O przygodzie z Fifą 18 słów kilka – podsumowanie trybu wieloosobowego

FIFA – jedna z najbardziej rozpoznawalnych serii gier, w którą co rok zagrywają się fani piłki nożnej na całym świecie. Nie ma co ukrywać, że takim fanem jestem również i ja, jednak dopiero doświadczenia 18 tj. wersji sprzed roku dały mi zupełnie nowy obraz na wszystko to co z tą grą związane. Chciałbym się tym tu podzielić z okazji pewnej równej liczby przegranych w niej godzin. Trochę się już tego nazbierało, a szczerze te około 2000 znaków niżej tworzą chyba jeden nielicznych materiałów od bardzo dawna z którego jestem praktycznie w pełni zadowolony. Zapraszam do lektury!

Początek

FIFA 18 trafiła w moje ręce tak naprawdę niespodziewanie – dostałem ją na święta w grudniu 2017. Sam bym jej sobie w sumie nie kupił, bo hej, drogie rzeczy, ja również nie przepadałem (i dalej nie przepadam, ale to swoją drogą) za platformami cyfrowymi, nie wiedziałem nawet czy pójdzie na moim lapku i najzwyczajniej nie uważałem, że mi to „siądzie”, że łyknę jak to działa i wgl. Niemniej dobra, skoro już jest to trzeba zagrać Zainstalowałem. Od tamtej pory w Fifie 18 spędziłem niespełna 600 godzin (czyli na oko przez rok i parę miesięcy). Tak naprawdę była to moja główna i jedyna gra w tym okresie poza starszymi odsłonami GTA multi w ramach LU-DM czy zwykłego „ot, coś z kimś”.

Rozpoczynając przygodę z FUT tj. z graniem z prawdziwymi ludźmi musiałem przestawić się kompletnie na inne granie. Wiadomo, w tych niższych ligach jest słaby poziom to dawałem radę, ale wiedziałem, że jak chcę chociaż trochę wyjść wyżej to muszę się nauczyć inaczej grać. I tak z w sumie wesołego futbolu na początku z dużą liczbą strzałów z dystansu i graniem skrzydłami wypracować musiałem w sobie pewne schematy, które najzwyczajniej tam działają. Ma to swoje dobre i złe strony, w sumie cięższy wydaje się teraz powrót na starsze wersje, gdzie właśnie wesoły futbol jest efektywniejszy, a ja niepotrzebnie szukam jakichś bardziej wyszukanych rozwiązań. Generalnie nie uważam się za gracza jakoś bardzo dobrego, niemniej myślę, że na swoim sprzęcie gram nawet całkiem znośnie.

Taki offtop mały jeszcze – 18 jest w sumie odsłoną w którą gram/grałem najdłużej. Myślę, że więcej godzin mogłem spędzić jedynie w 07, w którą grałem bardzo długo i w sumie nadal czasami wrócę tam, chociażby dla soundtracku, który uznaje za jeden z lepszych w całej serii dzięki chociażby kawałkom pokroju Chloroform czy Kaleidoscope.

Garść statystyk

Mój bilans w trybie FUT na dzień 21 marca 2019 wynosi 542 wygrane, 82 remisy 492 przegranych; strzeliłem tam 1298 bramek (średnio 1,69 na mecz), straciłem 1172 (średnio 1,53). Bilans jest dodatni i wynosi 126 bramek. W zwykłym trybie online, w sezonach, gdzie zwykle grałem Realem Madryt bilans wynosi 59 wygranych, 11 remisów i 29 porażek. Największym moim „sukcesem” był awans do 1 ligi w FUT. Wygrałem również turniej online w dodatku do MŚ. Jeśli chodzi o tryb FUT Champions nigdy nie rozegrałem w nim dużej ilości meczy z racji braku czasu i nerwów i pewnie zatrzymałem się na jakimś silverze tygodniowym i miesięcznym brązie.

Trafy w paczkach

Wbrew pozorom nie mogę mówić o jakimś szczególnym szczęściu do paczek, lecz jeśli już trafiałem to w sumie nie mogłem narzekać Przede wszystkim mówiąc o paczkach musi rozdzielić dwa rodzaje – graczy wymiennych i niewymiennych. W dużym skrócie tych pierwszych możemy sprzedać na rynku, a tych drugich nie.

Zaczynając od dobrych, lecz nie wybitnych trafów do bez wątpienia do nich można zaliczyć chociażby trafienie Hugo Llorisa w wersji 88 oraz Matsa Hummelsa w wersji 89. W momencie ich trafienia otrzymałem za nich odpowiednio około 50 i 75 tysięcy monet. Nieco mniej bądź podobną kwotę (35-40k) dostałem za Luisao w wersji Classic ROW Heroes. Możliwe, że były również inne trafy z tej półki, jednak z różnych względów akurat te utkwiły mi jakoś bardziej w pamięci, a mniejszych w sumie nie ma co przywoływać. Ponad te trafy wybija się za to karta oceniona na 86 Samiego Khediry w formie, która niedługo po trafieniu zeszła za cenę w okolicach 100k coinsów.

Tak naprawdę te trafy i tak nie robią jakiegoś ogromnego wrażenia. Robi je 1 miejsce, czyli mój najlepszy traf jakim był…

 

….Marcel Desailly w wersji 87, którego sprzedałem za niespełna 800k monet! Tym samym stałem się jednym z nielicznych szczęśliwców, którzy trafili ikonę ogólnie, a dwa trafili ją z wymiennej paczki. Paczka ta trafiła do mnie za wykonanie jednego z dostępnych zaawansowanych SBC. Trafiłem go na oko dwa miesiące po tym jak pierwszy raz odpaliłem FUTa – gdzieś pod koniec lutego, więc w całkiem niezłym okresie cenowym. Uwierzcie moje zdziwienie było w tamtym momencie naprawdę spore – może nie darłem się jak niektórzy na YT, niemniej no spory szok był zdecydowanie W sumie traf ten ustawił mnie do końca gry – dzięki pieniądzom z tej karty mogłem złożyć może nie niebotyczny, ale na pewno konkurencyjny skład, który mi sporo pomógł i który później mogłem starannie ulepszać.

Jeśli chodzi zaś o niewymienne trafy oddzielić trzeba te, które poszły na tak zwane przepalenie w SBC (miały wysoką ocenę, ale były średnio grywalne) i te, które realnie wzmocniły mój skład swoją obecnością. Do tych drugich kart z pewnością zaliczam Ter Stegena na początku gry, Inakiego Williamsa, Geoffrey’a Kondogbię czy idąc w późniejszy etap karty TOTS Jamiego Vardy’iego, Rodrigo Moreno, Iago Aspasa, Stefana de Vrijka oraz co uznaję za mój najlepszy niewymienny traf – Laurenta Blanca w wersji 85 trafionego w SBC o ikonę w wersji Baby. Swoją drogą paradoksalnie wspomniany wcześniej Desailly pozwolił mi zrobić to wyzwanie. Było to spore ryzyko, na szczęście bez cienia wątpliwości się opłaciło. Generalnie jak łatwo zauważyć miałem zdecydowanie większe szczęście w trafach niewymiennych niż wymiennych.

Moje składy

Pod koniec 2018 roku uznałem, że cały mój skład zbudowany będzie tylko i wyłącznie z kart niewymiennych. Sprzedałem co miałem do sprzedania i na moment pisania tego wpisu wygląda on następująco:

W skrócie pochodzenie poszczególnych zawodników (od ataku od lewej do prawej) :

Vardy TOTS – trafiony z paczki

Rodrigo TOTS – trafiony z paczki

Laudrup ICON PRIME – prezent od EA

Henderson SBC – zrobione SBC

Blanc ICON BABY – trafiony w SBC o Baby ikonę

Griezmann SBC – zrobione SBC

Desailly ICON PRIME – prezent od EA

Manolas FUTTIES – zrobione SBC bądź wyzwanie tygodniowe

De Vrijk TOTS – trafiony z paczki

Vrsaljko FUTTIES – zrobione SBC

Van Der Sar ICON PRIME – prezent od EA

Begovic FUTTIES (w wersji jak zwykły) – prezent od EA

Varane FUTTIES (w wersji jak zwykły) – prezent od EA

Schweinsteiger FUT Birthday – zrobione SBC

Pirlo EotE – zrobione SBC

Shevchenko ICON PRIME – prezent od EA

Aspas TOTS – trafiony w paczce

Ibrahimovic SBC – zrobione SBC

Carlitos TOTS – zrobione wyzwanie tygodniowe

Martial FUTTIES (w wersji jak zwykły) – prezent od EA

Kondogbia – trafiony w paczce

Williams – trafiony w paczce

Vidal – trafiony w paczce

Ponadto w klubie mam także inne karty niewymienne, raczej nieużywane.

Posiadam również skład w dodatku MŚ. Tam oczywiście wszystkie karty niewymienne również (bo się nie da inaczej) :

W obydwu przypadkach istnieje szansa, że składy jeszcze się zmienią, a przynajmniej przetasują z ławką, niemniej tak to wygląda na ten moment.

Legendy Klubu

Kartą na jakiej mam najwięcej rozegranych meczy (czyt. konkretnie na jednej karcie) jest Inaki Willliams. Rozegrałem nim 662 spotkania. Zaraz za nim jest Blanc z 658 meczami, więc lada moment będzie on numerem jeden, bo hiszpańskim skrzydłowym już nie gram, a Blancem będę grać do końca gry. Williams jest również numerem jeden jeśli chodzi o asysty – aż 155 jego podań znalazło partnera, który wpakował piłkę do siatki. Zaraz za nim jest za to TOTS Carlitos, który lada moment go wyprzedzi. Lopez ma również najwięcej goli – strzeliłem nim jak do tej pory 253 gole.

Powyższe statystyki dotyczą jednej karty, jednak jeśli miałbym wybrać jedną jedyną, największą legendę klubu to byłby nią… Antoine Griezmann! Przez długi czas Francuz był numerem jeden i ciągnął zespół do kolejnych wygranych. Później zdecydowałem się zrobić jego lepszą wersję, która nie odgrywa już aż tak znaczącej roli, niemniej sumując statystyki na obydwu kartach wychodzą naprawdę kosmiczne liczby: 683 mecze, 341 goli, 262 asysty. Poniżej jego statystyki w momencie, gdy go sprzedałem:

Materiały video

Jakiś czas temu przy okazji porządków na dysku postanowiłem skleić różne filmiki jakie miałem z Fify. Efekt tego wyszedł taki jaki widać niżej. Z góry przepraszam za jakoś pierwszego filmu, ale fragmenty robione były telefonem najczęściej żeby wysłać komuś na Messengerze, nie planowałem wcześniej tego jakoś archiwizować, a też nie gram z odpalonym frapsem w tle z resztą podobna sprawa ma się ze zdjęciami w całym wpisie. Frapsem nagrałem dopiero tę oddzielną bramkę, bo było warto

Historie

Podczas jakby nie patrzeć tylu godzin grania w ten tryb byłem świadkiem różnych dziwnych historii. Nie tak dawno byłem chociażby uczestnikiem najszybszego RQ jakie widziałem w Fifie gdziekolwiek. Rozpoczynałem mecz od środka, kilka podań, strzał, gol – znam ten ból, zawiało kick off glitchem, ale żeby zaraz:

Gość wyszedł zanim zdążyliśmy obaj dobrze usiąść i nawet nie dotknął piłki!

Nerwy to ogólnie nieodzowny element FUTa. Na porządku dziennym są praktyki, które mają wyprowadzić przeciwnika z równowagi. Są na to różne sposoby – od przyjętych za irytujące cieszynek, poprzez oglądanie każdej możliwej powtórki do oporu (ze spalonymi włącznie) co wydłuża kilkukrotnie czas meczu, aż po samą chamską grę czyt. granie na czas, podawanie do bramkarza i różne tego typu praktyki, a przecież nie zahaczyłem nawet o komunikację czy to głosową czy wiadomości – te rzeczy akurat mam offnięte. Niestety da się również spotkać różnych cheaterów, którzy różnymi kombinacjami potrafią wywalić swojego przeciwnika z często wygranego meczu. W najbardziej kuriozalnym momencie nie zaliczyło mi meczu mimo że zakończył się on już gwizdkiem arbitra. Niejednokrotnie miałem momenty, gdzie mówiłem, że nie, to już jest ten moment by się pożegnać, ale nie, also to wszystko jest w sumie wpisane w konwencję grania w Fifę jako taką – kiedyś temat ten podjął Vandi, nawet w postaci artykułu na tej stronie. Z resztą usuwanie nie miałoby praktycznego sensu – i tak bym wrócił, a nie chciałoby mi się od nowa ściągać tego wszystkiego i instalować

FUT to jednak także sporo spoko osób. Pamiętam jak na święto św. Patryka był event, gdzie można było zdobyć specjalne karty Irlandczyków, które były potrzebne m.in. do zrobienia Bastiana, którego mam w składzie. Wyzwanie polegało na strzeleniu nimi (czyt. tymi Irlandczykami) iluś bramek w meczach towarzyskich. Oczywiście z racji, że tam ciężko o jakichś dobrych napastników, dodatkowo w tym trybie to gracze postanowili się jakoś miedzy sobą dogadać i dać sobie strzelić te bramki. M.in. dogadałem się tak z gościem i ja, mimo że jak wcześniej wspomniałem, nie mieliśmy żadnego micro ani czatu – jak widać język Fify jest językiem międzynarodowym.

Innym razem spotkałem rozpoczynając mecz spojrzałem na połączenie moje z moim przeciwnikiem i było ono bardzo słabe. Miałem już wychodzić, lecz zauważyłem, że przeciwnik mi mryga – takie pole się świeci i gaśnie. Patrzę na nazwę jego składu, a tam nazwa „dwie kreski nie tnie” i faktycznie – nie cięło

Sporą rolę generalnie przy trybie FUT, jak w sumie przy każdej grze sieciowej odgrywa społeczność jaka jest wokół niej związana. Również i ja, głownie w ramach grupy Rzeźnicy Kartomanii miałem okazję wymieniać się doświadczeniami z innymi grającymi ludźmi – sugerować zmiany w składzie i różne inne podobne. Dzięki FUT zacząłem też bardziej śledzić scenę YT Fify. Przez to wszystko miałem i parę nowych tematów ze znajomymi, a jeden gość z którym dawno nie gadałem nawet napisał do mnie w stylu „hej, widzę, że też grasz” – fajna sprawa.

Co dalej?

FIFA 18 nadal jest na moim dysku i nadal w nią gram, mimo że pewnie trochę mniej niż wcześniej. Teraz już dominuje 19, lecz na nią raczej nie miałem chęci, z resztą najzwyczajniej 18 mi się jeszcze nie znudziła! Mam jedynie Demo 19 w razie z kimś miałbym kiedyś pograć tak na żywo, pad w pad, czy tam klawa w pad, bo ja w sumie wolę na klawiaturze grać Z resztą ciesze się, że spośród różnych odsłon Fify trafiłem akurat na 18 – w 19 mam wrażenie jest za dużo tego wszystkiego teraz, a z kolei taka 17 była dopiero co pierwszą odsłoną na nowym silniku i miała po prostu swoje błędy technologiczne.

Generalnie wpis ten zbiegł się z 10 urodzinami trybu FUT. Szczerze dla wszystkich interesujących się Fifą czy generalnie piłką nożną polecałbym spędzić chociaż rok tj. sezon grając w ten sposób. Szczerze ja już nie wyobrażam sobie grania na bota, jedynie online lub co w sumie jeszcze bardziej spoko z jakimś kolegą (lub koleżanką) u boku. Tak czy inaczej naprawdę fajna sprawa i czy to jeszcze przez jakiś czas w 18 czy kiedyś w innej odsłonie moja przygoda z Fifą na pewno się nie skończy. Brakowałoby mi tego.

Piłka nadal w grze!


NESowy Batman w innym wydaniu?

Pewnie wielu z was wie, o czym z resztą wspominałem w poprzednich artykułach, że jedną z moich ulubionych gier na Pegasusa jak i generalnie wśród tytułów video jest wydany na konsolę NES Batman. Cenię ją mocno ze względu na klimat i jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych tej generacji. Co bardziej zaznajomieni kojarzą pewnie nawet inny tekst o tej grze, który w swoim czasie trafił na jeden z serwisów internetowych. Tę samą grę na swój warsztat wziął niedawno Xenon, który postanowił bliżej przyjrzeć się różnicom jakie są miedzy finalnym produktem, a nieco wcześniejszą fazą gry. Nie mógł zrobić tego lepiej niż poprzez longplay, który zamieścił na swoim kanale na YT.

Prócz bardzo sprawnego przejścia gry (szanuję, ja mimo że uwielbiam tę grę to tak nie umiem chyba) Xenon pokusił się o wymienienie jakie różnice faktycznie można uświadczyć na pierwszy rzut oka między tym co wielu z nas zna bądź kojarzy, a tzw. prototypem. I tak mamy tu m.in. inne cutscenki (w końcu początkowy zeskok ma sens!), różnice w bonusach, ilości życia czy finalnie w zakończeniu gry! Oczywiście nie mówię tu o fabule, a po prostu – innym rozłożeniu końcowych poziomów. Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego – z różnych względów gry trafiają na rynek w innej formie od pierwotnej, zaczynając od kwestii czysto technicznych po, nie ukrywajmy, fanaberie twórców. Wiele legend urosło przecież chociażby wokół GTA – szczególnie trójki, która chyba najbardziej zmieniła się od założenia do tego co trafiło finalnie na nasze sprzęty. Z czego zmiany wynikały w tym przypadku? Niestety nie jestem w stanie stwierdzić.

Wszystkim fanom gatunku czy po prostu gier z Batkiem w roli głównej serdecznie polecam samą grę – w jakiejkolwiek by nie była ona formie, prototypowej czy „skończonej”. Nawiasem pytanie: a jaka gra wam pierwsza przychodzi na myśl gdy myślicie o wcześniejszej wersji? Domyślam się, że w dobie platform cyfrowych coś early access Co by to nie było dajcie znać w komentarzach niżej.


CJ forever alone jako obiekt badawczy?

Oznajmić, że fabuła San Andreas jest dość powszechnie znana wśród fanów gatunku podobnych gier to jakby nic nie powiedzieć. Większość z nas zna na pamięć cutscenki, dialogi postaci w nich czy po prostu przebieg poszczególnych misji. Jednak czy zastanawialiście się kiedykolwiek jak wyglądałaby gra z perspektywy niezaznajomionej z tematem osoby, która widziałaby jedynie przerywniki pomiędzy misjami i to tylko wyłącznie z głównym bohaterem? Naprzeciw takiemu pomysłowi wyszedł FlyingKitty, który na swoim kanale na YT umieścił taki o to filmik. Oczywiście całość ma charakter przede wszystkim humorystyczny, ale wbrew pozorom nasuwa się tu też nieco inna konkluzja.

Generalnie abstrahując od filmu podany film pokazuje to jak wiele czynników składa się na finalny odbiór „dzieła” – mowa zarówno o filmie, grze, muzyce czy czymkolwiek podobnym. W ramach testu spróbujcie sobie kiedyś zrobić takie ćwiczenie myślowe i puśćcie jakiś film bez głosu bądź np. z inną muzyką czy nawet grając w grę włączcie sobie jakąś kompletnie oderwaną stylistycznie muzykę w tle. Oczywiście taki, którego nie znacie, bo jak już oglądaliśmy to może występować zjawisko synestezji, ale to już inna sprawa akurat. Możecie też pobawić się nieco bardziej jak na filmie, z tym że to już skomplikowany zabieg, ale i takie rzeczy na nawet na innych tytułach można już spotkać – czym że jest przecież najnowsza odsłona Fify, gdzie, możemy ustawić własne zasady, a co za tym idzie musimy zmienić nasz sposób grania. Tak nawiasem ostatnio widziałem wgl coś w stylu mema, że jest video z akcji ratowniczej z płonącego budynku i było puszczone ono od tyłu (możecie się domyśleć przebiegu) albo kultowy już film o chytrej babie, która tym razem… oddaje napoje na stół.

Ot dygresja. Po prostu kiedyś mi nawinął się ten filmik, a paradoksalnie niesie on więcej treści niż może się postronnemu wydawać. Z resztą nie to było zamysłem twórcy, chociaż, kto wie?


Jak Niemiec zrobił najlepszy polski RPG, czyli wspomnienia i recenzja Gothic

W tym miejscu miała paść historia wielkiej wrogości pomiędzy Polakami, a Niemcami, jednak w wyniku może zbyt kontrowersyjnej treści postanowiłem zamienić ją na coś innego. Znacie zapewne Wiedźmina, który głównie po premierze trzeciej części w 2015 roku stał się jedną z największych chlub kraju nadwiślańskiego i nadaje mu się tytuł najlepszej gry RPG wszechczasów, lecz jednak według mnie ten tytuł należy się zupełnie innej produkcji, którą dzisiaj nazywać już chyba trzeba retro, która nakreśliła gatunek RPG setkom polskich graczy. Dzisiaj porozmawiamy o Gothicu, czyli jak to lubię sobie żartobliwie mówić „Najlepszej polskiej gry RPG stworzonej przez Niemców”. Zapraszam.

W świecie gry trwa wojna pomiędzy ludźmi, a orkami, którą dość łatwo zaczynają wygrywać zielone monstra. W wyniku tej sytuacji król Rhobar II potrzebuje wytworzenia dla jego ludzi broni z najlepszego możliwego tworzywa – magicznej rudy, której największe złoża znajdują się na terenie Górniczej Doliny na wyspie Khorinis. Tworzy się tam kolonia karna, gdzie bandyci zmuszani są do pracy w kopalniach tego kruszcu. Dodatkowo, aby się zabezpieczyć władca zleca swoim magom stworzenie magicznej bariery nad całą doliną, aby żaden z więźniów nie próbował uciec. Coś jednak nie idzie po myśli uczonych, a obszar działania magicznego więzienia zostaje niespodziewanie zwiększony pochłaniając magów i sporą część dalszych terenów. W wyniku zamieszania bandyci przejmują władzę w obozie, a król staje pod ścianą. Zawiera ugodę z więźniami w wyniku której będzie dostarczał im czegokolwiek sobie zażyczą, a on transportować będą mu magiczną rudę. I tak oto pewnego razu osądzony zostaje nasz bohater, który za swoje nieznane nam czyny zostaje wtrącony pod magiczną kopułę i skazany na wieczną harówkę w kopalni. Na swojej drodze gracz będzie miał możliwość dołączenia do trzech ścierających się ze sobą obozów i znalezienia sposobu na wyrwanie się spod ryzów magicznej bariery.

Gothic powstał jako dziecko trójki młodych programistów lubujących się w grach z serii Ultima, którzy zafascynowani grafiką 3D sami postanowili spróbować się w stworzeniu własnej gry opartej na własnym trójwymiarowym silniku. Sam koncept wielkiego więzienia zaczerpnięty został z filmu „Ucieczka z Nowego Jorku”, co łatwo można byłoby uzasadnić fabularnie. Warto nadmienić, że gra miała zawierać tryb wieloosobowy, gdzie nawet do 5 ludzi jednocześnie miałoby przechodzić fabułę i pomagać sobie nawzajem, lecz w końcowej fazie produkcji został on usunięty, prawdopodobnie z braku zasobów na ten aspekt.

Świat przedstawiony w grze jest dowodem geniuszu pomysłowości Michaela Hoge, który dostał za zadanie zagospodarowanie tak wielkiej przestrzeni. Kolonia to w większości tętniąca życiem metropolia kryjąca wiele indywiduów od złodziejaszkowatych Szkodników, po konsumpcyjnych magnatów Starego Obozu do ślepo zapatrzonych członków Sekty. Dodano dwa dość wielkie lasy mające być koszmarem dla odwiedzających ich niedoświadczonych graczy, gdzie większość potworów chętnie zjadłaby Bezimiennego na kolację. Z czasem jednak ze wzrostem umiejętności głównego bohatera zapuszczać się będziemy mogli do coraz bardziej niebezpiecznych terenów m.in. na ziemie Orków, do wieży Mgieł, czy Starej Fortecy. Świat Gothica jest tak różnorodny, co przedstawia również projekt potworów, od istniejących Wilków, czy Chrząszczy po przerośnięte Komary, zminiaturyzowane T-Rexy, czy krzyżówkę kreta ze szczurem(what?).

Mechanika gry niestety jest dzisiaj bardzo toporna, wszystko w większości przez spartolony model sterowania z myszką, gdzie do każdej akcji myszką nacisnąć trzeba dodatkowo jakiś przycisk na klawiaturze. To samo jest podczas handlu, gdzie sami musimy wybrać przedmiot, który chcemy kupić, a następnie wyrzucić na stół odpowiadającą mu ilość magicznej rudy, co przy przedmiotach wartych tysiące bryłek trwa zdecydowanie za długo. Dodatkowym grzechem są liczne kategorie przedmiotów, które trzeba podczas niektórych akcji przewijać, co znowu jest bardzo frustrujące. Na szczęście poprawione zostało to w drugiej części. Toporne dla niektórych może być też to, że walka ogranicza się do wydania kilku ciosów naszym rywalom ponieważ Bezi zawsze zadaje tyle samo obrażeń, nie ma tutaj mowy o obrażeniach krytycznych, czy dodatkowych, a wszystko zależy od siły bohatera i jego oręża. Durne jest także to, że nasz bohater nie potrafi biegać z prawdziwego zdarzenia, potrafi tylko truchtać, a biegać można tylko za pośrednictwem wypicia wcześniej mikstury. Fajnie byłoby, gdyby był pasek wytrzymałości, który wiadomo jakby działał. Ostatnim moim zarzutem wobec tej gry jest fakt, że sporą część rzeczy trzeba robić na czuja, a do tego niemal co kilka minut zapisywać, ponieważ po naszej śmierci zostajemy tylko z zapisem gry, nie ma odradzania się w jakimś miejscu, cały postęp od momentu zapisu zostaje utracony, co przy osobach zapominalskich może zdenerwować jeśli się przytrafi.

Jednak mi graczowi największą frajdę w Gothicu sprawia jak w rasowym RPGu wykonywanie kolejnych zadań popychających fabułę do przodu, które zostały nakreślone niezwykle spójnie i wszystkie twisty są szybko tłumaczone przez postacie niezależne, z którymi nasz bohater się zadaje. Uwielbiam przechodzenie początkowych zadań dających bezcenne punkty doświadczenia, które można spożytkować u nauczycieli na polepszenie statystyk. Misje o poparcie w Starym Obozie należą do jednych z moich ulubionych, szczególnie cieszyłem się, gdy po raz pierwszy przechodziłem go, gdy nie miałem jeszcze Internetu i sam musiałem rozkminiać np. jak dostać się do obozu na bagnie, gdy na drodze tyle niebezpiecznych na początku potworów, czy dostanie się przez niebezpieczny las do wnętrza kopalni. Dodatkową frajdę sprawia mi w Gothicu zwykłe pokonywanie potworów, które według mnie zostało zrobione o wiele lepiej niż w Wiedźminie, czy Morrowindzie. Czuć po prostu moc swojej postaci, która z czasem zapuszczać się może na coraz silniejsze potwory i do coraz to niebezpiecznych miejsc. Dodatkowo świetną robotę robi tutaj lokalizacja wykonana przez CD Projekt, która nadaje całkowity klimat całej produkcji, że można traktować ją niemal jak polską grę spod niemieckiej ręki. Wiele dialogów z serii stało się kultowymi, że sam nawet gdy nie mam go na komputerze lubię odpalić sobie składankę najlepszych rozmów jedne z moich ulubionych to „Nazywam się Diego”, albo „Przyszedłeś tu tylko, dlatego aby móc pocałować Gomeza w dupę.”. Nie wyobrażam sobie po takim ograniu polskiej wersji przysiąść na przykład do wersji amerykańskiej, bo doświadczenie mogło być całkowicie inne.

Ostatnią rzeczą o której warto wspomnieć jest szeroka społeczność Moderska pierwszego Gothica, która co raz okrasza nas ciekawymi modyfikacjami, często nawet spod polskiej ręki. Ja na przykład podczas ostatniego grania w tą produkcję skusiłem się na mod Mroczne Tajemnice mający pełnić tą samą funkcję, co Noc Kruka dla G2. I rzeczywiście czuć to, bo dodała ona wiele nowych obozów, zadań, postaci, a sam poziom trudności został niezwykle podniesiony, gdzie sam grając na najniższym stopniu trudności miałem problem w niektórych momentach, a boję się, co by się działo na najtrudniejszym. Osobiście nie podobał mi się słabo wykonany dubbing, ale nie oszukujmy się i nie oczekujmy cudów w takiej fanowskiej produkcji.

Gothic to jedna z najbardziej kultowych pozycji w Polsce i mimo że w tym roku legalnie będzie mogła kupić już sobie piwo w polskim sklepie to polecam ją serdecznie, bo mimo dość topornej rozgrywki potrafi naprawdę wciągnąć swoją fabułą, ciekawymi postaciami i światem i zapewnić rozgrywkę na kilkanaście dobrych godzin. Mimo że lubię naszego polskiego Wiedźmina to jednak według mnie produkcja Piranha Bytes nie ma sobie równych i w moim rankingu najlepszych RPG ląduje na drugim miejscu. Dlaczego drugim? Ponieważ kolejna część przygód Bezimiennego bohatera była jeszcze lepsza, a o niej w kolejnym odcinku.


Podsumowanie roku 2018 według Wrzosia/Kunia

Od jakiegoś czasu przymierzałem się do napisania czegoś w rodzaju podsumowania ubiegłego roku, opisania niektórych wydarzeń które mnie rozbawiły, czy wręcz przeciwnie, jednak widmo sesji wisiało nade mną jak jakieś homonto, więc obiecałem sobie, że zrobię to po tym wydarzeniu. Zatem zapraszam na podsumowanie 2018 roku i początku 2019 w życiu mojej osoby.

Styczeń
Sam rok nie rozpoczął się jakoś szczególnie dobrze, bo już niemal od razu po przyjściu z przerwy świątecznej dopadła mnie matura próbna, którą napisałem mówiąc krótko – do dupy i trochę mnie to zasmuciło, bo wiedziałem ile rzeczy mam jeszcze do nadrobienia. Akurat w tamtym roku w styczniu musiałem chodzić tylko przez półtora tygodnia, bo w mazowieckim ferie wypadły w tym roku jako pierwsze. Osobiście nie wspominam ich jakoś szczególnie dobrze, bo strasznie się upierdzielałem i też miałem przykrą sytuację, przez którą do dnia dzisiejszego nie chcę jeździć pojazdem czterokołowym. Z fajniejszych rzeczy był fakt, że przeszedłem kilka starych gier m.in. The Legend of Zelda z którego jestem szczególnie dumny oraz z poczciwego klasyka Conflict: Desert Storm. Całe apogeum ferii przelać się miało jednak w drugą sobotę, kiedy to odbywała się studniówka mojej szkoły i do dzisiaj się zastanawiam, jakim cudem dałem się na to namówić, bo jestem zupełnym przeciwnikiem takich imprez. Miałem nawet partnerkę, chociaż o niej można powiedzieć tyle, że więcej już jej nie widziałem po tej imprezie. xD W porządku było jednak to, że miałem sponsora i na samą 100dniówkę ani ja, ani moi rodzice nie wydali nic.

Luty & Marzec & Kwiecień
Kolejne trzy miesiące przelecą dość zbiorczo, ale to głównie z faktu, że miały one dużo ze sobą wspólnego – katowania matematyki i fizyki. Zdałem wtedy sobie nawet sprawę, że moim największym odpoczynkiem jest wtedy przyjście na lekcje do szkoły i robienie czegoś tam, bo po powrocie do domu jadłem obiad, myłem się i po chwili siadałem do zadań, próbnych matur i wszystkiego co wpadło mi w ręce, aby jakoś napisać te matury i być z siebie zadowolonym. Nawet sobota zadawała się dniem idealnym do nauki, gdzie w większości nie trzeba było nic robić, tylko można było oddać się wirowi nauki.. W międzyczasie w wolnych chwilach przechodziłem wtedy pierwszego Gothica. Ostatnim wydarzeniem większym przed końcem roku była wycieczka do Warszawy, do Muzeum Narodowego oraz Teatru Współczesnego, gdzie muszę przyznać bawiłem się nieźle, chociaż w czasie wolnym w Złotych Tarasach miałem trudność ze znalezieniem sobie jakiegokolwiek zajęcia, gdyż znajomi się porozchodzili, więc postanowiłem porobić sobie kółeczka wokół Pałacu Kultury i Nauki. Sam spektakl w teatrze pt. „Ludzie i anioły” był niezwykle zabawny, trochę refleksyjny, chociaż osobiście nie potrafię przy każdym oglądanym filmie zastanawiać się nad danym aspektem życia, który on poruszył, może dlatego nigdy nie byłem dobrym humanem. Z końcem roku dowiedziałem się w sumie też, jak bardzo szanują mnie niektóre osoby z byłej klasy, co było dla mnie wielkim zdziwieniem, bo byłem chyba jedną z najmniej integrujących się osób tam. Słaby okres może sobie wybrałem, ale zacząłem przechodzić wtedy Wiedźmina 3.

Maj
Nadszedł czas matury, czyli pokazania swojej wiedzy zdobytej przez trzy ostatnie lata. Do pierwszej podstawy w języka polskiego podchodziłem na totalnej wyjebce, bo wiedziałem, że będzie po prostu słabo, gdyż nigdy ten przedmiot nie należał do moich ulubionych, posiedziałem trochę nad zadaniami, napisałem jakąś tam rozprawkę i wyszedłem w sumie jako ostatni, bo sporo czasu zajęły mi niektóre zagadnienia. Następna była podstawa z matematyki, która już przy próbnych wydawała mi się trochę egzaminem dla idiotów, bo nic tam skomplikowanego nie ma, a wszystko można znaleźć ewentualnie w tej karcie wzorów. Napisałem wszystko dość sprawnie, posprawdzałem kilka razy zamknięte i wyszedłem stamtąd na pełnym luzie, myślami będąc już przy większym skurczybyku. A bo następnego dnia czekała mnie podstawa i rozszerzenie z języka angielskiego. Powiem krótko, nigdy z tym językiem nie było mi po drodze, rozumieć, rozumiem jakby ktoś do mnie coś pisał, ale tak porozumiewać się nim w stopniu komunikatywnym to już raczej powyżej mojego poziomu. Podstawa jak podstawa, była łatwa, a samo rozszerzenie też nie było czymś nadzwyczajnym, mimo że wcześniej żadnego podobnego egzaminu do tego nie pisałem. Byłem trochę zdziwiony, bo po trzech dniach wychodziłem z sali i nie miałem zszarganego humoru, lecz wiedziałem, że psychicznie najgorzej nie wyrobię przed egzaminem ustnym z polskiego, bo po pierwsze nie lubię za bardzo koegzystować i rozmawiać z ludźmi, który nie znam. Dostałem jakiś temat z rzeźbą, coś tam o nim powiedziałem, przytoczyłem „Dżumę”, zdałem i dość szczęśliwy wróciłem do domu, lecz teraz wiedziałem, że najgorsze przede mną – matura rozszerzona z matematyki i fizyki, o których można powiedzieć tyle, że fizyka szczególnie mi nie poszła i jestem po dziś dzień wk&$&$ony, że tak mi to wyszło, a sama matematyka – też liczyłem (hue) na więcej. Ostatni był egzamin ustny z angielskiego na który przyszedłem zupełnie na luzie, bo wiedziałem, że nic gorszego stać się nie może. Zdałem go perfekcyjnie i tutaj moglibyście się śmiać, że jeszcze trzy zdania temu mówiłem o nikłej znajomości angielskiego, jednak na swoją obronę mogę powiedzieć, że według mnie ocena była trochę naciągana, a moje wypowiedzi nie były jakieś rozwinięte, a sam egzamin ocenia same podstawy komunikacji. Tak oto zakończyła się oficjalnie moja matura, lecz wiedziałem, że teraz prze nudny okres roku, czyli wakacje. Od kilku lat nie potrafię lubić tego okresu, ponieważ fakt, odpoczynek jest ważny, ale dany jest w ilości za dużej jak dla mnie, bo jestem człowiekiem, który nie lubi za długo siedzieć bezczynnie. I fakt mogłem pójść od razu do pracy, co uczyniła lwia część moich znajomych, lecz ja po prostu bałem się koegzystowania z nieznanymi ludźmi i bycia w jakiś sposób odpowiedzialnym za czyny podczas godzin pracy.

Czerwiec & Lipiec & Sierpień & Wrzesień
Wakacje były też dobrym wyznacznikiem, jak trwałe będą przyjaźnie zakorzenione w szkole średniej. W moim przypadku wyszło to niestety blado.. Ale nie spodziewałem się fajerwerków, po prostu każdy poszedł w swoją stronę. Jakoś wtedy, mimo że nigdy nie lubię oglądać seriali to sięgnąłem po Lucyfera, który swojego czasu wydawał mi się jednym z najlepszych rzeczy jaka mnie spotkała, chociaż z perspektywy czasu nie uważam go już za jakiś nadzwyczajny, to po prostu kryminalne zagadki Miami z lekką domieszką tej otoczki wokół głównego bohatera. Ale do dziś uważam, że aktor grający Samaela jest najlepszą rzeczą w całym serialu nadającym mu tą esencję. W międzyczasie skończyłem także zaczętego przed maturą Wiedźmina 3, o którym mogę powiedzieć, że to dobra gra i tyle w sumie, bo był on zupełnie tym, czym traktowałem go po premierze – trochę przehajpowanym, niezłym RPGiem i tyle. Przy okazji miał miejsce drobny remont domu, więc kilka dni miałem co robić, a tak mój czas poświęcałem na jeżdżenie rowerem, co sprawiało mi przez pewien czas niezwykłą przyjemność, lecz jazda po podobnej trasie po kilku dniach stawała się nużąca. Dużo też grałem w piłkę, niemal na każde organizowane na miejscowym boisku mecze przychodziłem, bo mimo że jestem w to kiepski jak PSG z Barceloną to przyjemność sprawia mi proste odbieranie piłki, asystowanie i ewentualne strzelanie goli. Na początku sierpnia spróbowałem także czegoś, co planowałem kilka lat i zostałem Pazdanem na jakiś czas, co , wywołało u niektórych salwy śmiechu, u innych zdziwienie. Sierpień i wrzesień był też czasem jeżdżenia do miasta i sprzedawania starych książek młodszym pokoleniom oraz okres bezkresnego zbliżania się tego, czego bałem się po cichu – studiów. Pojechałem obejrzeć swój akademik i muszę przyznać, że trochę biednie tam było, ale wiedziałem, że dam sobie radę, bo sam mieszkałem w podobnych warunkach kilka lat wstecz. Wróciłem na ostatnie dni do domu i zdałem wtedy sobie sprawę jak zmienia się moje dotąd nieograniczone życie.

Październik
1szego października wyjechałem na studia do Warszawy, wpierw najpierw zahaczając o akademik i poznałem tam swojego współlokatora i o dziwo osobę mniejszą ode mnie. Wydawał się trochę przeciwieństwem mnie, bo miał dużo przyjaciół (a jest rudy) z którymi utrzymywał bliski kontakt, dobrze skurkowany znał angielski i w wiele zdań polskich wprowadza angielskie odpowiedniki jakby nie znał polskich słów, ale ogólnie wydawał się w porządku. Poszedłem na inaugurację roku o 18, wróciłem późnym wieczorem, bo wiedziałem, że następny dzień będzie pierwszym w tym nowym środowisku i należy się dobrze wyspać, czego niestety nie udało mi się spełnić i zdusiłem pierwszy budzik ustawiony na 6:00 i wstałem po kilkunastu minutach. Nie chciało mi się nic robić, ubrałem się i pojechałem na uczelnię, gdzie wtorek akurat był dniem zawalonym ćwiczeniami, na których szlifuje się zagadnienia z wykładów, których nie miałem, więc ćwiczeniowcy dawali jakieś zestawy testowe, które były niezwykle dziwne. Jedne ćwiczenia nawet mi odwołali, poczułem się chwilę jak w szkole. Skończył się dzień, wróciłem do akademika i nastawiałem się na kolejny dzień, tym razem pełen wykładów. A najlepszy z nich był ten z przedmiotu uzupełniającego – niejakiego Prawa i ochrony własności intelektualnej, ale to wiadomo, rozmawiał pan prawnik i taka osoba musi mieć dobrze gadane. Pozostałe wykłady były w porządku, jeden był z pomiarów, drugi z matematyki, trzeci z orientacji, chociaż do dziś uważam, że wykładanie matematyki, bez aktywnego jej ćwiczenia nie ma za bardzo sensu. Tak minął dość długi drugi dzień na studiach. W czwartek też był dzień pełen wykładów, lecz dowiedziałem się wtedy jak bardzo przegwizdane mam, jeśli chodzi o programowanie, bo głupi ja sądziłem, że nauczą mnie tego od podstaw, jednak sam materiał ruszył z wysokiego C i od początku miałem z tym przedmiotem pod górkę. Piątek był niezwykle luźny, bo przez październik rano miałem wykład z pomiarów, a potem już tylko WF, na który co prawda miałem ponad 13 kilometrów, ale jeździłem przez cały semestr niemal na wszystkie sesje. Wróciłem w piątek do domu i przyjemnie było rozłożyć się we własnym łóżku, lecz zawsze, gdy wracam do domu to czas jakby płynął szybciej i w niedzielę już musiałem wracać do Warszawy. Reszta października zleciała mi bez jakiś wielkich komplikacji, jedynie myślałem, że moja legitymacja jest wadliwa, bo nie mogłem na nią nabić ani biletu miesięcznego, ani wejściówki na bramce w akademiku, co przyprawiło mi trochę problemów. Chodziłem na wszystko i siedziałem sporo w akademiku, szczególnie nad tymi matematykami co miałem. Tak oto minął pierwszy miesiąc na studiach.

Listopad & Grudzień
Zaczął się dłuższą przerwą w związku z 1 listopada, a następnie pierwszym kolokwium z prawdziwego zdarzenia, który poszedł mi krótko mówiąc do dupy. Z takich gorszych informacji pogłębiał mi się problem z programowaniem, ponieważ nigdzie nie mogłem znaleźć dobrych poradników do rozwiązywania niektórych problemów, także przyznam się trochę olałem ten przedmiot, lecz w międzyczasie zająłem się robieniem projektu na niego za który dostałem maksimum punktów, naciągane, ale dawało mi to jeszcze jakiekolwiek szanse na zdanie tego przedmiotu. Pod koniec listopada nastąpiła niezwykła fala kolokwiów z multum przedmiotów potęgowanymi cotygodniowymi laboratoriami z pomiarów na które trzeba było się przygotować na wejściówkę, bo niezdanie jej zerowało licznik punktów możliwych do zdobycia. Kolokwia powychodziły mi co najwyżej przeciętnie, a apogeum był ten nemezis zwany programowaniem, bo na kolejnych laboratoriach z ćwiczeń zdobywałem szczątkowe liczby punktów, tak że po zakończeniu zgromadziłem ich 3.3/20, co jest wynikiem tragicznym. Dodatkowo projekt numer dwa, jaki miałem zrobić wykraczał poza granice moich umiejętności skryptowania, lecz wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Grudzień miał to do siebie, że po fali kolokwiów był miesiącem niezwykle spokojnym, przeplatanym jedynie przez te laboratoria, raz nawet spotkałem się z kolegą ze średniej. Poznałem nawet kilku ludzi na studiach, lecz raczej integrowałem się z nimi tylko podczas zajęć, poza nimi wolałem jakoś oddać się nauce i na jakieś wypady zawsze szkoda mi było czasu. Tak oto zbliżały się święta, a ja nawet ze swoim współlokatorem w przeddzień powrotu do domu obejrzeliśmy Kevina . Wróciłem do domu, a święta trochę przepracowałem, ale nie jakoś szczególnie patrząc na to z perspektywy czasu.

Styczeń & Luty 2019
Nastał Nowy Rok i wielkimi krokami zbliżała się masa kolokwiów ze wszystkiego, lecz tym razem poszły mi one o niebo lepiej niż pierwsze terminy, chociaż z programowania liczyłem na przykład na więcej, a po otrzymaniu wyniku, coś we mnie pękło i byłem wtedy gotowy się poddać i rzucić to w cholerę, aby nie musieć mierzyć się z tym i kolejnymi wariacjami tego przedmiotu. Co było niezwykle dziwne, bo do domu wróciłem z uśmiechem na twarzy, a do Warszawy wróciłem jako jeden z najsmutniejszych ludzi na świecie. Ostatni tydzień przed sesją minął mi bardzo nijako, zrezygnowany wiedziałem, że mogą to być moje końcowe dni na tej uczelni, lecz po poprawie z programowania na które poszedłem trochę piłeczka mi się odbiła. Podszedłem do sesji z wielkich rozmachem, bo byłem jednym z niewielu, którzy zdali egzamin z analizy matematycznej w pierwszym terminie. Fizyka była następnego dnia, myślałem też, że zdam bez problemu, lecz gdy dostałem wyniki okazało się, że nie jest tak różowo. Algebra zniszczyła mnie po raz kolejny i ukojeniem na to był trywialny egzamin z układów logicznych, który napisałem zadowalająco. Przysiadłem przez kilka dni to tej algebry, lecz ten egzamin miał to do siebie, że wykładowca zawsze daje bardzo schematyczne zadania, więc przerobiłem kilka egzaminów z poprzednich lat i poprawę napisałem na bardzo dobry wynik, a po tym wydarzeniu zrobiłem sobie dzień wolny, gdzie w końcu mogłem chwilę odpocząć od tej nauki. Następnego dnia pospałem niemal do 12stej i było mi to potrzebne, bo podczas sesji potrafiłem siedzieć do trzeciej lub czwartej nad ranem tłukąc zadania. Pouczyłem się trochę na egzamin z fizyki i napisałem go bez większego problemu. Tak oto zakończyła się moja pierwsza studencka sesja i muszę przyznać, że nie była taka straszna jak sądziłem w ogóle wielu ludzi traktowało to jak jakąś maturę i przychodzili w garniturach i tym podobnych, mnie jedynie stać było na założenie koszuli. Stałem się na chwilę wolnym człowiekiem i mogłem odpocząć i myślami przygotować się do kolejnego semestru, który powinien być trudniejszy? Przekonam się w najbliższym czasie.

Blog & Gry & Podsumowanie
Sam blog w 2018 roku doczekał się największej liczby notek, bo wyszło ich aż 8, z czego cztery wyszły we wrześniu, a z takiej regularności byłem niezwykle zadowolony. Była nawet chwila w której bloga nie było przez kilka dni, nie wiem co się stało, jakby domena wygasła i musiałem ratować się kopią sprzed kilku miesięcy, przez co straciłem dwie notki, które napisałem. Miałem trochę większe plany, jeśli chodzi o tą stronę, lecz zweryfikowało je moje lenistwo i trochę brak weny do niektórych notek np. o w.w. Lucyferze, różnych aspektach życia studenta, czy niektórych tytułach, lecz może nadrobię to w tym roku, kto wie. Ukończyłem trochę nowych gier m.in. The Legend of Zelda czy Wiedźmin 3, ale nie było tego za sporo, bardziej wracałem do starszych gier takich jak Gothic, czy Heroes of Might & Magic IV. Szczerze to nie wiem jak podsumować rok 2018, bo strasznie dużo było tam dziwnych zdarzeń, straconego czasu, możliwie błędnych decyzji i lenistwa. Mimo że był niezwykle przełomowy to osobiście bardziej podobał mi się 2017 rok, gdzie wszystko było trochę prostsze i dużo przyjemności trafiło do mnie w tym czasie. Ale to tylko moje zdanie. Taki mały kącik muzyczny na zakończenie tego trochę smutnego wpisu, a jutro w sumie walentynki. Miłego dnia.