Tag: recenzja

Recenzja hiszpańskiego miniserialu „Niewinny”

Ostatnio wziąłem się za miniserial polecony mi przez osobę, z którą gustu raczej nie dziele, ale po sprawdzeniu kilku krótkich opinii i ogólnej oceny na filmwebie stwierdziłem, że czemu nie – warto sprawdzić. Odkładałem seans i odkładałem, aż nagle usiadłem i obejrzałem całość w jeden dzień

Niewinny

Mowa o hiszpańskiej produkcji, w reżyserii Oriola Paulo “Niewinny” będącą ekranizacją powieści Harlana Cobena o tym samym tytule. Opowiada ona o Mateo Vidalu, który przypadkiem w trakcie bójki popycha przeciwnika na kamień. Upadek kończy się błyskawiczną śmiercią, a Vidal trafia do więzienia.  Historia zamknięta jest w ośmiu, około godzinnych odcinkach, a każdy z odcinków zaczyna się pewnym zapoznaniem nas z głębszą historią danej postaci. Dzięki temu zabiegu każdy odcinek jest w raz mniejszym a raz większym stopniu, poświęcony jakiejś postaci. Wielkim plusem oczywiście jest świetne łączenie odcinków i elementów w nich. Nie do końca wiem jak mogę nazwać to działanie, ale gdy obejrzycie to na pewno będziecie wiedzieć o co mi chodzi. Nie ukrywam, że przy drugim odcinku do samego końca zastanawiałem się czy aby na pewno oglądam ten sam serial, czy może odnalazłem jakiś zaginiony drugi sezon, aż nagle wszystko zrozumiałem i szczena opadła.

Twórcy również bardzo fajnie manewrują między teraźniejszością a przeszłością. Jest to element zrobiony na tyle dobrze, że mimo iż dodaje to jeszcze więcej twistów w tej i tak już zakręconej historii to dalej się to przyjemnie ogląda. Ale tak – te wszystkie twisty w pewnym momencie są już tak sztucznie naciągane, że muszę to skrytykować, bo mimo że dalej to fajny miniserial to ma się w głowie ciągle pytania typu “kurde, serio? Po co?” czy inne “aha?”. Około piątego odcinka zaczynamy jednak czuć, że jesteśmy już przy końcu tej historii, niby wiemy już wszystko, ale twórcy zaczynają kolejne wątki i sztucznie przedłużają seans aż do ośmiu odcinków. Mimo to fabularnie produkcja wydaje się być całkiem udana. Mnie wciągnęła 😀 Swoją drogą – zupełnie nie podoba mi się ostatnia scena. Uważam, że jest zupełnie niepotrzebna i niszczy mi moje pojęcie o głównym bohaterze. 

Bardzo ważną zaletą tej produkcji są zdjęcia. Idealnie dobrana kolorystyka i klimat w zależności od sceny potrafią bardzo mocno wpłynąć na finalny wydźwięk danego fragmentu. Reżyser świetnie sobie zdaje z tego sprawę i wykorzystuje ten fakt na 110%. Oglądany przez nas obraz raz jest bardzo kolorowy, pełen ciepłych barw, ale znalazło się też miejsce dla słabo oświetlonych, szarych scen. Chciałbym również zwrócić uwagę na bardzo ładne kostiumy i charakteryzacje.

Hiszpanie zaskoczyli mnie jednak swoją brutalnością, bowiem nie szczędzą nam oni widoku zmasakrowanych ciał. Na pewno nie jest to dobry wybór do oglądania przy obiadku. Rozwalona głowa tu, sporo krwi tam, a jeszcze gdzieś w tle jakaś pedofilia. No smaczne to to na pewno nie jest. Osobiście raczej spokojnie oglądam takie rzeczy na ekranie, nie sięgam co prawda po żadne kino gore i “Niewinnemu” oczywiście daleko do tego typu produkcji, ale wszelka przemoc, zarówno ta krwawa jak i seksualna wyjątkowo budziła we mnie jakiś taki niesmak. Ten “niesmak” jest jednak bardzo dużym plusem tej produkcji. W świecie, gdzie przemoc w filmach jest od lat i widzowie co raz bardziej się do niej przyzwyczajają ciężko zrobić film, który nie będzie nie wiadomo jak brutalny, a jednak ciężko się będzie pewne sceny oglądać. No i wiadomo – serial dotyka tematów, które (przynajmniej dla mnie) są bardzo niesmaczne.  

Aktorsko nie jest wybitnie, mogłoby być lepiej, ale źle też na szczęście nie jest. Raczej żadna rola się nie wybija ponad resztę. Wszyscy grają na tym samym poziomie. Może tylko policjantka Lorena grana przez Alexandre Jiménez troszeczkę podwyższa poprzeczkę, a może to po prostu kwestia tego, że Lorena jest najlepiej napisaną postacią. Główna postać grana przez Mario Casasa (znany głównie z “Trzy metry nad niebem”) przez większość filmu zagrana jest również jak najbardziej okej, odstają jednak niestety sceny gdy od Mario wymagane jest jakieś pokazanie smutku i płaczu.  

Podsumowując – jeżeli szukacie wciągającego serialu na dwa, trzy wieczory, od którego nie wymagacie najwybitniejszego aktorstwa, czy fabuły, którą można analizować i doszukiwać się jakichś ukrytych znaczeń, to “Niewinny” będzie dla was dobrym wyborem. Jest to w końcu miniserial, który od początku do końca ogląda się bardzo przyjemnie mimo wszelkich jego wad. Spokojnie mogę wam go polecić 😉  


Interaktywny serial, czyli recenzja „Life is strange”

Zwykle zanim usiądę do jakiejś gry czy filmu naczytam się mnóstwo opinii, dlatego też tak często chwale wiele produkcji – po prostu najpierw się upewniam czy faktycznie jest warto. W przypadku Life is strange wiedziałem tylko, że jest to dobra gra, ale totalnie nie miałem pojęcia, że zaczynam grę, która tak bardzo wbije mi się do głowy. Mimo, że skończyłem ją niedawno to jestem pewien, że historia i jej przesłanie pozostanie w mojej głowie już na zawsze. 

Produkcja o której mowa została stworzona przez Francuskie studio Dontnod Entertainment i wydane przez znaną wszystkim firmę Square Enix w 2015 roku. Twórcy idąc za sukcesem Teltale Games i ich produkcji typu The Walking Dead spróbowali własnych sił w stworzeniu przygodówki, która stawiałaby bardzo mocno na fabułę i filmowość. Jeśli ktoś nie wie – Teltale specjalizuje się w tworzeniu gier, które często nazywane są interaktywnymi serialami ze względu na fakt, że bardzo dużo jest tam dialogów,  a sam gameplay ogranicza się do wyborów czy czasem jakiegoś poruszania się czy celowania. Stworzyli oni tym samym cały gatunek tego typu gier. Poza settingiem te gry jednak nie bardzo się różniły, ale w końcu pojawiło się Dontnod z swoim Life is strange. Grą, która moim zdaniem zostawia w tyle jakąkolwiek grę od pionierów gatunku. Tutaj się jeszcze zatrzymajmy – z góry ostrzegam, że w dalszej części będzie jeszcze wiele porównań do Teltale. 

W Life is strange przyjdzie nam wcielić się w osiemnastoletnią Max, która z samego początku nie wydaje nam się jakaś wyjątkowa. Ot zwykła, trochę wycofana nastolatka, z pasją do analogowej fotografii. Nasza bohaterka wiedzie całkiem normalne życie, pełne przeróżnych “szkolnych dramatów”, ale wszystko się zmienia gdy odkrywa ona, że posiada moc, dzięki której jej życie może być dużo prostsze – mowa tu o umiejętności cofania czasu. Dzięki tej jednej umiejętności udaje jej się uratować życie swojej przyjaciółki z dzieciństwa, a to prowadzi do rozpoczęcia poważnego śledztwa w sprawie zaginięcia jednej z dziewczyn.  

Historia opowiedziana w grze jest przepiękna. Po prostu. Jest wielowątkowa, szokująca, pełna nie głupich zwrotów akcji. Dawno nie grałem w produkcje, która tak dobrze by mieszała coś tak niezwykłego jak podróże w czasie z czymś tak zwykłym jak szkoła i życie w niej. Mimo, że gra ma około piętnastu godzin to znajduje się tu czas na te mocne, niezwykłe momenty jak i na zwykłe przechadzki po kampusie i rozmowie z znajomymi. Warto zauważyć, że nawet te zwykłe i wydawać by się mogło nic nie znaczące działania i rozmowy mogą mieć wpływ na przyszłość. I tak – konsekwencje wyborów to jest coś co Life is strange robi zdecydowanie lepiej od wcześniej wymienionego The Walking DeadTutaj faktycznie te wybory mają jakiś wpływ na dalszą grę i mimo, że nie zawsze widzimy skutki od razu, tak mogą się one pojawić nawet epizod później. Tymczasem w TWD, nie ważne co byśmy wybrali finalnie wszystko dążyło do tego by skończyło się mniej więcej tak samo. Warto też wziąć pod uwagę, że wybory w “Lisie” są często trudniejsze, aczkolwiek nie mamy tutaj żadnej presji czasu. Możemy się spokojnie zastanowić nad swoim wyborem. Nie chcę za dużo pisać o zakończeniu, bo nie chcę wam niczego spoilerować, ale wiele osób jest zawiedzionych tym jak to zakończenie zostało zrobione. Osobiście uważam, że jest one bardzo dobre i rozumiem czemu twórcy postanowili zrobić to tak, a nie inaczej.  

Dontnod historią, którą nam opowiada próbuje przekazać nam wiele, mądrych tematów do przemyśleń i udaje im się to świetnie. Po za głównym wątkiem z cofaniem czasu pojawiają się również mocne wątki związane z dręczeniem rówieśników, śmiania się z nich i ogólnie dorastania. Nie wiem czy tylko ja, ale osobiście miałem przez tę grę również dużo przemyśleń na temat ekologii. Troszkę o tym też zostało powiedziane, a było to dosyć ciekawe. Bardzo mi się również podobał fakt, że wszystko to wydaje się być takie prawdziwe. Wiadomości między bohaterami są w jężyku, który dla mnie wydaje się dosyć autentyczny. Tak samo jak i pamiętnik Max jest pisany w taki sposób, że czujemy że czytamy faktycznie pamiętnik, a nie wpis na wikipedii. 

Czystego gameplayu jest dużo więcej niż w przypadku gier Teltale. Mamy tutaj również dużo więcej eksploracji i mnóstwo interakcji ze światem. Naprawdę wiele przedmiotów możemy “tyknąć”, sprawdzić czy nawet coś z nimi zrobić. Kamera zza pleców, przyjemne animacje i przepiękna pastelowa grafika umilają nam eksploracje czy nawet rozmowy.  Jako, że Max interesuje się fotografią, to zawsze nosi ze sobą aparat. W końcu żaden dobry fotograf nie może stracić okazji na piękne zdjęcie. Twórcy wykorzystali ten fakt i dzięki temu możemy robić zdjęcia niektórych miejsc, przedmiotów i ludzi, które później trafiają do naszego pamiętnika. Te zdjęcia są swego rodzaju znajdźkami, sam mimo że starałem się w miare eksplorować, zwiedzać i sprawdzać niektóre “interakcje” to tych zdjęć miałem naprawdę mało. Wspomniałem już o pamiętniku, który nasza bohaterka prowadzi. Poza zdjęciami trafiają tam również wszystkie jej przemyślenia. Dziennik z czasem staje się naprawdę gruby. Max zapisuje tam wszystko co dzieje się w fabule gry, razem z jej odczuciami, których sami możemy nie poznać. Świetna sprawa.  

Na medal spisuje się również wykorzystanie motywu z cofaniem czasu. Nie potrafię sobie wyobrazić co można by było zmienić by wyglądał on jeszcze lepiej. Naszą umiejętność wykorzystujemy w trakcie rozmowy, by zmienić jej tok, jeśli któraś z naszych odpowiedzi nam się finalnie nie spodobała czy do przeróżnych zagadek albo i nawet zwykłego omijania przeszkód.  

Postacie w większości są naprawdę stereotypowe – ot mamy jakiegoś mięśniaka grającego w football amerykański, laskę z dwiema przydupaskami u boku czy innego gościa, który musi dostawać same najwyższe oceny, taki on mądry. Ale mimo to naprawdę darzymy ich jakimś uczuciem. Jednych nie lubimy od samego początku, drugich od razu uwielbiamy. Postacie te nie mają niby większej głębi, a jednak nie zamieniłbym ich na żadnych innych. Warto również wziąć pod uwagę, że nawet dwie główne bohaterki nie są “nie wiadomo jakie”. Nawet nie zachodzi w nich jakaś większa przemiana przez całą grę, a mimo to – jest to jeden z lepszych duetów, jedna z lepszych przyjaźni w grach komputerowych. 

O udźwiękowieniu nie chce się za bardzo rozwodzić. Po prostu wiedzcie, że się zakochałem. Zarówno jeśli chodzi o muzykę, bo tak – te indie folkowe utwory strasznie mi podchodzą jak i o inne dźwięki typu szkolny szum, jakieś sztućce w barze, wiaterek i tego typu rzeczy. Przepiękna sprawa, która pozwala jeszcze bardziej wczuć się w ten świat. 

Jak bardzo bym się chciał do czegoś doczepić, żeby nie było że tak tylko chwalę, tak totalnie nie mam pojęcia do czego. Naprawdę, szukam, myślę i uważam że ta gra jest po prostu prześwietna. Jedyne minusy jakie widzę to słabo zsynchronizowane ruchy ust do wypowiedzi bohaterów, momentami naprawdę się zastanawiałem czemu postacie w ogóle nie ruszają ustami gdy mówią. Inny problem tej gry jest bardziej związany z jej wydaniem – Dlaczego nie ma oficjalnej polskiej wersji językowej? :< Niedługo zabieram się za prequel, ale do drugiej części nie podejdę dopóki nie powstanie fanowskie spolszczenie, niestety. 

To by było chyba na tyle. Jeśli oczekujecie od gry świetnej historii, wielu przemyśleń i niezapomnianych wrażeń to proszę bardzo. Oto przed wami Life is strange! 


Planescape: Torment – niesamowita przygoda!

Gra przez wielu uważana za najlepszą w gatunku cRPG, przez innych nawet jako najlepsza gra w ogóle. Historia bezimiennej, nieśmiertelnej postaci, która utraciła wszystkie swoje wspomnienia – poznajcie Planescape: Torment!

Czym jest Torment?

Planescape: Torment to bardzo dziwna gra pod względem odbioru. Gra po której ukończeniu zostajemy na napisach końcowych by uświadomić sobie jak świetną przygodę właśnie zakończyliśmy. Napisy się kończą, grę wyłączamy, ale przez następne kilka dni cały czas zastanawiamy się czy dokonaliśmy odpowiedniego wyboru w danym momencie, czy może mogliśmy coś zrobić lepiej? Może wtedy przygoda potoczyłaby się inaczej?
Z pewnością nie jest typowa produkcja jakich wiele na rynku, już teraz warto podkreślić, że na pewno nie jest to gra dla każdego. Wymaga odpowiedniego dawkowania, co oznacza, że po kilku godzinach grę warto wyłączyć, dać głowie odpocząć od ciągłego czytania i myślenia. Dodatkowo gra ma już prawie 20 lat dlatego nie każdy się do niej przekona, a młode pokolenie może odrzucać zestarzała już szata graficzna, czy animacje w cutscenkach. Jeśli jednak dacie tej produkcji szanse i wpasuje się ona w wasze gusta to jestem pewny, że czekają was niesamowite doświadczenia, jakich jeszcze nie spotkaliście! Ale od początku…
Planescape: Torment zostało wydane w 1999 roku przez Interplay i stworzone przez studio Black Isle, które ma na swoim koncie takie produkcje jak chociażby dwie pierwsze części Fallouta. Gra oparta jest na tym samym silniku co Baldur’s Gate, więc idzie się domyślić, że i Planescape jest klasycznym RPG.

Fabuła

Nasza przygoda rozpoczyna się w kostnicy, gdzie poznajemy naszego protagonistę – bezimienną, nieśmiertelną postać całą w bliznach, od której czuć woń kremu do balsamowania ciał. Szybko okazuje się, że nic nie pamiętamy. Poznajemy za to pierwszego kompana, latającą czaszkę – Mortiego. Na naszych plecach wyryta jest instrukcja, która brzmi jakbyśmy zostawili ją sami sobie – mamy odnaleźć niejakiego Faroda, który wszystko nam wyjaśni. Sprawa oczywiście nie jest taka prosta, bo przecież nic o nim nie wiemy, nawet gdzie go szukać, a sami jesteśmy zamknięci w kostnicy pełnej grabarzy, którzy nie popierają naszego żywota…
Cała fabuła polega na odkryciu tożsamości naszego Bezimiennego i wyjaśnienia dlaczego jesteśmy nieśmiertelni. Nie muszą chyba nawet mówić, że to właśnie historia jest największym i najważniejszym aspektem tej produkcji. Nie ma zresztą co się dziwić, jest ona bardzo dojrzała, nie raz poruszająca tematy filozoficzne. Dialogi są napisane po mistrzowsku, pierwszy raz faktycznie wcielałem się tak bardzo w postać w grze.
Rozmowy nie raz były nawet śmieszne, ale przede wszystkim bardzo autentyczne. Twórcy byli bardzo świadomi, że piszą świetne dialogi i wykorzystali ten fakt poprzez stworzenie chociażby „Przybytku zaspokajania żądz intelektualnych”, w którym można było sobie pogadać czy wyżalić się. Niby nic, niby nudne, a jednak, dzięki świetnym dialogom bardzo miło mi z obecnymi tam postaciami gawędziło Warto też zauważyć, że gra jest niczym otwarta książka, a co za tym idzie – rozmowa z niektórymi postaciami może trwać nawet kilkanaście minut. Z innych jeszcze ciekawostek, warto by było wspomnieć, że różne postacie różnie się komunikują, żebracy używają „typowo biednych” wyrazów typu „nie chcem ale musim”, a bardziej inteligentni korzystają z bogatego zasobu słów.

Świat

Tak pochwaliłem fabułę, a nic jeszcze nie wspomniałem o genialnej kreacji świata, która jest tak różnorodna i interesująca, że aż ciężko sobie to wyobrazić. Serio – w świecie gry istnieje coś takiego jak „sfery”, które w pewnym sensie są różnymi wymiarami połączonymi portalami. No, ale wykreowanie sfer to jedno, a istoty zamieszkujące te sfery to drugie, ale spokojnie – Black Isle wykreowało również bardzo, ale to bardzo różnorodne istoty, różnorodne pod każdym względem. Każda z ras różni się nie tylko wyglądem, ale i obraną przez siebie filozofią. Jedna rasa lubi się z innymi, inna nie. Więc jeśli jesteś typem ciekawskiego gracza, który lubi wiedzieć dużo o świecie jaki go otacza – będziesz w niebie! Każdego możesz wypytać praktycznie o wszystko co by mogło cię zaciekawić. Sam mimo, że aż tak bardzo nie jestem ciekawski, to wiele razy wypytywałem różne postacie, różne rasy o różne tematy. W sferach świat niestety jest smutny, pełen bólu i śmierci…
Bardzo podoba mi się także udźwiękowienie gry. Mamy świetny soundtrack z takimi utworami jak „Deionarra theme” czy motyw przewodni karczmy „Pod gorejącym człowiekiem”. Gra ma także częściowy polski dubbing, który jest jak najbardziej na plus. W mieście, na targu słychać szum, ludzi oferujących swoje towary i tak dalej. Tak z mojego prostego narzekania szkoda trochę, że nie zaimplementowano systemu rutyn npc w zależności od pory dnia tak jak w Gothicu. Dodało by to jeszcze większe powiązanie z światem.

Towarzysze

W poznawaniu siebie pomóc Bezimiennemu może jeszcze 5 innych kompanów. Od nas zależy kogo chcemy do drużyny, a kogo nie. W sumie jest chyba 7 kandydatów. Ogólnie drużyna może być maksymalnie sześcioosobowa. Nasi towarzysze rozmawiają co jakiś czas między sobą, co przy odpowiednim „naborze” tworzy bardzo charyzmatyczną ekipę. Swoją drogą – spotkałem się gdzieś z recenzją, gdzie autor napisał, że wolał wziąć słabszych, ale ciekawszych towarzyszy niż tych najmocniejszych, ale nie pasujących do reszty ekipy, przez co finalnie stwierdził, że towarzysze w tej grze są najlepszymi towarzyszami w grach video. Osobiście nie grałem za bardzo w gry, gdzie był jakiś wątek ekipy, więc no ciężko stwierdzić, ale na pewno ma racje, że mogą być naprawdę ciekawi. Szczególnie, że każdy z nich jest inny.

Walka

Walka tutaj jest dosyć prosta – klikasz na przeciwnika i po prostu go atakujesz, nie musisz nawet ciągle klikać, wystarczy raz. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że postacie potrafią się bugować. Dokładnie chodzi o moment gdy w cztery osoby podchodzisz do jednego przeciwnika przez co ktoś nie atakuje, bo się zblokował i tak dalej… Na szczęście nie przeszkadza to jakoś specjalnie i da się z tym żyć. Gorzej sprawa wygląda w momencie gdy gramy magiem – animacje są tutaj bardzo ładne, ale niestety „freezują” walkę na kilka sekund. Po prostu trzeba poczekać aż animacja się skończy.
Swoją drogą – jakbyście mieli zamiar kiedyś zagrać – pamiętajcie wydawać pieniądze! Osobiście tego nie robiłem, bo cały czas myślałem, że na coś mi się przydadzą w przyszłości, przez co kończyło się to tak, że miałem 10 tysięcy w kieszeni, a amulety zdrowia się kończyły i solidnie dostawałem po dupie. W pewnym momencie swojej przygody miałem już nawet zamiar użyć jakiegoś trainera czy czegokolwiek by dostać amulety, bo postać mnie zabijała na kilka hitów, a ja nie miałem nic do uzdrawiania, ale wiecie jak sobie poradziłem? Jak już wiecie nasza postać jest nieśmiertelna, skorzystałem z tego faktu i moja walka polegała na respawn-> bieg przez kilka pomieszczeń do przeciwnika -> 3 hity -> śmierć -> powtórz. Ważne, że działa

Rozwój postaci

W Planescape: Torment bardzo ważne są także statystyki polegające na kilku cechach, która z czasem zwiększamy. Dzięki dużej inteligencji przykładowo łatwiej nam przychodzą wspomnienia, a dzięki charyzmie mamy bardzo dużo nowych opcji dialogowych, pozwalających zakończyć wiele zadań w inny sposób. Oczywiście samemu także należy dużo myśleć, w przeciwnym wypadku możemy zostać solidnie okłamani. Dlatego na samym początku warto usiąść i zastanowić się jaka ma być nasza postać i w co chcemy wpakować najwięcej punktów. Kolejną ważną rzeczą związaną z rozwojem postaci jest wybór klasy, do wyboru mamy: Mag, Złodziej, Wojownik. Klasę możemy spokojnie zmieniać ile razy chcemy – wystarczy, że znajdziemy w świecie gry przedstawicieli danego fachu. Mamy jeszcze frakcje, te jednak tak naprawdę nic wielkiego nie zmieniają. Osobiście ukończyłem grę „czuciowcem”, ale nie wiem nawet co mi to dało.

Na koniec

W sumie Planescape: Torment to dla mnie najlepsza gra pod względem fabuły jaka kiedykolwiek powstała. Gothic i Wiedźmin się chowa. Serio! Zresztą chyba ilość recenzji chwalących fabułę jest wystarczająco byście mi uwierzyli Z rzeczy, które warto jeszcze odnotować – grałem w edycje rozszerzoną na systemie windows 7 i ją właśnie najbardziej polecam. Wywaliło mi tylko raz do pulpitu, a lekko odświeżony interfejs jest znacznie wygodniejszy od oryginału. Ocena? 10/10? 9.5/10? Wszystko zależy jak oceniacie, jeśli gra musi być bez wad, choćby najmniejszych, no to dziesiątki nie będzie…

Na koniec zostawiam was z pytaniem, które kilka razy powtórzone zostało w grze: Cóż może zmienić naturę człowieka?

Idę nad tym rozmyślać


Avengers: Endgame – recenzja (raczej bezspoilerowa)

Marvel Cinematic Universe, czyli kinowe Uniwersum Marvela to jedno z największych o ile nie największe kinowe uniwesum nie tylko ostatnich lat, ale i generalnie współczesnego kina popkulturowego, porównywalne chyba już tylko i wyłącznie ze światem Gwiezdnych Wojen. Premiera filmu Avengers: Endgame, który wieńczy pewien cykl MCU to dla wielu fanów (i nie tylko!) jak to lubię określać „prawdziwe święto popkulturowe”, a że święta święcić trzeba to do kina udałem się także i ja pełen nadziei na piękne, filmowe widowisko.

Na wstępie warto zaznaczyć, że nie uważam się za jakiegoś wielkiego znawcę i miłośnika MCU – nie mam zaliczonych wszystkich filmów, nie zarywałem nocy na forach fanowskich debatując nad kolejnymi teoriami spiskowymi, nie chodziłem w stroju Iron Mana jak byłem mały, ale wiem o co w nich chodzi, miałem również przygodę z zainteresowaniem samymi komiksami w przeszłości, a i najzwyczajniej, jeśli ktoś chociaż trochę interesuje się kinem superbohaterskim to nie sposób niektórych rzeczy nie znać i nie wiedzieć, bo wiele z nich stało się już niemal klasykami. Do Endgame podszedłem więc może bez pewnego bagażu emocjonalnego, ale wydaje mi się, że jako świadomy widz, który wie skąd biorą się następstwa, które widzi na ekranie. I tu pojawia się też rzecz, która chciałbym by wybrzmiała już teraz – Koniec Gry, jak to nazwał polski dystrybutor, to jak to już ktoś określił przede wszystkim laurka dla fanów cyklu i ludzi obeznanych z tematem i to oni wyniosą najwięcej, ale i wbrew pozorom także dobry film dla tych, którzy przyszli jedynie na to podsumowanie. W ogóle krótka dygresja – spośród już całkiem sporej ilości filmów na jakich byłem w kinie, widownia na tym była zdecydowanie najbardziej żywiołowa i to na całym spektrum emocji – od gromkiego śmiechu przez pociąganie nosem w smutnych momentach.

Robiąc zarys historii, oczywiście nie zdradzając niczego, czego jakoś szczególnie nie wiemy – zastajemy naszych bohaterów po sromotnej porażce (Infinity War), gdzie to powiedzieć, że są po niej przybici to nic nie powiedzieć. Co nie jest jednak niczym zaskakującym, jeśli oglądaliście zwiastuny, w związku z pewną zmienną postanowią mimo wszystko jeszcze raz podjąć walkę, by idąc w tym momencie trochę w kolokwializm, cała sprawa zakończyła się raz na zawsze w tę lub w inną stronę, by przyszedł finalny Koniec Gry.

Przede wszystkim film ten pokazuje superbohaterów z wyjątkowo ludzkiej strony na znacznie większą skalę niż w poprzednich filmach – żałobę czy radość, generalnie złe i dobre emocje, których doświadczają. Ten ludzki element przewija się nie tylko na początku filmu, ale praktycznie do jego końca i jest widoczny również w momencie, gdy postaci są pokazane nam już jako obdarzone supermocą. Co ciekawe niektóre z głównych postaci z tym swoim elementem ludzkim (lub inaczej, pod wpływem pewnych czynników, następstw) nabierają zupełnie nowego wymiaru i przez to możemy na nich spojrzeć z zupełnie innej strony. Kwestią indywidualną odbiorcy jest to czy wychodzi to im na plus czy nie, ale na pewno jest to coś niespodziewanego. Generalnie największej „siły” możemy spodziewać się od postaci, od których normalnie byśmy się jej nie spodziewali.

Inną sprawą jest tu „drugie dno” historii, bo oczywiście możemy spojrzeć na ten film jedynie przez pryzmat jego epickości, pojedynków czy scen bitewnych (tu znów, w skali porównywalnych jedynie z tymi z Gwiezdnych Wojen czy filmów na bazie prozy Tolkiena), ale to przede wszystkim historia o przeszłości, przyszłości i teraźniejszości, wpływu naszych działań na nie i następstw jakie za sobą niosą. Dochodzi tu teoria alternatywnych rzeczywistości, która przynajmniej mnie szczególnie uderzła, znana chociażby z Faceci w Czerni 3 czy… tu może żeby zbytnio nie spoilerować z innych filmów, które również są wspomniane w Endgame. Wcześniej wspomniałem o święcie popkulturowym – generalnie w Końcu Gry możemy wychwycić nie tylko niezwiązania do samych filmów Marvela ale również do klasyków kina generalnie. Wiąże się to także z humorem, którego w tym filmie jest multum i to nawet nie tylko takiego prostego, ale również sytuacyjnego, gdzie trzeba wychwycić pewien kontekst.

Żeby nie było tak różowo należy zwrócić uwagę na pewne mankamenty. Film momentami idzie bardzo prostą linią oporu pod względem fabuły i nie, nie chodzi tu o jakiś większy pretensjonalizm, ale swojego rodzaju kwestie, które jakkolwiek są wytłumaczone, tak z boku mogą wydawać się jednak zbytnim uproszczeniem, szczególnie że (tu już jest to błąd marketingowy i to w moim mniemaniu dość znaczny), przed Endgame został już zapowiedziany kolejny film Marvela, a więc dodając jedno do drugiego niektórych rzeczy mogliśmy się domyśleć trochę zbyt szybko. Analogicznie jest z niektórymi postaciami przy których był efekt „pompowania balonika”, a finalnie nic z tego specjalnie nie wyszło, ale tu chociaż możemy mówić o jakimś zaskoczeniu. Niektórym mogą też nie pasować generalnie niektóre rozwiązania wątków, ale ja osobiście je rozumiem, szczególnie, że jakoś trzeba było je domknąć, patrząc na fakt, że jest to film wieńczący pewną fazę uniwersum.

Pod względem technicznym nie ma się za to absolutnie do czego przyczepić. Wszystko gra pod względem kompozycji, z resztą i nawet film mimo trwania 3 godzin nie dłużył się w żadnym momencie. Graficznie sceny robią wrażenie, a i muzyka dodaje „tego czegoś” co powoduje ciarki na rękach.

Avengers: Endgame śmiało zmierza po status najbardziej kasowego filmu w historii kina. Już teraz osiągnął najlepsze otwarcie, jednak nadal nie zapewnia mu to 1 miejsca ogólnie – te nadal śmiało dzierży Avatar i szczerze, chyba czas już najwyższy by ustąpił ze swojej pozycji. Na pewno Koniec Gry jest dobrym kandydatem by zapełnić to miejsce i każdy dolar, euro czy złotówka wydana na seans nie będzie stracona.