Moje ulubione piłkarskie momenty

Nie wiem dokładnie ile interesuje się już piłką nożną, umownie jest to już jakieś 20 lat. Zapewne było to nieco wcześniej, ale dla każdego musi być jakiś kamień milowy, a tymi najczęściej są albo jakieś finały albo duża impreza, która aktualnie się odbywa. Ja za swój punkt odniesienia biorę zwykle Mistrzostwa Świata w Niemczech w 2006 roku i z racji, że właśnie zakończyły się Mistrzostwa w USA, Kanadzie i Meksyku porozmawiajmy trochę o moich ulubionych piłkarskich momentach przez ten czas.

Zarysujmy nieco sytuację. W 2006 roku kupiłem m.in. swoje pierwsze Bravo Sport, które kupowałem przez kilka najbliższych lat. Nieco później przerzuciłem się na Piłka Nożna Plus, który był już nieco dojrzalszym tytułem względem swojego poprzednika. Moją pierwszą poważną FIFĄ natomiast była FIFA 2005, bo często też ma też to swoje powiązanie, z tym kogo później lubimy. Od początku moim ulubionym piłkarzem był Ronaldo Nazario, wtedy jeszcze po prostu Ronaldo. Mimo że swój prime miał już raczej za sobą to logiczne też, że zacząłem też kibicować drużynie w której występował, a był tam przecież jeszcze Roberto Carlos, jego kolega z Brazylii, Zidane czy Beckham, których również kojarzyłem że są „najlepsi”. Tym samym moją ulubioną drużyną stał się Real Madryt, a i w domu ten Real się raczej lubiło. Gdzieś w oparciu o ten kontekst podzielmy sobie ulubione rzeczy na kilka gatunków.

ULUBIONE TURNIEJE

Jak wspomniałem, moim pierwszym świadomym Mundialem był ten w Niemczech 2006 i zasadniczo do dziś jest on moim ulubionym. Gdzieś wiedziałem już wcześniej, że były inne turnieje, ale nie śledziłem ich uważnie, po prostu z racji wieku. Mundial 2006 wiązał się z kilkoma faktami, tym że miał za sobą przyjemną akcję marketingową, Joga Bonito od Nike, Polacy zakwalifikowali się na te mistrzostwa i generalnie był to temat, którym się żyło w masowej świadomości odbiorcy, chociażby to że Dudka na Mundial nie wzięli. Był to też turniej trochę przełomu pokoleń – z jednej strony ze sceny odchodzili piłkarze, którzy byli dla mnie swojego rodzaju mitem i dzięki którym polubiłem tę dyscyplinę, z drugiej pojawiali się nowi, którzy swoją erę kończą dopiero teraz. Był to więc turniej zarówno chociażby Ronaldo z Brazylii, pierwszego idola, jak i Cristiano Ronaldo, który stał się moim ulubionym piłkarzem dopiero później. Mundial 2006 to też turniej pamiętnych dla mnie meczy: Brazylia Francja, możliwe że najlepszego spotkania, jakie widziałem z koncertem Zidane’a, który kończył wtedy swoją karierę czy finału Francja Włochy z jego pamiętną główką legendarnego Francuza, którym powalił Marco Materiazziego.

Tak naprawdę kolejne turnieje nie były dla mnie aż tak znaczące, co nie zmienia faktu, że każde z czymś się kojarzy. EURO 2008 – pierwsze EURO, na które pojechali również Polacy; MŚ 2010 – wuwuzele, brak Polaków; EURO 2012 – organizowane przez nas, MŚ 2014 – Brazylia, pamiętam głównie z tego, że wygrałem zegarek stawiając na wygraną Niemiec. Były to turnieje, które oglądałem, ale ciężko bym nazwał je moimi ulubionymi mistrzostwami.

No i przychodzi rok 2016 i odbywające się tego roku EURO we Francji. Dla mnie jest to turniej numer dwa – co ciekawe odbywający się dokładnie 10 lat to ulubionym dla mnie Mundialu. EURO jest dla mnie szczególne z dwóch powodów. Pierwszy to nareszcie wyniki naszej rodzimej reprezentacji, z których można było być dumnym. Możliwe że była to najlepsza reprezentacja Polski, jaką dane nam było widzieć. Jakby nie patrzeć, awans z bardzo dobrą wtedy Szwajcarią, ćwierćfinał EURO i odpadnięcie z niego z późniejszym triumfatorem to całkiem niezły wynik. No właśnie. EURO 2016 wygrała Portugalia i był to największy reprezentacyjny sukces mojego ulubionego piłkarza, którym był i chyba nadal jest Cristiano Ronaldo, co zrozumiałe i mnie również ucieszyło. Gdzieś suma tych wyników, reprezentacji Polski i Portugalii, ale również świetnej chociażby Walii czyni fakt, że był dla mnie turniej, który naprawdę ciepło wspominam.

Późniejsze turnieje były różne. MŚ 2018 w Rosji dały mi kolejny jeden z najlepszych meczów, jaki widziałem w postaci Portugalia Hiszpania zakończonego 3 3, jak również srebrny medal kolejnego jednego z moich ulubionych piłkarzy, Luki Modricia. Szkoda, że był to kolejny turniej bez naszej reprezentacji. EURO 2020 przypadało na czasy covidu, nawet zostało przesunięte przecież o rok później. Polacy nie pokazali się tam najlepszej. Paradoksalnie całkiem dobrze wspominam MŚ z 2022 roku, mimo faktu, że cieniem kładzie się na nie organizacja ich w Katarze. Znów, chcemy czy nie, były to mistrzostwa, gdzie w końcu wyszliśmy z grupy a mecz z Arabią Saudyjską był chyba jedynym naprawdę smacznym zwycięstwem naszego kraju na turnieju tej rangi. No i ciężko ukryć że finał Argentyna Francja, mógł być faktycznie jednym z najlepszych finałów, jakie dane było nam oglądać.

PIŁKA KLUBOWA

Piłka klubowa, jeśli chodzi o jakieś szczególne momenty, zdominowana jest u mnie przez Real Madryt. Jak wspomniałem, urosłem w micie Galacticos, i choć dziś patrzę na nich nieco inaczej to była naprawdę fajna drużyna pod względem budowania jakichś marzeń czy wyobrażenia o piłce. Zakładając ten 2006 rok był już schyłkiem tej ery. Z klubu dopiero co odszedł Zidane, Figo chyba nieco wcześniej do Interu, Van Nistelrooy zabrał miejsce w składzie mojemu ulubionemu Brazylijczykowi, a Carlos i Beckham szykowali się na ostatni sezon w klubie. Jednak sezon 2006/2007 i tak skończył się mistrzostwem, mimo że trzeba było gonić coraz lepszą Barcelonę. Potem był przestój, składy wypełnione holendrami, Schuster, Juande Ramos, sam Calderon na miejscu prezesa – działo się tylko gorzej i gorzej, ale w 2009 roku wrócił Perez, mądrzejszy o błędy przeszłości i wlał nadzieję w serca kibiców. Jak się później okazało był to być może najlepszy okres w historii klubu połączony z rywalizacją, której być może już nie doświadczymy, a przynajmniej nie będziemy nią już tak zainteresowani. Rywalizacji zarówno prime Realu i Barcelony jak i prime Messiego i Ronaldo. Chyba najbardziej czysto z rywalizacji tych klubów pamiętam finał CDR 10/11 i główkę Ronaldo, którzy chyba pierwszy raz na dobre rzucił Barcelonie rękawice.

Real Madryt to jednak przede wszystkim Liga Mistrzów. Kiedyś by móc ich zobaczyć wstawało się rano o 6 czy 7 na Magazyn Ligi Mistrzów, gdzie były przebłyski jak grają. Czasami trafiło się, że grali na otwartym kanale, swoją drogą nadal uważam że jest to świetny sposób na zobaczenie drużyn, których normalnie byśmy nie włączyli. Real, co dziś wydawać się może nieco surrealistyczne, bardzo długo nie mógł tej Ligi Mistrzów ponownie wygrać. Ten 10 tytuł był czymś wyjątkowym. Przyszedł 2014 rok, La Decima i być może peak mojego kibicowania – w końcu ten 10 tytuł trafił do gabloty. Gdybym miał wybrać jeden najlepszy moment piłkarski to chyba właśnie ten, mimo że przecież później ten worek z trofeami się rozwiązał i chociażby w sezonie 16/17 czy 21/22 czy Real był lepszy czy jego ścieżka po trofeum była ciekawsza, ale nigdy nie smakował już żaden tak jak ten. Może drużyna z 3 Lig Mistrzów z rzędu była obiektywnie lepsza, może nawet najlepsza w historii i to duże szczęście, że było dane ich oglądać.

Co jeśli nie Real? Chyba najbliżej tego był Milan, szczególnie w okresie, bo ja wiem, od 2005 do 2010. Naprawdę lubiłem ten Milan z pierwszej połowy XXI wieku i nadal gdzieś cieszę się ich sukcesami czy jak przechodzą do niego piłkarze, których lubię, mimo że jest to klub często bardzo kiepsko zarządzany (włoska piłka to ogólnie trochę wariactwo). Chyba najbliżej było mi do Milanu, co ciekawe w sezonie 2006/07, kiedy to klub z prime Kaką zdobywał swoją ostatnią Ligę Mistrzów. Fajnie, że lata później koszulkę Milanu założyli też chociażby Ronaldo, Ronaldinho, Beckham, Modric czy Krzysztof Piątek, który i tam miał swoje pięć minut, ale i tak podstawą był skład, który był trzonem tych głównych wyników w tym okresie. Pewnie wiecie jakich piłkarzy mam na myśli.

Pewnie gdzieś na kolejnym miejscu umieściłbym Manchester United. Pewnie znów, z racji że grali tam piłkarze, których lubię. Reszta to kwestia aktualnej sytuacji czy poszczególnych pojedynków, które przez te 20 lat dane było mi oglądać.

REPREZENTACJA

Cóż, reprezentacja, mimo że na końcu, to zawsze będzie podstawą do kibicowania. Pewnie gdzieś najbardziej łączy (nas piłka), nawet ludzie, na co dzień nieinteresujący się piłką, śledzą mimowolnie jak idzie naszym. Przez lata nie mieliśmy się zbytnio czym pochwalić, ale gdzieś fajnie, że ten łączenia jest nadal obecny. Jak wspomniałem wcześniej, najlepszym turniejem z udziałem reprezentacji Polski było EURO 2016, czy teraz MŚ 2022, wiele innych turniejów to pasmo.. na pewno dużych nadziei, ale i wyników, które chcielibyśmy, żeby były lepsze. Jeśli miałbym jednak wybrać mój ulubiony piłkarski moment jaki przeżyłem to zwycięstwo nad Portugalią z meczu eliminacyjnego do EURO z jesieni 2006 roku i pamiętne dwa gole Ebiego Smolarka. Jest w tym coś uroczego, że to akurat ten moment mi najbardziej zapadł. Bo może czasem, nie chodzi tylko o wyniki i medale, ale o prostą radość, jaką może dać piłka.

Czy jeszcze kiedyś coś dojdzie do tej listy? Będzie o to bardzo ciężko. Coraz trudniej mi się kibicuje, piłka się zmienia, ja się zmieniam, ale na pewno jest to coś co było jest i pewnie w jakimś stopniu będzie ważnym zainteresowaniem w moim życiu.

Zarysujmy nieco sytuację. W 2006 roku kupiłem m.in. swoje pierwsze Bravo Sport, które kupowałem przez kilka najbliższych lat. Nieco później przerzuciłem się na Piłka Nożna Plus, który był już nieco dojrzalszym tytułem względem swojego poprzednika. Moją pierwszą poważną FIFĄ natomiast była FIFA 2005, bo często też ma też to swoje powiązanie, z tym kogo później lubimy. Od początku moim ulubionym piłkarzem był Ronaldo Nazario, wtedy jeszcze po prostu Ronaldo. Mimo że swój prime miał już raczej za sobą to logiczne też, że zacząłem też kibicować drużynie w której występował, a był tam przecież jeszcze Roberto Carlos, jego kolega z Brazylii, Zidane czy Beckham, których również kojarzyłem że są „najlepsi”. Tym samym moją ulubioną drużyną stał się Real Madryt, a i w domu ten Real się raczej lubiło. Gdzieś w oparciu o ten kontekst podzielmy sobie ulubione rzeczy na kilka gatunków.

ULUBIONE TURNIEJE

Jak wspomniałem, moim pierwszym świadomym Mundialem był ten w Niemczech 2006 i zasadniczo do dziś jest on moim ulubionym. Gdzieś wiedziałem już wcześniej, że były inne turnieje, ale nie śledziłem ich uważnie, po prostu z racji wieku. Mundial 2006 wiązał się z kilkoma faktami, tym że miał za sobą przyjemną akcję marketingową, Joga Bonito od Nike, Polacy zakwalifikowali się na te mistrzostwa i generalnie był to temat, którym się żyło w masowej świadomości odbiorcy, chociażby to że Dudka na Mundial nie wzięli. Był to też turniej trochę przełomu pokoleń – z jednej strony ze sceny odchodzili piłkarze, którzy byli dla mnie swojego rodzaju mitem i dzięki którym polubiłem tę dyscyplinę, z drugiej pojawiali się nowi, którzy swoją erę kończą dopiero teraz. Był to więc turniej zarówno chociażby Ronaldo z Brazylii, pierwszego idola, jak i Cristiano Ronaldo, który stał się moim ulubionym piłkarzem dopiero później. Mundial 2006 to też turniej pamiętnych dla mnie meczy: Brazylia Francja, możliwe że najlepszego spotkania, jakie widziałem z koncertem Zidane’a, który kończył wtedy swoją karierę czy finału Francja Włochy z jego pamiętną główką legendarnego Francuza, którym powalił Marco Materiazziego.

Tak naprawdę kolejne turnieje nie były dla mnie aż tak znaczące, co nie zmienia faktu, że każde z czymś się kojarzy. EURO 2008 – pierwsze EURO, na które pojechali również Polacy; MŚ 2010 – wuwuzele, brak Polaków; EURO 2012 – organizowane przez nas, MŚ 2014 – Brazylia, pamiętam głównie z tego, że wygrałem zegarek stawiając na wygraną Niemiec. Były to turnieje, które oglądałem, ale ciężko bym nazwał je moimi ulubionymi mistrzostwami.

No i przychodzi rok 2016 i odbywające się tego roku EURO we Francji. Dla mnie jest to turniej numer dwa – co ciekawe odbywający się dokładnie 10 lat to ulubionym dla mnie Mundialu. EURO jest dla mnie szczególne z dwóch powodów. Pierwszy to nareszcie wyniki naszej rodzimej reprezentacji, z których można było być dumnym. Możliwe że była to najlepsza reprezentacja Polski, jaką dane nam było widzieć. Jakby nie patrzeć, awans z bardzo dobrą wtedy Szwajcarią, ćwierćfinał EURO i odpadnięcie z niego z późniejszym triumfatorem to całkiem niezły wynik. No właśnie. EURO 2016 wygrała Portugalia i był to największy reprezentacyjny sukces mojego ulubionego piłkarza, którym był i chyba nadal jest Cristiano Ronaldo, co zrozumiałe i mnie również ucieszyło. Gdzieś suma tych wyników, reprezentacji Polski i Portugalii, ale również świetnej chociażby Walii czyni fakt, że był dla mnie turniej, który naprawdę ciepło wspominam.

Późniejsze turnieje były różne. MŚ 2018 w Rosji dały mi kolejny jeden z najlepszych meczów, jaki widziałem w postaci Portugalia Hiszpania zakończonego 3 3, jak również srebrny medal kolejnego jednego z moich ulubionych piłkarzy, Luki Modricia. Szkoda, że był to kolejny turniej bez naszej reprezentacji. EURO 2020 przypadało na czasy covidu, nawet zostało przesunięte przecież o rok później. Polacy nie pokazali się tam najlepszej. Paradoksalnie całkiem dobrze wspominam MŚ z 2022 roku, mimo faktu, że cieniem kładzie się na nie organizacja ich w Katarze. Znów, chcemy czy nie, były to mistrzostwa, gdzie w końcu wyszliśmy z grupy a mecz z Arabią Saudyjską był chyba jedynym naprawdę smacznym zwycięstwem naszego kraju na turnieju tej rangi. No i ciężko ukryć że finał Argentyna Francja, mógł być faktycznie jednym z najlepszych finałów, jakie dane było nam oglądać.

PIŁKA KLUBOWA

Piłka klubowa, jeśli chodzi o jakieś szczególne momenty, zdominowana jest u mnie przez Real Madryt. Jak wspomniałem, urosłem w micie Galacticos, i choć dziś patrzę na nich nieco inaczej to była naprawdę fajna drużyna pod względem budowania jakichś marzeń czy wyobrażenia o piłce. Zakładając ten 2006 rok był już schyłkiem tej ery. Z klubu dopiero co odszedł Zidane, Figo chyba nieco wcześniej do Interu, Van Nistelrooy zabrał miejsce w składzie mojemu ulubionemu Brazylijczykowi, a Carlos i Beckham szykowali się na ostatni sezon w klubie. Jednak sezon 2006/2007 i tak skończył się mistrzostwem, mimo że trzeba było gonić coraz lepszą Barcelonę. Potem był przestój, składy wypełnione holendrami, Schuster, Juande Ramos, sam Calderon na miejscu prezesa – działo się tylko gorzej i gorzej, ale w 2009 roku wrócił Perez, mądrzejszy o błędy przeszłości i wlał nadzieję w serca kibiców. Jak się później okazało był to być może najlepszy okres w historii klubu połączony z rywalizacją, której być może już nie doświadczymy, a przynajmniej nie będziemy nią już tak zainteresowani. Rywalizacji zarówno prime Realu i Barcelony jak i prime Messiego i Ronaldo. Chyba najbardziej czysto z rywalizacji tych klubów pamiętam finał CDR 10/11 i główkę Ronaldo, którzy chyba pierwszy raz na dobre rzucił Barcelonie rękawice.

Real Madryt to jednak przede wszystkim Liga Mistrzów. Kiedyś by móc ich zobaczyć wstawało się rano o 6 czy 7 na Magazyn Ligi Mistrzów, gdzie były przebłyski jak grają. Czasami trafiło się, że grali na otwartym kanale, swoją drogą nadal uważam że jest to świetny sposób na zobaczenie drużyn, których normalnie byśmy nie włączyli. Real, co dziś wydawać się może nieco surrealistyczne, bardzo długo nie mógł tej Ligi Mistrzów ponownie wygrać. Ten 10 tytuł był czymś wyjątkowym. Przyszedł 2014 rok, La Decima i być może peak mojego kibicowania – w końcu ten 10 tytuł trafił do gabloty. Gdybym miał wybrać jeden najlepszy moment piłkarski to chyba właśnie ten, mimo że przecież później ten worek z trofeami się rozwiązał i chociażby w sezonie 16/17 czy 21/22 czy Real był lepszy czy jego ścieżka po trofeum była ciekawsza, ale nigdy nie smakował już żaden tak jak ten. Może drużyna z 3 Lig Mistrzów z rzędu była obiektywnie lepsza, może nawet najlepsza w historii i to duże szczęście, że było dane ich oglądać.

Co jeśli nie Real? Chyba najbliżej tego był Milan, szczególnie w okresie, bo ja wiem, od 2005 do 2010. Naprawdę lubiłem ten Milan z pierwszej połowy XXI wieku i nadal gdzieś cieszę się ich sukcesami czy jak przechodzą do niego piłkarze, których lubię, mimo że jest to klub często bardzo kiepsko zarządzany (włoska piłka to ogólnie trochę wariactwo). Chyba najbliżej było mi do Milanu, co ciekawe w sezonie 2006/07, kiedy to klub z prime Kaką zdobywał swoją ostatnią Ligę Mistrzów. Fajnie, że lata później koszulkę Milanu założyli też chociażby Ronaldo, Ronaldinho, Beckham, Modric czy Krzysztof Piątek, który i tam miał swoje pięć minut, ale i tak podstawą był skład, który był trzonem tych głównych wyników w tym okresie. Pewnie wiecie jakich piłkarzy mam na myśli.

Pewnie gdzieś na kolejnym miejscu umieściłbym Manchester United. Pewnie znów, z racji że grali tam piłkarze, których lubię. Reszta to kwestia aktualnej sytuacji czy poszczególnych pojedynków, które przez te 20 lat dane było mi oglądać.

REPREZENTACJA

Cóż, reprezentacja, mimo że na końcu, to zawsze będzie podstawą do kibicowania. Pewnie gdzieś najbardziej łączy (nas piłka), nawet ludzie, na co dzień nieinteresujący się piłką, śledzą mimowolnie jak idzie naszym. Przez lata nie mieliśmy się zbytnio czym pochwalić, ale gdzieś fajnie, że ten łączenia jest nadal obecny. Jak wspomniałem wcześniej, najlepszym turniejem z udziałem reprezentacji Polski było EURO 2016, czy teraz MŚ 2022, wiele innych turniejów to pasmo.. na pewno dużych nadziei, ale i wyników, które chcielibyśmy, żeby były lepsze. Jeśli miałbym jednak wybrać mój ulubiony piłkarski moment jaki przeżyłem to zwycięstwo nad Portugalią z meczu eliminacyjnego do EURO z jesieni 2006 roku i pamiętne dwa gole Ebiego Smolarka. Jest w tym coś uroczego, że to akurat ten moment mi najbardziej zapadł. Bo może czasem, nie chodzi tylko o wyniki i medale, ale o prostą radość, jaką może dać piłka.

Czy jeszcze kiedyś coś dojdzie do tej listy? Będzie o to bardzo ciężko. Coraz trudniej mi się kibicuje, piłka się zmienia, ja się zmieniam, ale na pewno jest to coś co było jest i pewnie w jakimś stopniu będzie ważnym zainteresowaniem w moim życiu.

PS A MŚ 2026 to takie średnie były, jeśli zielony to fajne, a czerwony to słabe to tak pomarańczowe gdzieś.


O mnie: gry video

Co jakiś czas w bańkach związanych z grami wracają zabawy w stylu różne topki gier i tak dalej. Zasadniczo mnie długo do takich zabaw przekonywać nie trzeba, więc postanowiłem ułożyć i swoje. Co prawda nie jest to stricte top, ale jakiś rodzaj zabawy z jakim określeniem ci się dany tytuł kojarzy. Przynajmniej ja to tak rozumiem, bo niektóre terminy są dość bliskie sobie. Jakby ktoś chciał ułożyć swoją i się gdzieś pochwalić to można to zrobić w tym miejscu. Zapraszam do dyskusji itd.

Te ulubione też aktualizuje co jakiś czas jakby coś.


Lata dwudzieste – recenzja

7 lutego 2026 roku skończyłem 30 rok życia. Skończyłem czy zacząłem w ogóle – zawsze mi się to myli.

Wróć.

Od 7 lutego 2026 roku oficjalnie mam 30 lat. Oznacza to że wszedłem w swoje lata 30, a skończyłem drugą.. (liczy na palcach)… trzecią dekadę swojego życia. Matematyka jest zasadniczo dziwna w tym aspekcie, ale w każdym razie przestałem już być dwudziesto(kilko)latkiem. Zajęło mi to całe 10 lat – ni mniej, ni więcej, nie było ani speedruna, ani przesadnego longplayu. Zasadniczo trwając przez te 10 lat w tym stanie wydaje mi się że jestem, nomen onen, w stanie je z perspektywy czasu jakoś już nawet ocenić, mimo że może dość świeżo po seansie, ale na recenzje po latach, na swoisty rewatch przyjdzie jeszcze kiedyś, daj Boże!, czas.

W moim przypadku okres ten przypadał na lata 2016 – 2026. Od ogółu do szczegółu. Na świecie w tym czasie wydarzyło się dość sporo, w końcu hej, nie każdemu pokoleniu przydarzy się chociażby światowa pandemia, ale też zasadniczo rzeczy, które wydarzyły się relatywnie niedawno – widmo pełnoskalowej wojny na świecie, rozwój technologiczny w niektórych sferach życia szybki jak nigdy dotąd, w tym sztucznej inteligencji, galopujący rozwój mediów społecznościowych, kryzysy tożsamościowe, relacyjne czy podział społeczeństwa tak dwa czy trzy razy mocniej niż jak to Kazik śpiewał w Arahji. Zasadniczo ten początek, umowny, tak to nazwijmy po prostu, ten okres 2016 do 2019 zdawałby się, tak globalnie, chyba względnie spokojny.

Tylko ze świat światem, działania globalne działaniami globalnymi, ale gdzieś w tym wszystkim jesteśmy my jako jednostki i każdemu pewnie na końcu czas ten minął inaczej.

Rozbijając to jakoś na party w 2016 roku skończyłem szkołę średnią, w moim przypadku technikum, podjąłem się studiów w systemie zaocznym, co może dziś wydawać normalne, ale nie było wtedy wcale takie oczywiste, że ja na te studia w ogólne pójdę, z własnych chęci, a nie powodów edukacyjnych, bo maturę napisałem chyba dość znośnie. W każdym razie dyplomem zawodowym i maturalnym w dłoni pojawiłem się na rynku pracy.

Spoiler:

teraz czy ja chce tu swoją autobiografię pisać o tym

Spoiler:

nie, nie chce

W każdym razie ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że to nie jest najłatwiejsze zadanie na świecie. Znaczy, bo ja wiem, pewnie zależy od oczekiwań, charakteru, szczęścia, czy masz wujka w polityce bądź z dużą firmą i tak dalej, ale co to zasady w świecie pędzącego kapitalizmu, efektywności, także zmian demograficznych, pokoleniowych jako takich, nie jest to zadanie najłatwiejsze, szczególnie, jeśli mówimy o ograniczeniach wynikających z lokalizacji i nie, rozwiązaniem nie zawsze jest tu zmiana tej lokalizacji, czasem pewnie też, ale nie o tym jest ta historia. Możemy sobie to relatywizować, ale praca i takie „zawsze marzyłem żeby mieć za co żyć”, jest gdzieś o podstaw tej piramidy Maslowa, i z tym ja jak i moi rówieśnicy mają znacznie trudniej niż powiedzmy pokolenie raz i dwa razy wyżej. Starsze znaczy.

Znaczy to też nie jest tak że się nie da i nie będę sprowadzać wszystkiego to ludzie źli i świat zły – udało mi się przez te 10 lat robić rzeczy, z których jestem całkiem zadowolony albo przynajmniej takie, które były całkiem fajnym zajęciem i nigdy nie sądziłem, że się w danym miejscu znajdę, choć niestety pod tym względem, w tej dziedzinie bilans ten i tak nie jest dla mnie najbardziej zadowalający, a w zależności od dnia do fatalny.

Idąc w górę piramidy, choć nie wiem czy te szczeble są ustawione poprawnie, z głowy piszę, ale może się nam wieża nie przewróci, są gdzieś relacje. Relacje buduje się przez całe życie. Relacje buduje się ciągle. Relacje sprowadzają się do tego, że gdzieś bywają one na tyle niewdzięcznym tematem, że z jednej strony zależą bardzo od nas, od tego jakimi jesteśmy ludźmi, na ile poprawiamy się, zmieniamy bądź w drugą stronę, na ile stabilnie stoimy przy swoich przekonaniach i tym jacy jesteśmy. Z drugiej strony relacje mimo tych wszystkich zmian, prób, działań że chociażby skały się zbuntowały to coś, wpiszcie sobie cokolwiek, zależą również od tej drugiej strony i od tego na ile ona, a sumarycznie na ile my chcemy być w tym połączeniu. Wiecie, może to jakieś spaczenie control freaka (nie wiem czy jest łagodniejsze określenie na to), ale nie jest zadaniem najprostszym przełknięcie tego, że w jakiejś relacji człowiek spróbował dać z siebie dużo, a i tak nie odniosło do skutku. Z resztą to nie dotyczy tylko relacji, ale chyba właśnie i kwestii zawodowych, a w kontekście całej tej notki jakichkolwiek przedsięwzięć. I chyba na swój sposób tu rodzi się, nie wiem czy pierwsza, nie będę numerował, lekcja, którą mógłbym dać samemu sobie te 10 lat wstecz i którą mogę dać samemu sobie teraz i za 10 lat i tak dalej – czasem naprawdę można zrobić wszystko co się może, przynajmniej na dany moment, a i tak nie wyjdzie. Chyba clue tego zdania jest to, żeby się właśnie tego nauczyć i, bo ja wiem, nauczyć się odpuszczać, jeśli faktycznie uważa się, że zrobiło się tyle ile mogło? Albo żeby przynajmniej jakoś nie overthingować, tego czemu coś nie wyszło? Ja jeszcze tego nie umiem, ale przynajmniej wiem, że to źle i że paradoksalnie w tej samej myśli, są trochę dwa wilki i z dwojga złego lepiej wybrać tego, który jakoś się mniej katuje tym wszystkim.

W ogóle lata 20 to nie ma co się oszukiwać moment, kiedy uczymy się ludzi. Wiem, że wielu powie, że człowiek mając 20 lat już widział to i owo i nie przeczę, jestem ostatni do tego żeby deprecjonować młodszych ode mnie, ludzie mają dziś bagaż czasem nieproporcjonalny o swojego wieku, ale też niektóre rzeczy wynikają trochę z doświadczenia i tak, te również można mieć różne mając lat 20, 30, 50 i tak dalej. W każdym razie uczymy się naszych bliskich, naszych potencjalnych drugich połówek, pracodawców, kolegów z pracy, kolegów, koleżanek jako takich, wiecie, budowanie relacji, generalnie się w tym momencie zmienia, bo z jednej strony dużo naszych relacji zaczyna mieć charakter czysto interesowny, transakcyjny, a z drugiej wiele totalnie nie i wiele relacji trzyma się właśnie albo bo ktoś potrzebuje je mieć, albo trzyma je z poziomu białej kartki, że chce z tym kimś mieć relacje, dla samej relacji, a nie tego co ona daje i to jest chyba takie najszczersze podejście mam wrażenie. Wiele razy się człowiek sparzy przy tym, oby jak najmniej.

Sparzy.

Co masz na myśli sparzy?

Sparzyć to często tu synonim stracić. Bo te 20 lat i więcej to okres, gdzie dużo rzeczy tracimy. Zabrzmi depresyjnie, ale tracimy dużo dziecięcych złudzeń, niewinności, wiary w ludzi, rzeczy, które nas kiedyś napędzały, tracimy w końcu bliskich, nieraz nieodwracalnie w sensie śmierci, bo statystycznie im człowiek dłużej żyje tym więcej ludzi wokół niego umiera i to czasem naprawdę nagle. Tracimy relacje, nieraz te szkolne, a nieraz takie, z którymi wiązaliśmy swoją przyszłość. I to jest strasznie trudne powiedzieć, że to są rzeczy z jakimi musimy się pogodzić. W ogóle umiejętność pogodzenia się, ze sobą, z kimś, z rzeczami jakie nas otaczają, z czyjąś śmiercią, utratą drugiej połówki, pracy to jest chyba gdzieś kolejna rzecz na którą nie wiem czy się da przygotować wcześniej, ale którą gdzieś czy tego chcemy czy nie będziemy musieli (bądź też nie, co będzie po prostu boleśniejsze) wypracować. Nie ma recepty jak to zrobić też. Ja jej nie mam. Pewnie to zależy od podejścia, a niektórzy mają jak ten gość co go De Niro grał w Gorączce, że wszystko albo wiele są w stanie porzucić w 30 sekund.

W ogóle chyba jakby też główną myślą dorosłości jest taki rodzaj modlitwy, jak ktoś nie wierzy to niech uzna to za próbę wytłumaczenia samemu sobie, w końcu gdzieś modlitwa działa jako rodzaj autosugestii czasem:

Boże, daj mi tę łaskę,
Bym przyjął to, czego nie mogę zmienić,
Daj odwagę, bym zmieniał to, co zmienić mogę
I mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.
(Reinhold Niebuhr)

A może czasem nie warto się na wszystko godzić? Trochę tu też występuje ten rozstrzał między godzić a pogodzić. Bo o ile z większością rzeczy powinniśmy się p o g o d z i ć, o tyle mam wrażenie że rzeczy na które powinniśmy się g o d z i ć, częściej są w kontekście.. no żebyśmy tego nie robili. Gdzieś na fali tych lat swoich 20stych dobrze mieć w sobie i zachować w sobie rodzaj niepisanego buntu na zło i to niezależnie od wieku, wiadomo że świata nie zmienimy, ale dobrze żeby przeszkadzały nam chociaż rzeczy, które są ewidentnie złe i ludzie, którzy, no truizm, nie są dobrymi ludźmi. Warto nie godzić się też w tym wieku na bylejakość, mimo że wielu powie, że kiedyś to i tego nie było, choć dobrze przy tym zachować rodzaj pokory, że nie pozjadało się wszystkich rozumów w wieku 20 lat i czasem może i dobrze posłuchać kogoś innego.

Jakieś przesłanie Pana Cogito mi wszystko z tej notki niechcący. Nie miało tak być w sumie. I chyba wiele więcej nie napiszę, pewnie by się dało, ale piszę to na strzał, zakładam, że jutro bym tego nie dokończył albo zrezygnował. Mam nadzieję, że za 10 lat będę mógł napisać czy opowiedzieć tu niektórym znacznie weselszą wizję.

A lata dwudzieste takie 6/10, mam nadzieję, że kolejna dekada będzie dużo lepsza, bo jak nie to pozostaje tylko pewien cytat Stonogi cytować, a to już niepoważne będzie raczej.


Ranking filmów studia Ghibli

Nie wiem czy to wybrzmiało na tej stronie, ale kto wie ten wie, że jestem fanem filmów Ghibli – japońskiego studia robiącego filmy animowane. Jakiś czas temu (nie pytajcie, dawno) postanowiłem, że spróbuję „odhaczyć” wszystkie filmy z tego studia, a co za tym idzie sporządzić pewnego rodzaju ranking, trochę dla siebie, a trochę dla tych, którym będę w stanie wysłać i nieco rozjaśnić czemu akurat i ten i w ogóle.

Moja przygoda ze studiem Ghibli zaczęła się przypadkowo, kiedy to w erze jeszcze trzech kanałów TV, a o Internecie to nawet nie mowa, trafiłem na animację, która znacznie odbiegała od tych, które można było normalnie zobaczyć w telewizji. Było to Spirited Away: w krainie Bogów, choć wtedy tytuł niespecjalnie mi cokolwiek mówił. Niedługo później podobnie trafiłem na Księżniczkę Mononoke. Na tamten moment były to animacje ponad mój wiek, jednakże pozostawiły trwały ślad wrażliwości na pewną estetykę, jakże różną już nawet nie od animacji, ale od anime jako takiego. Z czasem moje zainteresowanie studiem panów Takahaty, Suzukiego i przede wszystkim Miyazakiego rosło, dochodziły kolejne, już bardziej świadome seanse, a i samo studio zaczęło coraz bardziej stawać się synonimem znaku jakości.

Poniżej lista filmów przebiega od tego który podobał mi się najmniej, do tego który podobał mi się najbardziej. Niektóre miejsca mogą delikatnie ulec zmianie w zależności od formy dnia. Nie ma na niej dwóch filmów. Skorek i Czarownica z powodów, że stworzony on został w technologii 3D, a trochę nie o tym jest ten tekst a ogólnie ten film #nikogo oraz Chłopca i Czapli, którego nad czym ubolewam jeszcze nie widziałem (aktualizacja, już widziałem), a stał się on drugim Oskarowym filmem tego studia. Jak będę mógł to nadrobię, obiecuję.

Tak jeszcze tylko nawiasem, nie wiem czy powinienem to napisać teraz czy na końcu czy w ogóle nie pisać ale tldr, może ktoś nie dotrwa do końca rankingu, albo nie będzie widział jak go zinterpretować – filmów z miejsc 24 i 23 nie mogę polecić, filmy od 22 do 19 niespecjalnie mogę polecić, ale raczej nie odradzam, 18 do 7 są to całkiem przyzwoite filmy, lepsze czy gorsze, z głębszym morałem czy mniej, ale nie jest to czas stracony. 6 do 4 warto, 3, 2, 1 koniecznie, bo to majstersztyki.

24. Szopy w natarciu (1994)
Film o jenotach, czyli w sumie nie do końca o szopach. To nie jest najgorszy film na świecie, ale niezależnie od fabuły, która jest całkiem znośna, są w tym filmie elementy, które czynią go praktycznie niezjadliwym w naszym kręgu kulturowym i przynajmniej dla mnie kompletnie ten film dyskwalifikują. Dotyczą one głównie naturalistycznego podejścia głównych istot filmu, ze wszystkim co się z tym wiąże, a więc i do swojego ciała i rozmnażania swojego gatunku. Domyślam się, że są osoby, którym może to nie przeszkadzać, niektóre może nie zwrócą na to uwagi, ale ktoś już zwróci to się od tego filmu najzwyczajniej odbije podobnie jak ja i jedynie cieszę się, że trafiłem na ten film podczas maratonu, jako kolejny film z wielu, bo w przeciwnym razie miałbym duży niesmak do kolejnych.

23. Powrót do marzeń (1991)
Problem z tym filmem jest taki, że jest on bardzo widocznie sprofilowany pod konkretną grupę odbiorców, w tym przypadku kobietę w okolicach trzydziestki, może teraz więcej, bo to się poprzesuwało, która pracuje najprawdopodobniej w korporacji w dużym mieście i wraca myślami, jak to kiedyś było (a teraz nie ma) i z czego to wynika. Przepraszam, ale nijaki jest dla mnie ten film, nie umiem go pochwalić za coś. Dużo retrospekcji. Uznajmy że nie jestem grupą docelową po prostu, bo naprawdę nie umiem wyłapać tu uniwersalnych rzeczy. Może jestem zbyt surowy i komuś się spodoba, ale mi nie.

22. Rodzinka Yamadów (1999)
Jeśli kojarzycie taki polski, starszy już serial Wojna Domowa to mniej więcej to. Przyjemny… właśnie nie napiszę film, bo jest to bardziej zbiór scenek z życia tytułowych Yamadów. Ciepłe, z pomysłem, ale niespecjalnie sprawdza się jako film i w tym problem, bo trochę ucieka uwaga przez brak takiego kręgosłupa jaki byłby w przypadku klasycznej formy filmu i tak, wiem że są filmy, które w ten sposób budują swoją narrację, ale tu to trochę co innego. No i kreskę trzeba lubić, bo odbiega od typowego anime, bliżej, tak na nasze, trochę jak w książce „Mikołajek i inne chłopaki”.

21. Narzeczona dla kota (2002)
Film skierowany do młodszego odbiorcy. Nie jest jakiś zły, ale trochę jego problematyka nie jest najwyższych lotów i ciężko przełożyć ją na świat realny, bo film jest o dosłownie dziewczynie, która ma zostać żoną kota. Może jakbym miał szukać analogii to Alicja w Krainie Czarów? Coś tędy. No i jak ktoś koty lubi to pewnie da wyżej a u mnie jednak #TeamPsy to pewnie dlatego.

20. Szkarłatny pilot (1992)
Nie jest to zły film, ale też w moim mniemaniu nie zostawił mnie z niczym szczególnym. Z jednej strony o klątwie, chociaż główny bohater, pilot samolotu zdaje się już do niej przywyknąć, z drugiej trochę czuć ten wojenny vibe – w sporej części tych filmów tak naprawdę czuć, ale trochę to też chyba i cena kina japońskiego i pokłosia, jakie zostawiła bomba atomowa w głowach twórców. Raczej stosunkowo lekki film, na podstawowym poziomie ot historia, chociaż znam takich, których z jakiegoś powodu urzekła bardziej niż mnie.

19. Ponyo (2008)
Uroczy film, świetnie zrealizowany, śmiem twierdzić że jeden z ładniejszych, bardzo realistycznie ukazane zjawiska pogodowe, śmieszny, ale gdzieś u podstaw jednak do młodszego odbiorcy. Mimo to niebanalny, niegłupi, świetnie pokazujący chociażby wątek pomocy innym. Raczej z tych mniejszych filmów tego studia.

18. Szept serca (1995)
Ładny jest ten film, często przewija się w takich kompilacjach w stylu vaporwave albo pokazujące japońskie miasta. O dziewczynce stojącej na rozdrożu czy iść za własnym powołaniem (nie, nie idzie do zakonu) czy/i oczekiwaniami społeczeństwa. Pokazuje też różnice w wychowaniu między Europą a Azją, ale generalnie to bardzo ciepły film. Trochę mało satysfakcjonująca (dla mnie) końcówka.

17. Chłopiec i czapla (2023)
Trochę moim zdaniem przerost formy nad treścią, ale może to ja, bo sam film zdobył nagrodę Akademii, więc nie byle co. Autobiograficzna historia (w pewnym filtrze oczywiście) samego Miyazakiego i chyba ogólnie mix wszystkich jego filmów. Na tej płaszczyźnie się broni, bo jest klamrą jego twórczości, ale gdzieś to się wszystko gubi w tym całym oniryzmie, jakiego tu pełno.

16. Czerwony żółw (2016)
Artystyczne kino, nawet nie jest to do końca typowe Ghibli, bo pierwsze colabo międzynarodowe, a nie typowo japońska produkcja. Ciężko osadzić ten film wśród innych na tej liście tak naprawdę, bo tak bardzo różni się od pozostałych. Nic nie mówią, bo i film się dzieje na bezludnej(?) wyspie (to nie ma do kogo się odzywać, co nie?), każdy musi sobie dopowiedzieć sam co się dzieje i zrozumieć jedynie z obrazu, który dostajemy, ale że tak zażartuję, czasem mruczenie czy grymasy mówią więcej niż tysiąc słów. Bardzo niedosłowny film, nieoczywisty, trudny trochę w sumie. Ciężko go porównywać z innymi, ale rozumiem osoby, których może zachwycić.

15. Opowieści z Ziemiomorza (2006)
Film najbliżej takiego typowego fantasy, ale i nie bez powodu, bo jest adaptacją zbioru opowiadań o tym samym tytule, które w swoich kręgach uchodzą za klasykę gatunku. Jeśli ma was zachęcić wstęp to film zaczyna się z wysokiego C – syn zbija własnego ojca (króla!), a dalej przez cały film dzieją się rzeczy.

14. Tajemniczy świat Arrietty (2010)
Jeśli znacie historię „Pożyczalskich” no to mniej więcej to, bo jest to adaptacja tej opowieści. Znów, ładny, niegłupi, z morałem, ale jednak znacznie mniejszy, nomen omen dosłownie i w przenośni, bo to film o tych „małych”, niż największe filmy tego studia.

13. Makowe wzgórze (2011)
Motyw muzyczny główny ciekawy, z jakiegoś powodu utkwił mi chyba najbardziej ze wszystkich filmów całego studia, ale to tak nawiasem. Młodzi ludzie ratują budynek przed rozbiórką przed planowanymi Igrzyskami w Tokio, w tle jakieś skomplikowane relacje rodzinne. Uroczo, niegłupio, trzymająco poziom aktualnego tieru miejsc.

12. Laputa – podniebny zamek (1986)
Po Lapucie widać, że ten film się nieco zestarzał, a wcale nie jest to takie oczywiste, bo mam wrażenie, że Nausicaa z Doliny Wiatru, która będzie później, a to jeszcze starszy film, nie zestarzał się w sumie wcale. Może to kwestia historii, może rozmachu, który jest jednak znacznie mniejszy. W ogóle to chyba dobry punkt odniesienia, Laputa ma w sobie wielkość tych największych filmów w studia, a przy tym nie jest w tej samej formie co one. Może jest nieco płytszy po prostu, a może to konkurencja jest po prostu silniejsza.

11. Ruchomy zamek Hauru (2004)
Ludzie dzielą się na tych, dla których jest to film wybitny i na tych, których zachwycił on nieco mniej. W swoim szalonym przedstawieniu świata przedstawionego, mam wrażenie nastąpił delikatny przerost formy nad treścią i jakkolwiek jest to naprawdę okej film, realizacyjnie i rozmachowo jeden z większych, to są momenty gdzie można zadać sobie pytanie „co ja właśnie obejrzałem?”. Znów wojna w tle z jednej, a żyjący dom z drugiej, młoda dziewczyna zamienia się w staruszkę, palenisko na ognisku mówi ludzkim głosem.

10. Mój sąsiad Totoro (1988)
Może najbardziej ikoniczny film studia? W końcu postać z tego filmu znajduje się w jego logo i chyba prawidłowo, bo na swój sposób film synonim tego studia. Momentami absurdalny, ale jest w tym urok, nie ma praktycznie złych emocji. Spokojnie mógłby być wyżej gdyby nie silna konkurencja.

9. Marnie. Przyjaciółka ze snów (2014)
Film o problemach natury psychicznej. Dziewczynka, która ma problemy z dojściem do ładu wewnętrznego zostaje wysłana na wieś na rekonwalescencje, żeby odnalazła spokój. Sympatycznie pokazane podejście otoczenia do osób w takim stanie i zupełnie inne niż można byłoby spotkać u nas. Trochę o duchach przeszłości, trochę o własnych demonach i trudnych emocjach w rodzinie. Ładnie zrobiony.

8. Podniebna poczta Kiki (1989)
Bardzo pozytywny film. Pokazuje świat, gdzie czarownice są wśród nas i gdzie nikogo to nie dziwi, ale z drugiej strony jest to film o dziewczynce wchodzącej w dorosłość i stawiającej jej czoło. Główna bohaterka jest tu naprawdę pozytywną postacią i mimo że sama historia należy raczej do tych prostszych, daje ona dobry przykład dla oglądającego odbiorcy. Generalnie w tych filmach czuć taką myśl przewodnią, że „pracuj i bądź radosny”.

7. Szum morza (1993)
Komedia romantyczna? Melodramat? Komediodramat romantyczny? Nie wiem, coś tędy. Szum morza jest realistycznym filmem przedstawionym po prostu w formie animacji. Retrospekcja pewnej relacji z perspektywy spotkania klasowego po latach. Urocza chemia między bohaterami i wyraźnie inny vibe niż pozostałe filmy tego studia.

6. Księżniczka Kaguya (2013)
Film wyróżniający się techniką wizualną, bo wygląda jakby był narysowany kredkami świecowymi. Historia dziewczyny przygarniętej przez prostych ludzi, która okazuje się być kimś więcej niż się wydaje. Film mimo lekkiej grafiki, do której trzeba się przyzwyczaić, wygląda imponująco pod względem pracy, ale przede wszystkim główną cechą jest tu delikatność głównej postaci i nastrojów jakie przeżywa rodem nie z naszego świata, które również są ukazane za pomocą wcześniej wspomnianych technik artystycznych w stylu rozmazania w momentach wzburzenia etc. Robi wrażenie, przede wszystkim w detalach i mikroscenach.

5. Nausicaa z Doliny Wiatru (1984)
Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie ten film, a odhaczając kolejne pozycje na ten liście, w sumie nie zakładałem że będzie tak wysoko, szczególnie na fakt, że mówi się tu o produkcji, która świętować będzie w tym roku swoje.. 40 urodziny. Motyw może nienowy i powielany w różnych filmach Ghibli, walki człowieka z naturą, jego wpływu na nią i vice versa, ale bardzo niebanalnie ubrany. Trochę też antywojenny na swój sposób. Generalnie podobnym filmem będzie Księżniczka Mononoke, która, no spoiler, jest nieco wyżej, ale naprawdę w żadnym stopniu nie ujmuje to tej produkcji. Plus jak ktoś takie lubi postapo czy steampunk albo Diunę np. to będzie zadowolony.

4. Zrywa się wiatr (2013)
Też w sumie niepozorny film, ale na swój sposób jest, moim zdaniem, idealną wizytówką tego studia. Zrywa się wiatr łączy ze sobą realność naszego świata, z rodzajem oniryzmu, snu, bo pewne rzeczy dzieją się naprawdę, a niektóre tylko w głowie bohatera. Pokazuje on historię konstruktora samolotów (ojciec Miyazakiego pracował przy samolotach, z resztą wątków biograficznych w różnych filmach jest więcej), pięknych maszyn w obrazku, tylko że były to samoloty wykorzystywane głównie jako.. broń siejąca spustoszenie. Wydaje mi się, że może mieć jeden z najbardziej przystępnych progów wejścia ten film, więc jest to jedna z lepszych opcji na zaznajomienie się z filmami tego studia ogólnie.

3. Księżniczka Mononoke (1997)
Nie byłem gotowy na ten film w momencie w jakim go oglądałem, a było to może ze 20 lat temu w telewizji. Szybko przekonałem się, że to nie jest bajka – to brutalny, aczkolwiek piękny film o walce człowieka z naturą i o tym jak straszne skutki może przynieść zaburzenie balansu między jednym a drugim, choć równie dobrze można tu podpiąć wątek antywojenny, bądź w zależności od interpretacji, wojny sprawiedliwej. Powiecie, że to w sumie podobnie jak na miejscu piątym, skąd więc akurat taka kolejność: z Księżniczką Mononoke mam trochę większe powiązania emocjonalne, a i jednak te 13 lat różnicy, kiedy samo studio się już nieco ugruntowało widać po prostu w obrazku, formie i fabule. Po ludzku świetny film.

2. Grobowiec świetlików (1988)
Na ten film z kolei byłem gotowy, bo obejrzałem go lata później i sięgnąłem po niego świadomie wiedząc na co się piszę, ale to niespecjalnie mi pomogło. W ogóle jak ustandaryzować miejsce dla filmu takiego jak ten? Jak porównać go chociażby z Mój sąsiad Totoro, gdzie emocje są na zupełnie drugim biegunie – w ogóle to porównanie nie jest bez powodu, bo filmy miały swoją premierę tego samego dnia. Grobowiec świetlików uchodzi za najsmutniejszy film na świecie i na swój sposób nim jest, ale jest też doświadczeniem, które moim zdaniem każdy z nas powinien mieć w swoim arsenale i i które powinien sobie cyklicznie powtarzać jeśli tego potrzebuje, jakkolwiek boli mnie, że potrafi być on różnie interpretowany. Na podstawowej warstwie jest to film antywojenny o następstwach bombardowań dla ludności cywilnej, w tym dzieci i decyzji jakie muszą podejmować, a na które nie są gotowe i na fakt jaki los fundują im dorośli. Film się nie kończy dobrze i to nie nawet nie jest spoiler. Powinno się go znać, powinno się umieć wyciągać z niego wnioski.

1. Spirited Away: W krainie bogów (2001)
Film doświadczenie. Jedyne anime, które zostało nagrodzone przez Akademię Filmową (no drugie, w tym roku Chłopiec i Czapla zgarnął statuetkę, ale na moment pisania jedyne) i jeden z dwóch filmów animowanych w ogóle, który zdobył główną nagrodę na Berlinale. Pierwsze pełnoprawne anime jakie widziałem, nie licząc „bajek” na Polsacie czy Pokemonów. Najlepsze anime jakie widziałem. W swoim czasie najdziwniejsze anime jakie widziałem i najdziwniejszy film jaki widziałem. Nie wiem jakich innych określeń mógłbym użyć opisując ten film. Na podstawowej płaszczyźnie film o dziewczynce, których rodzice zamienili się w świnie, na drugim tle film o galopującej konsumpcji świata współczesnego i wartościach jakimi powinno kierować się w życiu. Na pewno umieściłbym ten film w top ileś (10? myślę że na spokojnie) filmów jakie widziałem.


Tak przedstawia się mój ranking filmów studia Ghibli. Jeśli w jakimś stopniu zachęciłem was do obejrzenia któregoś z tych filmów to jest mi niezwykle miło z tego powodu. Filmy tego studia są naprawdę wartością dodaną dla całego gatunku i pokazują, że anime potrafi być nie tylko infantylnymi produkcjami rodem z generatora z drącymi się wszędzie postaciami czy serialami po tysiąc odcinków, ale że są to także filmy którymi warto pochwalić się znajomym czy zasiąść przy nich z bliskimi przy rodzinnym stole.


Wiecie co? Będzie nowe GTA!

Jakbym był youtuberem to zamiast kilku linijek tekstu zobaczylibyście tu moją reakcję na zwiastun nowej gry Rockstara, którą okazało się być… GTA VI! Youtuberem nie jestem, ale zapowiedź każdego kolejnego GTA to niemałe święto w branży gier, ale i tak naprawdę współczesnej popkultury, więc hej, chciałbym podzielić się i ja chociaż krótkimi rozważaniami. Przy okazji dla mnie to miła rocznica, bo 10 lat temu, na jednej ze stron klanowych pisałem o nadchodzącym wówczas… GTA V. Zleciało co nie?

Święto świętem, ale ludzie to potrafią zepsuć zabawę. Tak jak premiera zwiastuna GTA VI miała mieć swoją premierę dziś o 15:00 naszego czasu, tak z racji wycieku wyszedł w okolicach północy dnia poprzedniego. I tak jak wszyscy czekali na formę premiery dużego tytułu, odliczanie jak do nowego roku w Sylwestra, tak dostali ją trochę jak zapowiedź podrzędnej gierki. Od innych odróżniało się jednak poruszenie w Internecie jak również kosmiczne liczby, które zaczęły pojawiać się na kolejnych licznikach. Nawet nie pokuszę się o podanie liczby wyświetleń, bo do końca pisania tego tekstu będzie już nieaktualna, a wcale nie mam zamiaru pisać go jakoś szczególnie długo.

Do sedna. Ładny zwiastun Możemy się rozejść.

A tak bardziej serio zyskuje on z kolejnymi obejrzeniami. Przede wszystkim bardzo ładne miasto robiące wrażenie swoim ogromem i skalą i chociaż wiem, że to wyświechtany frazes i często słychać to przy okazji premier sandboxów, to widać, że jest po prostu dużo tego wszystkiego. Widać to też na mojej nowej tapecie! Ja wiem, że to nie jest niespodzianka, bo już mapa do piątki była duża, ale no po prostu efekt wow jak się człowiek nad tym zastanowi. Generalnie grafika się poprawiła, widać to głównie po modelach, twarzach postaci. To chyba coś co najbardziej zestarzało się w takiej IV z perspektywy czasu.

Sympatyczna wydaje się być nowa główna bohaterka gry Lucia, dobrze jej z oczu patrzy Wydaje mi się, że to może w ogóle być ciekawy kierunek. Nie będzie do nikogo porównywana, przynajmniej nie tak jak poprzednicy. Druga postać (Jason?) aktualnie to random, na pewno to się zmieni. Liczę na ciekawy wątek między nimi. Najbardziej prawdopodobna jest aktualnie historia na wzór Bonnie & Clyde, ale czy skończy się tak samo? Chyba Rockstar się na to nie odważy, a mógłby, tak jak to zrobił przy okazji Red Deadów.

Generalnie liczę na dość ciężki tytuł z raczej dość ciężkim humorem. Łączy się to w sumie z realiami panującymi w tej grze. Grand Theft Auto zawsze było satyrą na rzeczywistość, więc jakby to nic nowego. W GTA V (najłatwiej porównywać) już było pokazane przecież to podkręcenie społeczeństwa w tematach, że tak to ujmę, łamania na potęgę i w różnych konfiguracjach kolejnych grzechów głównych, ale tu zdaje się, że będzie tego jeszcze więcej, dodatkowo przepuszczone przez filtr social mediów, które mają wpływ na społeczeństwo znacznie bardziej niż 10 lat temu. Trochę irytują mnie w tym zwiastunie kolejne twerkujące dziewczyny, bo to zły przykład dla ludzi z zewnątrz, nie znających konwencji, z tym że po sieci krążą już filmiki, że zarówno te sceny jak i inne, pokroju aligatorów w sklepie czy nawiedzonej sąsiadki są jota w jotę wyciągnięte z prawdziwych filmów czy wydarzeń, jakie obiegały Internet. Generalnie temat Internetu może być w tej grze bardzo obecny.

Mimo nadszarpniętego zaufania spowodowanego krokami przede wszystkim wydawniczymi firmy, mam nadzieję że to wypali. Zasadniczo jaka nadzieja, nadal jestem o to spokojny, nie oszukujmy się, to będzie GOTY i innym tytułom w momencie wyjścia GTA VI będzie bardzo ciężko walczyć o uwagę odbiorcy. Jeśli coś nie zagra to będzie to wynikać bardziej ze zmieniającej się polityki firmy niż z jakości produktu. Tymczasem kolejny zwiastun gdzieś pewnie za rok, sama gra dopiero gdzieś za 2-3 lata, a na PC jeszcze później. Może uda mi się w to zagrać wcześniej niż 10 lat później od premiery jak w IV czy V.

No i dajcie coś ze soundtracku starego dobrego Vice City następnym razem okej?