11 września: dla wielu dzień jak każdy inny, dla innych dzień, który zmienił wszystko

Wiecie, jak wchodzi się do mojego pokoju to jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy jest panorama Nowego Jorku na ścianie – taka klasyczna raczej, zachód słońca, Most Brookliński, jeżdżą po nim samochody, za nim wieżowce z dwoma głównymi, które w swoim czasie uchodziły za stolicę światowego handlu. W nich zapalone światła, ludzie załatwiają swoje sprawy, pewnie dzwonią gdzieś, chodzą, rozmawiają, w końcu hej, to Nowy Jork, to miasto nie śpi.

Dziś tych wież już tam nie ma, a świat od tamtego zdjęcia bardzo się zmienił – zarówno świat jako świat, jak i „świat” poszczególnych osób.


11 września 2001 roku miał miejsce jeden z największych zamachów terrorystycznych jaki dosięgnął tzw. współczesny świat. Zginęło w nim blisko 3 tysiące osób, pomijając już nawet ogromne straty materialne. Dziś od tamtej tragedii mija 18 lat, w umysłach wielu ludzi pewien obraz tego co się wtedy działo zdążył wyblaknąć i w sumie dziś nie mówi się o tym jakoś szczególnie dużo i to nawet nie że u nas w Polsce, ale generalnie, pisząc ten wpis odpaliłem CNN i leci jakiś randomowy program o tym, że nowe ajfony nie będą takie drogie. Może taki traf. W końcu też może nie będą o tym nadawać cały dzień, tylko bliżej samej uroczystości.

Pewnie każdy z nas z tamtego dnia ma inne wspomnienia. Sam dziś już w sumie niewiele pamiętam, miałem wtedy nieco ponad 5 lat. Może to zakrzywiony już obraz, ale pamiętam jedynie, że tego dnia rodzice zabrali mnie ze sobą do sąsiadów, posadzili przed telewizorem, a tam czy to na żywo, czy to powtórka, zawaliła się akurat druga z dwóch wież. Pamiętam też, że ludzie generalnie bali się, może nie tyle wojny, co zostało w jakimś stopniu zaburzone ich poczucie takiego globalnego bezpieczeństwa. Później Osama, Bush, Irak, dalszy ciąg wszyscy znamy i jego pokłosie chociażby w kolejnych zamachach, które na tym światowym poziomie nigdy nie osiągnęły już tej skali, bo na tym jednostkowym nie nam to oceniać, to nadal kolejne ludzkie dramaty, niezależnie od rozmiaru.

Budynki World Trade Center w pewnym sensie były jednymi z symboli współczesnej cywilizacji, a po zamachu stały się nimi tak dwa razy na zasadzie, że bardziej zaczęło się zwracać na nie uwagę. Przykładów jest sporo, chociażby z kina: film Kevin sam w Nowym Jorku, gdzie z oczywistych względów były one pokazane (swoją drogą pomyślałby ktoś, że występujący tam wtedy Donald Trump będzie prezydentem USA?), Szklana Pułapka 3 czy w filmie Oliver i spółka, gdzie tym razem widzieliśmy wieże w animowanym wydaniu.

Nie jest moim celem tu odkopywanie na nowo tej tragedii czy generalnie tego tematu, bo też każdy wie o co chodzi, kompletnie nie w tym rzecz, ale chciałbym zostawić tu jedynie pewną refleksję – w pewnym sensie cały czas jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego stanu rzeczy i na co dzień zapominamy, że świat w którym obudzimy się jutro może wyglądać zupełnie inaczej niż dziś. I ponownie nie chciałbym popadać tu w jakiś patos, ale pokazało to też jak bardzo się ludzie zdziwili chociażby przy niedawnym pożarze Notre Dame. Nic nie jest dane nam na zawsze lub inaczej – nic nie jest wieczne czy niezniszczalne i czasami warto spojrzeć na niektóre sprawy pod tym kątem i może jakoś bardziej pewne rzeczy docenić. Wiadomo, że nie da się tak codziennie działać z taką świadomością, ale warto czasami sobie to uzmysłowić, chociażby przy takiej rocznicy jak ta.


Maraton PS2 [2/3] – Parszywa dwunastka

PlayStation 2 to konsola z fantastyczną biblioteką gier. Ponad 3,500 tytułów wydanych na przestrzeni 13 lat, mnogość tytułów niedostępnych na platformach konkurentów do tego wsteczna kompatybilność z poprzednikiem pomnażająca bibliotekę o kolejne tytuły. Stworzenie jakiejś listy najlepszy gier na tą konsolę to zadanie, które nie mam zamiaru się podjąć – zbyt wiele gatunków zawitało na tej konsoli, serii, które mnie nie pochłonęły. Nie ma szans, by moja lista debeściaków odwzorowywała stan faktyczny. Dodatkowo, jako że jest to materiał wspomnieniowy to raczej spróbuję rozmawiać o tytułach, które najbardziej zapadły mi w pamięć przed posiadaniem własnego egzemplarza konsoli, maksymalnie do 2 lat od zakupu (2016). Przedstawiam wam listę moich najbardziej nostalgicznych gier, nostalgicznych z różnych względów od razu zastrzegam, każdy przypadek będę zaraz szczegółowo omawiał, ale zdajcie sobie sprawę, że ten wpis nie będzie pokazywał tej konsoli od najlepszej strony w tym sensie, że nie będzie aż tyle gier uznawanych powszechnie za najlepsze, bardziej liczcie na mniej oczekiwane pozycje. A tak na marginesie, na tej liście są tylko 4 ekskluziwy, ale co poradzę, z większością z tych gier miałem najlepsze wspomnienia właśnie na czarnulce. Nie tracąc więc czasu na rozwlekanie tego co nieuniknione, czas zaprezentować pierwszy tytuł.

15. Metal Slug 3 (2014)

Pamiętam tą grę, gdyż była pierwszą jaką brat zaprezentował mi niedługo po przyniesieniu pożyczonego od kolegi egzemplarzu konsoli. Dostałem w dłoń drugiego pada i dostałem jedną z najbardziej zabawnych gier do wspólnego grania na jaką nigdy wcześniej trafiłem. Rozgrywka w tej grze jest niezwykle prosta, bo jest to niezwykle śmieszna kreskówkowa wersja Contry. Wybieramy wojaka i od razu zostajemy zrzuceni na plażę (Omaha(?)) i ruszamy niszczyć każdego przeciwnika na naszej drodze przy okazji zbierając różne znajdźki dawane nam przez pojmanych sojuszników. Naszymi przeciwnikami są głównie przygłupi żołnierze opozycji, chociaż znajdzie się też kilka egzotycznych oponentów z krabami czy plującymi ogniem rosiczkami na czele. Niszczenie kolejnych zastępów przeciwnika przy pomocy fajnego arsenału broni sprawiało mi masę frajdy, ale nic byłoby to bez dwóch aspektów. Pierwszym z nich jest niezwykły humor produkcji, gdzie niemal na każdym kroku wylewa się dowcip, np. z przerażonych twarzy żołnierzy, kiedy nas zauważą, czy gdy po zebraniu odpowiedniej ilości jedzenia nasz heros staje się „ulany” i zamiast typowego noża używa widelca. Albo poziom drugi w którym możemy zostać zamienieni w zombie i pluć krwią po całym ekranie. Ostatnim aspektem gry są niezwykle fajnie pomyślani bossowie, którzy mimo że w wielu przypadkach wtórni to ich ataki szczególnie za pierwszym razem mogą być niezwykle nie do przewidzenia. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że na niektórych planszach możemy wybrać kilka dostępnych ścieżek, co w rzeczywistości pozwala na przejście gry na kilka sposobów. Tak oto mamy przepis na grę, która idealnie sprawdzi się w piątkowy wieczór zamiast seansu nudnego filmu z telewizji, z kolegą, lub lepiej z koleżanką.

14. Raw vs. Smackdown 2011 (2010)

W pewnym momencie kilka osób z mojej osiedlowej „rodziny” dostało w pewnym momencie szajbę na punkcie profesjonalnego wrestlingu, gdzie co tydzień zasiadali do komputera oglądając akcje z tego świata. W Stanach ta branża rozrywki cieszy się bardzo wielką popularnością i w sumie nic dziwnego, bo nawet dla mnie wygląda to jakby dwóch superbohaterów dzisiejszych czasów walczyło ze sobą dla ubawu publiczności. Wiem, że to jest wyreżyserowane, czy nie prawdziwe… Ale jak można wyreżyserować lądowanie tych 150 kilowych potworów na sobie, nawet ci najmniejsi często latają po całym ringu, czasem okładając się stalowymi krzesłami i innym wyposażeniem. Dlatego w/w gra spełniała każdy sen takiego fana WWE, bo była produktem pełnym – składała się z wielu gal obecnych także w wrestlingu – był Royal Rumble, Eliminator Chamber, Ladder Match, stary wszystko! Dodatkowo w grze dostępnych było wiele popularnych wtedy wrestlerów z moim ulubionym Reyem Mysterio, czy chyba najbardziej popularnym John’em Ceną. Ile razy tworzyłem siebie za pomocą kreatora, a potem dołączałem do rozgrywających się meczy pomiędzy botami, które po kilku chwilach masakrowałem swoim finisherem. I to właśnie był chyba kolejny element, który dodaje tej branży i co za tym idzie grze tego smaczku – te właśnie kończące ruchy, ostateczne ciosy dla naszego oponenta, po których pada na ring i mamy czas na przypięcie go i wygranie pojedynku. Fajny był także tryb „kariery(?)”, który oprowadzał nas po wszystkich wydarzeniach w ciągu roku wydarzających się w świecie WWE. To właśnie tam z czasem odblokowywało się kolejnych wrestlerów, które urozmaicało wszystkie pozostałe tryby, szczególnie mój ulubiony Royal Rumble. Gra była idealnym spadkobiercą PC-owego WWE Impact, które było jednak strasznie ograniczone i nie posiadało tyle zawartości, co w/w tytuł.

13. Prince of Persia: The Two Thrones (2005)

Od dawna miałem jakąś słabość do zjawiska posiadania swojego „alter-ego”, swojej złej strony, która będzie przeciwieństwem tego, co prezentujesz na co dzień. I takie są Dwa Trony, ostatnia część trylogii Piasków Czasu Księcia Persji, który jakoś nie podpasował mi podczas ogrywania go na Pegasusie, nie lubię gier, gdzie często trzeba zasuwać na tzw. „popierdolca”, a też gameplay w tamtej produkcji nie postarzał się w mojej opinii za dobrze. Wracając do części z 2005 roku nasz książę w wyniku kontaktu z jakimś starożytnym artefaktem dostaje znamię jak Jin Kazama z Tekkena na prawym ramieniu przez które od czasu do czasu nad jego ciałem i zyskuje on nowe metody poruszania się, a także eliminacji wrogów. Dodatkowo dochodzą skutki wydarzeń z Piasków Czasu i Duszy Wojownika. Sam książę w wyniku wydarzeń wydoroślał i dorósł, nie był już tylko prostą kalką Alladyna, czy innego bohatera baśni 1000 i jednej nocy. Opowieść nabrała mrocznego charakteru, co widać po często bardzo brutalnych zabójstwach przeciwników podczas walki, szczególnie będąc alter-ego księcia. Ulepszono system walki, który sprawił, że walki przestały przypominać masowy gangbang, co było niezwykle denerwujące w Piaskach Czasu. Ale sama seria nie byłaby sobą bez swojej akrobatyczno-platformowej otoczki, którą osobiście uwielbiam. To bieganie po ścianach i skakanie po półkach zawsze mnie jarało i przyjemniej robi mi się to w Księciu, niż w spadkobiercy – Assassin’s Creed. Ogólnie bardziej podobała mi się przez to ta mroczna część bohatera, z łańcuchami, które wprowadzały nowe elementy do w/w aktywności. Denerwował mnie jedynie w tej postaci fakt, gdyż tam z czasem życie naszego bohatera spada, a podleczyć można się tylko mordując kolejne zastępy przeciwników. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że niszczenie skrzyń i innych pierdół też zwraca nam trochę zdrowia, prawdopodobnie ta gra byłaby już przeze mnie ukończona, a jak na razie czeka na swoją kolej, kiedyś.

12. NBA 2K11 (2010)

Koszykówka, jedna z wielu dziedzin sportowych, które mnie zawsze fascynowały, ale z prawdziwą grą już bywało słabo, głównie z powodu braku talentu, zaangażowania i wzrostu, ale od czego są gry wideo i jeśli chodzi o tą dyscyplinę sportu, to do głowy przychodzi mi tylko jeden tytuł – NBA 2K11. Rozgrywka tam była niezwykle prosta i w sumie nie ma co głupiemu tłumaczyć, o co w koszykówce chodzi. Dla mnie jednak była to pierwsza dłuższa przygoda z grą wideo opisującą inny sport niż piłka nożna, co dla typowego człowieka może być dziwne, ale ja byłem bardzo zdziwiony, jak skomplikowana i złożona to jest gra – obrona strefowa, zakładanie zasłon, rzucanie osobistych. Wszystko w akompaniamencie bardzo charyzmatycznego komentarza Kevina Harlana i Clarka Kellogga, którzy nadają podczas meczu niesamowitą atmosferę. Do tego wybór dowolnej drużyny z draftu i rozgrywanie nią sezonów, jak w FIFIE, gdzie wśród zawodników figurował nasz polak rodak Marcin Gortat, który niestety nie doczekał się w tej wersji komentarza. Ale całą esencją tej gry jest miodny gameplay, który tworzy z tej gry pozycję bardzo grywalną, nawet nie dla fanów tego sportu. Uwielbiam stosowanie taktyk i przedzieranie się przez obronę rywala tylko po to, aby wykonać narzędzie ostatecznego ro5dolu – WSAD, który jest bardzo piękną formą zdobycia punktów dla swojej drużyny, szczególnie, gdy dodany został obrót, czy przełożenie pod nogą w locie. I to zawsze do tej gry udawałem się, gdy byłem niepocieszony po W-Fie, bo przynajmniej tam mogłem święcić swoje mały triumfy.

11. Resident Evil 4 (2004)

Z tą grą kojarzą mi się dość nieprzyjemne wspomnienia, gdyż przy pierwszym odpaleniu znienawidziłem ją z powodu debilnego sterowania i dość strasznego klimatu. No bo wyobraźcie sobie mnie siedzącego te kilka lat temu przed konsolą patrzącego na głównego bohatera, który chodzi z kołkiem w dupie i jest atakowany przez jakiś dziwnym rednecków. Gra dość szybko zniknęła z czytnika PS2, lecz postanowiłem po kilku latach zmierzyć się ponownie z tym tytułem. I naprawdę było ciężko, bo kontrolowanie Leona jest naprawdę dziwne, celuje się przy pomocy R1, a strzela X-em. WHAT WERE THEY THINKING? Ale gdy przejdziemy przez tą barierę mamy do czynienia z bardzo dojrzałą opowieścią, w której musimy uratować córkę prezydenta, która jest przetrzymywana w wiosce na jakimś pustkowiu. Problemem w tej produkcji był dla mnie fakt, że nigdy nie wiedziałem, gdzie iść, szczególnie, gdy trafiałem na dwie ścieżki, które prowadzą do dwóch różnych miejsc. Ale sama walka i ten element przetrwania i oszczędzania amunicji był całkiem fajnie pomyślany, na początku ważną umiejętnością była nauka walki nożem lub wykorzystywania różnych elementów otoczenia do walki, szczególnie w późnych elementach, gdy w miejscach głowy niektórym wieśniakom zaczną wyrastać ostrza, do których lepiej się nie zbliżać. Dodatkowo te klimatyczne walki z bossami, gdzie każdy typowo ma swoje słabe punkty, które trzeba wykorzystywać. I te memy z Leonem jedzącym każde zielone ziele, które przejdzie przez jego ręce. To tworzy naprawdę ciekawą pozycję, której kiedyś może podejmę się znowu.

10. Need For Speed: Most Wanted (2005)

Przez wielu nazywana najlepszą grą z serii i osobiście pewnie mógłbym się zgodzić, ale przepraszam, dla mnie lepszy i bardziej klimatyczny był pierwszy Underground, szczególnie, że to w niego nagrałem się najwięcej, bo MW nie chodził u mnie tak dobrze i pierwszy raz ukończyłem go na PS2. Zatem witamy w Rockport, mieście w którym kobiety noszą skąpe topy, a wszystkie pojedynki rozstrzyga się tylko w jeden sposób, wiadomo jaki. Fabuła jest tutaj tak znana, że chyba nie trzeba się na jej temat w ogóle wypowiadać, trzeba po prostu wygrywać z każdym, kto stanie nam na drodze w wirtualnym mieście. Do użytku dostało się tyle nowych samochodów względem dwóch wcześniejszych instancji, szczególnie mój ulubiony Dodge Viper SRT10, chociaż moim pierwszym wyborem zwykle był Lexus IS300, głównie przez to, że na Golfa nie miałem kasy. Tuning w tej edycji trochę zbiedniał w porównaniu do poprzednika, chociaż ja nigdy nie lubiłem U2 z powodu nakazu zainstalowania jakiś pierdół, które użyć można było ewentualnie w tych zdjęciach do magazynów. W Most Wanted dostajemy dość małą ilość komponentów do naszego samochodu, ale wystarczającą dla każdego, przecież i tak głównie liczą się osiągi naszego auta. To tutaj po raz pierwszy od rewolucji w serii wprowadzono pościgi policyjne, które naprawdę dodawały do gry dużo smaczków, większy sens miała fabuła, gdzie oprócz pokazana się w starciach z innymi kierowcami musieliśmy wykazać się także zdolnością nawigowania po mieście i spełniania różnych celów podczas wyścigu, które dawały nam tzw. Notowania. I nie można zapomnieć o zapadającej w pamięć ścieżce dźwiękowej, gdzie królował Nine Thou, czy inny Hand of Blood. I mam nadzieję, że gdy ewentualnie będę miał samochód i odpalone radio to żaden z tych utworów się nie odtworzy, bo może skończyć się to naprawdę niedobrze…

9. Call of Duty 2: Big Red One (2005)

Opowiada historię o żołnierzach z 1. Dywizji Piechoty, ale także pokazuje potencjał czarnulki do tego typu gier, bo warto wspomnieć, że w tym samym roku wyszła 2 część cyklu Call of Duty, przez którą większości graczy pospadały kapcie. Sam podtytuł sugeruje jednak, że jest to gra z własną historią i pomysłem na siebie, bo w porównaniu do poprzednich części tutaj od początku do końca wcielamy się w członka oddziału, który infiltruje z czasem różne lokacje na świecie. Gra rozpoczyna się w Afryce, gdzie przyjdzie stanąć nam do walki z oddziałami generała Rommla, zaszturmujemy Sycylię w operacji Husky, a cała akcja zakończy się przekroczeniem linii Zygfryda, która otworzy nam drzwi na Berlin. Samo zastosowanie jednej kampanii wyszło grze na dobrze, bo naprawdę da się przywiązać do swoich towarzyszy broni, gdzie każdy ma swój charakter i osobowość oraz fakt, że wiele głosów zostało tutaj podstawionych przez aktorów z serialu Kompania Braci, co nadaje niezwykły klimat całej rozgrywce. Bardzo podoba mi się też fakt, że użyto w tej edycji apteczek, które wyśrubowują trochę poziom trudności, ale według mnie lepsze jest to niż samoregeneracja jak w części na PC (W ogóle wyobrażacie sobie taką wojnę, w której żołnierze mieliby takie umiejętności?). Jest tu także kilka unikalnych broni, bo do dyspozycji są także karabiny francuskie, czy włoskie, więc jak ktoś nie lubi Thompsona czy MP40 to można pobawić się czymś innym. Oprócz chodzenia w butach żołnierza dane będzie nam także wsiąść za stery amerykańskiego Stuarta, czy niemieckiego Panzera IV. Dodano jest także kilka oskryptowanych wydarzeń, które dodają filmowości. Wszystko to złożone do kupy dawało grę, przy której nie jeden wieczór zleciał jak z bicz strzelił.

8. The Godfather (2006)

Z tą grą kojarzy mi się zawsze jedno wydarzenie – niedoczytywanie mapy. Wszystko z powodu porysowanej płyty na której znajdowała się gra, co sprawiało że przejście jakiejkolwiek misji w niektórych przypadkach powodowało długie czasy doczytywania, gdy gra w ślimaczym tempie próbowała dorysować kilka metrów przed nami i wyrwać nas z tego letargu w który wpadliśmy. Z drugiej strony jednak była to jedna z najlepszych gier GTA-podobnych na jaką można trafić. Sama fabuła też nie była taka zła, bo przeplatała się z wydarzeniami z książki/filmu i często lądowaliśmy w środku akcji – to my zawoziliśmy rannego Vito Corleone do szpitala, to my podkładaliśmy Michaelowi broń w toalecie restauracji. Z każdym zadaniem widać rosnącą coraz bardziej naszą pozycję w rodzinie, ale także Nowym Jorku. Wszystko podsyte także smaczkami, które nie występowały w produkcji Rockstara np. system chowania się przy ścianie i innych gładkich powierzchniach. Dodatkowo system zdobywania interesów, a co za tym idzie – manipulacja właścicielami, żeby zapłacili jak najwięcej, czy system modyfikacji broni, który pozwalał ulepszać każdą z dostępnych w grze broni, który ułatwiał grę, ale także pozwalał z mało lubianych broni robić bardzo dobre maszynki do zabijania. Jednym z problemem gry był bardzo mała różnorodność pojazdów, bo w grze jest ich jakoś 6, co jest liczbą bardzo małą patrząc na fakt, że do dyspozycji dostajemy bardzo duże miasto. Fajnym smaczkiem były także zlecenia morderstw „grubych ryb” w konkurencyjnych rodzinach, gdzie przy większości, żeby otrzymać więcej pieniędzy musimy zabić w konkretny, często niekonwencjonalny sposób np. wrzucić go do komina, czy z dachu. Moim ulubionym zajęciem w tej grze było zdobywanie interesów i patrzenie, jak mapa zmienia się pod wpływem naszych działań – odbijanie melin, magazynów, czy posiadłości Rodzin – to właśnie sprawia, że ta gra jest taka miodna i mam do niej taki sentyment.

7. Shadow of Rome (2005)

Jest źródłem słodko-gorzkich wspomnień. Główną otoczkę stanowi tutaj dość ważne wydarzenie w historii Starożytnego Rzymu – zamordowanie Juliusza Cezara w 44 r.p.n.e. W grze wcielamy się łącznie w dwóch przyjaciół – Oktawiana i Aggrippę, pierwszy z nich jest bratankiem zamordowanego, który przeprowadza dochodzenie w w/w sprawie. Aggrippa to jest początkowo rzymskim legionistą, lecz z czasem staje się gladiatorem w wyniku spisku uknutego przez spiskowców. Grę osobiście można podzielić na dwie dość odmienne gry. Z jednej strony sterujemy Oktawianem, podczas której gra zamienia się w typową skradankę, gdzie musimy się ukrywać przed legionistami(L) i innymi ludźmi i każdym etapem wiemy coraz więcej o spisku wokół morderstwa. Te etapy pamiętam na samym początku gry bardzo mnie odrzuciły, bo nigdy nie lubiłem tego typu etapów, bo giniesz w ciągu sekundy i cały, często długi etap musisz powtarzać od nowa. O wiele więcej mogę opowiedzieć o drugiej części gry w której sterujemy gladiatorem Aggrippą, które były typową nawalanką z innymi gladiatorami na często wymyślonych zasadach i różnych trybach, od klasycznego pojedynku z tuzinami przeciwników przez te z dzikimi bestiami aż do trybów w którym mieliśmy pokonać więcej niż konkurent. A sposobów likwidacji było multum przy pomocy różnych rodzai broni – od miażdżenia głów po obcinanie rąk, czy w końcu głowy – posoka leje się przez cały czas i to jest chyba to, co dzieciaki w moim wieku lubiły najbardziej.

6. FlatOut 2 (2006)

To kolejna gra z typu ‘nie mogę zagrać na komputerze, to sobie ogram na PS2’ oraz gier ogrywanych u kolegów. I gdy w końcu na własnej skórze mogłem bez ingerencji kolegów zagrać w ten tytuł przekonałem się, jakie to dobre. To bardzo dobre wyścigi z nutką wielkiego roz5dolu, który może się tam zadziać, gdy spróbujemy twardo porywalizować z przeciwnikami i poniszczyć się nawzajem. A nawet nasi przeciwnicy dostali tutaj trochę charakteru, gdyż wykreowano 7 oponentów, którzy będą mierzyć się z nami w każdych zawodach, przy czym każdy specjalizuje się w innych typach rozgrywki – jedni miażdżą wszystkich w Derby, inni prześcigają resztę w normalnych wyścigach. A te wyścigi to piękna sprawa, że chętnie spróbowałbym tej rozgrywki na kierownicy, bo w sumie granie na analogach nie potrafi tak dobrze oddać tych wszystkich niuansów. Trasy, mimo że są kompletnie wymyślone to sprawiają wrażenie bardzo dobre i klimatyczne, do dziś moją ulubioną jest ta w której ni z gruchy czy pietruchy przejeżdżamy przez środek centrum handlowego niszcząc przy tym każdą ławeczkę czy kwiatek. To właśnie ta miodność rozgrywki sprawia, że w FlatOut 2 gra się tak niezwykle przyjemnie. Wszystko dodatkowo podsyte innymi trybami rozgrywki, w których prym wiodą zawody polegają na zabawę system wystrzeliwania naszego kierowcy przez przednią szybę – pogramy tak sobie w Rzutki, czy Skok Wzwyż, ale także poniszczymy się bardziej na Derbach, czy fikuśnych torach w kształcie 8semki, czy ślimaka. Wszystko zwięczone genialną ścieżką dźwiękową porównywalną do tej z najlepszych części serii Need For Speed.

5. FIFA 14 (2013)

Czyli najlepsza możliwa wersja na silniku FIFY 07. Jako że PS2 sprzedawało się nieźle to nawet w czasach siódmej generacji dostawało najnowsze wersje FIFY, które coraz bardziej odbiegały od wersji na młodszą generację. Ostatnią była właśnie 14 i w czasie zakupu PS2 była ona nawet najnowszą odsłoną serii, także lakonicznie można się śmiać, że w końcu miałem jakąś nową grę. Rozgrywka jest równie drewniana co w poprzednich częściach cyklu, ale przy tym niezwykle prosta, bo żeby wykonać pressing, by odebrać piłkę, naciskasz guzior, a zawodnik od razu rusza do ataku na przeciwnika. Podania są niezwykle nijakie, wykonanie jakiegokolwiek prostopadłego to dobra droga do straty piłki, ale cała otoczka była niezwykle fajna. Sezon 13/14 to pierwszy sezon BBC w Realu, czy Neymara w Barcelonie. Ale FIFA nie byłaby tak uwielbianą przeze mnie grą, gdyby nie tryb menedżerski, który i tutaj znajduje się w pełnej okazałości żywcem wzięty z 07 i drobnymi łatkami w postaci Punktów Sławy Menedżera i rosnącego stopnia okazałości. To właśnie tutaj rozegrałem swoją najlepszą karierę w życiu podnosząc spadkowicza Championship – Yeovil Town w trzy lata do najwyższej klasy rozgrywkowej i niedługo potem z drużyny półtora-gwiazdkowej drużynę pięciogwiazdkową, gdzie podpisywałem kontrakty z młodymi wtedy takimi gwiazdami jak Griezmann, Pogba, czy Lewandowski. Problemem w tym wypadku był jednak fakt, że często wiele drużyn nie wykonywało żadnych ruchów na rynku, przez co nie mogli oni sprzedawać swoich zawodników, gdyż brakowało im kadry. Jednakże były to małe detale, które rzadko wpływały na grę przez co FIFA 14 w wersji na czarnulkę mówiąc po piterusowemu jest w jakimś ścisłym TOP najlepszy gier z serii FIFA w ogólności.

4. Grand Theft Auto: Vice City Stories (2007)

Ta gra jest niezwykle historyczna, bo była pierwszą, którą nakarmiłem system odtwarzania gier z pendrive’a i jedną z pozycji dla której kupiłem wielokrotnie wspominaną konsolę. W momencie zakupu byłem wniebowzięty, ponieważ uważałem wtedy Grand Theft Auto za serię sprawiającą najwięcej frajdy i zawsze ciepło wrzucić się w wir kolejnej przygody, zwłaszcza, że jest to Vice City, czyli jedno z moich ulubionych miast. Przechodziło się kolejne misje niezwykle fajnie, bo było do czego postrzelać i nie brakowało humoru. Ogrywając po latach jednak zastanawiam się dlaczego, bo teraz, gdy nie mam takiej fazy na gry z uniwersum GTA to VCS wydaje mi się strasznie słabiutki, bardziej taki zestaw misji do VC, ale po kolei: po pierwsze primo, fabuła w tej grze jest niezwykle drętwa, bo Victor wstępuje do wojska, żeby mieć hajs na leki dla swojego chorego brata, lecz szybko zostaje wy5dolony z powodu postaci do której od początku nie mamy szacunku plus dodatkowo przewija się tam Lance Vance, czyli jedna z bardziej nielubianych przeze mnie postaci w całej serii. Z fajnych smaczków to Vic potrafi pływać, co prawda przez tylko kilka chwil, ale po zrobieniu pewnej misji staje się to nieograniczone, wprowadzono kupowanie interesów, ale zamiast unikalnych interesów wprowadzono możliwość budowania jednego z kilku predefiniowanych typów tych budynków. Samego klimatu w tej grze w ogóle prawie nie czuć, chociaż miło wspomina się koncert Phila Collinsa, przejazd ciężarówką wojskową do Fortu Baxter z początku gry, czy nawet jingiel z menu gry, który wpada w ucho jak w sumie każdy motyw przewodni z tej serii. Jednak mimo tych wszystkich wad, które odkryłem przechodząc ją po raz kolejny nie mogę jej zarzucić braku nostalgii czy wspomnień z tamtego momentu, gdy wracałem w piątek do domu, odrabiałem lekcje na następny tydzień i wieczorem dawałem się ponieść tym wszystkim emocjom związanym z ogrywaniem tej gry.

Na dziś starczy tego dobrego. Do omówienia została mi nostalgiczna Święta Trójca oraz kilkanaście gier, które z najróżniejszych przyczyn nie znalazły się na tej liście, a należy poświęcić im dwa słowa. Dobra, dwa zdania. Lepiej – poświęcić im nieco uwagi. Chciałbym zachęcić także do dzielenia się wspominkami z omawianymi wyżej tytułami, ale także swoimi własnymi. Nie zatrzymuję was dłużej, niech moc będzie z wami.


Nowy redaktor! Zmiany na stronie, fuzja etc.

Hej.

Jak wiecie od jakiegoś czasu oprócz mnie na Pitstopie można było znaleźć także artykuły Vandiego czy Seeda. Po pewnych negocjacjach do szeregów redakcji dołącza również Kunio! Wcześniej mogliście kojarzyć go m.in. z zaprzyjaźnionej strony Wrzosowisko, bądź też z wpisów na LU-DM. Wraz z Wrzosiem na Pitstopie pojawiają się również wszystkie jego wpisy, które dostępne były na jego stronie – żeby nie zasypywać nagle falą tekstów, a też najzwyczajniej sporo czytelników już jego wpisy wcześniej przeczytało, zostały one dodane chronologicznie, według daty zamieszczenia tam. Jego strona zaś zostanie zamknięta, zawieszona. Taki transfer to spory krok merytoryczny dla strony, a i fajnie, że do serwisu mają dostęp ludzie „z przeszłością”, bo przecież Seed kiedyś również miał swoją stronę, a i warsztat Vandiego jest znany nie od dziś. Zawsze to też nieco większa szansa na nowy wpis, bo wszyscy wiemy, że z tym jest tu różnie.

W związku, że liczba redaktorów zaczyna już całkiem nieźle wyglądać, postanowiłem (przy pomocy Kunia) stworzyć każdemu, prócz normalnej strony głównej, osobny kącik w razie ktoś byłby zainteresowany tekstami tylko danego autora. Odnośnik do tego znajduje się w menu na górze, który można sobie łatwo rozwinąć. Będzie tam (lub kiedy to czytasz już jest) info o każdym z autorów, jak również o samej stronie.

Tymczasem to tyle, zapraszam do zapoznania się z nową zawartością oraz do trzymania kciuków za każdego z redaktorów by tych tekstów było jak najwięcej – za mnie na czele, bo tego, że niektórych tekstów, które sobie założyłem jeszcze nie ma to szczerze trochę aż wstyd.


I po studiach

Czasami w życiu człowieka przychodzi moment, gdy kończy się dla niego pewien znaczący etap. Bywa to niejako data graniczna, wiecie, że po niej powinny nastąpić pewne zmiany – trochę na zasadzie, że teraz już albo w tę albo we tę stronę. 28 czerwca taka data przyszła i na mnie albowiem odbierając dyplom ukończenia studiów I stopnia i osiągnięcia tytułu zawodowego licencjata (tak napisali) kończy się dla mnie okres studencki.. przynajmniej na razie.

Na studia poszedłem bezpośrednio po skończeniu technikum. Wybrałem zupełnie inny kierunek niż w szkole średniej, z resztą tam już swój „tytuł” zdobyłem i chciałem spróbować czegoś innego, poszerzyć nieco wachlarz swoich możliwości. Inna rzecz, że poszedłem trochę prostą drogą i wybrałem najbliższą placówkę w znanym mi mieście, tym samym gdzie chodziłem wcześniej. Nie mogę powiedzieć, żeby był to kierunek wymarzony, z resztą nigdy nie myślałem o studiach w tych kategoriach, co nie oznacza oczywiście, że był on zły. Jakkolwiek w tamtym konkretnie momencie był dla mnie i według mnie najlepszą opcją. Złożyłem odpowiednie dokumenty, przyjęli mnie bez problemu i jesienią rozpocząłem studia – w moim przypadku w systemie niestacjonarnym.

Studiowanie zaocznie sporo różni się od nauki dziennej i to na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim wiadomo, inaczej wygląda plan i rozkład zajęć – głównie były to weekendy co dwa tygodnie: sobota, niedziela, czasami też i piątek, zwykle od rana do wieczora. Jakoś trzeba było w to upchać wymagany materiał i opanować go w wystarczającym stopniu by zdać dane zaliczenie bądź egzamin. W sumie taki plan to kwestia przyzwyczajenia. Osobiście starałem się nie opuszczać wykładów, bo wychodziłem, myślę słusznie, z założenia, że zawsze coś tam z nich wyniosę, a i najzwyczajniej za coś się w końcu płaci. Oczywiście inaczej wyglądały również relacje z kolegami i koleżankami z roku – wiadomo jest różnica gdy spędza się ze sobą dzień w dzień ileś godzin jak chociażby w średniej, a inaczej w takiej sytuacji jak ta. Wiele osób bazowało raczej na znajomościach, które zostały zawarte już wcześniej czy ograniczała się do najbliższych „sąsiadów” na auli czy sali. W sumie ja praktycznie nikogo na roku na początku nie znałem, w sensie pierwsze zjazdy, bo i przekrój ludzi tam pod względem zarówno wieku jak i lokalizacji skąd pochodzili był naprawdę różny. Oczywiście zmieniało się to z czasem i zasięg kontaktów między ludźmi poszerzał się, szczególnie na ostatnim roku, gdzie ludzie byli bardziej podzieleni na konkretne specjalności i grupy.

Pewnie pojawi się pytanie czemu zaocznie i czemu tu, a nie gdzieś dalej. Szczerze, myślę że to trochę kwestia charakteru, na tamten moment nie myślałem o przenosinach się gdzieś dalej, najzwyczajniej nie widziałem takiej potrzeby. System niestacjonarny wybrałem też ze względu, że w planach miałem od razu znalezienie sobie w pobliżu stałej pracy. Z tym wyszło.. inaczej niż zakładałem wtedy, niemniej od strony zawodowej również przez ten czas spotkały mnie nowe doświadczenia różnej maści i różnego kalibru. Jakkolwiek w każdym z przypadków, jakiekolwiek by one nie były, czy to mniej czy bardziej pozytywne, człowiek może wynieść cenną lekcję.

Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym zdaniem czy warto studiować, bo to pytanie zadaje sobie wiele osób świeżo po szkole bądź później, to tak, oczywiście, że tak, jeżeli tylko ma się taką możliwość. Nie podchodziłbym jednak do nich (do studiów) i do dyplomu jako do karty przetargowej, która zapewni nam pracę. Oczywiście bywają bardzo pomocne, czasami niezbędne i też dużo zależy od konkretnego kierunku. Chodzi mi bardziej, że warto traktować to bardziej jako kwestię ambicjonalną, że chcemy ukończyć daną uczelnię przede wszystkim dla siebie, dla własnego rozwoju, dla hmm.. niewypadnięcia z obiegu i najzwyczajniej zdobywaniu kolejnych kroków edukacji. Studia to przede wszystkim poszerzanie naszej wiedzy z wybranej dziedziny, poznanie autorytetów branży czy ludzi współstudiujących, ich doświadczenia czy generalnie ich jako ludzi. Osobiście mam nadzieję, że niektóre znajomości tam zawarte przetrwają jeszcze długi czas po zakończeniu studiów.

Czy będzie kolejny rozdział? W końcu żeby dociągnąć do magistra wystarczą jedynie dwa lata, a im później się zacznie tym będzie z tym znacznie gorzej. Tak jak kiedyś mówiłem w tej kwestii kategoryczne nie, tak teraz mówię zdecydowane.. być może. Tu jednak będzie już trzeba nieco zmienić lokalizację lub inaczej – udać się do placówki nieco dalej niż znany teren. Inną kwestią są tu wspomniane wcześniej kwestie zawodowe od których, nie ma co ukrywać, wiele zależy. Trzymajcie kciuki żeby się udało zarówno w kwestii edukacji, znalezienia dobrej pracy czy innych bardziej osobistych kwestiach wyjść jakoś na prostą.


Avengers: Endgame – recenzja (raczej bezspoilerowa)

Marvel Cinematic Universe, czyli kinowe Uniwersum Marvela to jedno z największych o ile nie największe kinowe uniwesum nie tylko ostatnich lat, ale i generalnie współczesnego kina popkulturowego, porównywalne chyba już tylko i wyłącznie ze światem Gwiezdnych Wojen. Premiera filmu Avengers: Endgame, który wieńczy pewien cykl MCU to dla wielu fanów (i nie tylko!) jak to lubię określać „prawdziwe święto popkulturowe”, a że święta święcić trzeba to do kina udałem się także i ja pełen nadziei na piękne, filmowe widowisko.

Na wstępie warto zaznaczyć, że nie uważam się za jakiegoś wielkiego znawcę i miłośnika MCU – nie mam zaliczonych wszystkich filmów, nie zarywałem nocy na forach fanowskich debatując nad kolejnymi teoriami spiskowymi, nie chodziłem w stroju Iron Mana jak byłem mały, ale wiem o co w nich chodzi, miałem również przygodę z zainteresowaniem samymi komiksami w przeszłości, a i najzwyczajniej, jeśli ktoś chociaż trochę interesuje się kinem superbohaterskim to nie sposób niektórych rzeczy nie znać i nie wiedzieć, bo wiele z nich stało się już niemal klasykami. Do Endgame podszedłem więc może bez pewnego bagażu emocjonalnego, ale wydaje mi się, że jako świadomy widz, który wie skąd biorą się następstwa, które widzi na ekranie. I tu pojawia się też rzecz, która chciałbym by wybrzmiała już teraz – Koniec Gry, jak to nazwał polski dystrybutor, to jak to już ktoś określił przede wszystkim laurka dla fanów cyklu i ludzi obeznanych z tematem i to oni wyniosą najwięcej, ale i wbrew pozorom także dobry film dla tych, którzy przyszli jedynie na to podsumowanie. W ogóle krótka dygresja – spośród już całkiem sporej ilości filmów na jakich byłem w kinie, widownia na tym była zdecydowanie najbardziej żywiołowa i to na całym spektrum emocji – od gromkiego śmiechu przez pociąganie nosem w smutnych momentach.

Robiąc zarys historii, oczywiście nie zdradzając niczego, czego jakoś szczególnie nie wiemy – zastajemy naszych bohaterów po sromotnej porażce (Infinity War), gdzie to powiedzieć, że są po niej przybici to nic nie powiedzieć. Co nie jest jednak niczym zaskakującym, jeśli oglądaliście zwiastuny, w związku z pewną zmienną postanowią mimo wszystko jeszcze raz podjąć walkę, by idąc w tym momencie trochę w kolokwializm, cała sprawa zakończyła się raz na zawsze w tę lub w inną stronę, by przyszedł finalny Koniec Gry.

Przede wszystkim film ten pokazuje superbohaterów z wyjątkowo ludzkiej strony na znacznie większą skalę niż w poprzednich filmach – żałobę czy radość, generalnie złe i dobre emocje, których doświadczają. Ten ludzki element przewija się nie tylko na początku filmu, ale praktycznie do jego końca i jest widoczny również w momencie, gdy postaci są pokazane nam już jako obdarzone supermocą. Co ciekawe niektóre z głównych postaci z tym swoim elementem ludzkim (lub inaczej, pod wpływem pewnych czynników, następstw) nabierają zupełnie nowego wymiaru i przez to możemy na nich spojrzeć z zupełnie innej strony. Kwestią indywidualną odbiorcy jest to czy wychodzi to im na plus czy nie, ale na pewno jest to coś niespodziewanego. Generalnie największej „siły” możemy spodziewać się od postaci, od których normalnie byśmy się jej nie spodziewali.

Inną sprawą jest tu „drugie dno” historii, bo oczywiście możemy spojrzeć na ten film jedynie przez pryzmat jego epickości, pojedynków czy scen bitewnych (tu znów, w skali porównywalnych jedynie z tymi z Gwiezdnych Wojen czy filmów na bazie prozy Tolkiena), ale to przede wszystkim historia o przeszłości, przyszłości i teraźniejszości, wpływu naszych działań na nie i następstw jakie za sobą niosą. Dochodzi tu teoria alternatywnych rzeczywistości, która przynajmniej mnie szczególnie uderzła, znana chociażby z Faceci w Czerni 3 czy… tu może żeby zbytnio nie spoilerować z innych filmów, które również są wspomniane w Endgame. Wcześniej wspomniałem o święcie popkulturowym – generalnie w Końcu Gry możemy wychwycić nie tylko niezwiązania do samych filmów Marvela ale również do klasyków kina generalnie. Wiąże się to także z humorem, którego w tym filmie jest multum i to nawet nie tylko takiego prostego, ale również sytuacyjnego, gdzie trzeba wychwycić pewien kontekst.

Żeby nie było tak różowo należy zwrócić uwagę na pewne mankamenty. Film momentami idzie bardzo prostą linią oporu pod względem fabuły i nie, nie chodzi tu o jakiś większy pretensjonalizm, ale swojego rodzaju kwestie, które jakkolwiek są wytłumaczone, tak z boku mogą wydawać się jednak zbytnim uproszczeniem, szczególnie że (tu już jest to błąd marketingowy i to w moim mniemaniu dość znaczny), przed Endgame został już zapowiedziany kolejny film Marvela, a więc dodając jedno do drugiego niektórych rzeczy mogliśmy się domyśleć trochę zbyt szybko. Analogicznie jest z niektórymi postaciami przy których był efekt „pompowania balonika”, a finalnie nic z tego specjalnie nie wyszło, ale tu chociaż możemy mówić o jakimś zaskoczeniu. Niektórym mogą też nie pasować generalnie niektóre rozwiązania wątków, ale ja osobiście je rozumiem, szczególnie, że jakoś trzeba było je domknąć, patrząc na fakt, że jest to film wieńczący pewną fazę uniwersum.

Pod względem technicznym nie ma się za to absolutnie do czego przyczepić. Wszystko gra pod względem kompozycji, z resztą i nawet film mimo trwania 3 godzin nie dłużył się w żadnym momencie. Graficznie sceny robią wrażenie, a i muzyka dodaje „tego czegoś” co powoduje ciarki na rękach.

Avengers: Endgame śmiało zmierza po status najbardziej kasowego filmu w historii kina. Już teraz osiągnął najlepsze otwarcie, jednak nadal nie zapewnia mu to 1 miejsca ogólnie – te nadal śmiało dzierży Avatar i szczerze, chyba czas już najwyższy by ustąpił ze swojej pozycji. Na pewno Koniec Gry jest dobrym kandydatem by zapełnić to miejsce i każdy dolar, euro czy złotówka wydana na seans nie będzie stracona.