaje jedno wielkie państwo pod przywództwem Kim Dzong Una, z drugiej strony wojna na Bliskim Wschodzie pomiędzy Arabią, a Iranem doprowadza do wyczerpania się złoży surowców i kryzysu energetycznego, co prowadzi do osłabienia Stanów Zjednoczonych. Wykorzystuje to niedawno powstała Korea, która dokonuje inwazji i bez większych przeszkód zajmuje dużo terenów należących do USA. My budzimy się w roku 2027 będąc koreańskim jeńcem, wokół którego wschodni dowódcy snują jakieś plany, jednak niedługo potem trafiamy do amerykańskiego ruchu oporu i wykonując kolejne zadania pomagamy temu państwu odparcie żółtej inwazji. Wystarczy, że zabijesz jednego z nich i już zostajesz wpisany na nich czarną listę ludzi do zlikwidowania. Nie jesteśmy tam sami, pomagają nam członkowie ruchu oporu, którzy potrzebują nas do swoich planów.

W samą grę gra się całkiem przyjemnie, strzelanie przez muszkę, zamiast jakiegoś krzyżyka na środku ekranu, broni co prawda nie jest tak wiele, jednak posiadają one wiele wersji kolorystycznych, czy z odpowiednimi dodatkami. Uwielbiałem też rzucać granatami, które w tej grze są bronią rozpi… Korzystamy także z nowych technologii jak pojazd Goliath, czy Hummerem z możliwością odbijania rakiet lecących w naszą stronę. Zaimplementowano także samoodnawialną energię – kiedy schowamy się na osłoną nasze rany znikają. Misje są całkiem różnorodne, ale sprowadzają się do nudnego przedzierania się przez poziom i strzelania do wszystkiego co się rusza. Różnicą był tu etap składankowy, czy szturm na Golden Gate, który był niezwykle klimatyczny. Równie klimatyczny jest także ‘Głos Wolności’, który pojawia się w grze jako źródło informacji dla ludzi na temat operacji, które wykonywał ruch oporu. Problemem jest to, że niczym się za bardzo nie różni w porównaniu do takiego CoDa 4: Modern Warfare, który wyszedł cztery lata wcześniej. A nawet jeśli chodzi o frajdę z rozgrywki to stawiam CoDzika wyżej, bo i bardziej klimatyczne misje, tajne destanty z ekipą S.A.S. A w Homefroncie? Mamy 7 etapów zajmujących około dwadzieścia minut, które dają nam do zrobienia coś konkretnego z kilkoma niezmieniającymi się postaciami wokół nas. Nie przywiązujemy się do nich, bo za dużo charakteru nie mają, jeden lubi łamać rozkazy i się drzeć, drugi to komputerowy nerd, trzeci do kobieta, która czasem się zdenerwuje, poza tym czas spędzony w rozgrywce nam na to nie pozwoli. Gdy przechodziłem grę w wersji Steamowej zobaczyłem siedem rozdziałów i tak myślałem, że spędzę w tej grze trochę więcej czasu niż jeden dłuższy wieczór.

Ostatecznie polecam tą grę tylko kilku typom graczy – po pierwsze fanom pierwszoosobowych strzelanek, bo gra na tym polu działa bez większego zarzutu i do niczego nie można się przyczepić. Po drugie do fanów historii i  przede wszystkim alternatywnych historii. Dla ludzi, którzy mają wieczór wolny i chcą w coś pograć również się nada, bo jak już wspominałem przejście jej to niewielki problem, chyba że na wysokim poziomie trudności. Osobiście zagrałem raz i już raczej nigdy do niej nie wrócę, dla mnie była to taka strzelanka na szynach, których na rynku nie brakuje, a sam osobiście wolę klimaty bardziej drugo wojenne.


Bede grau w gre #2 – Tomb Raider II

Ponad rok temu postanowiłem zapoznać się z serią gier o pięknej pani archeolog Larze Croft, która swoją premierę miała w 1996 roku na ramach bardzo innowacyjnej na swoje czasy grze przygodowej Tomb Raider. W grze przemierzaliśmy kilka różnych lokacji w poszukiwaniu artefaktu i będąc wplątani w intrygę nie z tej Ziemi. Tytuł przyjął się w growym światku bardzo dobrze i sam się nie dziwię, po ograniu jedynki mimo jej dość topornego sterowania jestem szczerze świadomy dlaczego. Oczywistą decyzją było oczywiście sięgnięcie po sequel, wydany już rok później. Tak oto zasiadłem na kolejną przygodę.

Lara w tej części rusza na następną wyprawę – tym razem odnaleźć musi sztylet Xian, który pomaga jego właścicielowi zamienić się smoka, gdy tylko przebije on nim swoje serce. W miarę przechodzenia historii dowiadujemy się, że na naszej drodze jest także organizacja Fiamma Nera pod przywództwem Marco Bartoliego, który chce zdobyć sztylet, aby zyskać smoczą potęgę.

Mimo tylko roku między premierą obu tytułów widać znaczące zmiany, szczególnie w grafice. Pierwszy Tomb Raider robiony był już pod podstarzałego DOSa w erze, gdzie najnowszym systemem był Windows 95, który dawał nieporównywalne możliwości względem starszego systemu. Dwójeczka wygląda zatem pięknie i bardzo imponująco jak na 1997 rok. Dzięki temu z tyłu głowy bohaterki możemy zobaczyć długi warkocz, powiewający naturalnie za jej plecami. Do ukończenia w tej grze jest 18 etapów bardziej rozbudowanych niż w części pierwszej. Same lokacje to między innymi Chiny, Wenecja czy Tybet. Podczas różnych etapów zakładała także odpowiednie stroje, tak aby wpasować się do rodzaju planszy w który teraz gramy. W śnieżnym Tybecie zakłada więc grubą kurtkę, a w wodnych strój płetwonurka. W tej grze jeszcze bardziej można się zgubić, więc znowu czasem musiałem sięgnąć po Walkthrough na YouTube. Oprócz tego sama Lara nauczyła się wspinać po drabinach, zjeżdżać na linie, czy jeździć prostymi pojazdami. Dodano także flary, które pomagały rozświetlać ciemne pomieszczenia, jednak Lara nie mogła wtedy używać broni.

Oprócz ulepszonej grafiki rozbudowany został także ekwipunek Lary o nowe typy uzbrojenia takie jak: M16, Wyrzutnia Granatów czy Wyrzutnia Harpunów. Dodanie większej ilości broni ma dużo plusów np. w wodzie Lara nie może atakować żadnym innym rodzajem broni niż harpunami, a twórcy dodali w podwodnych etapach rekiny, czy piranie. Te znowu dostajemy porozrzucane po całej planszy, jednak tutaj o wiele bardziej opłaca się zdobywanie sekretów oznaczonych różnymi kolorami miniaturowych smoków – Złotego, Srebrnego oraz Jadeitowego. Zebranie ich wszystkich da nam duży zapas amunicji do jednej z broni.

Moje poprzednie zarzuty wobec pierwszej części nadal tutaj obowiązują, chociaż gra nie odpala się już przez jakiś emulator, który wyłącza się gdy tylko zminimalizujesz grę. Tutaj możliwe jest ustawienie dowolnej rozdzielczości i dowolne minimalizowanie gry. Nadal jednak gry są wykastrowane z dźwięków, zostawiono jedynie jakieś pomrukiwania i stękania bohaterki z głównym motywem w menu. Dlatego nadal bardziej polecam wersję na pierwsze PlayStation, która wygląda ładniej i ma pełna ścieżka dźwiękowa.

Druga część Lary przyjąłem dość ciepło, chociaż musiałem poświęcić tej grze trochę czasu, bo nie mogłem się jakoś do niej zabrać. Ukończyłem ją dopiero po 9 miesiącach z większymi przerwami, gdy blokowałem się na jakimś obszarze. Etapy platformowe to nadal jest nużąca część, gdy bohaterka porusza się jak czołg i ciężko określić odległość skoku, dlatego zalecam częste zapisywanie gry – ja osobiście użyłem tej funkcji ponad 310 razy. Także wersja Steam jest mówiąc krótko, do dupy, bo brakuje jej funkcji z oryginału. Cena natomiast jest bardziej zachęcająca, bo na wyprzedaży na Steam kosztuje około 3,59 zł. Jeśli jednak wolimy odczuć pełnię tej gry to polecam zaopatrzyć się w wersję PlayStation.

Ostatnio popularny stał się nieoficjalny remake drugiej części, który fani oryginalnych części tworzą pewnie na potrzeby stworzenia gry bardziej przystępnej dla obecnych graczy, zaimplementowano wiele funkcji z nowszych odsłon, grafika jest piękna, a sama bohaterka przypomina siebie sprzed dwudziestu lat. Gra jest na razie w fazie demo, ale można zobaczyć i pobrać nawet pierwszej wersje z tej strony: tutaj.

 

PS. Czy tylko ja nie podczas rozgrywki nie zamknąłem lokaja w chłodni?

Polecam.


Herbatka z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 4]

Ten news należy czytać w taki sposób, jakby wcale dwie pierwsze kolejki i kawałek trzeciej nie zostały w ogóle rozegrane. Także bez przedłużania zabieramy się za ostatnią część podróży po Anglii i Walii!

 

Southampton

Kibice Świętych z utęsknieniem patrzą na skład widoczny na zdjęciu. I nic dziwnego, przez ostatnie lata The Saints regularnie bili się o europejskie puchary i ustabilizowali swoją pozycję w górnej połówce tabeli. Wszystko runęło w minionym sezonie, gdzie większość roku podopieczni wówczas Mauricio Pellegrino znajdowali się w strefie spadkowej. Brak przekonywujących wzmocnień, dodatkowo ciągle odchodziły z kluby najwieksze gwiazdy, kadra coraz bardziej się starzała i taki oto efekt. Teraz zadaniem Marka Hughesa będzie przywrócenie statusu Southampton w Premier League, choć wielu ekspertów widzi ich walczących o utrzymanie. Tym razem znów z klubu odszedł kluczowy zawodnik – Dusan Tadić, choć w jego miejsce trafili Mohamed Elyounoussi z FC Basel, Jannik Vestergaard z Borussii Moenchengladbach, czy (kontuzjogenny) Danny Ings z Liverpoolu. Są to wzmocnienia na pozycje wymogające wzmocnień (chociaż, czy Jan Bednarek spisywał się tak słabo?), skrzydłowy potrzebny był od zaraz, a po przyjściu Ingsa w klubie jest czterech napastników na mniej więcej równym poziomie. W skrócie – Southampton to wielka niewiadoma. Nie wydają się być tak groźni jak w ostatnich latach, ale ich kadra nie wygląda na zespół, który miałby pożegnać się z rozgrywkami, ale z drugiej strony wielkiego szału nie ma.

 

Tottenham Hotspur

Ależ Koguty zrobiły progres pod wodzą Mauricio Pochettino. Z drużyny bijącej się w środku tabeli, powstała drużyna bijąca się o mistrzostwo Anglii i jako jedyna kończąca każdy z trzech ostatnich sezonów w czołowej trójce, przy czym większość składu (jak Harry Kane, Dele Alli, Danny Rose, Harry Winks) to zawodnicy, którzy są albo wychowankami klubu z północy Londynu, albo tacy, którzy zasilili klub w bardzo młodym wieku. Czy w tym sezonie Spurs w końcu sięgną po jakieś trofeum? Mają ku temu wszelkie predyspozycje, lecz jest jeden problem – Daniel Levy nie sprowadził do klubu ani jednego nowego zawodnika, a przy późniejszym natężeniu rozgrywek, przy grze w krajowych pucharach, Lidze Mistrzów, szersza ławka może się przydać. Kolejnym ważnym punktem mówiąc o Tottenhamie jest ich powrót na White Hart Lane gdzieś w połowie września. Nowo przebudowany stadion Tottenhamu będzie mógł pomieścić 62 tysiące widzów, czyli o dokładnie tysiąc więcej niż stadion odwiecznego rywala, Arsenalu („Jak tam sąsiedzie, widzę że stadion coś zmalał”). Kogutom przeszkodzi na pewno brak Sona Heung-Mina, który wyjechał do Indonzeji grać na Igrzyskach Azjatyckich, aby potem nie musieć służyć w południowokoreańskiej armii. Trzymamy kciuki za dobry występ asa Tottenhamu. W drużynie Mauricio Pochettino niewiele się zmieniło, ale czy to wyjdzie Spurs na dobre?

 

Watford

W klubie, którego legendą jest sir Elton John, a prowadzonym przez rodzinę Pozzo, dzieje się jak zwykle to samo. Wielkie rewolucje kadrowe i masowe wypożyczenia z klubu, jak i do klubu, w szczególności na linii z Udinese, którego wspomniana rodzina Pozzo jest również właścicielem. Stabilizacja nie jest chyba ulubionym słowem właścicieli The Hornets, gdyż trenera zmieniają średnio co rok, a w listopadzie ubiegłego roku odrzucili ofertę opiewającą na 20 milionów funtów za trenera Marco Silvę tylko po to, by zwolnić go kilka tygodni później. Drużyna Javiego Gracii zachowała jednak trzon najważnieszych graczy, wykupili na stałe Deulofeu, oraz utrzymali Capoue, Hughesa, czy Deeneya, a klub zasilili mniej więcej: powracający po 10 latach Ben Foster, Adam Masina, Ken Sema czy też Ben Wilmot. Niewiele wskazuje na to, że Szerszenie miałyby użądlić mocniej niż w poprzednich sezonach, i opuścić dolną połowkę tabeli, ale ambicji włoskich milionerów nie wolno lekceważyć, szczególnie przy tak imponującej sieci skautów jaką posiada klub z Vicarage Road.

West Ham United

Od czasu przeprowadzi na Stadion Olimpijski, wiele rzeczy nie poszło po myśli kibiców, działaczy i piłkarzy The Hammers, miała być walka o puchary, a skończyło się na walce w dolnych rejonach tabeli. Gdy w 2016 roku wraz z przenosinami do nowego domu zagrali w Lidze Europy, odpadli z niej w kompromitującym stylu, odpadając z tym samym klubem z Rumunii co rok wcześniej (kiedy to w Lidze Europy grali dzięki klasyfikacji Fair Play). Zamiast tego przyszły niechlubne rekordy defensywne, niewypalone transfery, a jedyne co było naprawdę piękne to bąbelki puszczane przed początkiem meczów Młotów. W tym okienku Ian Sullivan dał kibicom West Hamu kolejny promyk nadzieji kupując takie nazwiska jak Łukasz Fabiański, Felipe Anderson, Lucas Perez, Carlos Sanchez, Ryan Fredericks, Issa Diop czy Andrij Jarmołenko. Z takim składem West Ham na pewno wygląda na papierze dużo atrakcyjniej, jednak dużo było przypadków, gdzie spadały z ligi drużyny mocne na papierze, chociażby inny londyński klub – Queens Park Rangers w sezonie 2012/13. Nie ma na razie co wyciągać pochopnych wniosków, tylko czekamy z niecierpliwością co pokaże ekipa prowadzona przez Manuela Pellegriniego.

 

 

Wolverhampton Wanderers

A na deser wędrujemy do ostatniego z beniaminków, a jednocześnie najsilniejszego beniaminika (przynajmniej na papierze). Niedawno właścicielem Wolves zostało konsorcjum, którego udziałowcem jest Jorge Mendes. Efekt? Masowe transfery portugalskich zawodników godnych gry w dobrych europejskich klubach. W Championship trafiły takie pożądane na rynku nazwiska jak Ruben Neves, który wciągnął ligę nosem; Diogo Jota, czy Ruben Vinagre. Zaś po awansie do Premier League, do zespołu trafili Rui Patricio, Joao Moutinho, no i dodatkowo Jonny Castro, Raul Jimenez i Adama Traore. W obliczu takich transferów, stawianie Wilków w roli kandydata do spadku byłoby nie na miejscu, jednak ławka rezerwowych jest przepełniona graczami pasującymi bardziej do Championship, a sama kadra nie jest zbyt szeroka. Pamiętacie Michała Żyrę? Kibice Wolverhampton też nie, a były pomocnik Legii, po wyleczeniu koszmarnej dalej jest zawodnikiem klubu z Molyneux. Osobiście stawiam na Wolverhampton jako na klub, który może być czarnym koniem sezonu i najbardziej niewygodnym rywalem dla zespołów z czuba tabeli Premier League.


Pokémon Platinum – recenzja fana

Niemal rok temu na warsztat wziąłem Pokémon Black, którą mogłem przejść nareszcie po wielkim czasie oczekiwania. Niedługo po tym wydarzeniu zabrałem się za kolejną wersję kieszonkowych stworków – tym razem było to Pokémon Platinum, które przenosiło nas do regionu Sinnoh, bardzo ciekawego dla mnie, gdyż schodziło się to z moim częściowym śledzeniem anime – często jak bywałem u kolegi z dekoderem Cyfrowego Polsatu, czy tam innego dystrybutora mogłem pozwolić sobie na oglądanie tych bajek. Jedną z nich była wznowiona właśnie seria Diamentowa i Perłowa, która wprowadzała kolejne nowe stworki do Pokédexu. Postanowiłem wybrać jednak część platynową, ponieważ była uzupełnieniem Pokémon Diamond & Pearl – najwięcej stworków do złapania, część historii została zmieniona, więcej legendarnych pokémonów do złapania. Niestety, często moje podejścia do tej gry kończyły się fiaskiem, raz z powodu niskiego licznika klatek na sekundę lub też z niechęcią do expienia pokéstworków na wyższe poziomy. W wyniku wielkiego podekscytowania poprzez obejrzenie wszystkich 19 sezonów serialu wziąłem się w garść i tym razem nie było od tego ucieczki. I dałem radę.

Jak już wspomniałem wyżej w Pokémon Platinum zostajemy wysłani do domu czwartej generacji kieszonkowych potworów, czyli Sinnoh. Wraz ze swoim najlepszym przyjacielem mamy za moment stać się trenerami pokémon, a naszym celem (jak zwykle) będzie się stanie najlepszym w regionie. Pomóc w tym może Profesor Rowan, który do naszej dyspozycji oddaje trzy startery: trawiastego żółwia Turtwiga, ognistą małpę Chimchara lub wodnego pingwina Piplupa. To dzięki ich pomocy zebrać możemy swoją drużynę, by z nią stać się najlepszymi, a także pokrzyżować plany Zespołu Galactic, który chce stworzyć swój własny świat z pomocą legendarnych Pokémonów z regionu Sinnoh. Nasz rywal, który zawsze wybierze startera o typie kontrującym typ naszego początkowego stwora jest w tym wypadku o wiele lepszy niż ci z wersji Czarnej – lubi się przechwalać, jest bardzo gwałtowny i często kilka kroków przed nami. Fajny jest zabieg jego przemiany podczas rozgrywki, gdy staje się bardziej dojrzały i wyważony w późniejszych etapach gry.

Region Sinnoh jest całkiem ciekawym miejscem z blisko rozmieszonymi miastami czy miasteczkami, lecz twórcy postanowili zastosować zabieg, który ja nazywam „lubię zapierdalać” i zwykle, aby dojść do kolejnej sali i zawalczyć o odznakę trzeba się cofnąć, gdyż sala w odpowiednim punkcie mapy została odblokowana, czy to zdjęciem przeszkód przez same wydarzenia, czy też przez rozwinięcie naszych umiejętności i większej możliwości używania HM. Prosty przykład, wyobraźcie sobie, że po zdobyciu odznaki w Veilstone City wrócić musimy do Jubilife z początku gry i tam udać się na zachód do Canalave. Masakra, niektóre miasta potrafią być rozmieszczone dalej od innych, wystarczy zobaczyć Snowpoint, do którego dostać się można tylko przez rozciągającą się przez niemal całą długość regionu górę Coronet. Gdybym wcześniej nie obejrzał serialu, nie miałbym pewnie pojęcia jaka jest kolejność tych liderów i miotałbym się jak szatan po tej krainie. Pokémony z wcześniejszych regionów pojawiają się tutaj od początku, no cóż, nie można mieć wszystkiego, ale mówi to koleś, który grając w daną generację Pokémonów zbiera tylko stwory z odpowiadającego mu regionu.

Z tą wersją nie miałem takich samych problemów jak z Black, że mogły nie spodobać mi się nowe stworki, widziałem je już wcześniej w serialu i już nawet wtedy tworzyłem swoją drużynę. Spośród starterów największy dylemat miałem pomiędzy typem ognistym, a trawiastym, ponieważ bardziej podobał mi się Turtwig i jego ewolucje, niż Chimchar, ale wybór jednak padł na tego małpiszona głównie przez fakt małej liczby dodanych typów ognistych w tej generacji, a dla mnie jest to jeden z trzech żywiołów, które muszę mieć w swojej drużynie. Trawiastego Turtwiga zastąpiłem za pomocą Budewa – nowo-dodanego stworka, który z czasem ewoluował w Roselię, a później w Roserade. Pierwszym złapanym potworkiem przeze mnie był ptaszek Starly, który idealnie wpasowywał się w kompozycję i pomagał za pomocą Fly przy przemieszczaniu się po krainie. Do poruszania się po wodzie wykorzystałem Buizela, który był jedną z kluczowych postaci w ówczesnym zespole Asha. Ostatnie dwa miejsca wypełniły według mnie dwa koksy – jeden to Lucario, który jest typem walczącym i już od obejrzenia ósmego filmu wiedziałem, że jak będę grał w Platinum to będę go miał. Ostatni strzał padł na Gible, którego chciałem głównie przez to, że miała go Mistrzyni Ligi Sinnoh Cynthia, która używała go najczęściej ze swojej drużyny.

Graficznie widać skok jakościowych w porównaniu do wydanego w 2005 roku Emerald na GameBoyAdvance, lecz fajerwerków raczej bym się nie spodziewał, po prostu to przeniesienie najlepszych rozwiązań z tamtej wersji i upchnięcie jej na potężniejszy sprzęt. Stare ruchy dostały nowe animacje przez co wyglądają bardzo ładnie, a sama gra bardzo dużo korzysta z drugiego ekranu i pozwala za pomocą dotyku wydawać komendy naszym stworkom, rzucać Pokéballe, czy uzdrawiać swoich podopiecznym. Problemem tej gry jest jednak brak jakichkolwiek animacji stworków podczas walki, co prawda stworki ryczą, czy wydają inne odgłosy podczas rozpoczęcia walki, lecz później widzimy jedynie papierowe wycinanki. Na moje nieszczęście ruchów HM w grze jest aż 8. Nie cierpię marnowania ruchów pokémonów tymi ruchami, szczególnie, gdy są takie nieskuteczne i zadają małe obrażenia, jak Rock Smash. Dodano nowych ruch zwany Rock Climb, który pomaga nam wchodzić po stromych zboczach gór, by dostać się w niedostępne wcześniej miejsca. W wyniku posiadania przez NDSa dwóch ekranów ten niżej wykorzystany został w pokazywania funkcji Pokétcha – centrum multimedialnego i komunikacyjnego zastępującego PokéGear z poprzednich części i jest on niezwykle funkcjonalny – za pomocą ekranu dotykowego zmieniać możemy jego tryb od zwykłego zegarka przez kalkulator, po ekran pokazujący przywiązanie stworków do nas. Jest to o wiele lepsze niż odpowiednik z wersji Czarnej, który wymagał podpięcia do internetu. W niektórych etapach gry do naszego bohatera może dołączyć się inna zaprzyjaźniona postać, by razem przemierzać na przykład lasy, czy budynki tych złych. W takim wypadku teren często wypełniony jest parami trenerów i miejsce mają walki podwójne dwóch na dwóch. Sale w których przyjdzie nam walczyć wypadają fajnie, lecz przy tych z Black są bardzo, bardzo leniwe, bez wielkich zwrotów, lecz posiadające swoje własne mechaniki, czy odświeżone z poprzednich części. Trudność rozgrywki mimo małego zaplątania geologiczno-geograficznego jest do wyuczenia i nawet niewielkie dziecko mogłoby sobie z tą grą poradzić. Co prawda, jest trudniej niż w wersji Czarnej, ale nie sądzę, żeby znalazł się ktoś, kto mógłby utknąć gdzieś na długi czas, zwłaszcza przy możliwości zobaczenia podpowiedzi w sieci.

Miło mi było dodać kolejną ukończoną część ukochanej serii gier, gdyż dała mi ona jeszcze większą ekscytację na kieszonkowe stworki i niedługo po jej ukończeniu zabrałem się za przypomnienie Emeraldów. Wspaniała gra na nowym silniku przenosząca dawne mechaniki w nowe szaty i region do zwiedzenia do wycieczka, która warta była poświęconego czasu i mimo tych wad, o których napisałem wyżej, polecam ją wielce, bo jest to kolejna dobra część tego cyklu. To co? Niedługo widzimy się z notką o części Szmaragdowej? Stay tuned!