Każdy z nas ma swoje ulubione gry

Ostatnio w polskim Internecie (nie wiem czy szerzej) pojawiły się topki 25 ulubionych gier różnych twórców czy po prostu różnych osób. Z racji, że ja lubię takie rzeczy, bo fajnie pokazują one co myśleliśmy w danym momencie czy jaki był nasz gust, postanowiłem zrobić także swoją, taką wedle stanu aktualnego. Przy okazji chciałbym dodać na ten temat parę słów i nadać rzeczom szerszy kontekst i trochę powiedzieć jak wygląda u mnie obecnie granie.

Na tej stronie robiłem już kilka rankingów (hej, jeden jest dokładnie pod tym artykułem). W kontekście gier pojawił się TOP 10 gier Java, Pegasus czy tzw. #GameStruck4, gdzie parę słów napisało także kilka innych osób. Siłą rzeczy tamte rankingi nieco pokrywają się omawianą dziś 25tką, chociaż całość traktuje znacznie bardziej luźno, nie ma tu podziału na miejsca, a raczej na zabawę i ogólny pogląd o jakich tytułach mówimy. W większości były wszystkie które chciałem, brakowało mi jedynki z top Java, ale jakoś musiałem to przeboleć.

Kolejność losowa, mniej więcej tylko poukładana, wygenerowana z użyciem topsters.org. Otwórzcie sobie w nowej karcie jak zbyt mały obrazek.

Tam gry w razie by ktoś nie rozpoznał wymienione są już wyżej, ale zdanie wyjaśnienia czemu te (ew. więcej niż zdanie w analogicznych artykułach):

Contra (NES, 1987) – Ścisłe top ulubionych gier, osobisty TOP 1 gier na Pegasusa.

Prince of Persia (NES, 1989) – Świetna, pionierska gra w każdym możliwym wydaniu, dla mnie przede wszystkim na NES i Javę, wielkie ukłony w stronę twórcy, bo mówimy tu głównie o jednej osobie (odpisał mi kiedyś na Instagramie, yay!).

Batman (NES, 1989) – Świetna adaptacja Batmana, jedna z najlepszych platformówek, nostalgia, świetny soundtrack.

Super Mario Bros. (NES, 1985) – Jeden z największych, najbardziej charakterystycznych growych klasyków ever.

Duck Tales (NES, 1989) – Podobny case do Batmana.

Vice City (PC, 2002) – Jedna ze ścisłego topu ulubionych gier, pewnie TOP 1 gier na PC, pewnie i ogólnie.

GTA V (PC, 2013) – To może nie być moje ulubione GTA, ale obiektywnie jedna z najlepszych gier w jakie grałem pod względem gameplayu i technikaliów.

Red Dead Redemption (PC, 2024) – Zagrałem w tę grę stosunkowo długo po premierze, ale było warto czekać.

Call of Duty (PC, 2003) – Nie grałem dużo w FPSy, bo to nie mój typ rozgrywki, ale pierwsze Call of Duty było jednym z pierwszych, z jakimi się zderzyłem, choć ukończyć, wraz z dodatkiem, przyszło mi dopiero lata później. Dobrze oddaje klimat drugiej wojny światowej.

Call of Duty 4: Modern Warfare (PC, 2007) – Kontynuacja tematu wyżej. Z MW zderzyłem się długo po premierze, podczas maratonu ogrywania kolejnych części CoDa. Gdyby nie jedynka, to właśnie MW byłby najlepszym FPSem w jakiego bym grał i pewnie po cichu nim jest, bo jednak na pierwszego CoDa patrzę przez pryzmat nostalgii.

Szymek Czarodziej 3D (PC, 2002) – ta gra była moim Gothicem jeśli wiecie co mam na myśli.

Prince of Persia 2008 (PC, 2008) – Tu np. o tym. Najbliżej w moim mniemaniu oryginalnego zamysłu serii.

NFS: Underground 2 (PC, 2003) – Kawał dzieciństwa i czasu spędzonego, wyścigi nadal lepsze od wielu obecnych tytułów, soundtrack kształtujący gusta.

NFS: Hot Pursuit (PC, 2010) – Bardzo dobry przedstawiciel nowszych (2010 (*)) wyścigówek.

Wladca Pierścieni: Bitwa o Śródziemie (PC, 2004) – Gratka dla fanów uniwersum Władcy Pierścieni, a przy tym jedna z najlepszych gier strategii czasu rzeczywistego.

FIFA 07 (PC, 2006) – Pierwsza oryginalna FIFA w moim posiadaniu, spędziłem przy niej najwięcej czasu.

FIFA 18 (PC, 2017) – Pierwsza i najlepsza przygoda z trybem FUT w grach FIFA.

Tony Hawk’s Pro Skater 2 (PC, 2000) – Godziny spędzone przed ekranem, niepodrabialny klimat, zasianie bakcyla do pewnej stylistyki artystyczno – muzycznej.

Tennis Master Series (PC, 2001) – Pierwsza gra w jaką grałem na domowym PC.

18 Wheels of Steel: Pedal to the Metal (PC, 2004) – Niespieszny tytuł, pewnie były lepsze w tym gatunku, ale przy tym spędziłem najwięcej czasu.

Valiant Hearts: The Great War (PC, 2014) – Jedna z najlepszych gier o tematyce wojennej i bardzo dobry przykład czym mogą być gry na zewnątrz „bańki”.

Tropico (PC, 2001) – Świetna strategia, ze świetnym lektorem.

Deep 3D – Submarine Odyssey (Mobile, 2007) – niespotykanie duży świat, szczególnie na tak małą platformę.

Car Jack Streets (Mobile, 2008) – Przedstawiciel gier mobilnych. Sposób poprowadzenia rozgrywki śmiało mógłby być użyty w większych tytułach. Rzadko spotykane jest to rozwiązanie, tj. użycie czasu rzeczywistego jako elementu fabuły.

Pokemon: Fire Red (GBA, 2004) – Najlepszy reprezentant tej serii ogólnie.


Dlaczego nie ma jednych gier, a są inne i jak to właściwie jest z tym graniem…

Tak, pewnie jestem monotematyczny. Na liście pojawiają się gry niekiedy dość podobne do siebie czy też z jednej serii, chociaż starałem się tego unikać, stąd niektóre tytuły się na tej liście finalnie nie znalazły. Nie ma co ukrywać jednak, że duża część mojego grania to chociażby inne odsłony GTA (III, SA, inne odsłony cyklu, które chciałem „odhaczyć”), NFSy (Most Wanted, Hot Pursuit 2 to także świetne wyścigi), bądź inne odsłony gier piłkarskich. Tak, jeśli gram to w gry albo powyższe albo z cyklów, które już znam, w większość z nich długo, bo po prostu w nich czuję się pewniej i lepiej, pewnie w myśl analogicznych słów, że ulubione piosenki to te które już znamy. Powoli się (growo?) starzeje, peak mojego grania już dawno za mną i trochę mierze siły na zamiary pod tym względem. Wiem, że taki Wiedźmin czy Cyberpunk to już objętościowo (a nie poruszyłem nawet aspektu technicznego mojego sprzętu, lapek z 2015/16 gdzieś, z lekkim upgradem) nie moja liga. Ludzie różnie przechodzą gry i poświęcają czy mogą pozwolić na nie różną ilość czasu. Na PC stosunkowo późno zacząłem grać, z drugiej tak naprawdę dość szybko przestałem przechodzić pewne gry co czyni mój okres przechodzenia gier relatywnie krótkim. Wiele gier znam z tzw. rynku growego, bo ten nadal regularnie śledzę i myślę, że się w nim dość dobrze odnajduję, ale wiem, że największe tytuły są już poza moim zasięgiem. Może kiedyś, może nigdy. Wiem, że mogę przez to tracić tytuły obiektywnie lepsze, ale czy przez takie, a nie inne podejście staję się kimś gorszym albo mam sobie robić z tego powodu jakieś wyrzuty? Nie wydaje mi się. I tak powyższa lista zdaje się być dość niecodzienna, a i naprawdę wypełniona godnymi tytułami. A na końcu to tylko lista.

Jak chcecie to dajcie znać jak to u was wygląda. Zarówno pod względem TOP 25 jak i podejścia do grania – czy już was peleton dogonił czy nie, jak się z tym czujecie i wgl. Jakby co wiecie gdzie, wiecie co.


Mój ranking filmów MCU (2026)

Artykuł bywa aktualizowany

Cześć!

Wiecie co?

Odpalając raz na jakiś czas ten edytor doszedłem do wniosku że…

Trochę dla siebie, trochę jak wyżej, postanowiłem stworzyć swój ranking filmów z uniwersum MCU. Moja fascynacja filmami Marvela pojawiła się stosunkowo późno w stosunku do pierwszych filmów,, które zadebiutowały w 2008, lecz w pewnym momencie postawiłem sobie za cel obejrzenie ich wszystkich co mi się udało, w jakimś też sensie filmy MCU stały się dla mnie jednym z powodów żeby udać się na dany seans do kina. Generalnie z rankingami jest tak, że czasami znaczenie odgrywa forma dnia, niemniej w czasie lista wykrystalizowała się w takiej formie jaką widzicie niżej. Trochę wspomagałem się też tą stroną, chociaż brakuje tam filmów które wyszły po Endgame. Raczej luźne przemyślenia, raczej dla kogoś kto już widział te filmy i chce skonfrontować swoje przemyślenia z moimi. Wpis potencjalnie będzie aktualizowany przy okazji kolejnych premier. Zapraszam, puśćcie sobie coś w tle do czytania czy coś.

37. Incredible Hulk (2008)
Zacznijmy od najprostszego – ten film niespecjalnie jest dla mnie MCU, a i nawiązań do niego w uniwersum jest jak na lekarstwo. Tak naprawdę historia Bruce’a Bannera została wyzerowana w późniejszym Avengers i w sumie tam mogłaby być jego geneza. Dochodzi zmiana aktora odgrywającego główną rolę, a Mark Ruffalo wszedł w buty postaci znacznie lepiej niż Edward Norton. Sam film wygląda też nie najlepiej. Z plusów Hulk jest bestią tak przerażającą jaką chyba już nigdy później nie był.

36. Eternals (2021)
Film idealnie pokazujący, że jeśli stawka widowiska jest większa niż X to wydaje się tak odrealniona, że kompletnie nie można się z nią utożsamić. Podobnie jak z postaciami, które paradoksalnie, ale bardzo to widać, zostały dobrane w taki sposób żeby reprezentować przekrój społeczeństwa pod względem różnych jego cech, i jakkolwiek nie jest to nic złego, często takie zabiegi są potrzebne w kinie czy w przestrzeni publicznej, ale nawet inne filmy MCU pokazują, że da się to zrobić zdecydowanie lepiej. Postaci ogólnie tu kuleją, mimo kilku dużych nazwisk, podobnie jak tempo filmu i fakt, że film sprawia wrażenie mocno eksperymentalnego w formie przekazu, skierowanego pod konkretny nurt i to raczej taki, który po prostu nie jest zgodny z tym czym jest cała reszta MCU.

35. Kapitan Marvel (2019)
Mam wrażenie że jestem może zbyt surowy wobec tego filmu, ale szczerze, po prostu mnie nie kupił, podobnie jak główna postać, bo pojawiła się również w innych odsłonach. Może kolejny zapowiedziany film, trochę zmieni mi obraz tego filmu, tymczasem nawet niespecjalnie go już pamiętam. Ot origin story postaci, dostaje wielką moc (a z nią wiąże się duża odpo… a nie to będzie później dopiero) i musi znaleźć w związku z tym swoje miejsce w świecie. Może gdyby ten film wyszedł w innym okresie?

34. Ant-Man i Osa: Kwantomania (2023)
Jeśli jakieś hasła przychodzą mi na myśl o tym filmie to niewykorzystany potencjał i symbol problemów MCU w fazie po Endgame. Film wygląda słabo realizacyjnie (w porównaniu z innymi filmami MCU, tak nawiasem jeśli mówię tu o filmach to w ich kontekście, ale to chyba logiczne), miał wprowadzić kolejnego antagonistę, który ma naznaczyć całą sagę, tymczasem trochę sprawy w filmie po prostu rozeszły się po kościach jak gdyby nigdy nic. Na takiej podstawowej płaszczyźnie film stracił to co miały inne Ant-Many – były po prostu okej kinem familijnym, tymczasem ten, mimo gagów, wydaje się był trochę daleko od tego terminu.

33. Thor: Mroczny świat (2013)
O Thorze padnie tu jeszcze niejedno słowo, ale generalnie postać ta miała i trochę ma problemy w solowych filmach (z wyjątkiem, o którym później). Druga część Thora ma bardzo rozmytego antagonistę, całkiem dobry drugi segment w Asgardzie, świetnego Lokiego, który trzyma ten film i w sumie kilka zakończeń, w sensie że zdaje się kończyć kilka razy, nie ma takiej jednej kropki. Z plusów wcześniej wspominany Loki oraz mimo wszystko ważne sceny w kontekście całego uniwersum i późniejszych filmów MCU.

32. Thor (2011)
Czy w pierwszej części było lepiej? Trochę było, chociaż na swój sposób to podobne filmy. Tu trochę bardziej sprawdza się klisza bohater stracił swoją moc, jest w innym środowisku, potem ją odzyskuje i pokazuje kim jest naprawdę, ale to że można ten film sprowadzić fabularnie do tego zdania też nie wygląda najlepiej. Niemniej to nienajgorszy film, całkiem znośne wprowadzenie postaci (jednak miejmy na uwadze, że to jeden z pierwszych filmów) przez co jest też dość prosty w odbiorze przez bardziej neutralne osoby.

31. Iron Man 2 (2010)
Nie przepadam za drugim Iron Manem ze względu, znów, na miałkiego antagonistę i mam wrażenie zbytnie antagonizowanie głównej postaci, chociaż z drugiej strony, tak z perspektywy kilku filmów, dobrze pokazuje to jego przemianę na przestrzeni lat. Mamy tu też Czarną Wdowę w postaci, w której już w sumie później nie będzie z plusami i minusami tego rozwiązania. Inne Iron Many lepsze, chociaż ta postać i tak najlepiej radziła sobie w filmach zbiorowych.

30. Thor: Miłość i grom (2022)
Nie wiem czy oczekiwania wobec tego filmu były zbyt duże w stosunku do tego co Taika Waititi i twórcy dali nam w Ragnaroku, ale tym razem nie udźwignęli tego. Film zdaje się być przegięty i tak jak poprzednim filmie MCU tego reżysera, a przy tym po prostu wcześniejszym Thorze, ten humor pasował i był w punkt, tak tu wiele rozwiązań było po prostu głupich i idących w stronę groteski. Nie przekonują mnie również niektóre rozwiązania fabularne. Z plusów to nadal Thor, ale chyba wolelibyśmy widzieć go w znacznie lepszym wydaniu.

29. The Marvels (2023)
To może być lekkie zaskoczenie, sam zastanawiam się czy to odpowiednia pozycja, że za wysoko, ale jak zrobić inaczej, jeśli bezpośrednio po wyjściu z kina jestem raczej zadowolony i mogę powiedzieć nawet, że ten film mi się na swój sposób podobał. Mam świadomość jego wad, faktu że to nie jest najlepszy film, średnio sprawdza się jako samodzielne dzieło dla osoby postronnej, ale bije od niego pewien rodzaj pozytywnej energii, mimo że podanej w pewnym sosie infantylności. Iman Vellani największy blask filmu, Brie Larson też zdecydowanie lepsza niż „w jedynce”. Ten film to chyba ogólnie trochę przypadek, że czasem lepiej nie mieć do filmu oczekiwań – do Thora 4 miałem ogromne i tak jak tu się pozytywnie zaskoczyłem, tak tam niestety zawiodłem.

28. Ant-Man i Osa (2018)
Wiele osób krytykuje ten film, że powstał tak naprawdę tylko po to, żeby dać furtkę do rozwiązania kwestii finałowej serii i żeby wprowadzić przy tym wątek wymiaru kwantowego. Tymczasem może nie jest to film wybitny, ale ma to czego brakuje części trzeciej – swojego rodzaju humor i lekkość. Nie jest to film wybitny, ale moim zdaniem i nie musiał być i miejsce takie a nie inne na mojej liście nie jest dla niego żadną obelgą.

27. Kapitan Ameryka: Nowy Wspaniały świat (2025)
Nie jest to najgorszy film na świecie, ale też totalnie nic go nie wynosi ponad pewną średnią filmów z tej ery postendgameowej. Za dużo też się zdradza w tych materiałach promocyjnych przez co wiele rzeczy łatwo przewidzieć, ale to akurat wina nie samego filmu tylko sposobu jego dystrybucji.

26. Czarna Wdowa (2021)
Przyzwoity film z paroma wadami, przede wszystkim technicznymi, szczególnie w finale prawa fizyki praktycznie nie istnieją i jakkolwiek ktoś powie czy tego oczekuje się po filmie de facto super bohaterskim otóż tak, wiadomo niektórych rzeczy się nie przeskoczy, ale powinny się chociaż trzymać wewnętrznej logiki i spójności filmu. Film dużo traci ze względu na moment w którym wyszedł, a dochodzi jeszcze fakt że zrzucana często w innych filmach na dalszy plan Czarna Wdowa przegrywa niestety pod tym względem i we własnym filmie, bo show kradnie przede wszystkim jej filmowa siostra. Z plusów ze smakiem pokazane trudne relacje rodzinne.

25. Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie (2011)
Film, który chyba najbardziej próbuje nawiązywać do swojego komiksowego pierwowzoru. Bardzo dobry casting, z resztą to domena nie tylko tego filmu, ale dziś wielu myśląc o danych postaciach, ma przed oczami twarz właśnie takiego, a nie innego aktora, co jest na swój sposób sztuką, bo nie każdy film tak ma. Filmy z Kapitanem Ameryką ogólnie trzymają poziom i skrywają w sobie potencjał postaci, który swój peak da dopiero w filmowych finałach sagi.

24. Iron Man (2008)
Filmowa klasyka, film który zapoczątkował MCU jakie znamy i pewnie gdyby nie wyszedł jak wyszedł, dalsze sukcesy sagi nie miały by miejsca. Film zrobił to co zrobić powinien, a przy tym dał szansę pokazać się Robertowi Downeyowi Jr. który w pewien sposób uratował tą rolą swoją karierę. Osobiście nie mam zbyt wiele sentymentu do tego filmu, poznałem go stosunkowo późno i chyba głównie z tej racji nie zawędrował on u mnie znacznie wyżej na liście.

23. Iron Man 3 (2013)
I teraz pytanie czy trójka jest filmem lepszym. Wiecie, tworząc ranking z tak dużej liczby filmów o niektórych pozycjach decyduje forma dnia. Iron Man ogólnie miał to (nie)szczęście, że lepiej szło mu w filmach z cyklu Avengers, ale trzecia część Iron Mana miała swój motyw tych demonów Starka. Może nie jest to film, który wprowadza jakąś rewolucję, ale nadal lepszy niż kilka innych na tej liście.

22. Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni (2021)
Myślę, jak z perspektywy czasu wspominam ten film – chyba przede wszystkim bardzo ładny w obrazku. Przez to że są to zupełnie nowe postaci, też nie widać tu aż takiego ciężaru świata MCU, chociaż nie znaczy to że od niego uciekniemy, ale jest to spięte raczej ze smakiem. Film bardzo nawiązuje do kultury chińskiej, także filmów akcji z tym motywem i jeśli ktoś lubi tego typu kino to i tu powinien być zadowolony.

21. Ant-Man (2015)
Pierwszy Ant-Man najlepszy Ant-Man i najlepsze ogólnie spośród innych filmów przedstawienie tej postaci. Lubię te rozwiązania dot. zmiany wielkości protagonisty, bo dają one potencjał na wiele naprawdę kreatywnych rozwiązań fabularnych. Przy tym wszystkim ma to czego nie miały późniejsze Ant-Many, jest naprawdę dobrym filmem familijnym, a chyba właśnie tym przede wszystkim miał być.

20. Avengers: Czas Ultrona (2015)
Najsłabszy film o Avengers jako bohaterze zbiorowym, ale to nadal Avengers. Bardzo dobrze tu wyszło wprowadzenie nowych postaci, które odcisnęły piętno w późniejszych filmach. Kilka scen perełek, ale i sporo zagmatwania w środkowym, może też po części trzecim akcie. Na pewnej płaszczyźnie film o człowieczeństwie i technologii, ale jednak inne filmy spoza MCU robią to lepiej. Sporo bardzo dobrych scen walk.

19. Thunderbolts* (2025)
Bardzo fajne kino, szczczególnie na tle innych z podobnych lat, bo też jednak ciężko porównywać te filmy pierwsze z nieco świeższymi produkcjami. Postać grana przez Florence Pugh złoto, inne również jej świetnie akompaniują, a sam film jest bardzo dobrą metaforą tego czym są tzw. demony w głowie z którymi wielu z nas musi się zmagać.

18. Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu (2022)
Gdy była premiera tego filmu to miałem w planach zamieścić tu tekst o tym filmie. Niestety się nie udało. Niemniej może to jest dobra okazja by wkleić to co wtedy napisałem, przynajmniej to co nadaje się do publikacji (w spoilerze, bo długie). A tak z cyklu tldr, to bardzo dobry film, emocjonalny, chociaż odrzucając emocje, to pierwsza część podobała mi się jednak nieco bardziej.

Spoiler:

W 2020 roku świat niespodziewanie pożegnał Chadwicka Bosemana, odtwórcę roli Czarnej Pantery w filmach uniwersum MCU, który zmarł na chorobę nowotworową i z jednej strony sprawiło to wielką pustkę w sercach fanów, a z drugiej postawiło studio przed niemałym problemem, które musiało zmienić plany, co do jego postaci. Dostaliśmy film, który jest odpowiedzią zarówno na jedno, jak i drugie.

W świecie kina, jeśli odtwórca jakiejś roli umiera, a takie sytuacje się zdarzają, rozwiązania zwykle są dwa – no może ostatnio trzy, ale deepfake rodem jak w Szybcy Wściekli, kompletnie do mnie nie trafia. Więc albo się zmienia aktora, odtwórcę roli, albo się w jakimś stopniu ucina jego wątek, śmiercią wyjazdem, jakkolwiek. Zamiana aktora w przypadku Czarnej Pantery niespecjalnie wchodziła w grę, może gdyby chodziło, nie wiem, o pieniądze albo jakieś niedogadanie z Bosemanem to byłoby znacznie łatwiej, przecież zmieniano chociażby odtwórcę roli Hulka, ale z racji takiego, a nie innego potoczenia się sytuacji.. no się nie dało zrobić tego sensownie. Przerwać wątku też się niespecjalnie da, na zasadzie wyjechał czy coś, bo świat Wakandy i MCU potrzebował Czarnej Pantery, tak czy inaczej. Postanowiono się więc zmierzyć ze śmiercią aktora, postaci i to w sensie dosłownym, fabularnym. Film zaczyna się sekwencją śmierci króla T’Chalii, śmierci z perspektywy jego matki i siostry, zdaje się przede wszystkim tej drugiej, która próbuje zrobić wszystko by go uratować, a zdawać by się mogło, że jeśli gdzieś można by mu pomóc to właśnie tam. (…) W pewnym sensie my także przeżywamy żałobę z „rodziną” głównego bohatera. Innymi słowy całość pobija fakt, realności wydarzeń i mamy tu trochę dwa podejścia – to matki, która jakkolwiek tracąc dziecko nigdy nie wypełni krateru jaki pojawił się w jej sercu, tak swoją ufność pokłada w tradycji, wierzeniach, bardzo mocno ukazanego już w jedynce założenia że „nikt nie umiera na zawsze” oraz siostry, która widzi to na bardziej przyziemnej płaszczyźnie.

17. Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)
Na wstępie, o czym jeszcze się przekonacie, a może to trochę też spoiler do listy, bardzo lubię Strażników Galaktyki. Uważam, że to jedna z lepszych rzeczy, którą ogólnie dało nam MCU. Z dwójką mam ten problem, że przy tym balansowaniu na granicy, nie wiem, humoru chociażby czy takiego swojego rodzaju zawirowania i szaleństwa świata przedstawionego, druga część niestety często wychodzi w negatywnym tego słowa znaczeniu poza linie w zeszycie. To nie jest zły film, ale idąc dalej metaforami, trochę jakbyście mieli czegoś za dużo w jedzeniu, mimo że to bardzo lubicie.

16. Czarna Pantera (2018)
Jedyny film MCU, który zdobył Nagrody Akademii Filmowej i to aż trzy statuetki. Czy słusznie jedyny kwestia dyskusyjna, podobnie jak to czy ten film zasłużył na swoje bardziej niż inne. Niemniej Czarna Pantera jest na swój sposób filmem wyjątkowym, szczególnie dla społeczności czarnoskórej i ludów afrykańskich i nic dziwnego, w bardzo wysmakowany sposób przedstawia nawiązania do ich kultury. Osobiście cenię tę film nie tylko za to, ale również za podejście do tematu śmierci, odpowiedzialności i naprawdę dużego serca, które zostało tu włożone, przy czym nie popada w patos, a bardzo łatwo byłoby skręcić tu w tę stronę. Generalnie to dobry film do szerokiej dyskusji, nie tylko na w kontekście komiksowego uniwersum, co tylko dodaje mu wartości.

15. Spider-Man: Daleko od domu (2019)
Nawet nieco gorszy Spider-Man to nadał Spider-Man. Ten film miał znów problem jak kilka mu podobnych – moment premiery. Film został zapowiedziany już przed Endgame, przez co miał trochę problemy z osadzeniem siebie w pewnych rozwiązaniach fabularnych, a i skala wydarzeń była nieco zaburzona przez Endgame właśnie. Film ma dobre elementy tego co miała jedynka, ale jest bardziej kontynuacją już wytyczonej ścieżki niż wprowadza coś świeższego (poza wątkiem romantycznym i świetną MJ). Przy czym to nadal świetny film z nieco szerszym targetem niż inne Spider-Many spoza MCU wcześniej.

14. Fantastyczna czwórka (2025)
Nie za wysoko? Może to kwestia że tę linijkę piszę bezpośrednio po seansie, ale jest to naprawdę dobrze zrobiony film (z kilkoma scenami że gdzie mi niektóre rzeczy zgrzytały). Fajna stylistyka takiego amerykańskiego starego kina no i motyw rodziny, który chyba najbardziej towarzyszy tej marce.

13. Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz (2014)
Coś z tyłu głowy mówi mi że ten film powinien być wyżej, ale szczerze, niespecjalnie wiem jak i za kogo. Zimowy żołnierz to moim zdaniem film ze zdecydowanie najlepszą choreografią czysto fizyczną, bez efektów komputerowych. Przy czym jest to jeden z najbardziej przyziemnych filmów MCU, praktycznie nie imający się magii ani technologii, tak jak poprzednie, a bliżej mu zdecydowanie do kina szpiegowskiego. W tym cały jego urok i rozumiem tych, którzy dali i dają go zdecydowanie wyżej.

12. Doktor Strange (2016)
Tworzenie filmu wprowadzającego nową postać to zawsze dość trudne przedsięwzięcie, niemniej tu się to udało. Film przede wszystkim bardzo dobrze wygląda, a zabawa konwencją obrazu, głównie odbiciami lustrzanymi, ma w tym filmie ogromne znaczenie. Robotę robi też tytułowy Strange, który ciągnie ten film swoją charyzmą. Odważny w formie film i bardzo ważny dla kinowego uniwersum.

11. Spider-Man: Homecoming (2017)
Pełnoprawny debiut Człowieka Pająka w MCU, wcześniej wystąpił on z gościnnym udziałem w Wojnie Bohaterów, gdzie i tak skradł show. Spider-Man Toma Hollanda jest Spider-Manem innym niż ten Garfielda czy Maguire’a. Jest młodszy, ale przy tym zdaje się być bardziej „swojski”, a i w końcu jest też elementem świata jako całego, a nie tylko osobną historią jak poprzednicy. Bardzo dobry origin i zapowiedź na przyszłość.

10. Avengers (2012)
Pierwszy zbiorowy film Avengers był pierwszym eventem zbierającym ówczesnych bohaterów MCU w jedno miejsce i pomysł ten był strzałem w dziesiątkę. Miał też Świetnego antagonistę w postaci Lokiego, który z perspektywy czasu nie do końca traktowany jest jako antagonista. Zagrożeniem tego filmu jest jedynie w pewnym sensie czas, bo od premiery pierwszego Avengers minęła już ponad dekada i wydarzenia tam, siłą rzeczy, zdają się być mniejsze niż w kolejnych filmach. Niemniej to nadal jeden z najlepszych filmów MCU, a i nadal bardzo dobrze trzyma się jako niezależny film.

9. Spider-Man: Bez drogi do domu (2021)
Im wyżej (w sumie scrollując do dołu to niżej?) tym większy ścisk. Nie wiem czy Spider-Man: Bez drogi do domu to najlepszy film o Pajączku, ale jest to na pewno największy film i najlepszy fan service z tą postacią w roli głównej. Wcale nie było to łatwe zadanie, raz że musiał połączyć wątek multiwersum, innych Spider-Manów, bagażu MCU, konfliktu z Sony oraz w końcu pandemii, która pojawiła się na świecie, a mimo to udało się to wszystko jakoś połączyć i dziś mówi się o tym filmie w dobrym kontekście. Świetni antagoniści, świetni bohaterowie, ciężar fabularny jaki na nich leży no i na końcu, mimo pewnych dziur fabularnych, to naprawdę emocjonalny film z potencjałem na kontynuację historii.

8. Doktor Strange w multiwersum obłędu (2022)
Film z serii albo komuś siądzie albo nie, rozumiem tych którzy mają do niego sporo zarzutów. Niemniej, trochę analogicznie do Ostatniego Jedi w świecie Star Wars, jest to film odważny pod względem użytych rozwiązań. Widać też w nim autorskie podejście Sama Raimiego. Scarlett Witch kradnie show, ale Dr. Strange też jest tu bardzo dobrze napisaną postacią. Dużo chaosu, ale jeśli się w nim odnajdzie, a do tego kupi się wątek samej Wandy to tak wysoka pozycja jest w pełni uzasadniona. Świetny wątek matczynej miłości, straty i na co może sobie pozwolić osoba w żałobie.

7. Spider-Man: Całkiem nowy dzień (2026)
Możliwe że jest to najlepszy Spider-Man jaki widziałem spokojnie mogący rywalizować, z tymi, które są nieco poza MCU. Z jednej strony przyziemny charakter, a z drugiej osadzenie Spider-Mana w kontekście świata przedstawionego w jakim przyszło mu żyć. Dramatyczny film, ale i taki, na którym naprawdę można się wzruszyć, mający przy tym naprawdę dobre sceny akcji.

6. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (2016)
Film o dylemacie moralnym czy bohaterowie powinni być pod kontrolą instytucji państwowych czy też działać na własną rękę ze wszystkim co się z tym wiąże. To tak z wierzchu, bo pod tym kryją się ogólnie dwa odrębne sposoby myślenia w uosobieniu dwóch głównych bohaterów sagi, które zderzają się (dosłownie) w finalne filmu. Świetny film, bardzo go lubię, co ciekawe bez aż tak wyraźnego antagonisty, ale jest on raczej tylko pretekstem do poruszenia w ruch całej machiny fabularnej.

5. Thor: Ragnarok (2017)
Najlepszy Thor, jeden z najlepszych filmów MCU i top filmów superbohaterskich w ogóle. Co cieszy, film naprawia praktycznie wszystkie błędy poprzedników, które jak zauważyliście, są zdecydowanie niżej na liście. Wiele kadrów z tego filmu, można zatrzymać i oprawić w ramkę. Film z chyba najlepszą ścieżką dźwiękową, nie licząc Strażników Galaktyki, no i finał, który zapowiada jeszcze większe widowisko.

4. Strażnicy Galaktyki (2014)
Zabawny jest fakt, że przygotowując tę listę, jak wspomagałem się algorytmami do tworzenia takiej listy, pierwsi Strażnicy Galaktyki byli na miejscu pierwszym za każdym razem. Ktoś zapyta, co w takim razie film ten robi poza podium? Wydaje mi się, że chodzi tu o płaszczyznę emocjonalną, ale może o tym wyżej. Film ten jest moim zdaniem najlepszym origin story jakie tworzyło MCU, w sumie to James Gunn przede wszystkim, bo jego filmy mimo bycia w MCU, zawsze miały mocno rozrysowaną autorską ścieżkę. Utkwił mi w pamięci komentarz na YT pod jednym z filmów typu „Guardians of Galaxy theme” – parafrazując, motyw ten zaczyna się podobnie jak ten z Avengers, a potem przechodzi we własne autorskie tony i chyba to jest właśnie definicja tej trylogii. Jeśli miałbym szukać minusów to może trochę finał, ale jednak musiało się to jakoś spiąć z innymi filmami o kamieniach nieskończoności. Trójka nie musiała stąd…

3. Strażnicy Galaktyki vol. 3 (2023)
…znalazła się na trzecim miejscu. Trzecia część trylogii Gunna to film, który osobiście chciałem dostać właśnie w takiej postaci i jestem nim w pełni usatysfakcjonowany, a naprawdę nie sądziłem, że aż tak będę, mimo że akurat ta marka miała u mnie naprawdę duży kredyt zaufania. Genialna chemia wśród głównych bohaterów, spotęgowana naszymi odczuciami jakie nabudowały się nam w stosunku do Strażników przez lata, jeden z najlepszych antagonistów w cyklu, poownie świetna ścieżka dźwiękowa i najzwyczajniej fakt, że nie jest to głupi film, wzorowo poprowadzony z naprawdę dużym szacunkiem do widza.

2. Avengers: Wojna bez granic (2018)
Obiektywnie, najlepszy film MCU pod względem technicznym, budowania napięcia, skali, zarówno tej że w myśl Hitchcocka film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma tylko rosnąć, jak i skali postaci na ekranie, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy w takiej ilości na raz. Dlaczego więc nie jest na pierwszym miejscu? Chyba z podobnych powodów jakie były przy Strażnikach Galaktyki są miejscu czwartym, a może też paroma innymi filmami na liście, kino to przede wszystkim emocje, a w tym prym wiódł seans…

 

1. Avengers: Koniec gry (2019)
O Endgame napisałem krótko po premierze parę słów, z perspektywy czasu, jedyne co tam brakuje lub nie wybrzmiało tak jak powinno, a co chciałbym podkreślić – Endgame to najintensywniejsza kinowa przygoda jaką dane było mi doświadczyć i do dziś mam ciarki gdy przypomnę sobie niektóre sceny. Może i film ma z perspektywy czasu kilka wad, a chociażby Strażnicy Galaktyki 3 czy Wojna bez granic są filmami obiektywnie lepszymi, ale Endgame było i prawdopodobnie już zostanie peakem tych emocji, a przecież o to chodzi, o przeżywanie kinowych przygód, które stają się w pewnym sensie naszymi własnymi doświadczeniami widzianymi z perspektywy obserwatora. A taką właśnie przygodą jest całe MCU i mimo nierównego poziomu w ostatnich latach, niech gra ona jak najdłużej.

Oto moja lista. Jak chcecie napiszcie swoje doświadczenia z MCU, a jeśli żadnych nie macie, bądź są niewielkie to polecam obejrzeć chociaż kilka filmów z tej listy, mam nadzieję, że chociaż w małym stopniu się do tego przyczynię.


Pokolenie GTA

22 października obchodziliśmy 20 rocznicę wydania Grand Theft Auto III. Z jednej strony gry ikony, legendy, która na dobre wprowadziła graczy w trzeci wymiar rozrywki, z drugiej, no właśnie, dla młodszego pokolenia gry już w sumie retro, której co prawda nie odbiera się kultowości, ale patrzy się już trochę jednak jako na coś dość archaicznego. Tymczasem na tamtą premierę, jej następstwa, dziś, 20 lat później, w świetle wydania za chwilę The Trilogy The Definitive Edition, należy spojrzeć trochę inaczej – chociaż też zależy w jaki sposób wielu z nas na GTA patrzyło i jak patrzy nadal.

wiemy kto, wiemy jaki

Ameryki nie odkryję tezą, że przeciętny gracz Rockstara na początku 2021 roku nie był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – znaczy nie oceniam, ale mówię tu konkretnie o pewnych nastrojach na przyszłość, może w pewnym sensie teraźniejszość, a nie ciągłym śnie o nieco przeminiętej potędze niczym AC Milan o powrocie na piłkarskie salony z prawdziwego zdarzenia (chociaż swoją drogą ostatnio nieco odbili, Ibra musisz), bo chociaż okej, GTA V co nabiło rekordów to ich i co pieniążków zarobiło także, to kolejne wydania tej samej gry na kolejną generację konsol przestały ludzi bawić, a sama gra w niektórych kręgach nie uzyskała aż takiego statusu kultowości jak poprzednie, z a racji, że też nie została wydana wczoraj to w sumie już trochę powinna – i ktoś powie hej, online działa nadal, kto ma grać to gra, biznes się kręci, o co ci chodzi.

Temat rzeka, rynek się zmienił, my się zmieniliśmy, to nie ma tak że dobrze albo że niedobrze, ale Rockstar, w dużej mierze też za sprawą swojego wydawcy, stracił łatkę nieskazitelnego studia z nieorganicznym zaufaniem jaką posiadał jeszcze parę lat temu, przynajmniej śród części społeczności – podobnie jak CD-Projekt, chociaż z zupełnie innych powodów, bo o ile do gier R* ciężko się przyczepić, czego dowód dał chociażby niedawno Red Dead Redemption 2, o tyle CDP Cyberpunka według opinii społeczności nieco przeszacowała. I mam wrażenie, że powoli zaczyna się dziać to i tutaj.

GTA V to w ogóle osobny temat. Z jednej strony gra, która biła i bije wszelkie rekordy finansowe i w sumie słusznie, bo chociaż mnie jakoś ta odsłona z przyczyn technicznych ominęła to podkręciła do kolejnej potęgi pojęcie sandboxa wyznaczone przez trójkę, z drugiej trochę popsuła rynek niczym Ronaldo i Messi plebiscyt Złotej Piłki. Wpasowała się świetnie w mainstream i okej, GTA zawsze było grą głównego nurtu, ale zaczęła też grać we własnej lidze, przez co kolejne odsłony z jednej strony nadal były to świetną piątką, a z drugiej, po prostu piątką na kolejną generacje konsol.

Wcześniej użyłem zwrotu „gracz Rockstara” – ktoś zapyta: jest w ogóle coś takiego? Z ekonomicznego punktu widzenia bardziej pasuje klient, szczególnie w 2021, ale zostawmy. Chodzi mi że możemy mówić o fanach typowo jednej serii, jednego wydawcy, chociaż gracze, fani R* to szerzej ludzie z na tyle szerokiego grona odbiorców, że mogą grać w cokolwiek innego – mam tu na myśli pewną casualowość, przystępność tytułów, a z drugiej gry te dają im tyle możliwości, że mogą może nie jeden do jeden, ale w pewnym sensie poprzestać tylko na graniu w gry R*. Wiecie, może to brzmieć trochę jako banał, ale nie każde studio tak ma.

W 2001 roku wraz z przejściem GTA, wirtualnej rozgrywki jako takiej w takim wydaniu w trzeci wymiar, moim zdaniem powstało niepisane pokolenie Rockstara. Nie chcę szacować ram wiekowych, bo to zawsze brzmi trochę boomersko i łatwo zahaczyć argumentacyjnie o Jakuba Czarodzieja, ale mam na myśli, że pokolenie dla których GTA 3 był tytułem równoległym z rozpoczęciem przygody ze światem gier byli tym pierwszym pokoleniem, które spotkało się z taką „piaskownicą” na taką skalę, bo hej, uwaga truizm, wcześniej tego nie było, a później gier z otwartym światem, czy generalnie gier z taką dowolnością było znacznie więcej na zasadzie schematów wyuczonych czy tam jak kto woli zastanych. Gra stało się pewną definicją tego typu prowadzenia rozgrywki, na zasadzie just like GTA. W ogóle, przytaczając mema, którego ostatnio widziałem – są już na świecie rodzice dzieci, którzy urodzili się po premierze Shreka – dla kontekstu to też 2001 rok. To pokolenie, podobnie jak wcześniej pokolenie komiksów czy świata superhero, miało być tym pokoleniem zepsucia, że wiecie, grają tylko w te gry, strzelają, a potem będą wychodzić na ulice i w najlepszym wypadku tylko kraść samochody, ew. wyskakiwać z balkonów. Nie widziałem statystyk ale, nomen omen z tego co widzę, chyba to się nie sprawdziło.

Trochę się ogólnie przeliczono. Może mówię tu teraz personalnie o sobie, ale tam gdzie inni w GTA, mówię w swoim przypadku głównie o Vice City, ale też o innych odsłonach ery 3D czy o czwórce, widzą czy widzieli to multum kontrowersji, rozwałki, rozjeżdżanie i w ogóle całe zło świata, ja widziałem czy poczułem swojego rodzaju niepisany vibe kulturowy, przede wszystkim pod względem muzyki i ogólnej estetyki. Gdybanie, ale gdyby nie Vice City i parę innych gier, a szerzej, też ładniej brzmi, gdyby nie takie medium jakim są gry, pewnie mój gust w wielu aspektach byłby zupełnie inny, ale nie wiem czy w 2021 kogoś jeszcze trzeba przekonywać, że gry jako medium mają na nas taki sam wpływ jak książki, muzyka czy filmy.

Wracając, wraz z dojrzewającym pokoleniem, zmieniało się także to studio i rynek gier jako taki. Jeszcze 10 lat temu, premiery mobilne na 10-lecie trójki czy to VC były pokazywane zupełnie inaczej. Ja wiem, to subiektywne, ale poza tym, że było słychać o nich znacznie wcześniej to miały również zdecydowanie lepsze zwiastuny (już nie wspominam ile fanowskich miało więcej serca niż obecnie), ale też termin GTA NA TELEFON, było krokiem milowym niczym dla młodego fana serii coś z zupełnie innej ligi, nawet jeśli finalnie granie w GTA na ekranie dotykowym nie było tak fajne jak myśleliśmy. Dziś, 20 lat od premiery trójki i +/- 10 od premier na androida, gdzie R* w tym czasie to głównie reedycje piątki, nastawienie do tzw. wersji definitywnych jest zupełnie inne i nie wiem czy jest się czemu aż tak dziwić. Rockstar, patrząc tylko na to co obecnie wypuszcza, przestał kojarzyć się z rewolucją, a zaczął z, sorry, odcinaniem kuponów od sławy i pokazuje to cała kampania promocyjna wokół „nowej” trylogii. I ja wiem, że wyjdzie kiedyś szóstka i wszyscy będziemy zachwyceni, wiem, że genialny był Red Dead, ale są jeszcze rzeczy pomiędzy. Mam też świadomość, że gry są teraz ogólnie drogie, że to już nie era dodatków do CD-Action czy wcześniej dyskietek na rynkach, że świadomość siły branży, to że ludzie się bardziej cenią a inflacja ogólnie idzie do góry jest inna, chociaż też miejmy na uwadze że to remastery za pełną cenę, a nie wspomniana wcześniej rewolucja. Mnie Definitive Edition nie porwało chociażby z tego względu, że chciałbym żeby kolejne rzeczy, które wypuszcza R*, parafrazując samego siebie, ew. Kanye Westa, były better, faster, stronger, a biorąc pod uwagę m.in. plotki o cenzurze, kwestie licencyjne, głównie dotyczące muzyki, która jest integralnym elementem świata przedstawionego, a takie przypadki już były wcześniej przecież.. no może to nie wypalić tak jak byśmy chcieli. Swoją drogą, bo ten argument pewnie padnie i padł przy którejś z rozmów, że w końcu hej, ta gra (gry) jeszcze nie wyszła, jak można oceniać po zwiastunie – jest to broń obusieczna, bo składnia do chłodnej głowy zarówno w kwestiach krytykowania jak i huraoptymizmu.

Nawiasem chciałbym jedno zdanie o cenzurze, nie tylko w kontekście GTA – uważam, że rzeczy powinny być zawsze osadzone w danym kontekście czasowo-kulturowym. Nowe rzeczy twórzmy z pełną świadomością słów i symboli jakie używamy, dla mnie tu nie ma wątpliwości, ale nie jestem za pisaniem rzeczy na nowo, stare rzeczy zostawmy takimi jakimi są. To już lepszym rozwiązaniem są didaskalia na każdym kroku, na zasadzie bawi i uczy. Nawet lepiej.

Zabrzmi to górnolotnie, może naiwnie – po prostu jako ktoś, kto pamięta złote czasy ery 3D i dla kogo ta seria to po prostu kawał growego życia chciałbym, żeby Rockstar dalej wyznaczał kolejne trendy, żeby nie był tylko firmą skupioną na growym konsumpcjonizmie (czy to jeszcze możliwe?) i oferował tylko to co się sprzedaje, żeby finalnie gracze starsi niż x i/lub chcący zrobić z grą coś więcej niż y, nie byli na tym stratni. Wielu z was wie pewnie, jaki wpływ na scenę miała czystka na scenie moderskiej, a która zapewniała żywotność wielu starszych części, jak przy rzadko którym tytule i nie chciałbym żeby to przeszło bez echa – tę i kilka innych akcji powinniśmy mieć z tyłu głowy jeszcze długo. W końcu nie chciałbym też żebyśmy wzorem Ojca Chrzestnego na obecne i przyszłe projekty musieli patrzeć wzrokiem typu look how they massacred my boy i wspomnianym tekstem na ustach. Oby nie było to tylko myślenie życzeniowe, mam nadzieję, że nie jest, a jeśli nawet, może w tym też jest jakiś pewien urok, bo może gdybyśmy podchodzili do tego bez emocji oznaczałoby że jest coś nie tak, zarówno z serią jak i z nami. Wiele serii to spotkało, praktycznie #nikogo dziś kolejny NFS czy Tony Hawk, chociaż jest to #nikogo przez łzy, bo myślę, że wielu z nas chciałoby znów bawić się przy tych tytułach. A jeśli ten proces jest nieodwracalny, cóż, nikt nam przecież starych gier nie zabiera i cieszmy się nimi czy wspomnieniami z nimi związanymi tak długo jak tylko możemy, tak samo jak ci, który czekają na wersje definitywne mają prawo czekać z wypiekami na twarzy i dobrze się przy nich bawić. A może właśnie jednak The Definitive Edition wypali i wszystko będzie dobrze, a wszystkie albo chociaż część z tych obaw okażą się niesłuszne? Oby! Pomijając dyskusję myślę, że gdzieś tam daleko wszystkim nam o to samo chodzi. Na pewno zagram, kwestia tylko kiedy i w jakich okolicznościach.


„Kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, czyli wizja kolejnych gier ze studia Rockstar”, 2018 archiwizowane

Pewnie większość z was wie, najpopularniejszy polski serwis o tematyce gier z serii Grand Theft Auto, GTASite przestał działać. Ma to związek z niedawnym pożarem w serwerowni OVH, gdzie hostowana była ta strona. Z pewnego źródła wiem, ze istnieje również kilka innych powodów, czemu sytuacja z tym serwisem wygląda obecnie tak, a nie inaczej. Mam nadzieję, że z czasem się to zmieni, bo serwis jest znaczącym kawałkiem historii GTA w Polsce, niemniej nie z tego powodu piszę dziś te kilka słów. Robię to, ponieważ w swoim czasie pojawił się tam, na stronie, artykuł konkursowy mojego autorstwa, który został doceniony przez ówczesne jury. Dotyczył on potencjalnej przyszłości gier od R* jako takich, jak może to wyglądać za te X lat. Pomyślałem, że z racji, że strona obecnie nie jest dostępna, to zamieszczę go tu. W oryginale dostępny on jest m.in. w formie zarchiwizowanej pod tym linkiem. Jeśli kiedyś wróci na łamy serwisu to dam o tym znać w komentarzu.


Firma Rockstar Games nie od dziś uznawana jest za markę przełomową w świecie gier video. I chociaż to zdanie dla wielu może zabrzmieć jak truizm to mam wrażenie, że część osób o tym zapomina, szczególnie w dobie gdzie pełnoprawnych, nowych, dużych tytułów od R* mamy zdecydowanie mniej niż powiedzmy 10-15 lat temu. Temat wraca jednak przy okazji premier pokroju niedawnego Red Dead Redemption 2 i ponownie otwiera debatę odnośnie tego czym jeszcze zaskoczy nas Rockstar.

Widzę przed tobą wielką przyszłość mój chłopcze…

Przede wszystkim mówiąc o R* w kontekście rewolucji, jaką wprowadziły gry z tego studia musimy zwrócić uwagę na aspekty w jakich owe kroki milowe mogliśmy odnaleźć. Nie są to tylko kwestie związane z grafiką, chociaż oczywiście te pierwsze przychodzą do głowy, w końcu technologicznie gry zawsze były o krok do przodu w stosunku do reszty stawki – GTA III wprowadziła nas w pełną erę 3D jako generalnie jedna z pierwszych gier wysokiego szczebla, IV zaś do dziś uważana jest za jedną z ładniejszych gier i mimo dekady na karku nadal pali komputery kolejnym zapaleńcom. Jednak to nie grafika zaprowadziła R* na szczyt, bo przecież hej, na rynku jest wiele innych także genialnie wyglądających gier, a świetny nos odnośnie oczekiwań jakie mają gracze.

W swoim czasie w środowisku powstało określenie gier just like GTA, czyli gier na podobieństwo flagowej serii. Zwykle były to gry po prostu z otwartym światem, który z resztą teraz jest już praktycznie standardem w dużych tytułach, ale określenie to odnosiło się również generalnie do dużej swobody rozgrywki. Twórcy w studiu przewidzieli, że potencjalny gracz pozostawiony sam sobie w dużym mieście będzie miał ochotę na robienie rzeczy naprawdę przeróżnych, często ocierających się o jazdę o bandzie, ale w sumie czemu mu tej możliwości nie dać, nawet kosztem kontrowersyjnych rozwiązań? Jak pokazała historia – opłaciło się.

harder, better, faster, stronger

Dość jednak o tym co było. Mamy rok 2018, a kolejna część to perspektywa co najmniej kilku lat w przód i nikt nie będzie odcinać kuponów od sławy, szczególnie, że wymagania graczy są znacznie większe niż kiedyś, a dodatkowo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z oczywistych rzeczy – na pewno jeszcze więcej środków, przy teoretycznej kolejnej części GTA, bo zakładamy, że to ona będzie jako kolejna na horyzoncie, pójdzie na tryb online, który nie ma co się oszukiwać, będzie tam główną siłą napędową. Żyjemy w dobie battle royale, a i ramy gry zdają się mieć podstawy by taki tryb wprowadzić na szerszą skalę. Chciałbym jednak, i liczę na to, że mimo wszystko R* bardziej przyłoży się także do trybu single, a przykład RDR 2, prawdopodobnego GOTY tego roku i to bez trybu multi (na moment pisania artykułu) pokazał, że nadal potrafią pisać świetne, ambitne historie. Gwoli ścisłości – nie mówię, że ta w V-tce była wybitnie zła, ale mam wrażenie, że fani czekają jednak na coś mocniejszego. Nie wyobrażam sobie do tego innego miejsca niż słoneczne Vice City – oczywiście w odpowiednio większej skali, ale nadal z zachowanymi wszystkimi, najbardziej charakterystycznymi elementami miasta. Siłą rzeczy musi być to jego uwspółcześniona wersja, ale trzymająca się chociaż w pewnym założeniu kolorowych lat ’80 i tak, wbrew pozorom próby pogodzenia współczesności z klasyką pod względem pewnej stylistyki już były – przypadek dodatku do czwórki The Ballad of Gay Tony. Nieco trudniejszy przypadek jest z potencjalną kolejną częścią Red Deada, bo problem jest chociażby z osadzeniem czasu akcji. Zdecydować się na okres równoległy do dwójki? Prequel? Możemy teraz tylko gdybać, szczególnie, że dwójka dopiero co jest na świeczniku.

Swoje odczuje na pewno też sama rozgrywka i chociaż w założeniu będzie to po prostu usprawnione wykorzystanie już istniejących mechanik to z pewnością przy bezpośrednich porównaniach, szczególnie z perspektywy czasu, możemy poczuć sporą różnicę.

Ponadto podobnie jak wiele innych osób chętnie zobaczyłbym powrót postaci z poprzednich odsłon czy to GTA czy RDR. O ile o ich bezpośredni powrót może być szczególnie ciężko, szczególnie tych z tzw. ery 3D, o tyle chociaż wspomnienie o ich wpływie na dane miejsce i czas mogłoby być ciekawym smaczkiem na wszystkich fanów serii.

This is Vice City. This is business!

Tak naprawdę wiele zmian, jakkolwiek byśmy nie debatowali, ugruntowanych jest nie ograniczeniem czy brakiem umiejętności twórców, a najzwyczajniej kwestiami finansowymi. Niektóre rzeczy muszą się po prostu opłacać i debatuje nad tym wielu analityków. Niemniej niemałe już doświadczenie z grami Rockstara sprawiło że markę darzę naprawdę dużym kredytem zaufania i nie wiem czy jestem o jakąś grę bardziej spokojniejszy niż właśnie o kolejne GTA czy kiedyś w przyszłości o potencjalnego kolejnego Red Deada. Czekam z niecierpliwością, podobnie jak miliony mi podobnych na całym świecie. Już dzisiaj wiem, że warto.


Wspominki Counter Strike’a, mojej pierwszej gry multiplayer

Jestem graczem od niemal piętnastu lat, co może implikować. że zdążyłem w swojej swego rodzaju „karierze” spotkać z szeroką bazą tytułów o różnych gatunkach i na szerokiej gamie platform. Z częścią z nich spędziłem godziny i wielokrotnie sięgałem po nie później, inne tuż po przejściu (lub też nawet nie) znikały w studni zapomnienia. Wielokrotnie także, jako że nigdy moja rodzina nie należała do najzamożniejszych marzyłem o dostępie do Internetu, aby móc grać z innymi ludźmi. Gdy w końcu dorobiłem się własnego modemu w domu i możliwości korzystania z niego (bo u mnie to dwie oddzielne rzeczy) mogłem zanurzyć i odkryć na nowo kolejne spektrum gier. Przez lata zdążyłem zanurzyć się w tych mniej znanych multiplejerach jak VC-MP, czy społeczności skupionej wokół grania w gry związane z postacią Kunio-Kuna (hue), ale też bardzo rozpoznawalne takie jak League of Legends, World of Tanks czy obiekt omawianej wspominki – Counter Strike. Z grami mam też często tak, że oprócz ogólnego zaangażowania w rozgrywkę często z niektórymi tytułami wiąże się poszczególne wydarzenie np. odbywająca się przerwa świąteczna-noworoczna. Właśnie z tym okresem wspominam jedne ze swoich najlepszych przygód z tą grą, bo często moim pomysłem na spędzenie sylwestra było właśnie nawalanie w CSika na różnego rodzaju GameModach, o których będzie w dalszej części tego materiału. Niestety z czasem ta miodna gierka przestała mnie bawić i coraz rzadziej powracam do niej, a każdy z tych powrotów jest coraz bardziej krzywdzący. Jednak wspomnienia, które zafundowała mi ta gra przez te wszystkie lata zostaną ze mną na zawsze.O samym CSie ciężko jest napisać coś niezwykłego – jest to po prostu świetna modyfikacja do równie świetnej, co przełomowej gry jaką był Half-Life, która jakieś 10 lat temu święciła bardzo duże tryumfy na polu gier wieloosobowych. Sam już nie pamiętam zbytnio jak było z moimi początkami z tą grą – prawdopodobnie były to mecze na bota na niezawodnej jak na tamte czasy wersji NoSteam i muszę przyznać, że jest to bardzo smutne, że gdy zakupiłem sobie wersję Steamową kilka lat później opcja gry przeciwko AI została wykastrowana. Dodatkowo z wersji Steamowej zniknął także bardzo zapomniany tytułowy jingiel, który również swego czasu był bardzo klimatyczny.Dużo czasu spędziłem podwyższając swoje CSowe ego siekając boty, które same z siebie potrafiły sprawić mi masę radości. Samo ich zachowanie potrafiło przyprawić o salwy śmiechu – od kampienia na bombsajcie, przez posiadanie WallHacka, który sprawiał, że niemal od razu po wyskoczeniu zza rogu w stronę przeciwnika zaczynała się salwa w moją stronę, bo wiedziały one, że nadchodzę. Najśmieszniejszą według mnie jednak rzeczą był fakt, że na mapie de_rats_1337 boty po stronie antyterrorystów nie potrafiły otworzyć drzwi od lodówki, bo właśnie tam znajdował się ich spawn. Wszystko sprowadzało się więc do tego, żeby przyjść na ich respa i otworzyć im drzwi, żeby zaczęła się inwazja. Wielokrotnie również z kolegą udawało się nam pobrać, czy to WH, czy AimBota i wtedy braliśmy mapę i byliśmy sami na kilkunastu botów. Mimo dość mrocznego procederu jakim było posiadanie czitów sprawiało nam to dużo frajdy. Nie pamiętam także czasu, kiedy dokładnie zacząłem grać online i też opisywanie tego uważam za trochę mniejszy sens. Lepszym rozwiązaniem będzie według mnie opisanie gamemodów na których spędziłem najwięcej czasu i które często dawały mi najwięcej frajdy.

BF2 MOD

Jest to chyba pierwsze z czym mam najwcześniejsze wspomnienia, przynajmniej na serwerze z takim trybem spędziłem najwięcej czasu, bo prawdopodobnie wcześniej pływałem na suchego przestwór oceanu brodząc pomiędzy jednym serwerem, a drugim. W tamtym wypadku było to dla mnie dość męczące również z faktu, że mimo że miałem internet to był on limitowany na kilka gigabajtów, które potrafiły spływać w ciągu kilku chwil, a jeśli chcesz grać na serwerze CSa 1.6 i wraz z pierwszym wejściem musisz liczyć się, że jak na LCSie czeka cię pobieranie, w zależności od trybu gry może to być tylko kilka tych nut, które często pojawiają się radiu tak często, że masz ochotę je sobie oderwać i zakopać w ogródku lub też na serwerach typu CODMode mogą to być jeszcze unikalne skiny na bronie, więc wyobraźcie sobie pobieranie tych rzeczy, kiedy mój internet nie był na pełnych obrotach, masakra, więc serwery trzeba było wybierać ostrożnie. Wpadłem, więc kiedyś serwer BF2 Mode wraz z kolegą i zauważyliśmy, że jest tam naprawdę o co grać, bo wraz z kolejnymi zabójstwami zdobywało się wyższe stopnie wojskowe, za niektóre osiągnięcia zdobywało się różne odznaki, które dawały profity np. medal do walki z bronią szturmową dawał ci kilkanaście hp więcej, co zawsze się przydaje. Pograłem na tym serwerze całkiem sporo, nabiłem kilkaset fragów, ale nie oszukujmy się, moje ratio K/D było zdecydowanie poniżej jednego, wiele map kończyłem z bardzo miernymi statystykami, gdyż nigdy w żadną grę wieloosobową nie uznałbym, że jestem jakoś dobry, jestem co najwyżej przeciętny, a podczas moich pierwszych kroków w CS 1.6 online byłem walonym nubem. Sam z czasem nie pamiętam dlaczego zakończyłem swoją przygodę na tym serwerze, czy to dlatego, że mój kolega zakończył, czy po prostu znudził mi się ten format, możliwości jest wiele, ale serwer BF2 od CsHarnas zdecydowanie przygotował mnie na to, co czekało mnie w dalszej przyszłości.

COD MOD

Warto na ten moment zaznaczyć sobie, że przez te wszystkie lata nie było tak, że przez cały czas miałem CSika zainstalowanego na komputerze, podzielił on los innych gier wieloosobowych, może poza VC:MP, gdzie wielokrotnie usuwałem i powracałem do tej gry albo przez jakąś fazę lub też namowy kolegów. Mój kolejny większy epizod z tą grą rozpoczął się po namowach kolegi na grę na jego serwerze, którego gamemodu nie zaznałem nigdy wcześniej – COD:MW mod. Wiązało się to oczywiście z pobraniem dodatkowych skinów na bronie, które w tamtym wypadku o wiele bardziej pompowała hajp, bo skiny wyglądały o wiele lepiej od tych standardowych. Dodatkowym smaczkiem był fakt, że na początku swojej przygody wybierało się swoją klasę, które różniły się bronią, umiejętnością bierną, czy statystykami. Podstawowymi jakimi spotykało się na tym, ale także na innych tego typu serwerach były Amadeusz, który posiadał MP5 i obrażenia zadawane przez tą broń zwiększają się wraz ze wzrostem inteligencji, Strzelec wyborowy, który posiadał M4 i dodatkowe stałe obrażenia z niego, Snajper, który był snajperem i zadawał obrażenia z AWP. Wszystkie te klasy miały swoje statystyki, a łącznie było ich cztery: Inteligencja, która zwiększała obrażenia zadawane przez umiejętności bierne, czy perki zdobywane po zabiciu przeciwnika np. Saper zabierał większe obrażenia, gdy ktoś stanął na jego minę, czy wspomnianemu wcześniej Amadeuszowi zwiększały obrażenia zadawane przez jego broń. Kolejnym było zdrowie, które tłumaczy się samo, następna była wytrzymałość, która podobno miała zmniejszać obrażenia zadawane przez czy to broń, czy zdolności innych graczy. Ostatnia była kondycja, która też się sama tłumaczy. Punkty w ilości 2 zdobywało się po zdobyciu każdego poziomu, którego na tym konkretnym poziomie było 401 maksymalnie. Grind był dość wolny i sam chyba w najlepszym momencie miałem około 130 poziom. Był to też pierwszy raz (i na szczęście jedyny) kiedy to wydałem pieniądze w grze, czego żałuję do tej pory. To chyba tam odnosiłem najlepsze sukcesy w takiej swojej karierze na serwerach z poszczególnym GameModem, jednakże należy mieć tutaj na uwadze, że na takim serwerze umiejętności nie są kluczem do posiadania dobrych statystyk, bo wysokopoziomowa klasa potrafiła bardzo szybko zabijać przeciwnych graczy, którzy często spływali na jeden czy dwa pociski przy wyboostowanych statystykach. Pewnego rodzaju próbą załagodzenia tej różnicy były tzw. „perki”, które wypadały za każdym razem, gdy udało nam się zabić i nie mieliśmy innego perku na swoim slocie. Moimi ulubionymi były przede wszystkim te, które potrafiły zwiększać obrażenia zadawane każdym pociskiem, czy możliwość eksterminacji przeciwnika jednym celnym strzałem ze Scouta. Bardzo lubiłem także tajemnicę Generała, która dodawała taki atrybut na granat, że kto znajdzie się w jego polu rażenia od razu ginie. Wyobraźcie sobie to w momencie, gdy grasz na mapie, gdy respy są relatywnie blisko, a ty na początku rundy ciskasz go w stronę przeciwnika. Na szczęście na serwerze wprowadzono ogranicznika umożliwiające rzucenie granatu dopiero po 10 sekundach od początku rundy, ale to również dało się obejść, więc spoczęło na adminach, którzy grozili banem tymczasowym za używanie tego typu taktyk. Z drugiej strony istniały także perki bardzo słabe z których zawsze typu Wykrywacz Metali, który pokazywał miny, ale problem był taki, że mało kto grał Saperem, czy nawet grał z perkiem pozwalającym na stawianie min. Adminowanie na tych serwerach zasługuje też na odrobinę wspominki, bo na wielu takich serwerach z różnymi trybami gry można było oprócz VIPa, który dawał ulepszone klasy także admina, co według mnie zawsze było debilne, a sprawdzało się to często, gdy większość takich płatnych adminów potrafiła zbanować cię za różne pierdoły typu lekka sprzeczka, czy nawet lepsze od niego na danej mapie statystyki.

Innym tego typu serwerem, który przykuł moją uwagę na dłużej był znowu polecony przez mojego kolegę również serwer COD, lecz tym razem był to serwer, gdzie zdobyć można było 4001 poziomów, przez co rozgrywka na nich była zupełnie inna, a także były tam inne klasy, która z czasem ulepszały się na lepsze. Sam jednak zacząłem grę tam o wiele inaczej, ponieważ kolega dał mi konto, na którym była klasa, która znikała w momencie kucania, ale osobiście jakoś nigdy nie przypadła mi do gustu, bo poza tym nic wcale wielkiego nie miała. Ten serwer nie zachowywał się jakoś inaczej, lewelowanie tutaj i tutaj było na bardzo podobnym poziomie, dodawanie statystyk, czy otrzymywanie perków pozostało takie samo. No może poza tym, że perki były zgoła inne np. Katalizator Boga, który sprawiał, że miało się 1/2 szansy na zabicie, ale jedynie 5 punktów zdrowia, chociaż wiele perków takich jak np. AWP Master pozostawał z goła taki sam.

GunGame MOD

Kolejnym typem trybu, który bardzo dobrze wspominam jest tzw. „GunMode”, czyli rozgrywka polegająca na rywalizacji wszystkich graczy lub drużyna przeciwko drużynie poprzez przejście wszelkich broni dostępnych w grze, a następnie zabicie ostatniego gościa z noża. Polega to na tym, że na początku każdej mapy dostajesz Glocka, który jest prawdopodobnie najgorszym pistoletem w grze i musisz zabić dwóch ludzi, żeby wskoczyć na wyższy poziom, na którym zmienia ci broń na inną i tak musisz przejść przez cały arsenał od pistoletów przez strzekby, SMG i karabiny, a na samym końcu czeka na ciebie trudność zabicia przeciwnika nożem. Rozgrywka bardzo dobra na kilka partii, gdyż bardzo szybko stawała się monotonna, a dodatkowo często potrafiła wyraźnie denerwować, bo na przykład zabójstwo przyznawane było temu gościowi, który faktycznie zabił, więc jeśli wyprztykałeś się z całego magazynka i przeciwnikowi zostało 5 hp, a przyszedł twój kolega sojusznik ci „pomóc” to luj, 5dol się, musisz lecieć do kolejnego. Dodatkowo często trafiał się debilny design plansz, który powodował, że często przeciwnicy potrafili spawnować się na twoich plecach, bo nie było typowych respów dla różnych drużyn. Z tego co pamiętam na tych serwerach zdarzało mi się wbijać z AIMBotem :|. Ale przy moich regularnych powrotach do CSa właśnie ten tryb jest tym, do którego wracam najczęściej.

PokeMOD

Wielokrotnie w moich wpisach mogliście zauważyć, że Pokemony są moją słabością i w wielu innych grach zdarzało mi się spotykać z tą kultową już ikoną popkultury. Nie ominęło to także CSika, gdzie w pewnym momencie można było spotkać się z serwerem, na którym oprócz strzelania stać można było się także trenerem Pokemon. Polegało to na tym, że na początku dostawało się Pokemona startowego, którego szkoliliśmy. Każdy z nich zupełnie jak w grach na GameBoje posiadały jedną umiejętność, którą można było używać podczas rundy. Aby pozyskać nowe Pokemony należało się udać się na przeciwnego respa, gdzie lezały pokeballe z różnymi pokemonami. Problemem tego był fakt, że na takich serwerach panowała meta i tylko część Pokemonów, a tak naprawdę ich umiejętności miała prawo bytu, przez co mimo wszelkich chęci rozgrywka na takim serwerze nie trwała zbyt długo.

Podsumowanie

Ostatnim moim większym podrygiem w tej grze była gra znowu z kolegą na serwerze określanym jako CS:GO mode, który polegał mniej więcej na tym samym, co BF2 mod, tylko jego statystyki polegały na rangach obecnych w młodszym bracie. Dodatkowo na skinie nałożone było skiny dostępne we wcześniej wymienionej grze. W tym momencie jednak pozycja CSa zaczęła słabnąć, bo osobiście lubię grać w gry, jeśli mam z kim grać, a z każdym rokiem coraz bardziej moi koledzy przestawali być do tego skłonni i przestawiali się czy to na LoLa, czy CS: Global Offensive. Dodatkowo coraz bardziej stawałem się zdenerwowany sytuacją, że wydajność w tak starej grze nadal nie pozwalała na stałe 30 FPS. Mniej więcej w tym momencie postanowiłem kupić sobie swój własny Steamowy egzemplarz, gdy gra była na przecenie. Niestety od tamtego momentu moje powroty do tej gry, nawet na nowym sprzęcie. który daje stabilne 60 klatek nadal nie potrafią zwrócić mi tego, co mogłem doświadczyć w latach 2012-2014. Co raz zdarza mi się powracać do tego miodnego shootera, lecz są to powroty bardzo krótkie, bo moje zainteresowanie znika po kilku dniach. Najczęściej podczas powrotu zdarza mi się grać na wcześniej wspominanym GunModzie ale także prostych serwerach Deathmatch, gdzie nie muszę czekać na zrespienie, bo z czasem stało się dla mnie strasznie nudne czekanie na początek rundy, szczególnie, że mój skill w tej grze nie urósł zbytnio przez te wszystkie lata. Serwery te pozwalają mi jak najbardziej zaspokoić ewentualnie pragnienie na tego CSika, nawet jeśli nie będę miał siły na granie gdzie indziej, bo im czas płynie dalej tym będzie gorzej z tym, szczególnie, że wiele tych trybów przeniesiono do CS:GO, który z czasem wyparł mojego faworyta. Właśnie z tym trochę kojarzy mi się Counter-Strike 1.6, z przemijaniem. Grałem w momencie największego hajpu, a następnie po likwidacji kolejnych serwerowni nie potrafiłem odnaleźć się w nowej rzeczywistości tej miodnej gry, przez co nie potrafiłem czerpać z niej większej przyjemności. Jednak wspomnienia związane z nią, różne śmieszne sytuacje podczas gry z kolegą (np. przy tej grze po raz pierwszy używałem komunikacji głosowej, gdy kupiłem sobie mikrofon), eventy okołoświąteczne w tym okresie to coś co zostanie ze mną na zawsze, nawet jeśli sam nie będę już chciał nigdy do tej gry wracać. Tego nikt mi nie odbierze.

Na sam koniec dodam tutaj spis moich ulubionych map, które najbardziej zapadły mi w pamięć:

de_dust2 de_inferno de_aztec de_rats_1337 aim_crazyjump de_train de_nuke fy_poolday fy_snow de_dust de_dust2002 de_office

PS. Zrobiłem to. Przez cały rok 2020 nie zagrałem ani jednego meczu w League of Legends. I jestem z siebie bardzo dumny.

PS2. Szczęśliwego Nowego Roku 2021.