Podsumowanie roku 2018 według Wrzosia/Kunia

Od jakiegoś czasu przymierzałem się do napisania czegoś w rodzaju podsumowania ubiegłego roku, opisania niektórych wydarzeń które mnie rozbawiły, czy wręcz przeciwnie, jednak widmo sesji wisiało nade mną jak jakieś homonto, więc obiecałem sobie, że zrobię to po tym wydarzeniu. Zatem zapraszam na podsumowanie 2018 roku i początku 2019 w życiu mojej osoby.

Styczeń
Sam rok nie rozpoczął się jakoś szczególnie dobrze, bo już niemal od razu po przyjściu z przerwy świątecznej dopadła mnie matura próbna, którą napisałem mówiąc krótko – do dupy i trochę mnie to zasmuciło, bo wiedziałem ile rzeczy mam jeszcze do nadrobienia. Akurat w tamtym roku w styczniu musiałem chodzić tylko przez półtora tygodnia, bo w mazowieckim ferie wypadły w tym roku jako pierwsze. Osobiście nie wspominam ich jakoś szczególnie dobrze, bo strasznie się upierdzielałem i też miałem przykrą sytuację, przez którą do dnia dzisiejszego nie chcę jeździć pojazdem czterokołowym. Z fajniejszych rzeczy był fakt, że przeszedłem kilka starych gier m.in. The Legend of Zelda z którego jestem szczególnie dumny oraz z poczciwego klasyka Conflict: Desert Storm. Całe apogeum ferii przelać się miało jednak w drugą sobotę, kiedy to odbywała się studniówka mojej szkoły i do dzisiaj się zastanawiam, jakim cudem dałem się na to namówić, bo jestem zupełnym przeciwnikiem takich imprez. Miałem nawet partnerkę, chociaż o niej można powiedzieć tyle, że więcej już jej nie widziałem po tej imprezie. xD W porządku było jednak to, że miałem sponsora i na samą 100dniówkę ani ja, ani moi rodzice nie wydali nic.

Luty & Marzec & Kwiecień
Kolejne trzy miesiące przelecą dość zbiorczo, ale to głównie z faktu, że miały one dużo ze sobą wspólnego – katowania matematyki i fizyki. Zdałem wtedy sobie nawet sprawę, że moim największym odpoczynkiem jest wtedy przyjście na lekcje do szkoły i robienie czegoś tam, bo po powrocie do domu jadłem obiad, myłem się i po chwili siadałem do zadań, próbnych matur i wszystkiego co wpadło mi w ręce, aby jakoś napisać te matury i być z siebie zadowolonym. Nawet sobota zadawała się dniem idealnym do nauki, gdzie w większości nie trzeba było nic robić, tylko można było oddać się wirowi nauki.. W międzyczasie w wolnych chwilach przechodziłem wtedy pierwszego Gothica. Ostatnim wydarzeniem większym przed końcem roku była wycieczka do Warszawy, do Muzeum Narodowego oraz Teatru Współczesnego, gdzie muszę przyznać bawiłem się nieźle, chociaż w czasie wolnym w Złotych Tarasach miałem trudność ze znalezieniem sobie jakiegokolwiek zajęcia, gdyż znajomi się porozchodzili, więc postanowiłem porobić sobie kółeczka wokół Pałacu Kultury i Nauki. Sam spektakl w teatrze pt. „Ludzie i anioły” był niezwykle zabawny, trochę refleksyjny, chociaż osobiście nie potrafię przy każdym oglądanym filmie zastanawiać się nad danym aspektem życia, który on poruszył, może dlatego nigdy nie byłem dobrym humanem. Z końcem roku dowiedziałem się w sumie też, jak bardzo szanują mnie niektóre osoby z byłej klasy, co było dla mnie wielkim zdziwieniem, bo byłem chyba jedną z najmniej integrujących się osób tam. Słaby okres może sobie wybrałem, ale zacząłem przechodzić wtedy Wiedźmina 3.

Maj
Nadszedł czas matury, czyli pokazania swojej wiedzy zdobytej przez trzy ostatnie lata. Do pierwszej podstawy w języka polskiego podchodziłem na totalnej wyjebce, bo wiedziałem, że będzie po prostu słabo, gdyż nigdy ten przedmiot nie należał do moich ulubionych, posiedziałem trochę nad zadaniami, napisałem jakąś tam rozprawkę i wyszedłem w sumie jako ostatni, bo sporo czasu zajęły mi niektóre zagadnienia. Następna była podstawa z matematyki, która już przy próbnych wydawała mi się trochę egzaminem dla idiotów, bo nic tam skomplikowanego nie ma, a wszystko można znaleźć ewentualnie w tej karcie wzorów. Napisałem wszystko dość sprawnie, posprawdzałem kilka razy zamknięte i wyszedłem stamtąd na pełnym luzie, myślami będąc już przy większym skurczybyku. A bo następnego dnia czekała mnie podstawa i rozszerzenie z języka angielskiego. Powiem krótko, nigdy z tym językiem nie było mi po drodze, rozumieć, rozumiem jakby ktoś do mnie coś pisał, ale tak porozumiewać się nim w stopniu komunikatywnym to już raczej powyżej mojego poziomu. Podstawa jak podstawa, była łatwa, a samo rozszerzenie też nie było czymś nadzwyczajnym, mimo że wcześniej żadnego podobnego egzaminu do tego nie pisałem. Byłem trochę zdziwiony, bo po trzech dniach wychodziłem z sali i nie miałem zszarganego humoru, lecz wiedziałem, że psychicznie najgorzej nie wyrobię przed egzaminem ustnym z polskiego, bo po pierwsze nie lubię za bardzo koegzystować i rozmawiać z ludźmi, który nie znam. Dostałem jakiś temat z rzeźbą, coś tam o nim powiedziałem, przytoczyłem „Dżumę”, zdałem i dość szczęśliwy wróciłem do domu, lecz teraz wiedziałem, że najgorsze przede mną – matura rozszerzona z matematyki i fizyki, o których można powiedzieć tyle, że fizyka szczególnie mi nie poszła i jestem po dziś dzień wk&$&$ony, że tak mi to wyszło, a sama matematyka – też liczyłem (hue) na więcej. Ostatni był egzamin ustny z angielskiego na który przyszedłem zupełnie na luzie, bo wiedziałem, że nic gorszego stać się nie może. Zdałem go perfekcyjnie i tutaj moglibyście się śmiać, że jeszcze trzy zdania temu mówiłem o nikłej znajomości angielskiego, jednak na swoją obronę mogę powiedzieć, że według mnie ocena była trochę naciągana, a moje wypowiedzi nie były jakieś rozwinięte, a sam egzamin ocenia same podstawy komunikacji. Tak oto zakończyła się oficjalnie moja matura, lecz wiedziałem, że teraz prze nudny okres roku, czyli wakacje. Od kilku lat nie potrafię lubić tego okresu, ponieważ fakt, odpoczynek jest ważny, ale dany jest w ilości za dużej jak dla mnie, bo jestem człowiekiem, który nie lubi za długo siedzieć bezczynnie. I fakt mogłem pójść od razu do pracy, co uczyniła lwia część moich znajomych, lecz ja po prostu bałem się koegzystowania z nieznanymi ludźmi i bycia w jakiś sposób odpowiedzialnym za czyny podczas godzin pracy.

Czerwiec & Lipiec & Sierpień & Wrzesień
Wakacje były też dobrym wyznacznikiem, jak trwałe będą przyjaźnie zakorzenione w szkole średniej. W moim przypadku wyszło to niestety blado.. Ale nie spodziewałem się fajerwerków, po prostu każdy poszedł w swoją stronę. Jakoś wtedy, mimo że nigdy nie lubię oglądać seriali to sięgnąłem po Lucyfera, który swojego czasu wydawał mi się jednym z najlepszych rzeczy jaka mnie spotkała, chociaż z perspektywy czasu nie uważam go już za jakiś nadzwyczajny, to po prostu kryminalne zagadki Miami z lekką domieszką tej otoczki wokół głównego bohatera. Ale do dziś uważam, że aktor grający Samaela jest najlepszą rzeczą w całym serialu nadającym mu tą esencję. W międzyczasie skończyłem także zaczętego przed maturą Wiedźmina 3, o którym mogę powiedzieć, że to dobra gra i tyle w sumie, bo był on zupełnie tym, czym traktowałem go po premierze – trochę przehajpowanym, niezłym RPGiem i tyle. Przy okazji miał miejsce drobny remont domu, więc kilka dni miałem co robić, a tak mój czas poświęcałem na jeżdżenie rowerem, co sprawiało mi przez pewien czas niezwykłą przyjemność, lecz jazda po podobnej trasie po kilku dniach stawała się nużąca. Dużo też grałem w piłkę, niemal na każde organizowane na miejscowym boisku mecze przychodziłem, bo mimo że jestem w to kiepski jak PSG z Barceloną to przyjemność sprawia mi proste odbieranie piłki, asystowanie i ewentualne strzelanie goli. Na początku sierpnia spróbowałem także czegoś, co planowałem kilka lat i zostałem Pazdanem na jakiś czas, co , wywołało u niektórych salwy śmiechu, u innych zdziwienie. Sierpień i wrzesień był też czasem jeżdżenia do miasta i sprzedawania starych książek młodszym pokoleniom oraz okres bezkresnego zbliżania się tego, czego bałem się po cichu – studiów. Pojechałem obejrzeć swój akademik i muszę przyznać, że trochę biednie tam było, ale wiedziałem, że dam sobie radę, bo sam mieszkałem w podobnych warunkach kilka lat wstecz. Wróciłem na ostatnie dni do domu i zdałem wtedy sobie sprawę jak zmienia się moje dotąd nieograniczone życie.

Październik
1szego października wyjechałem na studia do Warszawy, wpierw najpierw zahaczając o akademik i poznałem tam swojego współlokatora i o dziwo osobę mniejszą ode mnie. Wydawał się trochę przeciwieństwem mnie, bo miał dużo przyjaciół (a jest rudy) z którymi utrzymywał bliski kontakt, dobrze skurkowany znał angielski i w wiele zdań polskich wprowadza angielskie odpowiedniki jakby nie znał polskich słów, ale ogólnie wydawał się w porządku. Poszedłem na inaugurację roku o 18, wróciłem późnym wieczorem, bo wiedziałem, że następny dzień będzie pierwszym w tym nowym środowisku i należy się dobrze wyspać, czego niestety nie udało mi się spełnić i zdusiłem pierwszy budzik ustawiony na 6:00 i wstałem po kilkunastu minutach. Nie chciało mi się nic robić, ubrałem się i pojechałem na uczelnię, gdzie wtorek akurat był dniem zawalonym ćwiczeniami, na których szlifuje się zagadnienia z wykładów, których nie miałem, więc ćwiczeniowcy dawali jakieś zestawy testowe, które były niezwykle dziwne. Jedne ćwiczenia nawet mi odwołali, poczułem się chwilę jak w szkole. Skończył się dzień, wróciłem do akademika i nastawiałem się na kolejny dzień, tym razem pełen wykładów. A najlepszy z nich był ten z przedmiotu uzupełniającego – niejakiego Prawa i ochrony własności intelektualnej, ale to wiadomo, rozmawiał pan prawnik i taka osoba musi mieć dobrze gadane. Pozostałe wykłady były w porządku, jeden był z pomiarów, drugi z matematyki, trzeci z orientacji, chociaż do dziś uważam, że wykładanie matematyki, bez aktywnego jej ćwiczenia nie ma za bardzo sensu. Tak minął dość długi drugi dzień na studiach. W czwartek też był dzień pełen wykładów, lecz dowiedziałem się wtedy jak bardzo przegwizdane mam, jeśli chodzi o programowanie, bo głupi ja sądziłem, że nauczą mnie tego od podstaw, jednak sam materiał ruszył z wysokiego C i od początku miałem z tym przedmiotem pod górkę. Piątek był niezwykle luźny, bo przez październik rano miałem wykład z pomiarów, a potem już tylko WF, na który co prawda miałem ponad 13 kilometrów, ale jeździłem przez cały semestr niemal na wszystkie sesje. Wróciłem w piątek do domu i przyjemnie było rozłożyć się we własnym łóżku, lecz zawsze, gdy wracam do domu to czas jakby płynął szybciej i w niedzielę już musiałem wracać do Warszawy. Reszta października zleciała mi bez jakiś wielkich komplikacji, jedynie myślałem, że moja legitymacja jest wadliwa, bo nie mogłem na nią nabić ani biletu miesięcznego, ani wejściówki na bramce w akademiku, co przyprawiło mi trochę problemów. Chodziłem na wszystko i siedziałem sporo w akademiku, szczególnie nad tymi matematykami co miałem. Tak oto minął pierwszy miesiąc na studiach.

Listopad & Grudzień
Zaczął się dłuższą przerwą w związku z 1 listopada, a następnie pierwszym kolokwium z prawdziwego zdarzenia, który poszedł mi krótko mówiąc do dupy. Z takich gorszych informacji pogłębiał mi się problem z programowaniem, ponieważ nigdzie nie mogłem znaleźć dobrych poradników do rozwiązywania niektórych problemów, także przyznam się trochę olałem ten przedmiot, lecz w międzyczasie zająłem się robieniem projektu na niego za który dostałem maksimum punktów, naciągane, ale dawało mi to jeszcze jakiekolwiek szanse na zdanie tego przedmiotu. Pod koniec listopada nastąpiła niezwykła fala kolokwiów z multum przedmiotów potęgowanymi cotygodniowymi laboratoriami z pomiarów na które trzeba było się przygotować na wejściówkę, bo niezdanie jej zerowało licznik punktów możliwych do zdobycia. Kolokwia powychodziły mi co najwyżej przeciętnie, a apogeum był ten nemezis zwany programowaniem, bo na kolejnych laboratoriach z ćwiczeń zdobywałem szczątkowe liczby punktów, tak że po zakończeniu zgromadziłem ich 3.3/20, co jest wynikiem tragicznym. Dodatkowo projekt numer dwa, jaki miałem zrobić wykraczał poza granice moich umiejętności skryptowania, lecz wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Grudzień miał to do siebie, że po fali kolokwiów był miesiącem niezwykle spokojnym, przeplatanym jedynie przez te laboratoria, raz nawet spotkałem się z kolegą ze średniej. Poznałem nawet kilku ludzi na studiach, lecz raczej integrowałem się z nimi tylko podczas zajęć, poza nimi wolałem jakoś oddać się nauce i na jakieś wypady zawsze szkoda mi było czasu. Tak oto zbliżały się święta, a ja nawet ze swoim współlokatorem w przeddzień powrotu do domu obejrzeliśmy Kevina . Wróciłem do domu, a święta trochę przepracowałem, ale nie jakoś szczególnie patrząc na to z perspektywy czasu.

Styczeń & Luty 2019
Nastał Nowy Rok i wielkimi krokami zbliżała się masa kolokwiów ze wszystkiego, lecz tym razem poszły mi one o niebo lepiej niż pierwsze terminy, chociaż z programowania liczyłem na przykład na więcej, a po otrzymaniu wyniku, coś we mnie pękło i byłem wtedy gotowy się poddać i rzucić to w cholerę, aby nie musieć mierzyć się z tym i kolejnymi wariacjami tego przedmiotu. Co było niezwykle dziwne, bo do domu wróciłem z uśmiechem na twarzy, a do Warszawy wróciłem jako jeden z najsmutniejszych ludzi na świecie. Ostatni tydzień przed sesją minął mi bardzo nijako, zrezygnowany wiedziałem, że mogą to być moje końcowe dni na tej uczelni, lecz po poprawie z programowania na które poszedłem trochę piłeczka mi się odbiła. Podszedłem do sesji z wielkich rozmachem, bo byłem jednym z niewielu, którzy zdali egzamin z analizy matematycznej w pierwszym terminie. Fizyka była następnego dnia, myślałem też, że zdam bez problemu, lecz gdy dostałem wyniki okazało się, że nie jest tak różowo. Algebra zniszczyła mnie po raz kolejny i ukojeniem na to był trywialny egzamin z układów logicznych, który napisałem zadowalająco. Przysiadłem przez kilka dni to tej algebry, lecz ten egzamin miał to do siebie, że wykładowca zawsze daje bardzo schematyczne zadania, więc przerobiłem kilka egzaminów z poprzednich lat i poprawę napisałem na bardzo dobry wynik, a po tym wydarzeniu zrobiłem sobie dzień wolny, gdzie w końcu mogłem chwilę odpocząć od tej nauki. Następnego dnia pospałem niemal do 12stej i było mi to potrzebne, bo podczas sesji potrafiłem siedzieć do trzeciej lub czwartej nad ranem tłukąc zadania. Pouczyłem się trochę na egzamin z fizyki i napisałem go bez większego problemu. Tak oto zakończyła się moja pierwsza studencka sesja i muszę przyznać, że nie była taka straszna jak sądziłem w ogóle wielu ludzi traktowało to jak jakąś maturę i przychodzili w garniturach i tym podobnych, mnie jedynie stać było na założenie koszuli. Stałem się na chwilę wolnym człowiekiem i mogłem odpocząć i myślami przygotować się do kolejnego semestru, który powinien być trudniejszy? Przekonam się w najbliższym czasie.

Blog & Gry & Podsumowanie
Sam blog w 2018 roku doczekał się największej liczby notek, bo wyszło ich aż 8, z czego cztery wyszły we wrześniu, a z takiej regularności byłem niezwykle zadowolony. Była nawet chwila w której bloga nie było przez kilka dni, nie wiem co się stało, jakby domena wygasła i musiałem ratować się kopią sprzed kilku miesięcy, przez co straciłem dwie notki, które napisałem. Miałem trochę większe plany, jeśli chodzi o tą stronę, lecz zweryfikowało je moje lenistwo i trochę brak weny do niektórych notek np. o w.w. Lucyferze, różnych aspektach życia studenta, czy niektórych tytułach, lecz może nadrobię to w tym roku, kto wie. Ukończyłem trochę nowych gier m.in. The Legend of Zelda czy Wiedźmin 3, ale nie było tego za sporo, bardziej wracałem do starszych gier takich jak Gothic, czy Heroes of Might & Magic IV. Szczerze to nie wiem jak podsumować rok 2018, bo strasznie dużo było tam dziwnych zdarzeń, straconego czasu, możliwie błędnych decyzji i lenistwa. Mimo że był niezwykle przełomowy to osobiście bardziej podobał mi się 2017 rok, gdzie wszystko było trochę prostsze i dużo przyjemności trafiło do mnie w tym czasie. Ale to tylko moje zdanie. Taki mały kącik muzyczny na zakończenie tego trochę smutnego wpisu, a jutro w sumie walentynki. Miłego dnia.


Vice City VR – to się dzieje, a ja nie wiedziałem

Podczas obchodu po stronach związanych z VC:MP trafiłem na ciekawy materiał. Hanney (część pewnie go kojarzy) wrzucił na swój kanał film, gdzie testuje on mapkę Vice City w trybie… VR.

Działa to na zasadzie modyfikacji do Assetto Corsa. W sumie co mnie zaskoczyło jakiś czas już to istnieje, bo korzenie powstania, według linku podanego w jego opisie, sięgają końcówki 2016 roku. Nie wiem czemu, ale wcześniej nigdzie mi się to w oczy nie rzuciło, co też świadczy o wrażeniu jakie ogólnie zrobiło to w społeczności (chyba, że było, a ja zaspałem to wybaczcie). Przez te parę lat podobnych filmików na YT również jest tylko kilka. Nie ma co się dziwić – jest to jedynie ciekawostka i bardziej na zasadzie „zagrałbym”, ale bez większych planów na dłuższą metę żeby się w to jakoś mocno zagrywać, szczególnie bez radia i przy pustym mieście. To tak jak testowałem ostatnio Vice City Rage (tak, dopiero teraz), czyli owiany sławą mod przenoszący Vice City na nowy silnik, ale podobnie zdecydowanie mogę stwierdzić, że lepiej prezentuje się on na zwiastunach niż realnie w grze. Jest mocne boom wiadomo i efekt wow (szczególnie, że tam te „życie” i radio jednak jest), ale i tak im więcej czasu spędza się z tym faktycznie, realnie tym więcej błędów i kolejnych niedoróbek się zauważa. Fajny bajer, ale tylko bajer.

Niemniej robi wrażenie jak bardzo idzie technologia do przodu, chociażby na takim przykładzie. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, a sam koncept pewnie wielu z nas miało jedynie w snach, tyle że w dużo bardziej udanym wydaniu.

Wspomniany film podpinam niżej, inny tu.


Rozkminy

Jeszcze inaczej, bo nie ma sensu rozbijać tego na milion artykułów. Przez ostatni czas miałem w głowie różne tematy m.in. o których parę zdań niżej. Tu w formie zbiorczej, co cięższe i tak odpadły we wstępnej selekcji w składzie jednoosobowym, ze mną jako przewodniczącym. Na koniec parę słów tak o, jak leci u mnie.


Najświeższa – Luka Modric ze złotą piłką za obecny rok przerywając tym samym 10-letnią dominację Messiego i Ronaldo, którzy rozdzielili między sobą równo po 5 ostatnich tych prestiżowych nagród. Wygrana Chorwata to dla mnie krok w dobrą stronę i nie, nie na zasadzie, że powyższa dwójka już swoje wygrała, bo nadal zarówno Argentyńczyk jak i Portugalczyk mają nieoceniony wpływ na swoje drużyny, ale po prostu spoko, że w końcu został wyróżniony ktoś spoza linii ataku. I tak, zaraz zlecą się ludzie z argumentem, że w takim razie czemu nie dostali jej wcześniej Xavi, Iniesta czy Sneijder, ale przecież nie może się to teraz ciągnąć cały czas za organizatorami i że nie może dostać ktoś teraz nagrody, bo wcześniej ktoś podobny nie dostał. Modric w tym sezonie jak i generalnie od wielu lat robi naprawdę świetna robotę w środku pola i śmiem twierdzić, że bez niego o ostatnie tytuły Realu byłoby szczególnie trudno. Swoją drogą dla hejterów i zwolenników teorii jakby Luka dostał tylko nagrodę tylko za Mundial – przypomnijcie sobie rok 2006 i nagrodę dla Fabio Cannavaro – obrońcy(!), kapitana ówczesnych mistrzów świata, który w plebiscycie pokonał m.in. Ronaldinho, Zidane’a czy Henry’ego. W Juve nie miał on za to wtedy świetnego sezonu, do Realu doszedł dopiero po MŚ, a mimo to wszyscy byli niezwykle dumni, że to akurat on wygrał tę nagrodę.

Wgl jeszcze dla tych narzekających na wybór w tym roku – Modric nie dostał tylko Złotej Piłki, ale też kilka innych prestiżowych nagród od niezwiązanych ze sobą serwisów. Jak głosi słynny mem: przypadek? Nie sądzę.


Ostatnio przy okazji tematu Kubicy zainteresowałem się tematem rajdów z tzw. grupy B. W dużym skrócie były to samochody, które osiągały prędkość na poziomie F1, tyle że jeździły jako normalne rajdówki. Ze względów bezpieczeństwa zostały wycofane, ale jak patrzy się na archiwalne nagrania – zimny pot.


Oglądałem ostatnio film Drive – obsypane nagrodami dzieło Nicolasa Refna z 2011 roku. Wcześniej jakoś mijałem się z tym filmem, czego bardzo żałuję, bo zdecydowanie jest to jeden z lepszych filmów jakie dane było mi zobaczyć, szczególnie w kontekście, że z tego filmu sporo czerpał uwielbiany przeze mnie Baby Driver. Genialną robotę robi tam soundtrack (czy kiedykolwiek napisałem inaczej przy słowach o filmie?), z resztą jeden z kawałków z tego filmu wstawiłem całkiem niedawno na tę stronę (Kavinsky – Nightcall jbc). Genialnie do tej roli pasuje Ryan Gosling, do którego nabrałem respektu już po Blade Runnerze. Gość zawsze uważany był za trochę drewno i typa z jedną miną, ale tu to się sprawdza, bo jego postać jest jakby trochę wycofana z „normalnego życia”. Film od pewnego momentu staje się trochę brutalny, ale wszystko to poprowadzone jest ze smakiem i przede wszystkim, nie brakuje tu mocnej symboliki, która zostaje z widzem na dłużej. Jakby coś to polecam.


Jeśli mielibyście wybrać najlepszy polski film patriotyczny to jaki tytuł byście podali? Ja ostatnio miałem z tym problem. Większość polskich filmów patriotycznych jest o uciśnieniu z jednej czy drugiej strony, a chodzi mi o film stricte o sile naszego kraju. Na myśl przychodzi mi głównie Potop Jerzego Hoffmana, a przecież to film z roku ’74 i żeby nie było, szanuję filmy skupiające się na jednostkach, ważnych postaciach w historii Polski w stylu filmów Jack Strong, Wałęsa – wolność jest w nas czy ten o księdzu Popiełuszko, ale jakby nie patrzeć nie są to filmy o całym narodzie. USA chyba sobie najwięcej takich filmów zrobiło, ubranych w różny kontekst, Rosja też się nieźle z tym trzyma. Może wynika to też z takiej, a nie innej historii naszego kraju, ale z drugiej przecież nawet takie filmy jak 1920 Bitwa Warszawska z Nataszą Urbańską w slow motion czy ten o Powstaniu Warszawskim z dubstepem zostały położone. Czekam na coś dobrego jak mam być szczery.


2019 będzie rokiem Disney’a – słychać to tu i ówdzie od dłuższego czasu, ale ostatnio machina ta nabiera jeszcze większego rozpędu. Generalnie 4 seanse w kinie jakie sobie wstępnie zaplanowałem na przyszły rok to właśnie filmy amerykańskiego giganta – Avengers 4, Toy Story 4, odnowiony Król Lew i Gwiezdne Wojny IX. Ostatnia część Avengersów będzie jednym z większych świąt popkulturowych, nowego wymiaru nabierze to również po niedawnej śmierci Stana Lee, Toy Story 4 to film, którego najbardziej się obawiam, bo jedynka i dwójka to dla mnie opus magnum animacji w ogóle i filmy, które w jakimś stopniu ukształtowały małego mnie, ale już trzecia część była dla mnie za mocna i nie wspominam jej zbyt dobrze. W czwartej mają ponoć nieco zluzować i mam nadzieję, że wyjdzie to im na dobre – w końcu hej, to nadal Pixar, nie wypuszczą byle czego. Odnowiony Król Lew uderzył mnie stosunkowo niedawno i największą rolę będzie odgrywać nostalgia, bo nawet jak mi dadzą film 1 do 1 przeniesiony z wersji rysunkowej to i tak będę zadowolony. No i na koniec Gwiezdne Wojny, przypadek podobny trochę jak z Avengersami. Pomijam tu fakt, że za rok Disney ma zamiar rzucić wyzwanie Netflixowi w postaci swojej platformy streamingowej. Będzie się działo.


Przeczytałem jakiś czas temu Życie i czasy Sknerusa McKwacza Dona Rosy – to taki komiks, ale bardziej pasuje określenie powieść, bo to ma ponad 400 stron i skupia się tylko i wyłącznie na życiorysie jednej postaci od jej maleńkości aż do starości. W swoim czasie dostała nagrodę Eisnera (to taki Oscar wśród komiksów). Wszystko to opisane jest przez twórcę, poznajemy historie jak to powstawało i na jakich motywach się opiera. Generalnie to kilka półek wyżej niż randomowy komiks z Kaczorem Donaldem czy nawet popularne w swoim czasie Giganty. Mamy tu do czynienia nawet ze scenami miłosnymi czy ze śmiercią, gdzie oba tematy trzeba ugryźć niezwykle delikatnie. Szczególnie to drugie złapało mnie za serce, gdzie [spoiler, ale pewnie i tak nikt się na to tak zaraz nie rzuci] umiera ojciec tytułowego Sknerusa i w niebie jego przodek wita go słowami Cieszę się, że Cię widzę, a jeszcze bardziej z faktu, że się nie spieszyłeś. Robi to przeogromne wrażenie i jeśli kiedyś chcielibyście coś takiego przeczytać czy może kupić komuś na prezent – gwiazdka za moment w końcu – to zdecydowanie polecam.


Wgl czy może mi ktoś powiedzieć w którym momencie umarły internetowe fora? Tak jak kiedyś było ich mnóstwo tak teraz świecą one pustkami i zwykle są tylko zalążkiem jakiś oficjalniejszych informacji etc. Wiadomo grupy na Fb je wyparły i tak dalej, ale kompletnie mi ten moment umknął jakby, a paradoksalnie reklamodawcy nadal patrzą na zasięgi per strona, a nie na fanpage. Generalnie dobrze mieć fanpage dziś. Sam mam w planach jego założenie W sumie obecnie nie jest to już dziś nic niezwykłego – po prostu lepsza forma dotarcia do odbiorców.


Networking to ładne określenie na pejoratywnie brzmiące „znajomości”, tyle że oczywiście w przestrzeni internetowej. Wiadomo, to dużo zależy od konkretnego przypadku, ale różne współprace w internecie no taki mają swój początek, musisz się z kimś zapoznać by móc z nim współpracować. Trochę tak to wygląda i poza siecią, jeśli mamy dość szerokie kontakty to daje nam to więcej opcji czy to pracy czy planów na niedzielny wieczór. Warto mieć to na uwadze i w miarę, idąc żargonem piłkarskim, pokazywać się do podań, a nóż będziemy mieli okazję do zdobycia cennego punktu.


FIFA mnie denerwuje – przez niespełna rok w odsłonie z numerem 18 przegrałem łącznie w różnych trybach ponad 550h (na dzień 4 grudnia ’18), głównie online, czyli grając z innymi ludźmi. Chyba w żadnej grze (dzień dobry VC:MP) nie straciłem tyle nerwów co tam i to z powodów od społeczności (grając 5 minutowy mecz 15min i więcej, bo typ ogląda 3 powtórki spalonego) przez samą grę (handicap) aż do mojego internetu. W sumie nerwy to też jeden z głównych przeciwników tam, bo słabo gram wtedy, ale to chyba generalnie nerwy są wrogiem czegokolwiek. Ratio jest jednak na plus, więc bez lipy ;d Kiedyś może tu swoje składy podepnę ku potomności, bo wątpię żeby już się wiele zmieniło, przynajmniej w samym fut czy dodatku mś. Skleiłbym też filmik jakiś, ale wszystko co mam to nagrywane telefonem w stylu „ej patrz, takie coś strzeliłem” i nie wiem czy to się wgl nadaje. Zobaczę. W starsze odsłony fajnie zagrać czasem też.


Dodatki do GTA IV przeszedłem ostatnio wgl. NC kiedyś ich recenzję robił (1, 2). Niby spoko, ale w sumie to najgorsze części jakie przeszedłem (ukończyłem, III, VC, SA i IV tak poza), wiadomo to tylko dodatki, mocno drewniane pod względem normalności postaci, gdzie był to główny atut podstawki jakby nie patrzeć. No ale to nadal GTA, daje radę. Może w końcu V mi się uda kiedyś, też już swoje lata ma powoli.


Jakiś czas temu w TV był reportaż o tym po co właściwie ludziom jest internet, w jakiej sferze najbardziej im go brakowało i w sumie nie wiem czy to ja mam inne spojrzenie czy po prostu ta ankieta była tworzona pod tezę, bo odpowiedzi były no trochę niesensowne. Przykładowo ktoś odpowiedział, że nie mógłby sobie zamówić ulubionego jedzenia, ktoś inny że by nie wiedział jaka jest pogoda czy generalnie wiadomości. Nie to że coś, ale no da się to jakoś obejść co nie mnie najbardziej bolałby brak komunikatorów, bo messenger czy discord to dla mnie główne źródła kontaktu i ciężko byłoby mi z tego zrezygnować. Bez wielu innych rzeczy, wbrew pozorom, dałbym radę żyć. A wam czego brakowałby najbardziej?



Pewnie niektórzy z was zastanawiają się czemu taka forma i generalnie czemu tak tu, ew. się nie zastanawiacie, bo nikt tego nie czyta xD Jakoś generalnie mam chyba za duże ambicje tu, w sensie na tej stronie, których nie przeskakuję, co finalnie powoduje, że finalnie nie ma/nie było tu nic. Ogólnie miałem/mam dużo planów, ale z różnych przyczyn ich tu nie wprowadzam. Może trochę strach po prostu, dunno. Jeden z kroków milowych miał być np. pod koniec października, gdzie miałem wejść mocno z pewną relacją, a finalnie nawet tu o tym nie wspomniałem. Nie wiem tak naprawdę, może się w końcu ogarnę i zrobię tu wszystko jakbym chciał, ale czuje, że do tego jeszcze długa droga. A może krótsza i pewnego dnia powiem „hej, może to dziś”. Nie wiem. Tak to co, piszę pracę licencjacką powoli, ostatni rok studiów, a dalej nie wiadomo. Obok tego jest też życie prywatne, które trzeba sobie jakoś poukładać. Dużo zależy od pracy tak naprawdę, bo trzeba pracować, a z nią jednak czasami jest różnie.

Nie wiem, zapraszam do komentarzy, może słów otuchy (haha), propozycji w którą stronę ma to iść wgl, bo póki co jest jak jest. A może niedługo będzie lepiej. Kto wie.


Jakie życie taki rap

Luźny wpis, jak kilka najbliższych (mam nadzieję). Czemu tak, a nie inaczej też może będzie za jakiś czas.

Nie ma co się oszukiwać, współczesne trendy muzyczne ulegają zmianie i wiem, tym stwierdzeniem Ameryki nie odkryłem, ale mam akurat w głowie konkretny przykład. Dla kontekstu – szeroko rozumiana kultura hip-hopowa zaczęła nabierać rozpędu w Polsce na oko gdzieś w latach ’90. Siłą rzeczy wielu artystów, którzy tworzyli w tamtym okresie zbliża się już dziś do 40-dziestki, a już na pewno spora część tzw. wiek chrystusowy ma dawno za sobą. W tym samym czasie zdążyło już urosnąć nowe pokolenie, w wieku 20+, którzy siłą rzeczy tworzą już coś zupełnie nowego, dorastając w innych warunkach, mając za panujące inne realia i generalnie, są to ludzie już nieco innej artystycznej epoki. Często spada na nich mniej lub bardziej uzasadniony hejt, wynikający często z niezrozumienia zarówno formy jak i treści co skutkuje znamiennym już dziś „kiedyś to było”. Widzę to nawet wśród twórców, których kiedyś ja sam dużo słuchałem i szczerze budzi to we mnie niemałą konsternację, bo przecież wiem, że kiedyś sami nie byli lepsi. Anyway, na Youtube trafił mi się ostatnio fragment wywiadu z Abradabem, współzałożycielem legendarnego Kaliber 44, pod którego słowami mogę się w pełni podpisać i w sumie warto by twórcy jego „rocznika” jak i generalnie zacietrzewieni fani „starej szkoły” wzięli sobie w jakimś sensie to co mówi do serca. Film poniżej.


Gdzie sztuka łączy się z grami

(Mały disclaimer – pierwotnie tekst ten pisany był, w zamyśle bez screenów, na pewien konkurs kilka miechów temu, ale nie doszedł dostatecznie daleko. Chyba nikt się nie obrazi, że w takim razie podepnę go tu, bo w sumie czemu nie? To Recenzja Cupheada jakby ktoś nie załapał od razu przy tezie, że gry to sztuka)

– – – –

W dzisiejszym świecie, w którym gry już dawno weszły na salony i przestały być postrzegane jedynie jako denna zabawa dla najmłodszych, wiele osób zadaje sobie pytanie o następny krok rozwoju tej formy multimedialnej rozrywki. Niektóre środowiska zastanawiają się już nad aspektem czysto artystycznym najpopularniejszych tytułów, tym bardziej, że chociażby w przeciągu ostatnich 3 lat twórcy gier byli pod tym względem nad wyraz kreatywni. Idealnie widać to na przykładzie gry Cuphead, wyprodukowanej przez stosunkowo małe Studio MDHR, która swoim niecodziennym zamysłem audiowizualnym wybija się ponad inne nowe tytuły, a przy tym nie wstydzi się czerpać z korzeni i mechanik najlepszych gier ubiegłego wieku rodem z NESa, czy patrząc bardziej na nasze podwórko, z Pegasusa. Mając na uwadze to wszystko, czy Cuphead faktycznie daje radę i czy rzeczywiście jest tak niezwykły? Przyjrzymy się bliżej.

Zacznijmy od podstaw. Cuphead w uproszczeniu to tzw. platformówka, w której główny nacisk został położony na walkę z bossami, stylizowana na amerykańskie animacje z lat ’30 ubiegłego wieku. Fabularnie historia dotyczy dwóch postaci z głową w kształcie filiżanki (a jakże!), które przez swoją nieroztropność popadły w długi u diabła i w celu spłaty muszą u niego pracować jako windykatorzy dusz. Wszystko to w akompaniamencie typowych jazzowych kawałków tamtego okresu i oczywiście charakterystycznych męskich kwartetów wokalnych. Brzmi intrygująco? To dopiero początek.

Przeciwnicy jakich spotykamy na naszej drodze są naprawdę różni – od płaczącej cebuli przez pustynnego dżina aż do kuli bilardowej czy przedstawiciela diabelskiego kasyna. Każdy przeciwnik jest inny i przede wszystkim nieprzewidywalny co sprawi, że do danego bossa będziemy zmuszeni niezliczoną ilość razy. Niewykluczone, że przy okazji zjemy też sporo nerwów. Jak na dzisiejsze standardy Cuphead jest najzwyczajniej grą trudną, której po prostu trzeba się nauczyć. Praktycznie niemożliwe jest przejście jej za pierwszym razem co wcale nie jest wadą, a wręcz dodatkowym urokiem. W żadnym momencie nie jesteśmy prowadzeni za rączkę co jest spotykane obecnie w wielu innych większych tytułach, a co graczy, szczególnie tych, którzy mieli do czynienia ze starszymi tytułami pokroju Duck Tales, Chip ’n Dale Rescue Rangers czy zwykłej Contry często irytuje, bo przez to gra nie stanowi dla nich żadnego wyzwania.

Warto wspomnieć, że gracz pozbawiony jest także jakiegokolwiek paska zdrowia swojego oponenta co dodatkowo utrudnia rozrywkę. Jedynym wyznacznikiem naszego progresu jest pasek po każdej naszej śmierci, informujący nas jak daleko zaszliśmy, czy też kolejne transformacje naszych wrogów, których dokonują po zadaniu im pewnej wyznaczonej ilości obrażeń. Dostępny mamy całkiem spory arsenał broni, od pocisków samonaprowadzających pod te lecące w kilka kierunków. Istnieją również dodatkowe wspomagacze w formie dodatkowego życia czy chwilowej niewrażliwości na ataki wroga. Wszystko to z czasem możemy nabyć z poziomu dostępnego w grze menu. Paradoksalnie gra przez to jest wręcz idealna dla tzw. speedrunnerów, którzy raz za razem, analizując grę wykręcają w niej naprawdę imponujące rekordy przejścia.

Wspomniałem wcześniej o warstwie artystycznej. Gdy pierwszy raz zetknąłem się z Cupheadem wiedziałem już jak długą drogę przeszli twórcy by ten tytuł ujrzał światło dzienne – zapowiedziany był on długo przed swoją finalną premierą. W końcu każdą klatkę trzeba było rysować ręcznie, a warto zauważyć, że jest gra dostępna jest w 60, a nie 24 i mniej klatkach na sekundę, w jakich dostępne były kiedyś podobne animacje, więc trochę tych obrazków było, a każdy z nich to nie tylko postaci na planie głównym, ale także te osadzone w tle. Oczywiście nie umniejszam tu grom wygenerowanym czysto komputerowo, ale w zestawieniu z faktycznym rysowaniem, ta bardziej tradycyjna forma robi większe wrażenie. Podobna sprawa ma się przecież z filmami poklatkowymi – chociaż nie są one tak popularne i często trafiają jedynie w pewną swoją niszę to chyba nikt nie odmówi im ogromu pracy i wkładu, a przy tym poczucia uroku i nostalgii filmów z naszego dzieciństwa. Tu rodzi się w mojej głowie pewna konkluzja. Skoro filmy, powiedzmy Gnijąca Panna Młoda Tima Burtona czy idąc nawet jeszcze dalej – ostatni głośny Twój Vincent, gdzie każdy kadr, klatka po klatce, uważane są za „rzeczy” typowo artystyczne to dlaczego Cuphead nie miałby być? Odpowiedź nasuwa się sama.

Finalnie Cuphead to najzwyczajniej tytuł w który warto zagrać. Zarówno ci spragnieni prostej w założeniu, ale przy tym piekielnie trudnej rozrywki znajdą coś dla siebie jak i ci szukający po prostu ciekawego doświadczenia audiowizualnego. Warto się temu poddać, bo śmiem twierdzić, że jest to jeden z ważniejszych tytułów ostatnich lat, a już na pewno jeden z bardziej reprezentatywnych dla całej branży gier video na zewnątrz.