Maraton PS2 [1/3] – Historia i wspominki

Pierwsze PlayStation zrodziło się niemalże znikąd, koncepcyjnie będąc na początku jedynie przystawką mająca na celu umożliwiać SNESowi odpalanie gier z nowych wtedy płyt kompakowych. Los chciał, że współpraca Nintendo i Sony została zerwana, a ci drudzy nie porzucili prac nad tą zabawką, która ostatecznie okazała się czarną owcą piątej generacji konsol, gdzie dosłownie pozamiatała Saturna i Nintendo 64. Dla wielu ludzi stała się także pierwszym odtwarzaczem płyt kompaktowych, gdyż taką funkcję zaimplementowano w szaraczku, jako chęć zrobienia z niej czegoś więcej niż tylko kawałku plastiku do postawienia pod telewizorem. Graczy przyciągało bardzo dobrze wspierane 3D, a także wiele ekskluzywnych gier takich jak Tekken 3, Gran Turismo czy Medal of Honor. Wszystkie te cechy pozwoliły mu stanąć na wyżynie swoich ery z wynikiem 102 milionów sprzedanych egzemplarzy. Konkurencja jednak nie będzie siedzieć z założonymi rękami, kiedy sprzed nosa zabierany jest im kawałek tego konsolowego tortu. Pierwsze przecieki o następcy kultowego szaraczka zaczęły dobiegać już w 1997 roku, a PlayStation2 trafiło do sklepów w marcu 2000 roku, niemal z miejsca stając się najgorętszym sprzętem na rynku. W nadchodzącej serii wpisów na Wrzosowisku chciałbym oddać hołd kultowej Czarnulce i jej bogatej bibliotece gier, gdzie wiele z nich ukształtowało mnie jako gracza.

PlayStation2 było moją pierwszą własną konsolą do gier, a więc co za tym idzie był to pierwszy sprzęt do grania nad którym miałem pełną władzę i to ja rozdawałem karty. Sprzęt dorwałem niestety na lata po okresie świetności dlatego nie ma co się rozwodzić, jak to nie czekałem na premiery gry na nią, bo już wtedy byłem po premierze ostatniej gry na ten sprzęt. Nie powiem jednak, że żałuję, że w takim momencie zdecydowałem się na taki ruch, od urodzenia niemal zawsze z grami byłem tak z jedną, dwie, maks trzy generacje do tyłu. Kiedy ludzie ogrywali swoje własne czarnulki, ja co najwyżej skakałem Mario na głowy żółwi, kiedy premierę miało PS3, ja dopiero jeździłem Viperem na Laguna Seca w GT2, zatem kiedy ja w końcu dorwałem własną czarnulkę, ludzie zagrywać się mogli już na PS4, które premierę miało kilka miesięcy wcześniej.

Pierwsze poważniejsze styknięcie z PS2 miałem podczas mody kupowania jako prezenty tej konsoli. Normalnie niemal każdy kolega lub dalszy młodszy członek rodziny był bombardowany przez swoich rodziców konsolą w wersji Slim z dodatkowym pakietem gier w edycji Platinum, która wtedy zaczęła być wydawana, jako ostatni zastrzyk dla powoli dogorywającego urządzenia. A we mnie coś zgrzytnęło, bo po raz pierwszy ujrzałem konsolę na której widać graficznie ulepszone sequele gier z pierwszego PlayStation. Widok Tekkena 5 wbił mi się wtedy w pamięć niczym walka Asha z Clair z pewnego odcinka Pokemonów.

Z czasem jednak stanąłem przed dylematem – brak nowych tytułów wynikający ze słabych bebechach mojego ówczesnego komputera, który był tak słaby, że nawet z GTA SA miewał problemy o jakimś Carbonie nie wspominając. Na PS2 ukazało się trochę portów gier, które na moim komputerze nie miały powodzenia nawet uruchomić się, a co dopiero działać jak należy. Pamiętam jednak nie przyjęło się to z aprobatą mojego starszego brata, czy dobrego znajomego, którzy zgodnym chórem mówili ‘Panie, po co ci ten badziew. Pozbieraj trochę i kupisz sobie PS3, a tam takie giereczki, że łohoho!’. Jednak ja jak to ja się nie posłuchałem, bo zacząłem już wtedy na aukcjach szukać używanych czarnulek, gdzie ważnym elementem stała się karta z wgranym na nią oprogramowaniem do odpalania ‘kopii zapasowych’. Nie chciałem popełnić tego samego błędu, co dwa lata wcześniej przy zakupie GameBoya Advance, gdzie po kilku dniach zacząłem nudzić się z powodu braku gier poza tymi dołączonymi przez sprzedającego. Tak oto niemal po kilku dniach pod koniec lutego 2014 roku trafiła do mnie konsola PlayStation2 w wersji FAT, z pełnym okablowaniem, jednym padem i grą – Hitman: Contracts w języku niemieckim. Dosiadłem się więc do PS2ójkowego pociągu już po oficjalnym końcu produkcji tej konsoli zakończonej na przełomie 12/13. Pamiętam jak dziś podpinanie tego cudeńka do 15 calowego telewizorka, który wówczas stał w moim pokoju, wszystko działało jak marzenie, od razu na tę okazję pobrałem GTA Vice City Stories oraz Need For Speed Carbon jako pierwsze gry do przetestowania systemu wgranego na kartę pamięci – FreeMCBoot, który pozwalał odpalać gry z pamięci przenośnej.

Kilka nowości czarnulka wprowadzała, m.in. pady dołączane do konsoli, mimo że niemal stuprocentowo zerżnięte od szaraczka, to posiadały pewną nową funkcję tzn. analogowe przyciski, czyli takie reagujące odpowiednio na stopień wciśnięcia przez grającego oferujące uczucie precyzji przydatne np. w grach wyścigowych. Problemem jednakże tej konsoli był fakt, że nie oferowała możliwości zagrania po sieci, a wyszła w czasach, gdzie w czy to amerykańskich, czy polskich domach zaczął gościć już stabilny internet. Możliwość gry po sieci dawał wydany w 2002 roku Network Adapter rozszerzający konsolę o porty Ethernetowe i Modeme, który był o wiele prymitywniejszy niż usługa XBOX Online, która udostępniona została na pierwszej konsoli Microsoftu. Dodatkowo ten gadżet posiadacz wersji FAT musiał sobie dokupić, chyba że miał wersję Slim, w której Network Adapter był wbudowany fabrycznie. Cała jednak odpowiedzialność, żeby gry obsługiwały to ustrojstwo spadła na programistów, bo Sony nigdy nie wprowadziło usługi podobnej do tej na XBOXie, także granie po sieci na PS2 było jedną wielką niszą. Kolejnym fajnym zabiegiem była wsteczna kompatybilność ze swoim starszym bratem, bo PS2 mogło odtworzyć wszystkie lub niemal wszystkie gry na pierwsze PlayStation, a dodatkowo obsługiwało karty pamięci i kontrolery z tamtej konsoli. Warto także wspomnieć, że czarnulka kontynuując politykę firmy Sony, oprócz bycia konsolą do gier była dla wielu także pierwszym dla wielu odtwarzaczem płyt DVD, które stawały się popularne na początku XXI wieku. Ja osobiście nigdy nie byłem fanem tego formatu, bo zawsze denerwowały mnie niepotrzebne menusy przez które się trzeba przebijać, żeby obejrzeć film.

Według mnie największą zaletą PS2 jest fakt, że na tę konsolę są po prostu zajebiste gry. Tytułem przełomowym dla mnie było GTA Vice City Stories, które miałem okazję trochę ograć pół roku wcześniej na PSP znajomego, które koniec końców miałem kupić, lecz w wyniku pewnych komplikacji tak się nie stało, więc szukałem sposobu też na ukończenie tej gry, gdyż ewidentnie miałem wtedy fazę na gry od Rockstara. Emulator na komputerze odpadał, bo raczej nie chodziłoby to w znośnym klatkarzu, więc pozostawało tylko PS2. Sama gra mechanicznie znajdowała się gdzieś pomiędzy San Andreas i Liberty City Stories, bo niby Vic potrafił pływać, ale tylko przez kilkanaście sekund zanim nie utonął, ale koniec końców uważam ją za jedną z lepszych części z serii, bo samo przejmowanie interesów przypominało mi trochę Ojca Chrzestnego (chociaż więcej ołowiu, niż negocjacji), a historia domykała mi kilka wątków zakończonych w Vice City. Na GTA się nie skończyło dlatego dla mnie konsola wywołuje pewną młodzieńczą nostalgię, bo mogłem na niej przeżyć to, co bogatsze koledzy kilka lat wcześniej, kiedy byłem jedynie obserwatorem ich działań w tych grach. Pamiętam jakby to było wczoraj – będąc w gimnazjum wracałem po południu do domu, chwilę odpoczywałem po czym brałem się za lekcje i odrabiałem wszystko, co mogłem, żeby potem móc od piątkowego wieczoru i przez kolejne dwa dni móc grać na mojej własnej konsoli w GTA, FIFĘ, czy NFS. Jeśli ktoś nie rozumie czemu tak podniecam sprzętem, który już legalnie może kupić sobie alkohol to współczuję(?). Oczywiście wszystkie te elementy nie miałyby sensu bez dobrego doboru gier, bo w takim wypadku konsola maksymalnie po kilku miesiącach zbierałaby kurz. Co prawda zdarzało mi się wracać i odstawiać PS2 na trochę np. pod wpływem LU-DM, ale zawsze co jakiś czas magia tej konsoli namawiała mnie do zasiądnięcia po raz kolejny i zagrania w te klasyki. Pewne dlatego czarnulka jest tak bliska mojemu sercu, jak wcześniej wszelkiego rodzaju Pegasusy.

Wielu ludzi potrafi z perspektywy czasu hejtować PS2 i narzekać, jakie to koszmarne porty PC-owych gier potrafiły wychodzić na tę konsolę np. NFS Carbon, gdzie podczas wojny drużynowych do pojedynku z nami staje tylko dwóch oponentów, gdzie na PC było ich aż 6-ciu. Czy zmiażdżony w wielu recenzjach port Splinter Cell: Chaos Theory, który był lata świetlne za swoim odpowiednikiem na PieCu. Niestety PS2, jest jedną z najsłabszym konsol swojej generacji, jeśli chodzi o specyfikację, GameCube i XBOX biły ją na głowę w niemal każdym aspekcie, a wiele serii ukazało się na tej konsoli co najwyżej z jakimiś spin-offami będącymi o klasę niżej grami, niż oryginały. Ale osobiście mi to nie przeszkadza, bo jak wiecie wcześniej pojedynki ze słabą grafiką miałem już we krwi po latach doświadczeń. A każdy biedniejszy port, czy spin-off był dla mnie okazją do zapoznania się z czymś nowym i możliwościami mojej konsoli. Takie wydane w 2005 CoD 2:Big Red One, uważam za bardzą dobrą grę, mimo że sporo jest brakuje do CoDa 2. Na obronę PS2 mogę jedynie dodać, że porty GTA3, VC i SA w moim mniemaniu wyglądają lepiej na czarnulce niż na PeCecie, bo jakieś takie lepsze oświetlenie i przyjemniejsze dla oka. Nigdy nie odczułem jednak, że czegoś na tej konsoli mi brakuje, wyszło wiele części NFS czy GT4, jeśli chciałem się pościgać, jeśli chciałem dobrego RPG to miałem Final Fantasy. Trochę ominęło mnie katowanie God of Wara, ale to głównie z faktu, że wszelkie edycje tej gry kraszują się w pewnym miejscu w wyniku zbyt wolnego wczytania pamięci z USB (USB 1.1 :<). Przez to ograniczenie ominęło mnie także kilka innych gier m.in. Tekken Tag Tournament, Half-Life, czy Battlefield2: Modern Combat, ale będąc już starszym myślę, że i na nie przyjdzie czas, oczywiście w wersji pudełkowej.

Czasy szóstej generacji konsol to także wielkie narodziny gier z otwartym światem, gdzie pojawiło się wiele konkurentów dla już wtedy popularnej marki Grand Theft Auto oferujący wielkie miasta, strzelaniny i rozwałkę np. True Crime czy DRIV3R, jednakże wiele z nich nie mogło równać się z produkcjami mistrzów. Pod koniec życia PS2 wychodziło też sporo gier stawiających na niszczenie otoczenia m.in. Just Cause czy Mercanaries, a do tego FlatOut2, czy BurnOut3. Dzięki takim zabiegom wiele gier zostało wzbogaconych o imersję. Jedną z ważniejszych premier tamtego czasu była ostatnia gra wydana na PS2 – we września 2013 roku FIFA 14, dzięki czemu przez chwilę mogłem poczuć wrażenie, że gram w coś zupełnie nowego, bo mam aktualne składy z tymi w rzeczywistości (chociaż w sumie już było zimowe okienko transferowe). FIFĘ tą uważam za najlepszą wersję 07 na tą konsolę, wiele mechanik zostało rozbudowanych o te pojawiające się na PS3, a także mnogości licencji, gdzie nawet każdy klub z Ekstraklasy miał swoje własne licencjonowane stroje. O tej jednak chciałbym opowiedzieć w kolejnej części tego maratonu.

Według mnie PS2 trafiła do mnie w idealnym dla siebie czasie, bo był to okres przejściowy pomiędzy starszymi grami na starym komputerze, a tymi nowymi na laptopie, który otrzymałem w końcówce 2016 roku. Zapoznał mnie z grami, które na moim sprzęcie nie miały nadziei dobrze się uruchomić. PS2 było dobrze nastawione na wspólne kanapowe granie, jednak osobiście nigdy nie miałem większego etapu w którym grywałem z kimś w ten sposób, bo skończyło się na kilku partyjkach z kolegą w LEGO Indiana Jones, czy ten padaczny tryb wieloosobowy dla GTA SA. Niemożna jednak odmówić tej konsoli miejsca w świadomości graczy, gdzie do dzisiejszego momentu żadnej konsoli nie udało się pobić rekordu sprzedaży wynoszącego 155 milionów sztuk. Zebrane razem Dreamcasty, XBOXy i Gamecuby razem zgromadziły ledwo powyżej 1/3 tego wyniku.

Rozważania o PS2 nie byłyby kompletne, gdyby nie zawierały listy najlepiej wspominanych przeze mnie tytułów. Uzbierałem takich.. 15, więc pozwolę sobie z nich sklecić osobną notkę. Mimo początkowych obaw PS2 kupiona przeze mnie w lutym 2014 służy mi do dziś i bezawaryjnie służy mi do dnia dzisiejszego, jedynie pad dołączony przez poprzedniego właściciela posiada już kilka przycisków niedziałających, ale zdążyłem zaopatrzyć się już w zamiennik. Przeciorałem na tej konsoli kilka tysięcy godzin i osobiście uważam pady do tej konsoli za jeden z najlepszych designów ostatnich lat. Sprzeciwy proszę w komentarzach :).

Wbrew temu co mógłby sugerować zakup jeszcze nie ukończyłem dołączonego do zestawu Hitmana, bo jest to gra niezwykle trudna do ukończenia i wielce precyzyjna, siadłem w ostatnie wakacje do niej, lecz udało mi się ukończyć jedynie 2/3 całej gry, lecz na pewno kiedyś ta twierdza polegnie. Do mojego „bogatego” zestawu gier należą jeszcze GTA3 kupione przeze mnie w sierpniu 2015, ukończone na 100% jakoś w styczniu, Shadow of Rome z stycznia 2016, ukończone po kilku tygodniach oraz GTA Vice City zakupione we wrześniu 2016, ukończone w lutym 2017. Jak widać moja kolekcja gier nie jest wielka, lecz każdy nowy tytuł próbuję ukończyć na 100%, żeby jak najlepiej oddać się rozgrywce każdej gry.

Oficjalna historia PS2 zakończyła się na przełomie 2012 i 2013 roku, kiedy to Sony oficjalnie wstrzymało produkcję urządzenia, chociaż śmiało można rzec, że ten system umarł śmiercią kliniczną już kilka lat wcześniej. Wielu ludzi uważa już ją oficjalnie za konsolę retro, głównie przez swoje 19 lat na karku. Ostatnią grą wydaną na urządzenie jest FIFA 14 z września 2013, chociaż wielu za prawdziwą ostatnią grę podaje tutaj God of War 2 z lutego 2007. PS2 dla mnie to nie tylko konsola, to motor do przeszłości, do stania się kolekcjonerem retro konsol i gier. To na tej konsoli poczułem pełną wczuwę w historie opowiadane przez gry (co zbiegło się z powolną nauką języka angielskiego), kolejnych misjach, czy zwrotach akcji myślałem podczas nudnych lekcji w szkole. Przy tej konsoli utopiłem sporo godzin przy FIFIE, GTA, NFSach, czy innych dla mnie nostalgicznych grach. O tych chciałbym wam jednak opowiedzieć w kolejnej części tego maratonu, gdzie przedstawię 15 gier wokół których łezka sama kręci mi się w oku, oraz wspomnę o kilku, które się nie załapały.

W tym miejscu chciałbym zaprosić was do wyrażania swoich wspomnień i opinii o tej konsoli w komentarzach – graliście? Nie graliście? Dla was to już retro? Oldschool? Czy niewarte uwagi badziewie? Jaka by nie była odpowiedź to napiszcie mi proszę w komentarzu? A w międzyczasie wpadnijcie na wpisy moich co-redaktorów np. Piterusa, gdzie ostatnio autor napisał kilka fajnych słów o swojej dotychczasowej przygodzie w FUT, czy LU-DM Team, gdzie ostatnio zaczęliśmy się bawić z serwer na multiplejerze GTAIV. Tymczasem, niech moc będzie z wami i do zobaczenia.


O przygodzie z Fifą 18 słów kilka – podsumowanie trybu wieloosobowego

FIFA – jedna z najbardziej rozpoznawalnych serii gier, w którą co rok zagrywają się fani piłki nożnej na całym świecie. Nie ma co ukrywać, że takim fanem jestem również i ja, jednak dopiero doświadczenia 18 tj. wersji sprzed roku dały mi zupełnie nowy obraz na wszystko to co z tą grą związane. Chciałbym się tym tu podzielić z okazji pewnej równej liczby przegranych w niej godzin. Trochę się już tego nazbierało, a szczerze te około 2000 znaków niżej tworzą chyba jeden nielicznych materiałów od bardzo dawna z którego jestem praktycznie w pełni zadowolony. Zapraszam do lektury!

Początek

FIFA 18 trafiła w moje ręce tak naprawdę niespodziewanie – dostałem ją na święta w grudniu 2017. Sam bym jej sobie w sumie nie kupił, bo hej, drogie rzeczy, ja również nie przepadałem (i dalej nie przepadam, ale to swoją drogą) za platformami cyfrowymi, nie wiedziałem nawet czy pójdzie na moim lapku i najzwyczajniej nie uważałem, że mi to „siądzie”, że łyknę jak to działa i wgl. Niemniej dobra, skoro już jest to trzeba zagrać Zainstalowałem. Od tamtej pory w Fifie 18 spędziłem niespełna 600 godzin (czyli na oko przez rok i parę miesięcy). Tak naprawdę była to moja główna i jedyna gra w tym okresie poza starszymi odsłonami GTA multi w ramach LU-DM czy zwykłego „ot, coś z kimś”.

Rozpoczynając przygodę z FUT tj. z graniem z prawdziwymi ludźmi musiałem przestawić się kompletnie na inne granie. Wiadomo, w tych niższych ligach jest słaby poziom to dawałem radę, ale wiedziałem, że jak chcę chociaż trochę wyjść wyżej to muszę się nauczyć inaczej grać. I tak z w sumie wesołego futbolu na początku z dużą liczbą strzałów z dystansu i graniem skrzydłami wypracować musiałem w sobie pewne schematy, które najzwyczajniej tam działają. Ma to swoje dobre i złe strony, w sumie cięższy wydaje się teraz powrót na starsze wersje, gdzie właśnie wesoły futbol jest efektywniejszy, a ja niepotrzebnie szukam jakichś bardziej wyszukanych rozwiązań. Generalnie nie uważam się za gracza jakoś bardzo dobrego, niemniej myślę, że na swoim sprzęcie gram nawet całkiem znośnie.

Taki offtop mały jeszcze – 18 jest w sumie odsłoną w którą gram/grałem najdłużej. Myślę, że więcej godzin mogłem spędzić jedynie w 07, w którą grałem bardzo długo i w sumie nadal czasami wrócę tam, chociażby dla soundtracku, który uznaje za jeden z lepszych w całej serii dzięki chociażby kawałkom pokroju Chloroform czy Kaleidoscope.

Garść statystyk

Mój bilans w trybie FUT na dzień 21 marca 2019 wynosi 542 wygrane, 82 remisy 492 przegranych; strzeliłem tam 1298 bramek (średnio 1,69 na mecz), straciłem 1172 (średnio 1,53). Bilans jest dodatni i wynosi 126 bramek. W zwykłym trybie online, w sezonach, gdzie zwykle grałem Realem Madryt bilans wynosi 59 wygranych, 11 remisów i 29 porażek. Największym moim „sukcesem” był awans do 1 ligi w FUT. Wygrałem również turniej online w dodatku do MŚ. Jeśli chodzi o tryb FUT Champions nigdy nie rozegrałem w nim dużej ilości meczy z racji braku czasu i nerwów i pewnie zatrzymałem się na jakimś silverze tygodniowym i miesięcznym brązie.

Trafy w paczkach

Wbrew pozorom nie mogę mówić o jakimś szczególnym szczęściu do paczek, lecz jeśli już trafiałem to w sumie nie mogłem narzekać Przede wszystkim mówiąc o paczkach musi rozdzielić dwa rodzaje – graczy wymiennych i niewymiennych. W dużym skrócie tych pierwszych możemy sprzedać na rynku, a tych drugich nie.

Zaczynając od dobrych, lecz nie wybitnych trafów do bez wątpienia do nich można zaliczyć chociażby trafienie Hugo Llorisa w wersji 88 oraz Matsa Hummelsa w wersji 89. W momencie ich trafienia otrzymałem za nich odpowiednio około 50 i 75 tysięcy monet. Nieco mniej bądź podobną kwotę (35-40k) dostałem za Luisao w wersji Classic ROW Heroes. Możliwe, że były również inne trafy z tej półki, jednak z różnych względów akurat te utkwiły mi jakoś bardziej w pamięci, a mniejszych w sumie nie ma co przywoływać. Ponad te trafy wybija się za to karta oceniona na 86 Samiego Khediry w formie, która niedługo po trafieniu zeszła za cenę w okolicach 100k coinsów.

Tak naprawdę te trafy i tak nie robią jakiegoś ogromnego wrażenia. Robi je 1 miejsce, czyli mój najlepszy traf jakim był…

 

….Marcel Desailly w wersji 87, którego sprzedałem za niespełna 800k monet! Tym samym stałem się jednym z nielicznych szczęśliwców, którzy trafili ikonę ogólnie, a dwa trafili ją z wymiennej paczki. Paczka ta trafiła do mnie za wykonanie jednego z dostępnych zaawansowanych SBC. Trafiłem go na oko dwa miesiące po tym jak pierwszy raz odpaliłem FUTa – gdzieś pod koniec lutego, więc w całkiem niezłym okresie cenowym. Uwierzcie moje zdziwienie było w tamtym momencie naprawdę spore – może nie darłem się jak niektórzy na YT, niemniej no spory szok był zdecydowanie W sumie traf ten ustawił mnie do końca gry – dzięki pieniądzom z tej karty mogłem złożyć może nie niebotyczny, ale na pewno konkurencyjny skład, który mi sporo pomógł i który później mogłem starannie ulepszać.

Jeśli chodzi zaś o niewymienne trafy oddzielić trzeba te, które poszły na tak zwane przepalenie w SBC (miały wysoką ocenę, ale były średnio grywalne) i te, które realnie wzmocniły mój skład swoją obecnością. Do tych drugich kart z pewnością zaliczam Ter Stegena na początku gry, Inakiego Williamsa, Geoffrey’a Kondogbię czy idąc w późniejszy etap karty TOTS Jamiego Vardy’iego, Rodrigo Moreno, Iago Aspasa, Stefana de Vrijka oraz co uznaję za mój najlepszy niewymienny traf – Laurenta Blanca w wersji 85 trafionego w SBC o ikonę w wersji Baby. Swoją drogą paradoksalnie wspomniany wcześniej Desailly pozwolił mi zrobić to wyzwanie. Było to spore ryzyko, na szczęście bez cienia wątpliwości się opłaciło. Generalnie jak łatwo zauważyć miałem zdecydowanie większe szczęście w trafach niewymiennych niż wymiennych.

Moje składy

Pod koniec 2018 roku uznałem, że cały mój skład zbudowany będzie tylko i wyłącznie z kart niewymiennych. Sprzedałem co miałem do sprzedania i na moment pisania tego wpisu wygląda on następująco:

W skrócie pochodzenie poszczególnych zawodników (od ataku od lewej do prawej) :

Vardy TOTS – trafiony z paczki

Rodrigo TOTS – trafiony z paczki

Laudrup ICON PRIME – prezent od EA

Henderson SBC – zrobione SBC

Blanc ICON BABY – trafiony w SBC o Baby ikonę

Griezmann SBC – zrobione SBC

Desailly ICON PRIME – prezent od EA

Manolas FUTTIES – zrobione SBC bądź wyzwanie tygodniowe

De Vrijk TOTS – trafiony z paczki

Vrsaljko FUTTIES – zrobione SBC

Van Der Sar ICON PRIME – prezent od EA

Begovic FUTTIES (w wersji jak zwykły) – prezent od EA

Varane FUTTIES (w wersji jak zwykły) – prezent od EA

Schweinsteiger FUT Birthday – zrobione SBC

Pirlo EotE – zrobione SBC

Shevchenko ICON PRIME – prezent od EA

Aspas TOTS – trafiony w paczce

Ibrahimovic SBC – zrobione SBC

Carlitos TOTS – zrobione wyzwanie tygodniowe

Martial FUTTIES (w wersji jak zwykły) – prezent od EA

Kondogbia – trafiony w paczce

Williams – trafiony w paczce

Vidal – trafiony w paczce

Ponadto w klubie mam także inne karty niewymienne, raczej nieużywane.

Posiadam również skład w dodatku MŚ. Tam oczywiście wszystkie karty niewymienne również (bo się nie da inaczej) :

W obydwu przypadkach istnieje szansa, że składy jeszcze się zmienią, a przynajmniej przetasują z ławką, niemniej tak to wygląda na ten moment.

Legendy Klubu

Kartą na jakiej mam najwięcej rozegranych meczy (czyt. konkretnie na jednej karcie) jest Inaki Willliams. Rozegrałem nim 662 spotkania. Zaraz za nim jest Blanc z 658 meczami, więc lada moment będzie on numerem jeden, bo hiszpańskim skrzydłowym już nie gram, a Blancem będę grać do końca gry. Williams jest również numerem jeden jeśli chodzi o asysty – aż 155 jego podań znalazło partnera, który wpakował piłkę do siatki. Zaraz za nim jest za to TOTS Carlitos, który lada moment go wyprzedzi. Lopez ma również najwięcej goli – strzeliłem nim jak do tej pory 253 gole.

Powyższe statystyki dotyczą jednej karty, jednak jeśli miałbym wybrać jedną jedyną, największą legendę klubu to byłby nią… Antoine Griezmann! Przez długi czas Francuz był numerem jeden i ciągnął zespół do kolejnych wygranych. Później zdecydowałem się zrobić jego lepszą wersję, która nie odgrywa już aż tak znaczącej roli, niemniej sumując statystyki na obydwu kartach wychodzą naprawdę kosmiczne liczby: 683 mecze, 341 goli, 262 asysty. Poniżej jego statystyki w momencie, gdy go sprzedałem:

Materiały video

Jakiś czas temu przy okazji porządków na dysku postanowiłem skleić różne filmiki jakie miałem z Fify. Efekt tego wyszedł taki jaki widać niżej. Z góry przepraszam za jakoś pierwszego filmu, ale fragmenty robione były telefonem najczęściej żeby wysłać komuś na Messengerze, nie planowałem wcześniej tego jakoś archiwizować, a też nie gram z odpalonym frapsem w tle z resztą podobna sprawa ma się ze zdjęciami w całym wpisie. Frapsem nagrałem dopiero tę oddzielną bramkę, bo było warto

Historie

Podczas jakby nie patrzeć tylu godzin grania w ten tryb byłem świadkiem różnych dziwnych historii. Nie tak dawno byłem chociażby uczestnikiem najszybszego RQ jakie widziałem w Fifie gdziekolwiek. Rozpoczynałem mecz od środka, kilka podań, strzał, gol – znam ten ból, zawiało kick off glitchem, ale żeby zaraz:

Gość wyszedł zanim zdążyliśmy obaj dobrze usiąść i nawet nie dotknął piłki!

Nerwy to ogólnie nieodzowny element FUTa. Na porządku dziennym są praktyki, które mają wyprowadzić przeciwnika z równowagi. Są na to różne sposoby – od przyjętych za irytujące cieszynek, poprzez oglądanie każdej możliwej powtórki do oporu (ze spalonymi włącznie) co wydłuża kilkukrotnie czas meczu, aż po samą chamską grę czyt. granie na czas, podawanie do bramkarza i różne tego typu praktyki, a przecież nie zahaczyłem nawet o komunikację czy to głosową czy wiadomości – te rzeczy akurat mam offnięte. Niestety da się również spotkać różnych cheaterów, którzy różnymi kombinacjami potrafią wywalić swojego przeciwnika z często wygranego meczu. W najbardziej kuriozalnym momencie nie zaliczyło mi meczu mimo że zakończył się on już gwizdkiem arbitra. Niejednokrotnie miałem momenty, gdzie mówiłem, że nie, to już jest ten moment by się pożegnać, ale nie, also to wszystko jest w sumie wpisane w konwencję grania w Fifę jako taką – kiedyś temat ten podjął Vandi, nawet w postaci artykułu na tej stronie. Z resztą usuwanie nie miałoby praktycznego sensu – i tak bym wrócił, a nie chciałoby mi się od nowa ściągać tego wszystkiego i instalować

FUT to jednak także sporo spoko osób. Pamiętam jak na święto św. Patryka był event, gdzie można było zdobyć specjalne karty Irlandczyków, które były potrzebne m.in. do zrobienia Bastiana, którego mam w składzie. Wyzwanie polegało na strzeleniu nimi (czyt. tymi Irlandczykami) iluś bramek w meczach towarzyskich. Oczywiście z racji, że tam ciężko o jakichś dobrych napastników, dodatkowo w tym trybie to gracze postanowili się jakoś miedzy sobą dogadać i dać sobie strzelić te bramki. M.in. dogadałem się tak z gościem i ja, mimo że jak wcześniej wspomniałem, nie mieliśmy żadnego micro ani czatu – jak widać język Fify jest językiem międzynarodowym.

Innym razem spotkałem rozpoczynając mecz spojrzałem na połączenie moje z moim przeciwnikiem i było ono bardzo słabe. Miałem już wychodzić, lecz zauważyłem, że przeciwnik mi mryga – takie pole się świeci i gaśnie. Patrzę na nazwę jego składu, a tam nazwa „dwie kreski nie tnie” i faktycznie – nie cięło

Sporą rolę generalnie przy trybie FUT, jak w sumie przy każdej grze sieciowej odgrywa społeczność jaka jest wokół niej związana. Również i ja, głownie w ramach grupy Rzeźnicy Kartomanii miałem okazję wymieniać się doświadczeniami z innymi grającymi ludźmi – sugerować zmiany w składzie i różne inne podobne. Dzięki FUT zacząłem też bardziej śledzić scenę YT Fify. Przez to wszystko miałem i parę nowych tematów ze znajomymi, a jeden gość z którym dawno nie gadałem nawet napisał do mnie w stylu „hej, widzę, że też grasz” – fajna sprawa.

Co dalej?

FIFA 18 nadal jest na moim dysku i nadal w nią gram, mimo że pewnie trochę mniej niż wcześniej. Teraz już dominuje 19, lecz na nią raczej nie miałem chęci, z resztą najzwyczajniej 18 mi się jeszcze nie znudziła! Mam jedynie Demo 19 w razie z kimś miałbym kiedyś pograć tak na żywo, pad w pad, czy tam klawa w pad, bo ja w sumie wolę na klawiaturze grać Z resztą ciesze się, że spośród różnych odsłon Fify trafiłem akurat na 18 – w 19 mam wrażenie jest za dużo tego wszystkiego teraz, a z kolei taka 17 była dopiero co pierwszą odsłoną na nowym silniku i miała po prostu swoje błędy technologiczne.

Generalnie wpis ten zbiegł się z 10 urodzinami trybu FUT. Szczerze dla wszystkich interesujących się Fifą czy generalnie piłką nożną polecałbym spędzić chociaż rok tj. sezon grając w ten sposób. Szczerze ja już nie wyobrażam sobie grania na bota, jedynie online lub co w sumie jeszcze bardziej spoko z jakimś kolegą (lub koleżanką) u boku. Tak czy inaczej naprawdę fajna sprawa i czy to jeszcze przez jakiś czas w 18 czy kiedyś w innej odsłonie moja przygoda z Fifą na pewno się nie skończy. Brakowałoby mi tego.

Piłka nadal w grze!


NESowy Batman w innym wydaniu?

Pewnie wielu z was wie, o czym z resztą wspominałem w poprzednich artykułach, że jedną z moich ulubionych gier na Pegasusa jak i generalnie wśród tytułów video jest wydany na konsolę NES Batman. Cenię ją mocno ze względu na klimat i jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych tej generacji. Co bardziej zaznajomieni kojarzą pewnie nawet inny tekst o tej grze, który w swoim czasie trafił na jeden z serwisów internetowych. Tę samą grę na swój warsztat wziął niedawno Xenon, który postanowił bliżej przyjrzeć się różnicom jakie są miedzy finalnym produktem, a nieco wcześniejszą fazą gry. Nie mógł zrobić tego lepiej niż poprzez longplay, który zamieścił na swoim kanale na YT.

Prócz bardzo sprawnego przejścia gry (szanuję, ja mimo że uwielbiam tę grę to tak nie umiem chyba) Xenon pokusił się o wymienienie jakie różnice faktycznie można uświadczyć na pierwszy rzut oka między tym co wielu z nas zna bądź kojarzy, a tzw. prototypem. I tak mamy tu m.in. inne cutscenki (w końcu początkowy zeskok ma sens!), różnice w bonusach, ilości życia czy finalnie w zakończeniu gry! Oczywiście nie mówię tu o fabule, a po prostu – innym rozłożeniu końcowych poziomów. Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego – z różnych względów gry trafiają na rynek w innej formie od pierwotnej, zaczynając od kwestii czysto technicznych po, nie ukrywajmy, fanaberie twórców. Wiele legend urosło przecież chociażby wokół GTA – szczególnie trójki, która chyba najbardziej zmieniła się od założenia do tego co trafiło finalnie na nasze sprzęty. Z czego zmiany wynikały w tym przypadku? Niestety nie jestem w stanie stwierdzić.

Wszystkim fanom gatunku czy po prostu gier z Batkiem w roli głównej serdecznie polecam samą grę – w jakiejkolwiek by nie była ona formie, prototypowej czy „skończonej”. Nawiasem pytanie: a jaka gra wam pierwsza przychodzi na myśl gdy myślicie o wcześniejszej wersji? Domyślam się, że w dobie platform cyfrowych coś early access Co by to nie było dajcie znać w komentarzach niżej.


CJ forever alone jako obiekt badawczy?

Oznajmić, że fabuła San Andreas jest dość powszechnie znana wśród fanów gatunku podobnych gier to jakby nic nie powiedzieć. Większość z nas zna na pamięć cutscenki, dialogi postaci w nich czy po prostu przebieg poszczególnych misji. Jednak czy zastanawialiście się kiedykolwiek jak wyglądałaby gra z perspektywy niezaznajomionej z tematem osoby, która widziałaby jedynie przerywniki pomiędzy misjami i to tylko wyłącznie z głównym bohaterem? Naprzeciw takiemu pomysłowi wyszedł FlyingKitty, który na swoim kanale na YT umieścił taki o to filmik. Oczywiście całość ma charakter przede wszystkim humorystyczny, ale wbrew pozorom nasuwa się tu też nieco inna konkluzja.

Generalnie abstrahując od filmu podany film pokazuje to jak wiele czynników składa się na finalny odbiór „dzieła” – mowa zarówno o filmie, grze, muzyce czy czymkolwiek podobnym. W ramach testu spróbujcie sobie kiedyś zrobić takie ćwiczenie myślowe i puśćcie jakiś film bez głosu bądź np. z inną muzyką czy nawet grając w grę włączcie sobie jakąś kompletnie oderwaną stylistycznie muzykę w tle. Oczywiście taki, którego nie znacie, bo jak już oglądaliśmy to może występować zjawisko synestezji, ale to już inna sprawa akurat. Możecie też pobawić się nieco bardziej jak na filmie, z tym że to już skomplikowany zabieg, ale i takie rzeczy na nawet na innych tytułach można już spotkać – czym że jest przecież najnowsza odsłona Fify, gdzie, możemy ustawić własne zasady, a co za tym idzie musimy zmienić nasz sposób grania. Tak nawiasem ostatnio widziałem wgl coś w stylu mema, że jest video z akcji ratowniczej z płonącego budynku i było puszczone ono od tyłu (możecie się domyśleć przebiegu) albo kultowy już film o chytrej babie, która tym razem… oddaje napoje na stół.

Ot dygresja. Po prostu kiedyś mi nawinął się ten filmik, a paradoksalnie niesie on więcej treści niż może się postronnemu wydawać. Z resztą nie to było zamysłem twórcy, chociaż, kto wie?


Jak Niemiec zrobił najlepszy polski RPG, czyli wspomnienia i recenzja Gothic

W tym miejscu miała paść historia wielkiej wrogości pomiędzy Polakami, a Niemcami, jednak w wyniku może zbyt kontrowersyjnej treści postanowiłem zamienić ją na coś innego. Znacie zapewne Wiedźmina, który głównie po premierze trzeciej części w 2015 roku stał się jedną z największych chlub kraju nadwiślańskiego i nadaje mu się tytuł najlepszej gry RPG wszechczasów, lecz jednak według mnie ten tytuł należy się zupełnie innej produkcji, którą dzisiaj nazywać już chyba trzeba retro, która nakreśliła gatunek RPG setkom polskich graczy. Dzisiaj porozmawiamy o Gothicu, czyli jak to lubię sobie żartobliwie mówić „Najlepszej polskiej gry RPG stworzonej przez Niemców”. Zapraszam.

W świecie gry trwa wojna pomiędzy ludźmi, a orkami, którą dość łatwo zaczynają wygrywać zielone monstra. W wyniku tej sytuacji król Rhobar II potrzebuje wytworzenia dla jego ludzi broni z najlepszego możliwego tworzywa – magicznej rudy, której największe złoża znajdują się na terenie Górniczej Doliny na wyspie Khorinis. Tworzy się tam kolonia karna, gdzie bandyci zmuszani są do pracy w kopalniach tego kruszcu. Dodatkowo, aby się zabezpieczyć władca zleca swoim magom stworzenie magicznej bariery nad całą doliną, aby żaden z więźniów nie próbował uciec. Coś jednak nie idzie po myśli uczonych, a obszar działania magicznego więzienia zostaje niespodziewanie zwiększony pochłaniając magów i sporą część dalszych terenów. W wyniku zamieszania bandyci przejmują władzę w obozie, a król staje pod ścianą. Zawiera ugodę z więźniami w wyniku której będzie dostarczał im czegokolwiek sobie zażyczą, a on transportować będą mu magiczną rudę. I tak oto pewnego razu osądzony zostaje nasz bohater, który za swoje nieznane nam czyny zostaje wtrącony pod magiczną kopułę i skazany na wieczną harówkę w kopalni. Na swojej drodze gracz będzie miał możliwość dołączenia do trzech ścierających się ze sobą obozów i znalezienia sposobu na wyrwanie się spod ryzów magicznej bariery.

Gothic powstał jako dziecko trójki młodych programistów lubujących się w grach z serii Ultima, którzy zafascynowani grafiką 3D sami postanowili spróbować się w stworzeniu własnej gry opartej na własnym trójwymiarowym silniku. Sam koncept wielkiego więzienia zaczerpnięty został z filmu „Ucieczka z Nowego Jorku”, co łatwo można byłoby uzasadnić fabularnie. Warto nadmienić, że gra miała zawierać tryb wieloosobowy, gdzie nawet do 5 ludzi jednocześnie miałoby przechodzić fabułę i pomagać sobie nawzajem, lecz w końcowej fazie produkcji został on usunięty, prawdopodobnie z braku zasobów na ten aspekt.

Świat przedstawiony w grze jest dowodem geniuszu pomysłowości Michaela Hoge, który dostał za zadanie zagospodarowanie tak wielkiej przestrzeni. Kolonia to w większości tętniąca życiem metropolia kryjąca wiele indywiduów od złodziejaszkowatych Szkodników, po konsumpcyjnych magnatów Starego Obozu do ślepo zapatrzonych członków Sekty. Dodano dwa dość wielkie lasy mające być koszmarem dla odwiedzających ich niedoświadczonych graczy, gdzie większość potworów chętnie zjadłaby Bezimiennego na kolację. Z czasem jednak ze wzrostem umiejętności głównego bohatera zapuszczać się będziemy mogli do coraz bardziej niebezpiecznych terenów m.in. na ziemie Orków, do wieży Mgieł, czy Starej Fortecy. Świat Gothica jest tak różnorodny, co przedstawia również projekt potworów, od istniejących Wilków, czy Chrząszczy po przerośnięte Komary, zminiaturyzowane T-Rexy, czy krzyżówkę kreta ze szczurem(what?).

Mechanika gry niestety jest dzisiaj bardzo toporna, wszystko w większości przez spartolony model sterowania z myszką, gdzie do każdej akcji myszką nacisnąć trzeba dodatkowo jakiś przycisk na klawiaturze. To samo jest podczas handlu, gdzie sami musimy wybrać przedmiot, który chcemy kupić, a następnie wyrzucić na stół odpowiadającą mu ilość magicznej rudy, co przy przedmiotach wartych tysiące bryłek trwa zdecydowanie za długo. Dodatkowym grzechem są liczne kategorie przedmiotów, które trzeba podczas niektórych akcji przewijać, co znowu jest bardzo frustrujące. Na szczęście poprawione zostało to w drugiej części. Toporne dla niektórych może być też to, że walka ogranicza się do wydania kilku ciosów naszym rywalom ponieważ Bezi zawsze zadaje tyle samo obrażeń, nie ma tutaj mowy o obrażeniach krytycznych, czy dodatkowych, a wszystko zależy od siły bohatera i jego oręża. Durne jest także to, że nasz bohater nie potrafi biegać z prawdziwego zdarzenia, potrafi tylko truchtać, a biegać można tylko za pośrednictwem wypicia wcześniej mikstury. Fajnie byłoby, gdyby był pasek wytrzymałości, który wiadomo jakby działał. Ostatnim moim zarzutem wobec tej gry jest fakt, że sporą część rzeczy trzeba robić na czuja, a do tego niemal co kilka minut zapisywać, ponieważ po naszej śmierci zostajemy tylko z zapisem gry, nie ma odradzania się w jakimś miejscu, cały postęp od momentu zapisu zostaje utracony, co przy osobach zapominalskich może zdenerwować jeśli się przytrafi.

Jednak mi graczowi największą frajdę w Gothicu sprawia jak w rasowym RPGu wykonywanie kolejnych zadań popychających fabułę do przodu, które zostały nakreślone niezwykle spójnie i wszystkie twisty są szybko tłumaczone przez postacie niezależne, z którymi nasz bohater się zadaje. Uwielbiam przechodzenie początkowych zadań dających bezcenne punkty doświadczenia, które można spożytkować u nauczycieli na polepszenie statystyk. Misje o poparcie w Starym Obozie należą do jednych z moich ulubionych, szczególnie cieszyłem się, gdy po raz pierwszy przechodziłem go, gdy nie miałem jeszcze Internetu i sam musiałem rozkminiać np. jak dostać się do obozu na bagnie, gdy na drodze tyle niebezpiecznych na początku potworów, czy dostanie się przez niebezpieczny las do wnętrza kopalni. Dodatkową frajdę sprawia mi w Gothicu zwykłe pokonywanie potworów, które według mnie zostało zrobione o wiele lepiej niż w Wiedźminie, czy Morrowindzie. Czuć po prostu moc swojej postaci, która z czasem zapuszczać się może na coraz silniejsze potwory i do coraz to niebezpiecznych miejsc. Dodatkowo świetną robotę robi tutaj lokalizacja wykonana przez CD Projekt, która nadaje całkowity klimat całej produkcji, że można traktować ją niemal jak polską grę spod niemieckiej ręki. Wiele dialogów z serii stało się kultowymi, że sam nawet gdy nie mam go na komputerze lubię odpalić sobie składankę najlepszych rozmów jedne z moich ulubionych to „Nazywam się Diego”, albo „Przyszedłeś tu tylko, dlatego aby móc pocałować Gomeza w dupę.”. Nie wyobrażam sobie po takim ograniu polskiej wersji przysiąść na przykład do wersji amerykańskiej, bo doświadczenie mogło być całkowicie inne.

Ostatnią rzeczą o której warto wspomnieć jest szeroka społeczność Moderska pierwszego Gothica, która co raz okrasza nas ciekawymi modyfikacjami, często nawet spod polskiej ręki. Ja na przykład podczas ostatniego grania w tą produkcję skusiłem się na mod Mroczne Tajemnice mający pełnić tą samą funkcję, co Noc Kruka dla G2. I rzeczywiście czuć to, bo dodała ona wiele nowych obozów, zadań, postaci, a sam poziom trudności został niezwykle podniesiony, gdzie sam grając na najniższym stopniu trudności miałem problem w niektórych momentach, a boję się, co by się działo na najtrudniejszym. Osobiście nie podobał mi się słabo wykonany dubbing, ale nie oszukujmy się i nie oczekujmy cudów w takiej fanowskiej produkcji.

Gothic to jedna z najbardziej kultowych pozycji w Polsce i mimo że w tym roku legalnie będzie mogła kupić już sobie piwo w polskim sklepie to polecam ją serdecznie, bo mimo dość topornej rozgrywki potrafi naprawdę wciągnąć swoją fabułą, ciekawymi postaciami i światem i zapewnić rozgrywkę na kilkanaście dobrych godzin. Mimo że lubię naszego polskiego Wiedźmina to jednak według mnie produkcja Piranha Bytes nie ma sobie równych i w moim rankingu najlepszych RPG ląduje na drugim miejscu. Dlaczego drugim? Ponieważ kolejna część przygód Bezimiennego bohatera była jeszcze lepsza, a o niej w kolejnym odcinku.