Kategoria: Piterus

Powrót Pegasusa na salony

Jakiś czas temu firma Nintendo zapowiedziała wydanie nowej konsoli. Nie byłoby w tym nic dziwnego ani ciekawego (nowsze konsole tego przedsiębiorstwa nie cieszą się w Polsce jakąś super popularnością) gdyby nie fakt, że jest to nowoczesna mini wersja kultowego już NESA, znanego nam bardziej jako Pegasus, czyli konsolą z Mario i Contrą na kartridżu 168 in 1 na czele.

Konsola będzie lepiej przystosowana do nowszego sprzętu. Do ekranu podłączymy ją za pomocą kabla HDMI co nieco poprawi na pewno wszelkie problemy z sygnałem (kto grał na pegazie wie, że czasami trzeba się było trochę nakombinować, żeby wszystko działało jak powinno). Oczywiście mamy tu wsparcie innych kontolerów od Wii i odwrotnie – dołączonym padem będzie można pograć na znanych już konsolach. Konsola będzie zamknięta, co oznacza, że zagramy jedynie w określoną listę tytułów, co jest bardzo dużym minusem przy nieokreślonej liście ROM-ów w Internecie. Niemniej każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie:

Balloon Fight
BUBBLE BOBBLE
Castlevania
Castlevania II: Simon’s Quest
Donkey Kong
Donkey Kong Jr.
DOUBLE DRAGON II: THE REVENGE
Dr. Mario
Excitebike
FINAL FANTASY
Galaga
GHOSTS’N GOBLINS
GRADIUS
Ice Climber
Kid Icarus
Kirby’s Adventure
Mario Bros.
MEGA MAN 2
Metroid
NINJA GAIDEN
PAC-MAN
Punch-Out!! Featuring Mr. Dream
StarTropics
SUPER C
Super Mario Bros
Super Mario Bros. 2
Super Mario Bros. 3
TECMO BOWL
The Legend of Zelda
Zelda II: The Adventure of Link

Premiera zaplanowana jest na 11 listopada. Konsola będzie dostępna także w Polsce w cenie około 300 złotych. Trochę sporo, ale jestem prawie pewien, że będzie miała niemałe wzięcie wśród zapaleńców tego tematu. Sam przemyślę zakup mimo sprawnej IQ-502 na stanie.

Artykuł oparty na podobnym na Gamezilli.


EURO 2016 – także dla Ciebie

Po EURO 2016 emocje już opadły i chociaż dziś mówi się o Francji znów głównie w smutnym kontekście to warto wrócić do tej pięknej imprezy, która pozwoliła Francuzom i ogólnie Europejczykom zapomnieć o tym co złego działo się u nich w ostatnim czasie. Wreszcie ME były także wielką imprezą sportową i niecodziennym spektaklem, który za sprawą naszych piłkarzy trwał nieco dłużej niż zwykle dla niedzielnego, polskiego kibica, nie interesującego się na co dzień futbolem, a i Ci bardziej wprawieni nie powinni czuć się zawiedzeni.

Przed mistrzostwami apetyty były duże. Nie ma co się z resztą dziwić. Udane eliminacje za sprawą naszej kadry z niezwykle skutecznym Lewandowskim na czele dały nadzieję na coś więcej niż legendarne już od kilku lat minimum na wielkich piłkarskich imprezach – wyjście z grypy. Z resztą przy obecnym systemie rozgrywek, gdzie przechodziło także parę zespołów z 3 miejsc, zadanie to było stosunkowo prostsze. Nie mniej trzeba to było pokazać na boisku. Zaczęło się bardzo dobrze. Mecz z Irlandią Północną zagraliśmy koncertowo, w końcu narzucając własny styl, a nie czekając na potknięcie rywala. Sam trener drużyny przeciwnej był wyraźnie zaskoczony naszą dyspozycją co z resztą odbiło się na jego podopiecznych. Później ciężki bój z Niemcami, w którym walczyliśmy jak równy z równym (tu można się spierać, czy to Polska wskoczyła na taki poziom, czy to Niemcy zagrały tak.. średnio) zakończony w sumie sprawiedliwym podziałem punktów. No i przyszedł 3 mecz, który od dobrych kilkunastu (kilkudziesięciu?) lat nie był meczem tylko o pietruszkę. Udało się zwyciężyć i zapewnić sobie wyjście z dobrego miejsca. Następnie męczarnia ze Szwajcarią zakończona szczęśliwym konkursem jedenastek oraz mecz o możliwość wejścia do fazy medalowej – z Portugalią. Wielu twierdzi, że w meczu z późniejszymi mistrzami Europy byliśmy lepsi. Tego nie potwierdził niestety wynik. Polska odpadła w ćwierćfinale Mistrzostw Europy.

Jeszcze parę miesięcy temu powyższe byłoby nie do pomyślenia. Podobnie jak niedosyt po meczu z Niemcami czy Portugalią. Jest to dobry znak dla tej ekipy. Dobry znak dla nas, bo w końcu naszą główną pieśnią przestało być słynne nic się nie stało większości polskich kibiców.  Prognozy na dalszą ścieżkę reprezentacji malują się raczej w pozytywnych barwach. Pokazało się kilku młodych piłkarzy, względnie nikt nie zawiódł i może tylko tych setek Milika szkoda Wszystko to sprawia, że mistrzostwa trwały dla nas nieco dłużej niż zwykle. No i w sumie dobrze. W końcu taki turniej nie zdarza się codziennie, a czasem nawet nie co 2-4 lata.

Mistrzostwa wygrała Portugalia. Co prawda nie przeszła przez ME jak burza, lecz była wystarczająco skuteczna w najważniejszych momentach, a to już bez wątpienia domena mistrzów. Osobiście cieszę się z takiego przebiegu spraw z kilku względów. Było to swojego rodzaju oddanie im należnego za ME z 2004 roku, które niewątpliwie powinni wygrać. Jak to ktoś ładnie mniej więcej skwitował: Portugalia bez wątpienia miała lepsze generacje swoich jedenastek, ale żadna z nich nie wygrała tak ważnego pucharu. Drugim plusem jest postać Cristiano Ronaldo – niewątpliwie jednego z najlepszych piłkarzy przynajmniej XXI wieku. W swoim dorobku nie miał żadnego, tak dużego trofeum z reprezentacją, a bez wątpienia na takie coś zasługiwał, podobnie z resztą jak wielu innych portugalskich piłkarzy, dla których było to coś na wzór zwieńczenia kariery. Jego postać okazała się niezwykle cenna w samym finale i co ważniejsze, nie ze względów typowo sportowych umiejętności. Jeszcze w pierwszej połowie organizm odmówił mu posłuszeństwa. Tak długi sezon klubowy, zwieńczony jeszcze przecież wygraniem LM miał na to ogromny wpływ. Swoją drogą jego kontuzja na tych mistrzostwach to jeden ze smutniejszych obrazków światowego futbolu. Na szczęście z happy endem. Pod koniec przejął praktycznie rolę trenera i to on mógł podnieść ten puchar, którego całe zachodnie wybrzeże półwyspu Iberyjskiego tak bardzo wyczekiwało.

Wszystko to oczywiście spoko, ale dla nas – co najważniejsze – nie odpadliśmy wreszcie z byle kim i to po meczu, za który z perspektywy czasu nie musimy się wstydzić. Szkoda może tylko Dudka – on na pewno by te wszystkie karne obronił.


Skąd ta powaga?

Fascynacja światem DC trwa, jednak wraz z jego głębszym poznaniem, opinie i zdanie na jego temat ewoluują. Zmienia się podobnie jak Joker na przestrzeni wielu dekad, aż doszliśmy do Jared’a Leto w najnowszym Suicide Squad. Wszelkie zmiany wynikają głównie z interpretacji postaci przez twórców oraz w jakich czasach dana postać występuje. Dziś, skupimy się głównie na jego filmowych wersjach – z oczywistego względu opierających się na komiksach od DC. Pod uwagę biorę tu zarówno animacje jak i filmy aktorskie.

 

Zasadniczo, jeśli miałbym wybierać swoje typy, najlepszymi wersjami Jokera są dla mnie odpowiednio Heath Ledger z filmu „Mroczny rycerz” oraz John DiMaggio z animacji „Batman w cieniu Czerwonego Kaptura”. Spojrzenie na te dwie postaci w obu przypadkach jest dosyć podobne – prawdopodobnie stąd takie, a nie inne zdanie. Zacznę od Ledgera, a może jeszcze inaczej – od filmów aktorskich. Niech o poziomie jego roli jako Jokera świadczy średnia ocen użytkowników serwisu filmweb – 9.8(!)/10. Jest to, jeśli się nie mylę, najwyższa nota aktorska za rolę w konkretnym filmie w tamtym serwisie (równie wysoką notkę mają Anthony Hopkins w „Milczeniu owiec” oraz Tom Hanks w „Forest Gump”, lecz na podstawie znacznie mniejszej ilości głosów). Ledger zagrał Jokera inaczej niż jego poprzednicy, a przecież poprzeczka Jack’a Nicholsona jako poprzedniego odtwórcę tej roli, była zawieszona bardzo wysoko. Jego Mr.J., cała otoczka psychologiczna postaci, którą żeby poznać trzeba po prostu zobaczyć i za każdym razem odkrywa się ją na nowo, zasługuje na najwyższe noty w jakimkolwiek rankingu. Taka namiastka – żeby nie było.

Zasadniczo ciężko przy postaci Jokera używać innych epitetów jak nieobliczalny, szalony i pochodne. bo taka z założenia ma być ta postać. Tu jednak mamy do czynienia ze swojego rodzaju realizmem postaci. Po krótce powiem tylko, że przykładowo – pierwszy filmowy Joker, Cesar Romero, był postacią w czasach, kiedy to bohaterowie z komiksów byli dosyć… ugrzecznieni, stąd fajerwerków być nie mogło. Z resztą był to rok ’67. Nicholson był już znacznie lepszy, bo i czasy były inne. Jego rola z ’89 była bardziej nawiązaniem do jakby klasy wyższej, elitarnego, gangsterskiego świata. W każdym razie te klimaty. Trochę w tę stronę idzie teraz Jared Leto, jednak jest to już nieco inny typ, a i czasu filmowego dostał tyle, że ciężko go jednoznacznie zaszufladkować. Swoją drogą, czasem swoista niemożność „zaszufladkowania” wychodzi tylko na dobre.

W animacjach mam wrażenie, że jest trochę większe pole do popisu, bo i miedzy animacją, a komiksem jest trochę mniejsza bariera techniczna wynikająca z przełożenia jednego na drugie. Innymi słowy, można bardziej zbliżyć się do pierwowzoru i manipulować otoczką wokoło cech głównych. Wspomniałem wcześniej, że dla mnie najlepszym Jokerem z animacji był John DiMaggio z animacji „Batman w cieniu Czerwonego Kaptura”. Za tym idą dwie sprawy. Sam Joker w tym filmie jest bardzo dobrze pomyślany, a urok głosu Amerykanina, który z niejednego dubbingowego pieca chleb jadł, dodaje mu jedynie animuszu. Próbka.

Fakt faktem, nikt nie zepsuł dubbingu na tyle, by się do kogoś mocniej przyczepić. Wielu zrobiło to naprawdę dobrze. Mieliśmy przyjemność słuchać także np.: Troya Bakera czy Marka Hamilla (najsłynniejszy głosowy). Niektórym oberwało się trochę za pomysł. Kevin Michael Richardson kompletnie nie trafił do mnie ze swoją postacią, natomiast Michael Emerson w chyba najbardziej kontrowersyjnej części był bardzo dobry, lecz film był po prostu przesadzony.

Joker, póki co, nadal jest postacią z nieograniczoną podstawą do interpretacji, z której jeszcze wiele można wyciągnąć. Każdy twórca kolejnego dzieła tworzy go na nowo, z nowym pomysłem i prawdopodobnie jeszcze nie raz i nie dwa ujrzymy i odkryjemy nowe oblicze tego największego superzłoczyńcy wszech czasów (według magazynu Wizard).


Ho, ho, ho, Retrospection!

Ostatnio, przeglądając recenzje aktualnych premier filmowych, całkiem przypadkiem natrafiłem na kilka zbłąkanych materiałów filmowych w postaci intro (jak to w mnogiej się odmienia?) serialów animowanych z przełomu XX i XXI wieku w Polsce – był to okres, kiedy to na Polsacie, codziennie w okolicach godziny 15:00, dzieci, z wypiekami na twarzy wyczekiwały kolejnych epizodów swoich ulubionych postaci. Parafrazując popularnego mema – jeśli pamiętacie poniże, które wstawie, to mieliście wspaniałe dzieciństwo. Bez tytułów – niespodzianka będzie (w nawiasie lata emisji) :

Video #1 (1997-2001)
Video #2 (1998-2000)
Video #3 (1999-2001)
Video #4 (1996–1999)
Video #5 (2003-2004)

Swoją drogą kozackie wykonanie
Oczywiście, każdy miał wtedy jakiegoś swojego faworyta, ale z racji, że wyżej nie sposób było wymienić wszystkich, dlatego nie podałem klasyków pokroju Króla Szamanów, Bayblade, Yu-Gi-Oh! czy wreszczcie Pokemonów, które to u dzisiejszego, jeszcze młodszego pokolenia wywołują raczej uśmieszek politowania, niż zachwyt (o tym kiedyś coś też). Tyle, że dla nas, tamtych dzieci, bajki były jednak czymś innym, mówiąc tylko o takich popołudniowych seansach. Kurtka, zaczynam brzmieć jak jakiś starzec, a mam tylko dwie dychy na karku, ale całkiem serio – pamiętam jeszcze te czasy, jak organizowało się walki na dyski czy wymieniało się różnymi kartami lub zbierało się je razem z rówieśnikami. Internet nie był nikomu potrzebny. Trochę smutne, że dzisiejści tego nie uświadczą.
Nie ukrywam, że jestem bardzo sentymentalny – do dziś mam sporą kolekcję różnych reliktów przeszłości z początku XXI wieku i wcześniej m.in. w postaci niespełna 500 różnych tazo, kart czy innych dodatków do żywności poukładanych mniej lub bardziej regularnie w zbiorczym klaserze (nie ukrywajmy, głównie z chipsów i rogalików, i od razu odpowiadam nie – nie jestem tłusty :D), kaset wideo także w dosyć imponującej ilości czy innych rzeczy, o których jakoś nie wspomniałem.
Pisząc o tym wszystkim przypomina mi się ogólnie piękna otoczka tamtych lat (ja jak jakiś Mickiewicz c’nie – sielski, anielski i te sprawy), a jeszcze nawet nie dotknąłem tematu Pegazusa, ale o nim, o powyższym zbieraniu lub innych tematach co do wspomnień za pewne jeszcze nie raz tu wrócę i nie jeden wpis się ukaże. A jakie są wasze odczucia? Zapraszam do komentowania.


Prince of Persia – What Else?

Wiatr wieje, dokąd chce, lecz piasek musi podążać z wiatrem.

Nieświadomy otaczającego go świata, targany boskim oddechem, na łasce i niełasce burzy, która nim włada.

Czymże jest ziarnko piasku na pustyni?

Ziarnko piasku podczas burzy?

Od kiedy zmieniłem sprzęt jakoś stałem się bardziej skłonny do nieco bardziej legalnego źródła z jakiego czerpie gry. Część miałem, jeszcze inne ogarnąłem od znajomych no i oczywiście parę (dosłownie) kupiłem. Któregoś dnia udałem się przy okazji do pobliskiego sklepu z grami w celu zakupu jakiegoś tytułu w dosyć przystępnej cenie. Z racji, że z nowymi tytułami nie miałem do czynienia ładnych parę lat nie celowałem konkretnie w najnowsze produkcje, a nieco bardziej ogólnie w coś co zachęciłoby mnie do wniknięcia w wirtualny świat. Po dosyć krótkim namyślnie po przejrzeniu dostępnych gier, wybór padł na Prince of Persia – dzieło Ubisoftu z serii bez dodatkowego podtytułu.

Z Księciem Persji miałem do czynienia praktycznie odkąd pamiętam. Do dziś na pegazusie posiadam radziecką wersję tego tytułu z 1989 roku na jednej z lepszych dyskietek. Na owe czasy była to gra rewolucyjna, głównie za sprawą Jordana Mechnera, który to ruchy postaci oparł na ruchach swojego brata nagranych na zwykłe video. W jednym z wywiadów mówił, że kamera była jakby wypożyczona ze względu na brak funduszy i niedługo później oddał ją do sklepu. Głównym jej zamysłem były osadzone w antycznej Persji perypetie młodego księcia, który przemierzając kręte lokacje walczył z przeciwnościami losu. Oczywiście seria z czasem ewoluowała, jednak prawdziwy przełom pojawił się w 2008 roku, gdy postanowiono sięgnąć po zupełnie inną, niekanoniczną historię, która jak się później okazało praktycznie zamknęła się w tym jednym dziele.

Prince of Persia to gra typu sandbox, która zaliczana jest do szeroko rozumianych przygodówek, choć to ma jakiś płytki wydźwięk. Jest to piękna opowieść, która ma nas skłonić do refleksji, a przy tym nie odbierać przyjemności z samego poznawania stworzonego przez projektantów miejsca. Krótko o fabule – intro wita nas przytoczonym na początku wierszem oraz scenerią, gdzie to główny bohater, Książe, który wcale nie jest księciem, wędruje przez pustynie w poszukiwaniu swojej oślicy. Zbiegiem przypadku trafia na Elikę – księżniczkę z prawdziwego zdarzenia, która wplątuje go w wojnę między dwoma bogami (lepsze określenie między uosobionym dobrem i złem) oraz stawia w sytuacji, gdzie to w dużej mierze od niego będą zależeć losy świata. Naszym celem jest pozbycie się z lokalizacji „zepsucia” oraz uwięzienie tego złego w magicznym drzewie. Płytko? Oj, uwierzcie mi, że wcale nie.

Gra cały czas zachowana jest w konwencji baśniowej. Nie mamy żadnego hudu czy paska z hp. Ba, nie możemy nawet zginąć! Cały czas gdy spadniemy/mamy zginąć od ostrego jak brzytwa ostrza, ratuje nas Elika. Niektórzy często narzekają na ten element, ale jest to nic innego jak zgrabne wplecenie w fabułę wczytywania czegoś w rodzaju quick save. Na losy naszego bohatera patrzymy od strony trzeciej osoby – kamera ogólnie jest żywa i zależnie potrafi być z boku, za plecami czy nad nami. Grafika jest nieco komiksowa, lecz to akurat jej zaleta, bo nie mniej bardzo pasuje do tamtejszych realiów. Ogólnie warstwa wizualna jest dużym atutem, a przede wszystkim jej zmienność na co, za sprawą bohatera, mamy niezwykle duży wpływ. Po uzdrowieniu terenu, szare lokalizacje znów stają się pięknym, krajobrazem, które na pewno choć na moment zatrzyma nawet największego hejtera. Sama eksploracja świata jest na tyle przemyślana, że przemieszczając się z jednego miejsca do drugiego, mamy możliwość zobaczenia praktycznie wszystkich detali jakie przygotowali dla nas twórcy. Całość okraszona jest wręcz hipnotyczną muzyką adekwatną do scenerii i zmieniającą się razem z nim.

Tak naprawdę, mało powiedziałem o fabule, ale wyrywkowe jej przedstawienie nie daje takiego obrazu jak powinno. Barwne dialogi (nawet po polsku!) dają nam obraz i możliwość poznania tego czego sami nie wiemy. Podczas całego przechodzenia gry możemy cały czas rozmawiać z księżniczką. Książe czasami pyta dokładnie o to, o co sami byśmy zapytali. Czasami też mamy do czynienia z jakże śmiesznymi, fajnie rozładowującymi emocje scenkami. Prawdziwym creme de la creme jest jednak zakończenie, a w praktyce nawet dwa występujące jedno po drugim, z czego to drugie wydaje się być dosyć otwarte. Mamy tu do czynienia z bardzo emocjonalną sceną, która trzyma nas długo po napisach końcowych. Tak naprawdę jedynym minusem fabuły jest jej dodatek DLC, który wyszedł jedynie na konsole, który moim zdaniem zabija poprzednie, ale z racji, że PC-towcy tej przyjemności nie mają uznajmy, dla dobra tytułu, że tego nie ma.

Słodzę, słodzę, ale coś o wadach. Dla niektórych gra może wydawać się nieco zbyt monotonna, zbyt łatwa i szczególnie walki mogą po pewnym czasie nie dawać tylu emocji ilu byśmy chcieli. Warto jednak zauważyć, że pięknem tej gry ma być przede wszystkim jej przystępność i umiejętność opowiadania historii. Dla niedzielnego gracza, który nie szuka jakiś hardkorowych poziomów ta łatwość przechodzenia (też nie bez przesady, samograj to nie jest) może być prawdziwą zaletą. Walka ma przede wszystkim cieszyć oko, podobnie jak sceneria, której poznawanie trzyma nas z dala od monotonii. Na siłę jednak, jak ktoś chce ograniczyć własną podróż może skorzystać z dostępnych teleportów.

Grę mogę serdecznie polecić osobom, które w jakimś tam stopniu czują klimat i chcą wziąć udział w pięknej baśni, która odgrywa się na naszych oczach. Nie stracą także fani ówczesnego parkouru czy po prostu ludzie, który chcą zagrać w dobrą grę.