FIFA 17 – Podsumowanie 15 letniej przygody w karierze menadżera

Piłka nożna, jaka cudowna to dyscyplina. Według Galactik Football najwspanialszy sport we wszechświecie. Od najmłodszych lat oprócz regularnych czysto amatorskich rozgrywek ze znajomymi na przyszkolnych boisku chłonąłem również wszelakie formy tego sportu z gier wideo. Nikogo nie zdziwi fakt, że jednym z tytułów ogrywanych przeze mnie były różne edycje FIFY rozpoczynając od 2005, potem ukochanej 07, 08, 14 na PS2, gdzie w sumie była to nadal FIFA 07 tylko z drobnymi zmianami i aktualizacją składów. Aż tu nagle we wrześniu 2017 roku postanowiłem spróbować najnowszą grę z tej serii, czyli jeszcze wtedy 17 i muszę przyznać, że naprawdę dobrze bawiłem i bawię się w tej grze, aż po dzisiejszy dzień. Jestem też z tej grupy ludzi, którym nie bardzo podoba się polityka wydawnicza Electronic Arts, jeśli chodzi o gry z tego cyklu i osobiście uważam za głupie kupowanie każdej kolejnej odsłony, nawet dla trybu Ultimate Team. Osobiście od jakiegoś czasu nie jestem fanem grania po sieci w gry nastawione na bezpośrednią rywalizację graczy, bo jednak ciężko byłoby wtedy mówić o dobrze spędzonym czasie, kiedy duża społeczność graczy FIFY myśli tylko o własnych korzyściach z rozgrywki, co często mogę usłyszeć od Piterusa, co jeszcze bardziej sprawia, że nie chcę nawet patrzeć na ten tryb. Jest tam też kilka rozwiązań, które nie do końca mi się podobają np. dobieranie zawodników w kwestii ich użyteczności, a nie tworzenie składów w oparciu o własnych ulubionych zawodników czy ikony futbola. Co prawda nikt nie zabrania ci tego zrobić, ale każdy bardziej ogarnięty zgred wpuści z ławki jakiegoś gościa, który strzelił gola platfusem w doliczonym czasie w Pucharze Sołtysa w Gnojowicach i dostał przez to kartę, która jest lepsza od połowy zawodników z Premier League, czy nawet ikon.  Dlatego będąc perfidnym casualem zawsze staram się swój wzrok plasować na jednoosobowych trybach rozgrywki z moją ulubioną karierą menadżera na szczycie, trybie który od początku spodobał mi się wraz z premierą w FIFIE 2005, czyli jak zaznaczyłem wcześniej pierwszej pełnoprawnie ogranej przeze mnie odsłonie tego cyklu (znaczy wiem, że zadebiutował on w 2004, ale w kolejnej części rozwinął się naprawdę znacznie). Jednak moim problemem zawsze w graniu w ten tryb gry był fakt, że rozgrywanie 15 sezonów, gdzie często gra się ponad 50 meczy w sezonie z europejskimi pucharami wydaje się strasznie czasochłonne, więc nigdy tak naprawdę nie rozegrałem więcej niż 6-7 sezonów takiej kariery, lecz od tygodnia mogę zdjąć to osiągnięcie ze swojej kupki #nikogo, bo *fanfary* ukończyłem karierę w 17 i zobaczyłem jak (nie) będzie wyglądał futbol w 2031 roku.

Do swojej kariery wybrałem AFC Bournemouth, szczerze to nie mam zbytnio pojęcia dlaczego, najwyraźniej podobały mi się stroje, bo karierę Alexem Hunterem również przeszedłem tym klubem. Ten klub był także po swoim pierwszym sezonie na najwyższym poziomie profesjonalnej piłki w Anglii, a jego skład nie składał się z większych gwiazd,  więc nie miałbym tak łatwego zadania jak przy wybraniu drużyny z TOP6. Dodatkowo w tym klubie gra Artur Boruc, z którym czuję się naprawdę związany, bo pochodzi on z moich okolic i jego kariera rozkwitała, kiedy ja dorastałem, gdzie oglądałem często jego występy w barwach Celticu, gdzie święcił spore tryumfy.

Tak wyglądał skład drużyny w lipcu 2016 roku, gdy rozpocząłem swoją przygodę. Można zauważyć, że ogólny overall całej drużyny oscylował w okolicach 71-75 oceny ogólnej z małymi rodzynkami pokroju Calluma Wilsona, czy wspomnianego wcześniej Boruca. Od samego początku wraz z dość sporym budżetem transferowym na pozomie około 30 milionów funtów rozpocząłem szturm transferowy, gdzie na samym początku zakupiłem Kyliana Mbappe, Marcusa Rashforda, Andrew Robertsona, Harry’ego Maguire’a i kilku innych zawodników. Rozwinąłem od razu także szkółkę juniorów, wysyłając skauta na poszukiwanie nowych talentów. Sprzedałem także kilku starszych zawodników, którzy nie mieli szansy rozwinąć się bardziej oraz tych, którzy nie pasowali do mojej układanki, jak również kilku młodych zawodników, którzy mieli bardzo niski potencjał, poniżej nawet ocen zawodników z podstawowego składu. Tak oto zaczęła się moja przygoda w Premier League, którą co można było się spodziewać Wisienki zaczęły wygrywać regularnie, tylko jedynie w drugim sezonie podwinęła mi się noga i skończyłem go na drugim miejscu. Drugi sezon był też chyba najgorszym w całej tej karierze, bo oprócz utraconego mistrzostwa odpadłem w fazie grupowej Ligi Mistrzów, niekwalifikując się nawet do fazy pucharowej Ligi Europy. Ale nawet najlepszym zdarzają się wpadki. Pierwsze sezony były dość interesujące, bo dynamicznie w każdym okienku skład ulegał przebudowie, a warto zaznaczyć, że osobiście lubię grać dwiema jedenastkami, tak aby więcej zawodników miało dostęp do gry i też mój styl gry wpływa dość niekorzystnie na kondycję zawodników, gdzie nie mogą oni często rozgrywać kilka spotkań w tym samym tygodniu, bo inaczej oddychają rękawami. Z czasem zacząłem wypierać z tych składów oryginalnych zawodników klubu, gdzie zastępowałem ich innymi, często młodszymi, nawet swoich wcześniej kupionych zawodników potrafiłem sprzedawać, jeśli na stół wpłynęła odpowiednio wysoka oferta. Szkółka juniorów także od samego początku przyniosła duże plony, bo każdy z moich juniorów wziętych pod skrzydła grała przez całą karierę u mnie z lekkimi wyjątkami, gdzie „sytuacje losowe” gry postanawiały sprzedać mi moich co lepszych juniorów w wyniku „złego samopoczucia w zespole”, ale nawet takich gagatków wyciągałem potem z powrotem do mojej drużyny. Niestety w ten sposób Artur Boruc w wyniku skryptu postanowił opuścić mój zespół i przyszłe próby ściągnięcia go spaliły na panewce, bo zawodnik miał złe wspomnienia związane ze mną i nie chciał wrócić, mimo że grał regularnie za moich rządów. A chciałem po prostu zrobić mu pożegnanie z futbolem u siebie, zupełnie jak teraz Legia Warszawa. Poniżej można zobaczyć aktualny w 2018 rok skład (Wybaczcie za prymitywne warunki nagrywania, wtedy nie myślałem, że powstanie na ten temat notka).

 

Z czasem jednak ilość wygranych trofeów i ewentualnych sprzedaży pozwoliła mi popuścić wodze fantazji i zacząłem do swojej drużyny ściągać zawodników z najwyższej półki, dodatkowo często wykorzystywałem fakt, że kończył im się kontakt, więc musiałem uzgadniać tylko wysokość przyszłej pensji. Okazało się to marketingowym strzałem w dziesiątkę, bo Cristiano Ronaldo, który jako pierwszy zasilił mój zespół w taki sposób od razu wyniósł sprzedaż koszulek klubowych na wyżyny przez co do końca kariery kończyłem sezon z około 200 milionowym zyskiem. Po Ronaldo do klubu udało mi się ściągnąć takich zawodników jak Robert Lewandowski Orzeł Polski, Kevin De Bruyne, Virgil Van Dijk, Harry Kane, Isco czy Arkadiusz Milik, chociaż tutaj już za niektórych wykładałem trochę grosza. Bardzo zasmuciłem się, kiedy to ich ocena ogólna w wyniku ponad 30 lat na karku potrafiła spaść o kilka punktów, nawet jeśli byli oni trzonami tworzonej przeze mnie drużyny, np. taki Cristiano Ronaldo w swoim pierwszym sezonie zdążył zostać królem strzelców Premier League, a mimo to jego ocena stopniowo kruszyła się. Ciekawie prezentowali się zawodnicy ze szkółki juniorów, gdzie ci ściągnięci w pierwszym sezonie zostali ze mną do końca, mimo nawet że ich ocena ogólna nie była największa. Z czasem jednak udawało mi się wychować diamenty, gdzie jeden rozwinął się końcowo do 95 oceny ogólnej. Jedyne co mnie denerwowało w tym aspekcie to fakt, że często miniaturki twarzy zawodników nie pokrywały się z aktualnym stanem i często zawodnik blady okazywał się w grze czarnoskórym z dredami. Poniżej można zobaczyć skład w 2020/2021 roku.

I jeśli teraz pukacie się w głowę i myślicie sobie, że ten głupi kłapołuch mógłby zamiast rozgrywać 50+ meczy w sezonie zrobić coś bardziej produktywnego to mogę jedynie powiedzieć, że od pewnego momentu nie wszystkie mecze grałem. Bo granie kilka lat pod rząd Premier League stało się bardzo męczące i nudne, więc zacząłem symulować. A symulacja w nowych FIFAch jest strasznie nierówna i nieprzewidywalna, a technicznie stoi poziom niżej niż to co można było zobaczyć np. w edycji z 2005 roku (Stoku w tym momencie się śmieje), bo jedyna dostępna forma symulacji nie daje nam żadnej kontroli nad przebiegiem meczu, o wszystkim za nas decyduje komputer, przez co jeśli przegrywamy to nie możemy np. zwiększyć ofensywy i należy klepiąc zdrowaśki liczyć na to, że gra zadecyduje o tym, że nasz zespół strzeli bramkę. Trochę słabo FIFO. Poniżej można zaobserwować skład, który wybiegał na boiska w okolicach 2026 roku.

No dobra, rozpisałem się trochę, ale może napisałbym o ogólnych odczuciach z całego przebiegu kariery. Najwięcej zapału oczywiście miałem na samym początku, gdzie jak najszybciej chciałem zebrać potrzebną sobie jedenastkę do podboju Premier League przez outsidera. Szczególnie w pierwszych ligowych meczach było to widać, gdzie każda zdobyta bramka była jak mały sukces, który miał przybliżać mnie do sensacyjnego mistrzostwa. Drużyna była odmładzana, chociaż teraz nie jestem zbytnio zadowolony z faktu, że pozbywałem się niektórych podstawowych zawodników , chociaż tutaj powodem były często zarobki nieadekwatne  do poziomu prezentowanego przez zawodnika, bo czemu zawodnik, którego ocena ogólna i forma spada miałby zarabiać więcej. Tak chyba to nie działa. Największe zainteresowanie grą u mnie było właśnie w okresach około okienka transferowego, gdzie często skład się zmieniał i dochodziły nowe twarze i musiałem poznać, jak wygląda gra nową postacią w moim zespole. Był to zawsze taki mały powiew świeżości w obliczu dość drewnianej formy kariery. Z czasem jednak  to zainteresowanie spadło, co spowodowało symulacją większością meczy i jedynie granie ważniejszych w krajowych pucharach, z TOP6 i Ligi Mistrzów. Sprawiło to, że kolejne sezony zaczęły lecieć coraz szybciej i kolejne postacie zaczęły przewijać się przez mój skład. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, gdy z czasem do głosu zaczęli dochodzić zawodnicy generowani przez grę i to właśnie oni z czasem stali się gorącym kąskiem na rynku transferowym pozostawiając moje transfery znanych z rzeczywistości piłkarzy. W 2031 roku ciężko było o aktualnie grającego gracza biegającego regularnie w trykocie jakiejkolwiek drużyny. Nawet staro można było poczuć się widząc, że juniorzy wzięci w pierwszym sezonie mieli już ponad 30 lat! Po 15 latach przygoda się skończyła, co było w sumie dziwne, bo gra dopiero po skończeniu sezonu 30’/31′ uzmysłowiła mi, że przechodzę na emeryturę wraz z końcem sezonu. Na poniższych moje dwie jedenastki  i końcowa drużyna w ostatnim miesiącu kariery.

FIFA 17 to bardzo dziwna pozycja do zaczęcia swojej przygody z nowymi FIFAmi, szczególnie dla gracza single player takiego jak ja. Gra ta widocznie stawia na obronę przez co gra na bota jest naprawdę uciążliwa, szczególnie na początku mojej kariery strzelenie bramki było niezwykle trudne, bo bot wygląda jakby grał na 10 obrońców i blokuje każdą możliwą okazję do przeciśnięcia się przez linię obrony. Dodatkowo wydaje mi się, że na Legendarnym poziomie trudności zawodnicy komputerowi biegają szybciej od moich, chociaż może po prostu wszyscy moi zawodnicy mieli bardzo słabe tempo. Także większość bramek w grze szczególnie na początku większość bramek zdobywanych przeze mnie było lekkim strzałem po ziemi strzelanym obok bramkarza, ewentualnie zdobywanym po rzucie karnym. Dopiero gdy udało mi się uzyskać lepszą drużynę zacząłem zdobywać bardziej efektywne bramki, gdzie kilka ich udało mi się uwiecznić na poniższym filmie. Zdecydowanie lepiej grę na bota rozwiązano w kolejnych edycjach, bo mam za sobą kilkadziesiąt godzin w 18 i 19, w których gra na bota była zdecydowanie lepsza i też częściej można było zdobywać efektywniejsze bramki. Nie ma sensu także tutaj wymieniać jakiś większych błędów trybu kariery (chociaż części z nich pojawiło się przelotnie w tej notce) w 17, bo ta gra ma już niemalże 4 lata i większość z nich została naprawiona w kolejnych FIFAch. To właśnie FIFA 17 zapoczątkowała u mnie swego rodzaju fascynację i brak znudzenia takim typem rozgrywki, bo od zainstalowania jej we wrześniu 2017 roku bez większych przerw jakaś odsłona z tej serii trzyma się na moim laptopie do dziś i pewnie przez to, że zagrałem w nią tyle godzin, że narodziła się do niej swego rodzaju nostalgia, nawet jeśli w 18 grało mi się lepiej i miała kilka fajnych dodatków, to jednak mimo wszystko czułem pociąg do jej starszej siostry. Jest to też ostatnia FIFA, która poprawnie działa bez większych przedstawień na moim sprzęcie (Piterus wie o co chodzi), więc póki co to ona jest najczęściej odwiedzanym punktem rozrywkowym w mojej obecnej sytuacji growej i totalnie nie czuję się, jakbym marnował czas grając kolejne mecze. Co dalej? Możecie nie uwierzyć, ale rozpocząłem kolejną karierę w bardzo słabym zespole z czwartej ligi, bo w sumie nigdy nie udało mi się stworzyć kariery od totalnego zera do potęgi na miarę europejskich pucharów. I mimo tylu spędzonych przy niej godzin nie mam dość i póki co nie mam zamiaru usuwać jej z komputera.

Taki mały Hall of Fame zawodników, którzy spędzili najwięcej lat ze mną w całej tej karierze:

Zawodnicy prawdziwi:

      • Artur Boruc
      • Lewis Cook
      • Nathan Ake
      • Kylian Mbappe
      • Marcus Rashford
      • Andrew Robertson
      • Adam Armstrong
      • Harry Kane
      • Cristiano Ronaldo
      • Jordon Ibe
      • Robert Lewandowski
      • Arkadiusz Milik
      • Jordan Pickford
      • Ryan Fraser
      • Grzegorz Krychowiak
      • Virgil Van Dijk

Juniorzy i wygenerowani przez grę:

      • Mason Richardson
      • Harrison Robinson
      • Jay Mitchell
      • Steliano Alexe
      • Mason Griffiths
      • Declan King
      • George Stewart
      • Marcus Murphy
      • Charles Wilson
      • Archie Green
      • Mason Davis
      • Neil Gallagher
      • Casey Walsh
      • Morgan Baker
      • Lance Baker
      • Mason Wilson
      • Oliver Alexander
      • Brandon Griffiths
      • Ollie Murphy
      • Harvey Shaw

Pamięć, rzeczy, muzyka

Wiecie, wydaje mi się, że jeśli jest jakiś czynnik, który najbardziej i najdłużej z nami zostanie, taki na zasadzie bycia bodźcem, który metaforycznie odpala w nas pewne obrazy, uczucia czy emocje, wywołuje je z pamięci to jest to zdecydowanie muzyka. Oczywiście, żyjemy w dobie nośników pamięci, video, pełnych dysków zdjęć, które pewnie przez długi, długi czas nie zostaną otwarte, ale wbrew pozorom nie są to nadal rzeczy, które atakują nas z zaskoczenia, raczej otwieramy je intencjonalnie, na zasadzie „hej, chce zobaczyć, jak kiedyś wyglądało moje podwórko czy inny krewny”. Piosenki, zakładając, że słuchamy radia, ale i nie tylko, przecież są one po prostu stałym elementem (pop)kultury w postaci chociażby ścieżek muzycznych do filmów czy dowolnego X, są czynnikiem, które pojawiają się mimowolnie, na które trochę nie mamy wpływu, a jeśli mamy to nie zawsze są one przez nas używane stricte z tą intencją.

Za dwa dni stuknie 8 lat od kiedy zasiadłem do VC:MP czy szerzej do „multi” i tak naprawdę można by o tym oddzielny rozdział, ale mam w tym momencie w głowie coś zupełnie innego. Ktoś powie „hej, jak możesz pamiętać konkretną datę akurat tego, czy ciebie do reszty już ten i tamten?”. Dziś, w momencie, gdzie powiedzmy mam dosyć dobrą pamięć to w sumie łatwe, ale jestem pewny, że ta data mi za jakiś czas, może nie dwa czy trzy lata, ale więcej umknie, strony internetowe spowije kusz, a wszelkie hostingi wiecznie nie będą trzymać rzeczy, które dziś są dla nas codziennością, ale wydaje mi się też, że tak w perspektywie -dziesiąt lat, że jeśli coś będzie mi miało kiedyś przypomnieć o VC:MP i tym, co się z tym wiąże przy pewnie kompletnie innych priorytetach i doświadczeniach życiowych, przede wszystkim, jeśli coś ma mi przypomnieć szczególnie o ludziach z tym związanych, to jest to własnie muzyka i metaforyczne Self Control z głośnika płynące. Wychodząc dalej, w dowolną inną sferę życia, pewnie wielu z nas jest w stanie stwierdzić, jaki kawałek leciał na pierwszej randce, gdzie słysząc go widzimy konkretną osobę, czy o, nie wiem, pierwszej płycie we własnym samochodzie czy generalnie dowolnym odcinku czasu czy wydarzeniu, gdzie dany kawałek muzyczny potrafi być włącznikiem w naszym mózgu, który przywołuje konkretne momenty z naszego życia.

Nie chciałbym popadać w patos, bo wbrew pozorom to optymistyczna kwestia, nie jestem też specem przecież, gdzieś czytałem, że generalnie im więcej zmysłów jest zaangażowanych tym rzeczy zapamiętujemy mocniej i trwalej, ale jakoś w kontekście muzyki czy kwestii zapamiętywania czy pamiętania o ludziach, rzeczach, dowolnym, wydaje mi się to ważne. Pamiętajmy o tym, nie o tym „zapamiętywaniu”, ale o fakcie „pamiętania” o rzeczach dla nas ważnych już dziś. Pielęgnujmy je, niech będą przystanią, do której możemy gdzieś tam wrócić czy mniej metaforycznie, realniej pamiętajmy o ludziach, bo oni i relacje z nimi są przede wszystkim na samym końcu najważniejsze, mimo że dziś możemy nie zdawać sobie z tego sprawy.


Gwiezdne Wojny – ranking filmów!

Z jednej strony mam świadomość, że tworzenie wszelkie rodzaju TOP rzeczy nieco mija się z celem, że obiektywizm w tym przypadku nie istnieje, że za rok, dwa czy piętnaście kompletnie może zmienić się punkt widzenia i tak dalej. Z drugiej strony jest jednak coś uroczego w tworzeniu różnego rodzaju własnych topek – oczywiście ze świadomością, że jest to stan np. na 4 maja 2020 i że jest to w pełni subiektywna wizja. Dziś chciałbym podjąć temat, wziąć na tapetę filmy z uniwersum Gwiezdnych Wojen i nawet dla samego siebie rozważyć co jest w nich dobrego, a co złego i przy okazji jakoś przedstawić moją opinię, które filmy Gwiezdnej Sagi (i czemu) uznaję za najlepsze.

Moja przygoda z Gwiezdnymi Wojnami tak naprawdę zaczęła się stosunkowo późno. O ile urodziłem się 3 lata przed premierą Mrocznego Widma, czyli epizodu I, więc w sumie moje najmłodsze lata przypadały na trylogię prequeli i pamiętam ten boom z zeszytami z postaciami Star Wars na okładce, o tyle początkowo był dla mnie jakiś rodzaj niezrozumienia do tego co tam się dzieje. Głównie wynikało to chyba z faktu, że nie rozumiałem ich kanoniczności, coś w stylu „ale jak to, tu jest jakiś stary film, tu są nowe i że on niby tam zginął, a tu nagle żyje”. W pamięci utkwiła mi chyba z tego okresu najbardziej końcówka właśnie Mrocznego Widma, prawdopodobnie już gdzieś w TV, że oni tak długo tam walczyli efektownie na końcu. Z wiekiem to zainteresowanie uniwersum Gwiezdnych Wojen rosło, zacząłem rozumieć pewne zależności, nadrobiłem gdzieś po drodze pozostałe filmy, Wojny Klonów wyrywkowo (ten ostatni sezon muszę) i chyba takim krokiem milowym był pierwszy seans premierowy, na który wybrałem się do kina w 2016 roku, czyli na film Łotr 1. W kinie byłem również na epizodzie VIII, IX oraz solowym filmie, nomen omen, o Hanie Solo. Ktoś powie „hej, więc co ty wiesz o Gwiezdnych Wojnach?!”, a jest to niewykluczone, bo społeczność Gwiezdnych Wojen jest dosyć zaborcza w kwestii znajomości uniwersum Wydaje mi się, że coś tam wiem, ba, w jakimś sensie dziś uważam się za dość dużego fana. Zaznaczyć chciałbym jednak, że moim zdaniem Gwiezdne Wojny są dla wszystkich, nie jedynie dla jakiejś wybranej grupy społecznej i każdy może traktować je indywidualnie, nawet nie mając z nimi związanego jakiegoś konkretnego bagażu emocjonalnego. Ja jednak mam. Do sedna. Zacznijmy zabawę. Dla porządku napiszę jedynie, że poniższy ranking dotyczy 9 filmów z tzw. Sagi Skywalkerów oraz dwa pełnometrażowe filmy poboczne. Tak nawiasem, kolejne miejsca nie oznaczają że są to filmy złe, a bardziej lepsze i gorsze.

Miejsce 11: Część IX: Skywalker. Odrodzenie

Część IX jest na chwilę obecną najnowszą odsłoną Gwiezdnych Wojen, filmem, który w zamyśle miał ukoronować wszystkie inne filmy, które powstały do tej pory i cóż… tak trochę nie bardzo wyszło, szczególnie jeśli zestawi się to chociażby z innymi dużymi zakończeniami, jakie miały miejsce w danym roku w kinie. Może też emocje są relatywnie najświeższe, ale dziewiąta część Gwiezdnych Wojen to jedyna odsłona sagi, na którą jestem autentycznie zły – zły z powodu, zbyt dużej ilości uproszczeń i nielogicznych jak na wewnętrzną logikę (to w ogóle ciekawe zagadnienie, polecam) rozwiązań i decyzji, które diametralnie burzą bądź zrywają z rozwiązaniami z poprzednich filmów. I tak w filmie, który miał być największą laurką czuć najmniej serca tak naprawdę, a z kolei widać najwięcej rozwiązań ciosanych siekierą.

Czy jest jakiś plus tego filmu? Osobie postronnej może się ten film nawet podobać, jest ładny, efektowny, ale wydaje mi się, że 3 część 3 trylogii uderzała jednak w nieco inny target.

Miejsce 10: Han Solo. Gwiezdne Wojny historie

Han Solo to film do którego podchodzę stosunkowo neutralnie… i szczerze to spory problem tego filmu. Bo to nie jest zły film, jeden z bardziej przystępnych dla neutralnego widza z naprawdę świetnym humorem, szczególnie na linii Han, Chewie i Lando (w jego roli ten od This is America) i z nimi niektóre sceny to prawdziwe złoto. Do tego film jest naprawdę ładny (szczególnie w kinie, wow!), prezentuje inne lokacje, do których normalnie przyzwyczaiła nas saga. Kuleje tu niestety fabuła, może fakt że w głowie cały czas mamy Harrisona Forda jako Hana Solo, co nie znaczy, że odtwórca jego młodszego wcielenia zagrał źle. Po prostu wiemy, że ci którzy mają przeżyć przeżyją, ci co mają zginąć pewnie zginą, bo nie ma ich w kolejnych filmach. Film generalnie ucierpiał na etapie produkcji, reżyser się zmienił, domyślam się, że przy tym i inna ekipa i przez to film tak naprawdę kończy się.. trzy razy.

Miejsce 9: Część II: Atak Klonów

Od miejsca 9 zaczynamy obcowanie z filmami, które już tak naprawdę lubię i nie mam z nimi aż takiego problemu, paradoksalnie jednak zacznijmy od wad. Atak Klonów to moim zdaniem po pierwsze najbrzydsza część Gwiezdnych Wojen i mam wrażenie, że już wtedy efekty specjalnie nie wyglądały najlepiej. Dodatkowo niektóre decyzje w tym filmie są pod względem logiki bardzo blisko epizodu IX. Mam wrażenie, że jest to film najbardziej skierowany do młodszego odbiorcy, a przecież to nie jest Disney, który robił jednak później mocniejsze filmy.

Szanuję go jednak za historię, mimo wszystko, punkty, które spinają nam późniejsze rozwiązania czemu coś z czegoś wynika. Dużym kołem ratunkowym tego filmu jest także Ewan McGregor jako Obi-Wan Kenobi, który jest generalnie jednym z jaśniejszych punktów wszystkich prequeli. Na uwagę zasługuje też przedstawione miasto, czy generalnie planety, które w końcu nie są jedną lokalizacją, a jest na nich jednak coś więcej. No i same miasta są chyba najbardziej cyberpunkowe.

Miejsce 8: Część VI: Powrót Jedi

Chyba najbardziej kontrowersyjna decyzja w tym zestawieniu i dla wielu świętokradztwo, bo w opinii niektórych to co najmniej TOP 3. U mnie niestety ten film znalazł się dosyć daleko, ale ponownie, nie ze względu na mankamenty tego filmu, bo chociażby ten film zrobił dobrze to czego nie zrobiła dziewiątka – sprawnie zamknął swoją trylogię. Chodzi o to, że nie mam jakiegoś emocjonalnego połączenia z tym epizodem i umiejscowienie go wyżej byłoby bardziej wyborem z rozsądku niż faktycznym umiejscowieniem według preferencji.

Na plus na pewno finał. W sumie jeden z najlepszych finałów w cyklu, mimo, że mógł się już nam trochę osłuchać.

Miejsce 7: Część I: Mroczne Widmo

Znów kontrowersyjnie, ale związane jest to z miejscem wyżej (w sumie zamieniłem te dwa miejsca w tracie pisania). Mroczne Widmo jest filmem na swój sposób gorszym od Powrotu Jedi, ale mam z nim związany większy ładunek emocjonalny. Mankamenty tego filmu pokrywają się w jakimś stopniu z tymi z Ataku Klonów, niemniej pojedynek Dartha Maula z Obi-Wanem i Qui-Gon Jinnem wybija dla mnie ten film na plus, podobnie jak dzieciństwo Anakina, na które patrzy się naprawdę ciekawie z perspektywy wszystkich filmów, ze świadomością, że to przyszły Lord Vader.

Miejsce 6: Część VII: Przebudzenie Mocy

Przebudzenie Mocy to film, który zyskuje z kolejnymi obejrzeniami, to film, który zyskał po wyjściu IX, w końcu to film, który jest dobrym rozpoczęciem nowej ery jaką było przejęcie praw do marki przez Disneya. Ten film zyskał również chociażby w postaciach. Jak wychodziło Przebudzenie Mocy, duża fala hejtu spadła na odtwórcę głównej roli męskiej, Kylo Rena – że chłopaczek, że denerwuje, że emo. Jak dowiadujemy się z kolejnych filmów tak właśnie miało być. Kylo nie miał być z miejsca drugim Vaderem, a stającym się powoli potworem o twarzy dziecka.

Każde pokolenie ma swoją Nową Nadzieję, ale z drugiej Nowa Nadzieja może być tylko jedna.

Miejsce 5: Część IV: Nowa Nadzieja

Nowa Nadzieja jest przede wszystkim pierwszym filmem uniwersum, filmem, który to wszystko zapoczątkował i tego statusu mu nikt nie odbierze, a jak to jest stracić tytuł ostatniego przekonał się chociażby Powrót Jedi. W Nowej Nadziei tkwi pewna prostota, która moim zdaniem jest głównym atutem tego filmu. W chwili gdy powstawał ten film, boomu na Gwiezdne Wojny jeszcze nie było i nie było wiadome kompletnie jak film się przyjmie, a już na pewno nie oczekiwano takich efektów. Wiadomo można się przyczepić czy elementy tego filmu się zestarzały czy nie, ale biorąc pod uwagę ogół to naprawdę dobry film.

Miejsce 4: Część III: Zemsta Sithów

Zemsta Sithów jest chyba najbardziej emocjonalną odsłoną Gwiezdnych Wojen. Nic dziwnego, jest to film graniczny, jesteśmy świadkami rozkazu 66, powstania Imperium czy w końcu przejścia na ciemną stronę Anakina Skywalkera, człowieka, który miał przywrócić balans w mocy. Film ten to także ponownie popis aktorski Ewana McGregora. Generalnie prequele to najbardziej polityczne odsłony Gwiezdnych Wojen, pokazują nieudolność rady Jedi, w której paradoksalnie można zauważyć wiele analogii do współczesnej polityki światowej.

Z głupot – śmierć Padme, jakkolwiek wymuszona i musiała mieć miejsce no i jakby nie patrzeć nieracjonalne decyzje Anakina.

Miejsce 3: Łotr 1. Gwiezdne Wojny Historie

Jak wspomniałem wcześniej, Łotr 1 to pierwszy film z uniwersum na jakim byłem w kinie. Swoją drogą poświęciłem mu wtedy parę słów. Łotr 1 to najlepszy gwiezdnowojenny film dla osoby nie osadzonej w sadze. Łotr 1 to przede wszystkim świetny film wojenny, wreszcie film nie o walce „na górze”, ale u podstaw, o anonimowych bohaterach tak zwanej sprawy. Łotr 1 to także film z największą ilością okrasy w postaci ostatniej sceny z Vaderem, których próżno szukać w innych częściach cyklu, a przynajmniej jest ona jedną z nielicznych tego typu. Do wad, nie ma co ukrywać, w sporej części przykryła ona całą resztę, a paradoksalnie szkoda.

Miejsce 2: Część VIII: Ostatni Jedi

Ostatni Jedi jest moim zdaniem najodważniejszym filmem z uniwersum pod względem artystycznym i jest w nim zarazem najwięcej serca i świadomości czym jest saga spośród wszystkich innych filmów, szczególnie nowszych, które muszą mierzyć się z bagażem przeszłości, przy czym najwięcej koresponduje z widzem i z innymi filmami. Mogą boleć niektóre rozwiązania, sceny jak chociażby lot Lei, ale są one oddane z nawiązką w innych, chociażby w scenie w sali tronowej. Ostatni Jedi to także otwarta na oścież furtka do potencjalnych kontynuacji, która została trzaśnięta w epizodzie IX, oby nie na dobre.

Miejsce 1: Część V: Imperium Kontratakuje

No i miejsce pierwsze. Film legenda, film esencja Gwiezdnych Wojen, w końcu film z jedną z najbardziej ikonicznych scen w historii kina (w ogóle szok ludzi wtedy w kinie). W sumie jakby nie patrzeć w tym filmie jest wszystko za co kochamy Gwiezdne Wojny – od ładnych widoczków, przez Vadera, szarżowanie Hana Solo po wreszcie pewien rodzaj filozofii Jedi przedstawianej Yody. Tak nawiasem mam adaptację tego filmu w postaci książki zatytułowanej „A więc Jedi zostać chcesz”. Już prawie umiem! A tak całkiem serio to nie wiem czy jest miejsce na w ogóle dyskutowanie z tym filmem. Marzy mi się kiedyś obejrzeć ten film w operze czy filharmonii, nie znam się, w każdym razie z muzyką na żywo – musi robić spore wrażenie.

Tak przedstawia się mój ranking filmów tego uniwersum. W ogólne data powstania tego wpisu nie jest przypadkowa – dokładnie dziś przypada światowy dzień Gwiezdnych Wojen promowany hasłem May the 4th be with You! Sprawna gra słowna, nie ma co.

W komentarzach zapraszam do dzielenia się własnymi wspomnieniami związanymi z Gwiezdnymi Wojnami. Możecie tworzyć własne rankingi, czemu nie, no a ci, którzy jeszcze nie widzieli żadnego filmu, może wreszcie zdecydują się dołączyć do tej wielkiej gwiezdnej rodziny.

Niech moc będzie z Wami!


Czasami się choruje

Ktoś kiedyś powiedział, parafrazuję, że dziękujmy Bogu, iż żyjemy w nieciekawych czasach. Nieciekawych w sensie wiecie, relatywnie nie ma wojen, przynajmniej nie u nas (tak, świetne myślenie), mamy co jeść, generalnie wiecie o co chodzi – wbrew pozorom porównując naszą sytuację z wieloma okresami wcześniej, nie jest nam tak źle i tak, pomijam tu widmo klęski ekologicznej, której jesteśmy zdecydowanie bliżej niż dalej. Chodzi bardziej o nasze dziś, dotyczące przeciętnego Kowalskiego czy Nowakowej. Czasami jednak poruszy nas coś tak globalnie, ale nawet nie jak chociażby śmierć kogoś sławniejszego jak niedawno Kobe’iego Bryanta, która np. mnie osobiście dotknęła, bo miałem jego plakaty w pokoju, ale jakieś realne zagrożenie z którymi my, nasze, moje(?) pokolenie miało niewiele do czynienia. Przychodzi mi na myśl w sumie tylko 11 września z widmem potencjalnej wojny światowej na horyzoncie czy inne konflikty, ale to nadał było coś, co widzieliśmy głównie na ekranach naszych odbiorników środków masowego przekazu, a nie za oknem. Koronawirus o którym jak się pewnie domyślacie jest dziś mowa to pierwsze realne zagrożenie, nie chcę iść tu w określenia na wzór wojny, ale na pewno na poziomie, który nas, nas w sensie globalnym, nas jako Polaków, Europejczyków czy łał, Ziemian, realnie, namacalnie dotyka.

Chciałbym w tym momencie zaznaczyć, że nie jestem lekarzem, pracownikiem służb medycznych, urzędnikiem państwowym, który zna dużo bardziej stan naszego państwa czy kimkolwiek szczególnym kto ma jakieś uprawnienia by mówić jak to się powinno robić w życiu w takich sytuacjach, ale nawet w tym momencie nie aspiruję do tego. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na kilka kwestii o których z jednej strony dużo się mówi, a z drugiej wciąż za mało lub zbyt skrajnie w jedną czy drugą stronę, a ta swojego rodzaju skrajność jest tu w sumie kluczem, który niesie największe zagrożenia.

Z jednej strony mamy sytuację, w której spora część społeczeństwa nadal bagatelizuje problem koronowirusa, mimo różnych zaleceń nie przestrzega podstawowych środków bezpieczeństwa, młodzi ludzie spotykają się nadal na imprezach, starsi wracają z zagranicy i prosto idą odebrać dziecko ze szkoły w drodze robiąc jeszcze zakupy. Ludzie nadal spinają o to, że czemu odwołali ich ulubiony event czy przełożyli premierę filmu na jaki czekali, finalnie ludzie nadal jeżdżą na wycieczki w kraje z wysokim współczynnikiem zachorowań. Po przeciwnej stronie barykady mamy ludzi, którzy wzięli sobie sprawę do serca chyba jednak nieco krzywdząco – robią zapasy w sklepach ponad miarę, nie myśląc, że za nimi również ktoś przyjdzie robić zakupy czy że zwyczajnie im samym to się nie przyda aż w takiej ilości. Są również ludzie, którzy po prostu zwęszyli w tym całym zamieszaniu biznes i niczym sprzedawcy kilofów w Stanach podczas „gorączki złota” tak i u nas wielu „Januszy biznesu” sprzedaje swoje produkty po zawyżonych cenach wypaczając totalnie prawo popytu i podaży. Jeszcze inną grupą są tu media, które wbrew pozorom mają tu jedną z bardziej odpowiedzialnych ról i wcale nie mają łatwego zadania, bo w sumie gdzie jest osadzony punkt ciężkości w trójkącie informowania o  bieżącej sytuacji, siania paniki, a nie chcę tu użyć zwrotu ukrywania, ale przekazywania tych informacji, które trzeba przekazać, a wstrzymaniem się z tymi, które lepiej wyhamować. I w sumie ten środek ciężkości bardzo trudno znaleźć, stąd w nas powinna być jakaś wypadkowa różnych informacji.

W sumie po co to piszesz? krzyczy ktoś z niewidzialnego tłumu. Prosiłbym was żebyście w tym wszystkim starali się jak najdłuższej zachować zdrowy rozsądek. Nie taki ofensywy, że „ja” wiem najlepiej, bo wielu mądrych ludzi pracuje na to żeby było znów spoko (to także w ich interesie niezależnie od poglądów politycznych), żebyście mieli otwarte oczy i uszy na wszystko, a przy tym przede wszystkim żebyście MYŚLELI. Słuchajcie przede wszystkim oficjalnych komunikatów różnych służb czy struktur, stosujcie się do nich, nie przekazujcie dalej niesprawdzonych informacji kolegi wujka czy kuzyna cioci. Dbajcie o swoich bliskich, rozmawiajcie z nimi czy to żywo z domownikami czy w inny sposób z przyjaciółmi z dala. Uświadamiajcie na temat zagrożeń, na temat tych całych zakupów, na temat wszystkiego tego co albo ich przerasta albo po prostu czego się boją. Jeśli trzeba pomóżcie sobie bardziej namacalnie, jeśli wiecie, że ktoś tego potrzebuje, zróbcie sami zakupy czy włączcie komuś Mszę świętą w niedzielę w TV żeby nie musiał wychodzić. To czego jesteśmy świadkami (i uczestnikami) to naprawdę nie jest koniec świata, trąby jerychońskie jeszcze nie grają, świat widział już naprawdę wiele chorób i złych rzeczy, ale nie dopuśćmy do tego by „mały koniec świata” w jaki sposób dotknął nas, czy to przez zaniedbania czy jakiekolwiek działania, które mogą skończyć się naprawdę źle. W ogólne pamiętam takie wydarzenie na Facebooku popularne gdzieś plus minus 10 lat temu, „After party po końcu świata”. Impreza jeszcze kiedyś będzie, tak samo jak koncert czy seans filmowy w kinie. Poczekajmy na to, nie przyspieszajmy tego, będzie dobrze, a jeśli nawet sytuacja zacznie przybierać z czasem ciemniejsze barwy, potrafmy rozróżniać rzeczy na które mamy wpływ, od tych które po prostu zostały rzucone w nasz los.

Zdrówka!

Niżej przydatne linki:

 

Ministerstwo Zdrowia

Coronawirus Update (live)


Jak nienawidzić i lubić, czyli Kunio kontra World of Tanks

Wieloosobowe gry Free2Play, jak tu ich nie kochać. Nie wydając złamanego grosza można rozpocząć rozgrywkę przeciwko innym graczom i zmierzyć się na wirtualnych arenach, nie ważne, czy właśnie gramy w League of Legends, Counter-Strike’a, czy samego World of Tanks właśnie. Większość z tych gier ma bardzo niski poziom wejścia, bo bardzo łatwo rozpocząć, wystarczy zarejestrować konto i pobrać grę, ale z drugiej strony potrzeba bardzo dużo czasu, aby być w nią naprawdę dobrym i wyciągać dobre wyniki w bitwach.

Początek gry

Sama grę rozpoczynamy unitarką, prostym samouczkiem od twórców gry, który ma przygotować nas do pierwszym bitew w grze, pokazuje jak działają różne rodzaje amunicji, badanie pojazdów, technika maskowania,  czy blokowania pocisków itp. Potem trafiamy do garażu, gdzie witają nas wszelkie czołgi najniższego możliwego poziomu – 1 (w samej grze jest ich 10). I warto na samym początku zastanowić się, jakie typy czołgów i styl rozgrywki interesuje nas najbardziej, bo każdy z nich cechuje się różną techniką gry, czy lubimy zachowywać się jak introwertyk i trzymać dystans jak większość niszczycieli czołgów, czy wolimy doprowadzać do bezpośrednich potyczek z przeciwnymi czołgami ciężkimi na przepychaczu1. Linii w drzewkach jest naprawdę wiele, więc myślę, że każdy powinien znaleźć coś dla siebie, ale wielu doświadczonych graczy poleca zaczynać swoją przygodę z WoTem od linii ciężkich czołgów radzieckich do ISa-7 lub Objecta 277, gdyż cechują się one naprawdę dobrym kompromisem w stosunku do pancerza, kalibru działa i prędkości poruszania, ale to zależy już w stu procentach od was, jaką linię wybierzecie dla siebie. Polecam także dla tych, którzy będą może chcieli rozpocząć przygodę z WoTem poszukać wcześniej kodów zaproszeniowych, dzięki którym będziecie mogli otrzymać już nas sam początek gry doładowanie w postaci darmowych dni konta premium, dodatkowej ilości złota, czy unikalnych pojazdów (polecam wybierać te, które mają czołg największego możliwego tieru).

Tak oto rozpoczyna się nasza przygoda z tą cukierkową grą, jaką wydaje się na pierwszy rzut oka World of Tanks, zaczynamy rozgrywać pierwsze pojedynki na niższych tierach, gdzie nasza przygoda z początkowymi tierami nie będzie trwała jakoś szczególnie długo patrząc na fakt, że bardzo mało doświadczenia potrzeba, żeby odblokować kolejne pojazdy, problem prawdopodobnie rozpocznie się około IV-V tieru, gdzie już naprawdę trzeba rozegrać znaczną liczbę bitew, aby odblokować kolejny pojazd. Także wchodzenie na coraz wyższy poziom pojazdów sprawdzi nasze umiejętności gry, gdyż tam częściej będziemy trafiać na o wiele bardziej doświadczonych przeciwników. Możliwe, że zaczniemy też coraz bardziej denerwować się na tą grę z faktu, że potrafi ona być naprawdę irytująca.

Co podoba mi się w World of Tanks i sprawia, że lubię do niej wracać od czasu do czasu?

Strzelanie do przeciwników, kręcenie dobrych wyników, postęp w drzewku, ammoracki

Brzmi może trochę niepokojąco i prosto, lecz naprawdę nawet nie wiecie jaką frajdę daje tutaj strzelanie do przeciwnika (z przebiciem) i niszczenie niespodziewających się tego ludzi. Dlatego moim ulubionym i niemal jedynie ogrywanym typem pojazdu jest niszczyciel czołgów, który posiada najwięcej penetracji z wszystkich możliwych typów pojazdów dzięki czemu przebijanie tym typem pojazdu jest po prostu najłatwiejsze. Naprawdę lubię chować się w krzakach i strzelać do pojazdów przeciwnika pozostając niewykrytym, jeśli dodatkowo tych obrażeń będzie naprawdę dużo to jeszcze bardziej mam ochotę rozegrać kolejną bitwę, chociaż wtedy często mam ten dylemat, że kolejna bitwa będzie gorsza od tej właśnie rozegranej. Zdobywane doświadczenie w ten sposób leci na odblokowywanie kolejnych modułów w ogrywanych aktualnie pojeździe, mające na celu sprawienie w dużej liczbie przypadków, aby pojazd stał się grywalny, ale także wielką frajdę daje mi odblokowywanie pojazdów wyższych tierów, bo przesiadanie się na kolejne pojazdy, które są po prostu lepsze od poprzednich daje niezwykłą satysfakcję. Dodatkowo całkiem sporo modułów/części pojazdów w grze może pasować do innych pojazdów danego kraju, co w przyszłości może zaowocować mniejszym czasem spędzonym na pojazdach, które nie przypadły nam do gustu. Niezwykłą frajdą są także natychmiastowe zniszczenia przeciwnika (zwane ammorackami) w wyniki zniszczenia mu magazynu z pociskami przez co w sekundę potrafimy zadać całkowitą ilość punktów zdrowia pojazdu przeciwnika, szczególnie jeśli nasz przeciwnik nie stracił tego zdrowia.

Muzyka

Kolejny jeden z lepszych aspektów całej gry, który towarzyszy nam niemal na każdym kroku, bo zorganizowanie orkiestry i inny zespołów wyspecjalizowanych w typowo batalistycznych kawałkach daje niesamowity efekt dla uszu, szczególnie dla mnie – fana klasycznej muzyki i postawieniu instrumentów w centrum utworu. Daje to niesamowity efekt, kiedy gra się niektóre mapy po raz pierwszy. Co prawda po jakimś czasie dopada nas monotonność, ale niektóre kawałki słucha się tutaj niesamowicie przyjemnie wielokrotnie.

Wprowadzane zmiany do gry tzw. update’y

Od początku mojej przygody z grą pod koniec 2016 roku do gry wprowadzono szereg usprawnień i nowości, które miały poprawić rozgrywkę wszystkim graczom, usunąć błędy samej gry, czy sprawić, żeby sama gra była przyjemniejsza i muszę przyznać udaje im to się całkiem nieźle. Z kilku bardziej pamiętnych usprawnień było zablokowanie specjalnych spotów na mapach, gdzie pewne pojazdy mogły wjechać tam, mieć przestrzał na całą mapę i co najważniejsze pozostać niewyspotowane po oddaniu strzału, dodanie schematów pojazdów, które wypadają po kilku bitwach, jeśli spełniliśmy odpowiednie warunki. Te schematy pozwalają nam badać różne pojazdy w całej grze, gdyż są one całkowicie losowe, ale jeśli mamy odrobinę szczęścia to prędzej czy później wypadnie ona właśnie na pojazd w linii, którą akurat badamy ;). Największą aktualizacją była ta z początku 2018 roku, która wprowadzała grę na całkowicie nowy silnik sprawiając, że poprzednia wersja wyglądała jak odpalona na kalkulatorze, a dodatkowo zadbano także o doskonałą optymalizację gry przez co obawiając się na początku, czy gra będzie mogła nadal chodzić na moim sprzęcie w akceptowalnej liczbie klatek, a wystarczyło w moim przypadku tylko lekko obniżyć jakość grafiki, aby nadal cieszyć się średnimi 60 FPSami. Ciekawa jest także planowana duża aktualizacja, która ma się zdarzyć w najbliższym czasie, która ma na celu naprawdę sprawienie, żeby ta gra była bardziej przyjemna, bo ma ona na celu zwiększenie średnich obrażeń na podstawowym typie amunicji2, czy „usunięcie” dużej liczby pojazdów głównie na pierwszych tierach, aby wykluczyć dziejące się tam piekło, gdyż często trafia się tam na pojazdy przesadzone w stosunku do innych np. mające magazynkowy sposób ładowania na dziale, czy tzw. trollguna3.

Co potrafi w tej grze sprawić radość, ale również doprowadzić do szewskiej pasji?

RNG – Random Number Generator

Jest to system zaimplementowany w grze, którego zadaniem jest obliczanie toru lotu i otrzymanych obrażeń przez przeciwnika (lub nas) w momencie przebicia pojazdu. Problem z tym słodziutkim cukiereczkiem jest taki, że często potrafi nas on perfidnie rozkraść z możliwych zadanych obrażeń poprzez nieładne sprawienie, żeby nasze pociski leciały wszędzie tylko nie tam, gdzie chce użytkownik. Ja wiem, że jest multum dział w grze i jedne są celniejsze od drugich, które potrafią być solidnymi rozrzutnikami do gnoju, ale dajcie spokój, jeśli wykorzystam moment i pojadę w dobre miejsce na mapie i mam idealny przestrzał w bok czy tył pojazdu przeciwnika, a system wielokrotnie postanowi, że pocisk przeleci nad albo obok przeciwnika, czy walnie mu w gąsienice to dajcie spokój. Dodatkowo większość dział ma podane przy parametrach średnie obrażenia na strzał przy czym nie są to obrażenia, które zadajemy za każdym razem przeciwnikom. System w momencie penetracji losuje dowolną liczbę z przedziału [75%, 125%] średnich uszkodzeń na strzał i taką wartość zadaje właśnie przeciwnikowi. Rozumiem ten system całkowicie, ma on wprowadzić pewnego rodzaju dynamikę do gry, bo strzelanie ciągle za tyle samo byłoby po prostu słabe, ale czemu jeśli powiedzmy pojazd ma 325 HP, a ja mam średnich obrażeń na strzał 390 HP to czemu już nie mogę go po prostu zniszczyć, gdyż często strzelam za mniej niż ma taki pojazd zdrowia przez co może on zadać mi kolejne obrażenia, czy nawet zniszczyć, wszystko przez pecha, bo system akurat wylosuje jedną z mniejszych wartości w przedziale. Z drugiej strony nie można narzekać, bo zdarzają się też takie sytuacje, gdy wylosuje nam się jedna z większych wartości, co pozwala nam zrobić więcej obrażeń przy takim samym czasie przeładowania.

Losowość sytuacji w grze, artyleria

World of Tanks to gra dostępna każdemu chcącemu w nią zagrać użytkownikowi, a co za tym idzie każdy ma swój własny plan na każdą rozgrywaną bitwę, a częste niedoświadczenie początkujących graczy potrafi doprowadzić do prześmiewczych sytuacji w której to będziemy śmiać się do rozpuku po głupim zagraniu od naszego przeciwnika lub od nas samych.

Z drugiej strony jednak na wyższych poziomach spora część graczy zna swoje miejsce i wie co zwykle robić na danego typu mapie, przez co swoimi zagraniami potrafi w bardzo brutalny sposób zakończyć rozgrywkę innej sposobie – np. czołg lekki o dużym zasięgu widzenia może wyspotować jadący w otwartej przestrzeni pojazd przeciwnika próbujący spozycjonować się na mapie, ale w wyniku takich działań zostanie on przy odpowiedniej liczbie szarych komórek u przeciwnika wystrzelany bardzo szybko kończąc swoją rolę w tej bitwie. Wiele razy moja bitwa kończyła się w wyniku pojechania akurat przez czołg lekki w to samo miejsce, co ja, oznaczając mnie i wystawiając na ostrzał przeciwnika. Od jakiegoś czasu wysnuwam pewnego rodzaju tezę, że gry wieloosobowe ukierunkowane na rywalizację graczy mają na celu dać radość jednym kosztem czasu i poświęcenia innych. Dodatkowo jednym z typów pojazdów w grze są artylerie, działa samobieżne, które ze swojej bazy mają na celu wsparcie swojej drużyny w różnych miejscach mapy. Ten, kto dodał te pojazdy miał chyba nierówno pod sufitem, bo rozgrywka na tych pojazdach nie jest niczym nadzwyczajnym, stwierdzę nawet, że można grać jedną ręką, a mimo to można naprawdę zamienić przeciwnikowi bitwę w prawdziwy koszmar bombardując raz po raz jego pozycje i ogłuszać załogę w wyniku czego nie będzie wyciskał on maksimum ze swojego pojazdu. Dodatkowym czynnikiem obniżającym poziom morali w grze potrafi być system losowania bitew, jako że najwięcej rozegramy tzw. Bitew Losowych, gdzie system losuje nam drużynę dobierając ludzi o pojazdach na takim samym poziomie. I nie byłoby z tym systemem nic złego, gdyby nie fakt, że potrafi on wylosować nas na pojazdy o dwa poziomy wyżej niż nasz, co potrafi już na samym początku dość znacznie zmniejszyć szansę na wykręcenie dobrego wyniku, bo wyższy poziom oznacza o wiele lepsze pojazdy w stosunku do naszego i trudność w przebijaniu pojazdów. Z drugiej strony zdarzą się także sytuacje, w których to my będziemy na tzw. topie, czyli nasz pojazd może być dwa poziomy wyżej niż reszta, co szczególnie na niższych poziomach może sprawić, że będziemy niszczyć przeciwników na jeden strzał nawet.

Co sprawia, że po każdym powrocie do tej gry mam ochotę schować ją na dnie szafy i nigdy, przenigdy do niej nie wracać?

Błędne koło WarGaming

W tym punkcie chciałbym przyjrzeć się bardzo niefajnemu zagraniu, które serwuje nam wydawca omawianej gry – białoruska firma WarGaming. Otóż niemal codziennie oferuje ona szereg misji, kampanii mających na celu wzbogacanie się, szybsze badanie robionych przez gracza linii, sprawianie, aby gracz stawiał sobie poprzeczkę w grze coraz wyżej w miarę upływających godzin, lecz do niektórych zadań naprawdę trzeba się napocić i stawać na głowie, w szczególności do wszelakiego typu maratonów mających na celu odblokowanie unikalnego pojazdu i często zadania, które musimy spełnić mają na celu przytrzymanie nas przy grze na dłużej byle tylko wykonać aktualną misje w maratonie, czy kampanii. Takie dodatkowe wycieńczenie materiałem sprawia, że nawet jeśli osiągnę na końcu zamierzony cel to nie mam siły nacieszyć się z otrzymanej nagrody, bo po prostu rzygam już po 2, 3, 4 godzinach „gierki na odstresowanie”. Dorzućcie do tego podpunkt „Losowość sytuacji” i macie dokładnie cały obraz tego, jak do pupy zagraniem są takie misje. Dodatkowo zdarza się za takie misje dostawać dni konta premium i tu się zastanawiam, czemu to muszą być dni konta premium, a nie na przykład premium obowiązujące w momencie wygranej bitwy. Przecież otrzymanie premium po wyczerpującym i dość nużącym maratonie sprawi, że nie będzie można tego premium wykorzystać należycie, by znacznie popchnąć swoje poczynania w drzewkach do przodu, chyba że znowu będziemy musieli zmuszać się do rozgrywki na siłę, ale czy to jest dobre rozwiązanie? Gdyby to było premium rozdawane na określoną liczbę bitew, czy nawet wygranych bitew to człowiek po kilkudniowej przerwie od gry mógłby bezproblemowo wykorzystać dobrze uzyskane wcześniej premium i nawet by robił wszystko, żeby wykręcić dobry wynik i wygrać tą bitwę, aby dostać dodatkowe doświadczenie.

„Przeskok” na wyższy poziom pojazdu, głupota niektórych modułów w drzewkach technologicznych

Kolejny aspekt jest niezwykle smutną częścią World of Tanks i jest to moment, w którym właśnie uzbieraliśmy odpowiednią ilość doświadczenia bitewnego na pojeździe i nasz stan konta pozwala na kupno następnego pojazdu w linii. Zatem kupujemy nowy pojazd, sprzedajemy stary, przekwalifikowujemy załogę na nowy pojazd, rozpoczynamy bitwę nowym pojazdem. W 90 procentach przypadków zaczniemy się zastanawiać w którym momencie popełniliśmy błąd, bowiem okazuje się, że dostajemy plaskaczem w twarz od samego WarGaming. Nasz pojazd jest po prostu bardzo słaby, bo jest stockowy – ma podstawowe działo, wieżę, silnik, gąsienice. Zatem musimy na nowym pojeździe rozegrać kolejne X bitew w dość przeciętnej konfiguracji, aby dostać się w większości przypadków najlepszego działa, dzięki czemu rozpoczniemy grę na najwyższym poziomie. Czy muszę dodawać, że często zbadanie najlepszego działa musi być poprzedzone zbadaniem lepszych gąsienic, bo podstawowe nie mają na tyle udźwigu, żeby utrzymać nasze nowe działo? Potrafi być to naprawdę frustrujące, szczególnie na końcowych poziomach, gdzie działa potrafią kosztować po 60-70 tysięcy doświadczenia, a dodatkowo trzeba zbadać gąski za ponad 20. Drugim leceniem w głupola jakie serwuje nam WarGaming jest bezsensowność niektórych modułów w drzewkach. Ja na przykład bardzo lubię badać najlepiej wszystkie możliwe moduły na pojeździe (bo gdzieś z tyłu głowy mam abstrakcyjny plan zrobić wszystkie pojazdy w grze), a tu trafiam w międzyczasie na pojazd typu KW-85, gdzie jest działo 100 mm, które ma parametry całkiem niezłe jak na swój poziom, lecz problem z nim jest taki, że kosztuje 16 tysięcy, a dodatkowo jest one unikalne dla tego pojazdu, no ok, zdarza się, ale potem gdy idziemy do kolejnego czołgu w linii – ISa stajemy na ekranie badań i zadajemy sobie pytanie – dlaczego? Zastajemy tam także działo 100 mm o trochę zmienionej nazwie pasującym na multum czołgów w radzieckiej linii o takich samych/zbliżonych parametrach jak działo na KW-85. I to się rodzi moje pytanie? Czy naprawdę ludzie z WarGaming nie mogli dać sobie spokój i dać takie samo działo na ISie i KW-85, szczególnie, gdy nie różnią się bardzo. Jest to bardzo głupie, gdy badamy moduł tylko po to, żeby używać go na obecnym pojeździe, szczególnie gdy za niektóre zapłacić trzeba dziesiątkami tysięcy doświadczenia. Śmieszne są także sytuacje, gdy niektóre moduły, które musimy zbadać na jednym pojeździe okazują się podstawowymi na jakiś innych (badają się same) i w tym momencie zadajesz sobie pytanie. Jeszcze rozumiem moduły, które są obowiązkowe do badania kolejnych pojazdów, ale po co na przykład badać takie radia, które kilka tierów później badają się same? Bez sensu.

Mentalność niektórych graczy, monotonia gry

Ostatnim punktem moich rozważań jest zachowanie dość sporej liczby graczy nastawionych na kręcenie jak najlepszych wyników w czasie bitwy. I co z tego, że masz pojazd, który dzięki twoim umiejętnościom potrafi odbić znaczną część pocisków przeciwników, zwykle znajdzie się jakiś kolega-przeciwnik, który przerzuci na amunicję premium i będzie cię bez problemu penetrował, bo kupił sobie amunicję droższą i mająca większe przebicie pancerza. Trochę śmieszne jest to w sytuacji odwrotnej, kiedy gra się pojazdem z bardzo niewielką warstwą pancerza, gdy przeciwnik strzelający plujką4 co kilka sekund (może łatwo przełączyć rodzaj amunicji). Za każdym razem, gdy wracam do World of Tanks jestem dość energicznie nastawiony do gry, mam ochotę rozgrywać te bitwy jedna za drugą niszcząc kolejne pojazdy przeciwnika, jednak po jakimś czasie dopada mnie syndrom, dlaczego ja w to gram lub link. Każda kolejna bitwa przestaje dawać satysfakcję, liczba bitew maleje wraz z kolejnymi dniami, bluzgometr potrafi osiągnąć punkt krytyczny. W tym momencie zwykle kończy się moje podejście do tej gry i ląduje ona w koszu, przy czym często mam nadzieję, że nie będę musiał do niej już nigdy wracać. Raz nawet takie podejście skończyło się permanentnym usunięciem mojego pierwszego konta, żeby upewnić się, że nie zdarzy się to kolejny raz. Nie udało się, stety lub niestety.

Ja i moja nieudolna próba przebicia przeciwnego niszczyciela czołgów IX tieru.

Podsumowanie

Pisząc tą notkę znajduję się właśnie blisko tego punktu i wiem, że niedługo moja tymczasowa podróż z WoTem dobiegnie końca. Nie wiem, czy kolejne podejście nastąpi, bo nadal uważam, że gry takie jak League of Legends, Counter-Strike: Global Offensive czy World of Tanks nie mają sensu na dłuższą metę, jednak od czasu do czasu zdarza mi się patrzeć na nowinki, nawet instalować te gry na chwilę, lecz wtedy zdaje sobie sprawę, że dobrze zrobiłem odpuszczając sobie te gry w tych momentach.


Kącik wiedzy z pupy

1 „Przepychacz” – jest to takie miejsce na każdej mapie, gdzie spotykają się czołgi ciężkie (ale nie tylko) obu drużyn. Często są to miejsca w pobliżu gór, budynków, mające na celu uniemożliwić artyleriom ostrzał na takie pozycje.

2 „Amunicja” – w World of Tanks w domyśle na każdym pojeździe dostępne są trzy rodzaje pocisków – przeciwpancerny, odłamkowo-burzący, podkalibrowy lub ewentualnie kumulacyjny. Te trzy rodzaje pocisków różnią się od siebie dość znacznie, gdzie przeciwpancerny jest typowym pociskiem używanym w bitwie z dobrą penetracją i obrażeniami, pociski odłamkowo-burzące zadają więcej obrażeń, lecz mają o wiele mniejsze przebicie przez co ostrzał takimi bardziej opancerzonych pojazdów nie wróży wielu zadanych obrażeń. Pocisk podkalibrowy często jest tym premiumowym o większej penetracji, lecz ta penetracja jest tracona wraz z każdym przebytym metrem, także nie zawsze jest szansa, że przebije się przeciwnika mimo amunicji goldowej. Ostatni pocisk kumulacyjny zadaje masywne obrażenia, lecz jego problemem mogą być wielokrotne warstwy pancerza niektórych pojazdów np. pancerz boczny Panzera IV H.

3 „Trollgun” – to określenie opisuje działa mające ponadprzeciętne obrażenia ze względu na swój poziom, często mogące jednym strzałem zakończyć bitwę przeciwnego gracza, lecz cechujące się często wykorzystaniem pocisków odłamkowo-burzących, o których było wyżej.

4 „Plujka” – określa ono takie działa, które mają bardzo krótki czas przeładowania i mogą strzelać do nas zanim np. zdążymy naprawić zerwane gąsienice, mniej więcej maksymalny czas przeładowania takiego działa to około 6-7 sekund.