Interaktywny serial, czyli recenzja „Life is strange”

Zwykle zanim usiądę do jakiejś gry czy filmu naczytam się mnóstwo opinii, dlatego też tak często chwale wiele produkcji – po prostu najpierw się upewniam czy faktycznie jest warto. W przypadku Life is strange wiedziałem tylko, że jest to dobra gra, ale totalnie nie miałem pojęcia, że zaczynam grę, która tak bardzo wbije mi się do głowy. Mimo, że skończyłem ją niedawno to jestem pewien, że historia i jej przesłanie pozostanie w mojej głowie już na zawsze. 

Produkcja o której mowa została stworzona przez Francuskie studio Dontnod Entertainment i wydane przez znaną wszystkim firmę Square Enix w 2015 roku. Twórcy idąc za sukcesem Teltale Games i ich produkcji typu The Walking Dead spróbowali własnych sił w stworzeniu przygodówki, która stawiałaby bardzo mocno na fabułę i filmowość. Jeśli ktoś nie wie – Teltale specjalizuje się w tworzeniu gier, które często nazywane są interaktywnymi serialami ze względu na fakt, że bardzo dużo jest tam dialogów,  a sam gameplay ogranicza się do wyborów czy czasem jakiegoś poruszania się czy celowania. Stworzyli oni tym samym cały gatunek tego typu gier. Poza settingiem te gry jednak nie bardzo się różniły, ale w końcu pojawiło się Dontnod z swoim Life is strange. Grą, która moim zdaniem zostawia w tyle jakąkolwiek grę od pionierów gatunku. Tutaj się jeszcze zatrzymajmy – z góry ostrzegam, że w dalszej części będzie jeszcze wiele porównań do Teltale. 

W Life is strange przyjdzie nam wcielić się w osiemnastoletnią Max, która z samego początku nie wydaje nam się jakaś wyjątkowa. Ot zwykła, trochę wycofana nastolatka, z pasją do analogowej fotografii. Nasza bohaterka wiedzie całkiem normalne życie, pełne przeróżnych “szkolnych dramatów”, ale wszystko się zmienia gdy odkrywa ona, że posiada moc, dzięki której jej życie może być dużo prostsze – mowa tu o umiejętności cofania czasu. Dzięki tej jednej umiejętności udaje jej się uratować życie swojej przyjaciółki z dzieciństwa, a to prowadzi do rozpoczęcia poważnego śledztwa w sprawie zaginięcia jednej z dziewczyn.  

Historia opowiedziana w grze jest przepiękna. Po prostu. Jest wielowątkowa, szokująca, pełna nie głupich zwrotów akcji. Dawno nie grałem w produkcje, która tak dobrze by mieszała coś tak niezwykłego jak podróże w czasie z czymś tak zwykłym jak szkoła i życie w niej. Mimo, że gra ma około piętnastu godzin to znajduje się tu czas na te mocne, niezwykłe momenty jak i na zwykłe przechadzki po kampusie i rozmowie z znajomymi. Warto zauważyć, że nawet te zwykłe i wydawać by się mogło nic nie znaczące działania i rozmowy mogą mieć wpływ na przyszłość. I tak – konsekwencje wyborów to jest coś co Life is strange robi zdecydowanie lepiej od wcześniej wymienionego The Walking DeadTutaj faktycznie te wybory mają jakiś wpływ na dalszą grę i mimo, że nie zawsze widzimy skutki od razu, tak mogą się one pojawić nawet epizod później. Tymczasem w TWD, nie ważne co byśmy wybrali finalnie wszystko dążyło do tego by skończyło się mniej więcej tak samo. Warto też wziąć pod uwagę, że wybory w “Lisie” są często trudniejsze, aczkolwiek nie mamy tutaj żadnej presji czasu. Możemy się spokojnie zastanowić nad swoim wyborem. Nie chcę za dużo pisać o zakończeniu, bo nie chcę wam niczego spoilerować, ale wiele osób jest zawiedzionych tym jak to zakończenie zostało zrobione. Osobiście uważam, że jest one bardzo dobre i rozumiem czemu twórcy postanowili zrobić to tak, a nie inaczej.  

Dontnod historią, którą nam opowiada próbuje przekazać nam wiele, mądrych tematów do przemyśleń i udaje im się to świetnie. Po za głównym wątkiem z cofaniem czasu pojawiają się również mocne wątki związane z dręczeniem rówieśników, śmiania się z nich i ogólnie dorastania. Nie wiem czy tylko ja, ale osobiście miałem przez tę grę również dużo przemyśleń na temat ekologii. Troszkę o tym też zostało powiedziane, a było to dosyć ciekawe. Bardzo mi się również podobał fakt, że wszystko to wydaje się być takie prawdziwe. Wiadomości między bohaterami są w jężyku, który dla mnie wydaje się dosyć autentyczny. Tak samo jak i pamiętnik Max jest pisany w taki sposób, że czujemy że czytamy faktycznie pamiętnik, a nie wpis na wikipedii. 

Czystego gameplayu jest dużo więcej niż w przypadku gier Teltale. Mamy tutaj również dużo więcej eksploracji i mnóstwo interakcji ze światem. Naprawdę wiele przedmiotów możemy “tyknąć”, sprawdzić czy nawet coś z nimi zrobić. Kamera zza pleców, przyjemne animacje i przepiękna pastelowa grafika umilają nam eksploracje czy nawet rozmowy.  Jako, że Max interesuje się fotografią, to zawsze nosi ze sobą aparat. W końcu żaden dobry fotograf nie może stracić okazji na piękne zdjęcie. Twórcy wykorzystali ten fakt i dzięki temu możemy robić zdjęcia niektórych miejsc, przedmiotów i ludzi, które później trafiają do naszego pamiętnika. Te zdjęcia są swego rodzaju znajdźkami, sam mimo że starałem się w miare eksplorować, zwiedzać i sprawdzać niektóre “interakcje” to tych zdjęć miałem naprawdę mało. Wspomniałem już o pamiętniku, który nasza bohaterka prowadzi. Poza zdjęciami trafiają tam również wszystkie jej przemyślenia. Dziennik z czasem staje się naprawdę gruby. Max zapisuje tam wszystko co dzieje się w fabule gry, razem z jej odczuciami, których sami możemy nie poznać. Świetna sprawa.  

Na medal spisuje się również wykorzystanie motywu z cofaniem czasu. Nie potrafię sobie wyobrazić co można by było zmienić by wyglądał on jeszcze lepiej. Naszą umiejętność wykorzystujemy w trakcie rozmowy, by zmienić jej tok, jeśli któraś z naszych odpowiedzi nam się finalnie nie spodobała czy do przeróżnych zagadek albo i nawet zwykłego omijania przeszkód.  

Postacie w większości są naprawdę stereotypowe – ot mamy jakiegoś mięśniaka grającego w football amerykański, laskę z dwiema przydupaskami u boku czy innego gościa, który musi dostawać same najwyższe oceny, taki on mądry. Ale mimo to naprawdę darzymy ich jakimś uczuciem. Jednych nie lubimy od samego początku, drugich od razu uwielbiamy. Postacie te nie mają niby większej głębi, a jednak nie zamieniłbym ich na żadnych innych. Warto również wziąć pod uwagę, że nawet dwie główne bohaterki nie są “nie wiadomo jakie”. Nawet nie zachodzi w nich jakaś większa przemiana przez całą grę, a mimo to – jest to jeden z lepszych duetów, jedna z lepszych przyjaźni w grach komputerowych. 

O udźwiękowieniu nie chce się za bardzo rozwodzić. Po prostu wiedzcie, że się zakochałem. Zarówno jeśli chodzi o muzykę, bo tak – te indie folkowe utwory strasznie mi podchodzą jak i o inne dźwięki typu szkolny szum, jakieś sztućce w barze, wiaterek i tego typu rzeczy. Przepiękna sprawa, która pozwala jeszcze bardziej wczuć się w ten świat. 

Jak bardzo bym się chciał do czegoś doczepić, żeby nie było że tak tylko chwalę, tak totalnie nie mam pojęcia do czego. Naprawdę, szukam, myślę i uważam że ta gra jest po prostu prześwietna. Jedyne minusy jakie widzę to słabo zsynchronizowane ruchy ust do wypowiedzi bohaterów, momentami naprawdę się zastanawiałem czemu postacie w ogóle nie ruszają ustami gdy mówią. Inny problem tej gry jest bardziej związany z jej wydaniem – Dlaczego nie ma oficjalnej polskiej wersji językowej? :< Niedługo zabieram się za prequel, ale do drugiej części nie podejdę dopóki nie powstanie fanowskie spolszczenie, niestety. 

To by było chyba na tyle. Jeśli oczekujecie od gry świetnej historii, wielu przemyśleń i niezapomnianych wrażeń to proszę bardzo. Oto przed wami Life is strange! 


„Kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, czyli wizja kolejnych gier ze studia Rockstar”, 2018 archiwizowane

Pewnie większość z was wie, najpopularniejszy polski serwis o tematyce gier z serii Grand Theft Auto, GTASite przestał działać. Ma to związek z niedawnym pożarem w serwerowni OVH, gdzie hostowana była ta strona. Z pewnego źródła wiem, ze istnieje również kilka innych powodów, czemu sytuacja z tym serwisem wygląda obecnie tak, a nie inaczej. Mam nadzieję, że z czasem się to zmieni, bo serwis jest znaczącym kawałkiem historii GTA w Polsce, niemniej nie z tego powodu piszę dziś te kilka słów. Robię to, ponieważ w swoim czasie pojawił się tam, na stronie, artykuł konkursowy mojego autorstwa, który został doceniony przez ówczesne jury. Dotyczył on potencjalnej przyszłości gier od R* jako takich, jak może to wyglądać za te X lat. Pomyślałem, że z racji, że strona obecnie nie jest dostępna, to zamieszczę go tu. W oryginale dostępny on jest m.in. w formie zarchiwizowanej pod tym linkiem. Jeśli kiedyś wróci na łamy serwisu to dam o tym znać w komentarzu.


Firma Rockstar Games nie od dziś uznawana jest za markę przełomową w świecie gier video. I chociaż to zdanie dla wielu może zabrzmieć jak truizm to mam wrażenie, że część osób o tym zapomina, szczególnie w dobie gdzie pełnoprawnych, nowych, dużych tytułów od R* mamy zdecydowanie mniej niż powiedzmy 10-15 lat temu. Temat wraca jednak przy okazji premier pokroju niedawnego Red Dead Redemption 2 i ponownie otwiera debatę odnośnie tego czym jeszcze zaskoczy nas Rockstar.

Widzę przed tobą wielką przyszłość mój chłopcze…

Przede wszystkim mówiąc o R* w kontekście rewolucji, jaką wprowadziły gry z tego studia musimy zwrócić uwagę na aspekty w jakich owe kroki milowe mogliśmy odnaleźć. Nie są to tylko kwestie związane z grafiką, chociaż oczywiście te pierwsze przychodzą do głowy, w końcu technologicznie gry zawsze były o krok do przodu w stosunku do reszty stawki – GTA III wprowadziła nas w pełną erę 3D jako generalnie jedna z pierwszych gier wysokiego szczebla, IV zaś do dziś uważana jest za jedną z ładniejszych gier i mimo dekady na karku nadal pali komputery kolejnym zapaleńcom. Jednak to nie grafika zaprowadziła R* na szczyt, bo przecież hej, na rynku jest wiele innych także genialnie wyglądających gier, a świetny nos odnośnie oczekiwań jakie mają gracze.

W swoim czasie w środowisku powstało określenie gier just like GTA, czyli gier na podobieństwo flagowej serii. Zwykle były to gry po prostu z otwartym światem, który z resztą teraz jest już praktycznie standardem w dużych tytułach, ale określenie to odnosiło się również generalnie do dużej swobody rozgrywki. Twórcy w studiu przewidzieli, że potencjalny gracz pozostawiony sam sobie w dużym mieście będzie miał ochotę na robienie rzeczy naprawdę przeróżnych, często ocierających się o jazdę o bandzie, ale w sumie czemu mu tej możliwości nie dać, nawet kosztem kontrowersyjnych rozwiązań? Jak pokazała historia – opłaciło się.

harder, better, faster, stronger

Dość jednak o tym co było. Mamy rok 2018, a kolejna część to perspektywa co najmniej kilku lat w przód i nikt nie będzie odcinać kuponów od sławy, szczególnie, że wymagania graczy są znacznie większe niż kiedyś, a dodatkowo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z oczywistych rzeczy – na pewno jeszcze więcej środków, przy teoretycznej kolejnej części GTA, bo zakładamy, że to ona będzie jako kolejna na horyzoncie, pójdzie na tryb online, który nie ma co się oszukiwać, będzie tam główną siłą napędową. Żyjemy w dobie battle royale, a i ramy gry zdają się mieć podstawy by taki tryb wprowadzić na szerszą skalę. Chciałbym jednak, i liczę na to, że mimo wszystko R* bardziej przyłoży się także do trybu single, a przykład RDR 2, prawdopodobnego GOTY tego roku i to bez trybu multi (na moment pisania artykułu) pokazał, że nadal potrafią pisać świetne, ambitne historie. Gwoli ścisłości – nie mówię, że ta w V-tce była wybitnie zła, ale mam wrażenie, że fani czekają jednak na coś mocniejszego. Nie wyobrażam sobie do tego innego miejsca niż słoneczne Vice City – oczywiście w odpowiednio większej skali, ale nadal z zachowanymi wszystkimi, najbardziej charakterystycznymi elementami miasta. Siłą rzeczy musi być to jego uwspółcześniona wersja, ale trzymająca się chociaż w pewnym założeniu kolorowych lat ’80 i tak, wbrew pozorom próby pogodzenia współczesności z klasyką pod względem pewnej stylistyki już były – przypadek dodatku do czwórki The Ballad of Gay Tony. Nieco trudniejszy przypadek jest z potencjalną kolejną częścią Red Deada, bo problem jest chociażby z osadzeniem czasu akcji. Zdecydować się na okres równoległy do dwójki? Prequel? Możemy teraz tylko gdybać, szczególnie, że dwójka dopiero co jest na świeczniku.

Swoje odczuje na pewno też sama rozgrywka i chociaż w założeniu będzie to po prostu usprawnione wykorzystanie już istniejących mechanik to z pewnością przy bezpośrednich porównaniach, szczególnie z perspektywy czasu, możemy poczuć sporą różnicę.

Ponadto podobnie jak wiele innych osób chętnie zobaczyłbym powrót postaci z poprzednich odsłon czy to GTA czy RDR. O ile o ich bezpośredni powrót może być szczególnie ciężko, szczególnie tych z tzw. ery 3D, o tyle chociaż wspomnienie o ich wpływie na dane miejsce i czas mogłoby być ciekawym smaczkiem na wszystkich fanów serii.

This is Vice City. This is business!

Tak naprawdę wiele zmian, jakkolwiek byśmy nie debatowali, ugruntowanych jest nie ograniczeniem czy brakiem umiejętności twórców, a najzwyczajniej kwestiami finansowymi. Niektóre rzeczy muszą się po prostu opłacać i debatuje nad tym wielu analityków. Niemniej niemałe już doświadczenie z grami Rockstara sprawiło że markę darzę naprawdę dużym kredytem zaufania i nie wiem czy jestem o jakąś grę bardziej spokojniejszy niż właśnie o kolejne GTA czy kiedyś w przyszłości o potencjalnego kolejnego Red Deada. Czekam z niecierpliwością, podobnie jak miliony mi podobnych na całym świecie. Już dzisiaj wiem, że warto.


O nietypowym horrorze, czyli o tym jak Craven bawił się gatunkiem

Gdy w 1996 roku gatunek horroru co raz bardziej wydawał się być czymś kiczowatym czy po prostu nie był tak chętnie oglądany jak wcześniej, do akcji wkroczył Wes Craven, reżyser jednego z najpopularniejszych slasherów “Koszmaru z Ulicy Wiązów”. Postawił on na w pewnym stopniu humorystyczny film, w którym zaprezentował nam świat gdzie ludzie bardzo dobrze znają takie klasyki jak wcześniej wspomniany Koszmar z Freddym Kruegerem na czele, “Halloween” z Myersem czy inny “Piątek Trzynastego” – mowa tu o „Krzyku”. 

Jednak zanim zacznę o samym “Krzyku”, warto by było wziąć pod lupę siódmą część przygód Kruegera zatytułowaną “Nowy koszmar Wesa Cravena”, bo jest ona solidnym prekursorem tego co zrobione zostało w Krzyku. Otóż Craven postanowił, że stworzy film fabularny, który będzie opowiadał o tym jak Krueger atakuje prawdziwy świat. Co to oznacza? Najprościej mówiąc dostajemy świat gdzie aktorzy oryginalnej części grają siebie samych, a na świecie każdy zna serie filmów z Freddym. Wszyscy dobrze wiedzą, że postać ta jest wykreowana i była grana przez Roberta Englunda… a jednak Krueger istnieje “na prawdę” i postanawia mordować wszystkich związanych z produkcją nowego filmu o nim. Film ten od strony świata przedstawionego był naprawdę dziwaczną produkcją, szczególnie się o tym przekonacie poznając dokładniej całą fabułę, do czego naprawdę was zachęcam. Bo choć świat jest dziwaczny to jest to naprawdę świetny film.  

Po “nowym koszmarze” przyszedł czas na “Krzyk”, serię, w której zabójcą jest fanatyk i znawca horrorów, bawiący się z swoimi ofiarami w małą grę przez telefon. Zabójca zadaje przeróżne pytania dotyczące klasyków kina grozy, a chyba wiadomo czym kończy się nieprawidłowa odpowiedź. W porównaniu do innych klasycznych slasherów Krzyk ma bardzo spójną fabułę, która trzyma się przez całą serię, a obsada nie zmienia się co film, co jest jak najbardziej na plus. Wreszcie dostaliśmy postacie, do których naprawdę można coś poczuć, nie są oni nam tak obojętni jak ofiary Jasona Voorheesa czy Michaela Myersa. No bo kto nie lubi nieporadnego Deweya czy maniaka horrorów RandyegoPostacie te może nie mają jakiejś niesamowitej głębi i nie niosą za sobą specjalnej historii, ale po prostu są autentyczne.  

Napisałem już o tym, że postacie świetnie znają przeróżne horrory. Dzięki temu dostajemy nie tylko ciekawy świat, ale pełną przeróżnych smaczków i nietypowego humoru historię. Wymieniony wcześniej Randy na przykład, na każdym kroku przypomina nam, że seks czy alkohol w kinie grozy zawsze oznacza śmierć i że przecież policja jest głupia, bo nie ogląda filmów i nie wie jak zabójcy naprawdę działają. Serio, jest to bardzo dobrze zrobiony “element” całej serii.  

Świat jest o tyle dziwny, że po pierwszej części nagle w świecie filmu powstaje mnóstwo horrorów opowiadających historie, którą my – prawdziwi widzowie, znamy z pierwszej części, a ludzie z filmu – z ich prawdziwego świata. Bohaterzy dostają swoją wersje “krzyku” zatytułowaną “Stab”. Co jakiś czas widzimy jak ktoś ogląda sobie sceny łudząco podobne do tych z pierwszej części. Po prostu sami sobie wyobraźcie jak ciekawie to musi wyglądać.  

Bardzo ważny jest również fakt, że film jest stosunkowo realny. Nie mamy tu mordercy, który umiera, by w następnej części nagle zmartwychwstać. Nie ma tu żadnego superbohatera, który przeżyje odcięcie głowy. Jest to po prostu zwykły człowiek schowany za maską. Jest to oczywiście wielki plus, bez tego cały ten świat gdzie “postać z filmu wychodzi na świat realny” nie miałaby takiego samego sensu. Ale są też pewne minusy tego. Zabójca stosuje nóż i jego celem jest mordować, a nie jakoś specjalnie męczyć ludzi (no w pewnym sensie), przez co sceny mordu nie są aż tak krwawe, chociaż szczerze wam powiem, że te z czwartej części no już dają rade mocno.  

Film ten poza tym, że jest “nowoczesnym” slasherem posiada również bardzo solidny element kryminału. Uwielbiam ten moment gdy mówię sobie “o ta postać to na pewno zabójca” a po minucie widzę jak leży martwa i zdaję sobie sprawę z tego jak bardzo się myliłem. Do ostatniej minuty nie jesteśmy pewni tego kto tak naprawdę morduje. Cały czas wymyślamy różne scenariusze, dobieramy motywy do postaci, a na koniec i tak jesteśmy totalnie zaskoczeni. No ale halo halonie wystarczy po prostu zaskoczyć widza. Chodzi również o to, by przedstawiony zabójca miał jakiś sens. No bo przecież można by powiedzieć, że zabójcą jest ta jedna postać, która pojawiła się raz na ekranie – ale gdzie tu sensNo właśnie – ale i z tym “Krzyk” radzi sobie świetnie. Jedynie zakończenie trzeciej części uważam za zbyt pokręcone i przekombinowane. Reszta – cudo. Naprawdę drugą część zakończyłem z uśmiechem na twarzy, zdając sobie sprawę z tego jak świetny film właśnie obejrzałem.  

Po obejrzeniu ostatniej części zrozumiałem też, że seria po cichu prezentuje nam też pewne problemy. Pierwszy “Krzyk” prezentował nam jak wyglądają stare horrory w oczach współczesnych odbiorców. Jakie to wszystko wydaje się być głupie i bez sensu. Że jak jesteś “laską 10/10” to na pewno w końcu zostaniesz zamordowana. W końcu takie są prawa tego gatunku. “Dwójka” przedstawiła nam jak ludzie odbierają drugie części, że nigdy nie będą takie dobre jak oryginały i tego typu bzdety z kawałeczkiem prawdy. Trzecia (trochę gorsza od reszty) część jest świetnym zaprezentowaniem “pięknego” Hollywoodu. Pięknego tylko z początku, bo reżyser postanowił nam pokazać jak to “naprawdę” tam działa i że czasem by dostać role musimy dokonać niemoralnych czynów. Na ten moment ostatnia część zaś prezentuje nam myślę dosyć aktualny temat popularności nastolatków w social mediach i tego jak zrobią naprawdę wiele byleby się o nich mówiło. Są to jednak takie bardziej „ciche” wątki. 

Aktorsko jest naprawdę dobrze, nie ma jakichś specjalnych fajerwerków, ale na pewno nie ma na co narzekać. Wyróżnić można Neve Campbell, która świetnie zagrała główną postać. Z części na część widzimy jak bardzo się ona zmienia przez wszystkie wydarzenia wokół niej. Tu już nie chodzi o dobrze napisaną postać. Neve po prostu zagrała to świetnie. Poza tym jest również Courteney Cox, która zagrała redaktorkę z “charakterkiem”. Również bardzo dobrze zagrana rola. W każdej części.

Dobrze wypada również muzyka, klimatyczna, trzymająca w napięciu, a gdy potrzeba to i pełna energii. Lubię napisy końcowe drugiej i czwartej części. Nagle się pojawiają, wbija muzyczka, a ja się uśmiecham i sobie słucham. Piękna sprawa. 

Nie muszę chyba ukrywać, że film ten najbardziej spodoba się fanom gatunku, którzy co chwilę będą wyłapywać jakieś smaczki. 

No i to by było chyba na tyle. Postanowiłem tym razem nie wystawiać oceny w żadnej skali (psst, zawsze możecie zajrzeć na mojego filmweba). Po prostu stwierdźcie po moich bazgrołach jak bardzo ten film mi się podobał. Co prawda nie jest to typowa recenzja, a bardziej przedstawienie serii i napisanie tego co działa w niej najlepiej, ale myślę że zachęci was ona jednak do obejrzenia Krzyku. Seria trzyma równy poziom, także nie martwcie się. Swoją drogą pssst – 14 stycznia 2021 roku do kin wchodzi nowa część z starą obsadą! Osobiście czekam!


Wspominki Counter Strike’a, mojej pierwszej gry multiplayer

Jestem graczem od niemal piętnastu lat, co może implikować. że zdążyłem w swojej swego rodzaju „karierze” spotkać z szeroką bazą tytułów o różnych gatunkach i na szerokiej gamie platform. Z częścią z nich spędziłem godziny i wielokrotnie sięgałem po nie później, inne tuż po przejściu (lub też nawet nie) znikały w studni zapomnienia. Wielokrotnie także, jako że nigdy moja rodzina nie należała do najzamożniejszych marzyłem o dostępie do Internetu, aby móc grać z innymi ludźmi. Gdy w końcu dorobiłem się własnego modemu w domu i możliwości korzystania z niego (bo u mnie to dwie oddzielne rzeczy) mogłem zanurzyć i odkryć na nowo kolejne spektrum gier. Przez lata zdążyłem zanurzyć się w tych mniej znanych multiplejerach jak VC-MP, czy społeczności skupionej wokół grania w gry związane z postacią Kunio-Kuna (hue), ale też bardzo rozpoznawalne takie jak League of Legends, World of Tanks czy obiekt omawianej wspominki – Counter Strike. Z grami mam też często tak, że oprócz ogólnego zaangażowania w rozgrywkę często z niektórymi tytułami wiąże się poszczególne wydarzenie np. odbywająca się przerwa świąteczna-noworoczna. Właśnie z tym okresem wspominam jedne ze swoich najlepszych przygód z tą grą, bo często moim pomysłem na spędzenie sylwestra było właśnie nawalanie w CSika na różnego rodzaju GameModach, o których będzie w dalszej części tego materiału. Niestety z czasem ta miodna gierka przestała mnie bawić i coraz rzadziej powracam do niej, a każdy z tych powrotów jest coraz bardziej krzywdzący. Jednak wspomnienia, które zafundowała mi ta gra przez te wszystkie lata zostaną ze mną na zawsze.O samym CSie ciężko jest napisać coś niezwykłego – jest to po prostu świetna modyfikacja do równie świetnej, co przełomowej gry jaką był Half-Life, która jakieś 10 lat temu święciła bardzo duże tryumfy na polu gier wieloosobowych. Sam już nie pamiętam zbytnio jak było z moimi początkami z tą grą – prawdopodobnie były to mecze na bota na niezawodnej jak na tamte czasy wersji NoSteam i muszę przyznać, że jest to bardzo smutne, że gdy zakupiłem sobie wersję Steamową kilka lat później opcja gry przeciwko AI została wykastrowana. Dodatkowo z wersji Steamowej zniknął także bardzo zapomniany tytułowy jingiel, który również swego czasu był bardzo klimatyczny.Dużo czasu spędziłem podwyższając swoje CSowe ego siekając boty, które same z siebie potrafiły sprawić mi masę radości. Samo ich zachowanie potrafiło przyprawić o salwy śmiechu – od kampienia na bombsajcie, przez posiadanie WallHacka, który sprawiał, że niemal od razu po wyskoczeniu zza rogu w stronę przeciwnika zaczynała się salwa w moją stronę, bo wiedziały one, że nadchodzę. Najśmieszniejszą według mnie jednak rzeczą był fakt, że na mapie de_rats_1337 boty po stronie antyterrorystów nie potrafiły otworzyć drzwi od lodówki, bo właśnie tam znajdował się ich spawn. Wszystko sprowadzało się więc do tego, żeby przyjść na ich respa i otworzyć im drzwi, żeby zaczęła się inwazja. Wielokrotnie również z kolegą udawało się nam pobrać, czy to WH, czy AimBota i wtedy braliśmy mapę i byliśmy sami na kilkunastu botów. Mimo dość mrocznego procederu jakim było posiadanie czitów sprawiało nam to dużo frajdy. Nie pamiętam także czasu, kiedy dokładnie zacząłem grać online i też opisywanie tego uważam za trochę mniejszy sens. Lepszym rozwiązaniem będzie według mnie opisanie gamemodów na których spędziłem najwięcej czasu i które często dawały mi najwięcej frajdy.

BF2 MOD

Jest to chyba pierwsze z czym mam najwcześniejsze wspomnienia, przynajmniej na serwerze z takim trybem spędziłem najwięcej czasu, bo prawdopodobnie wcześniej pływałem na suchego przestwór oceanu brodząc pomiędzy jednym serwerem, a drugim. W tamtym wypadku było to dla mnie dość męczące również z faktu, że mimo że miałem internet to był on limitowany na kilka gigabajtów, które potrafiły spływać w ciągu kilku chwil, a jeśli chcesz grać na serwerze CSa 1.6 i wraz z pierwszym wejściem musisz liczyć się, że jak na LCSie czeka cię pobieranie, w zależności od trybu gry może to być tylko kilka tych nut, które często pojawiają się radiu tak często, że masz ochotę je sobie oderwać i zakopać w ogródku lub też na serwerach typu CODMode mogą to być jeszcze unikalne skiny na bronie, więc wyobraźcie sobie pobieranie tych rzeczy, kiedy mój internet nie był na pełnych obrotach, masakra, więc serwery trzeba było wybierać ostrożnie. Wpadłem, więc kiedyś serwer BF2 Mode wraz z kolegą i zauważyliśmy, że jest tam naprawdę o co grać, bo wraz z kolejnymi zabójstwami zdobywało się wyższe stopnie wojskowe, za niektóre osiągnięcia zdobywało się różne odznaki, które dawały profity np. medal do walki z bronią szturmową dawał ci kilkanaście hp więcej, co zawsze się przydaje. Pograłem na tym serwerze całkiem sporo, nabiłem kilkaset fragów, ale nie oszukujmy się, moje ratio K/D było zdecydowanie poniżej jednego, wiele map kończyłem z bardzo miernymi statystykami, gdyż nigdy w żadną grę wieloosobową nie uznałbym, że jestem jakoś dobry, jestem co najwyżej przeciętny, a podczas moich pierwszych kroków w CS 1.6 online byłem walonym nubem. Sam z czasem nie pamiętam dlaczego zakończyłem swoją przygodę na tym serwerze, czy to dlatego, że mój kolega zakończył, czy po prostu znudził mi się ten format, możliwości jest wiele, ale serwer BF2 od CsHarnas zdecydowanie przygotował mnie na to, co czekało mnie w dalszej przyszłości.

COD MOD

Warto na ten moment zaznaczyć sobie, że przez te wszystkie lata nie było tak, że przez cały czas miałem CSika zainstalowanego na komputerze, podzielił on los innych gier wieloosobowych, może poza VC:MP, gdzie wielokrotnie usuwałem i powracałem do tej gry albo przez jakąś fazę lub też namowy kolegów. Mój kolejny większy epizod z tą grą rozpoczął się po namowach kolegi na grę na jego serwerze, którego gamemodu nie zaznałem nigdy wcześniej – COD:MW mod. Wiązało się to oczywiście z pobraniem dodatkowych skinów na bronie, które w tamtym wypadku o wiele bardziej pompowała hajp, bo skiny wyglądały o wiele lepiej od tych standardowych. Dodatkowym smaczkiem był fakt, że na początku swojej przygody wybierało się swoją klasę, które różniły się bronią, umiejętnością bierną, czy statystykami. Podstawowymi jakimi spotykało się na tym, ale także na innych tego typu serwerach były Amadeusz, który posiadał MP5 i obrażenia zadawane przez tą broń zwiększają się wraz ze wzrostem inteligencji, Strzelec wyborowy, który posiadał M4 i dodatkowe stałe obrażenia z niego, Snajper, który był snajperem i zadawał obrażenia z AWP. Wszystkie te klasy miały swoje statystyki, a łącznie było ich cztery: Inteligencja, która zwiększała obrażenia zadawane przez umiejętności bierne, czy perki zdobywane po zabiciu przeciwnika np. Saper zabierał większe obrażenia, gdy ktoś stanął na jego minę, czy wspomnianemu wcześniej Amadeuszowi zwiększały obrażenia zadawane przez jego broń. Kolejnym było zdrowie, które tłumaczy się samo, następna była wytrzymałość, która podobno miała zmniejszać obrażenia zadawane przez czy to broń, czy zdolności innych graczy. Ostatnia była kondycja, która też się sama tłumaczy. Punkty w ilości 2 zdobywało się po zdobyciu każdego poziomu, którego na tym konkretnym poziomie było 401 maksymalnie. Grind był dość wolny i sam chyba w najlepszym momencie miałem około 130 poziom. Był to też pierwszy raz (i na szczęście jedyny) kiedy to wydałem pieniądze w grze, czego żałuję do tej pory. To chyba tam odnosiłem najlepsze sukcesy w takiej swojej karierze na serwerach z poszczególnym GameModem, jednakże należy mieć tutaj na uwadze, że na takim serwerze umiejętności nie są kluczem do posiadania dobrych statystyk, bo wysokopoziomowa klasa potrafiła bardzo szybko zabijać przeciwnych graczy, którzy często spływali na jeden czy dwa pociski przy wyboostowanych statystykach. Pewnego rodzaju próbą załagodzenia tej różnicy były tzw. „perki”, które wypadały za każdym razem, gdy udało nam się zabić i nie mieliśmy innego perku na swoim slocie. Moimi ulubionymi były przede wszystkim te, które potrafiły zwiększać obrażenia zadawane każdym pociskiem, czy możliwość eksterminacji przeciwnika jednym celnym strzałem ze Scouta. Bardzo lubiłem także tajemnicę Generała, która dodawała taki atrybut na granat, że kto znajdzie się w jego polu rażenia od razu ginie. Wyobraźcie sobie to w momencie, gdy grasz na mapie, gdy respy są relatywnie blisko, a ty na początku rundy ciskasz go w stronę przeciwnika. Na szczęście na serwerze wprowadzono ogranicznika umożliwiające rzucenie granatu dopiero po 10 sekundach od początku rundy, ale to również dało się obejść, więc spoczęło na adminach, którzy grozili banem tymczasowym za używanie tego typu taktyk. Z drugiej strony istniały także perki bardzo słabe z których zawsze typu Wykrywacz Metali, który pokazywał miny, ale problem był taki, że mało kto grał Saperem, czy nawet grał z perkiem pozwalającym na stawianie min. Adminowanie na tych serwerach zasługuje też na odrobinę wspominki, bo na wielu takich serwerach z różnymi trybami gry można było oprócz VIPa, który dawał ulepszone klasy także admina, co według mnie zawsze było debilne, a sprawdzało się to często, gdy większość takich płatnych adminów potrafiła zbanować cię za różne pierdoły typu lekka sprzeczka, czy nawet lepsze od niego na danej mapie statystyki.

Innym tego typu serwerem, który przykuł moją uwagę na dłużej był znowu polecony przez mojego kolegę również serwer COD, lecz tym razem był to serwer, gdzie zdobyć można było 4001 poziomów, przez co rozgrywka na nich była zupełnie inna, a także były tam inne klasy, która z czasem ulepszały się na lepsze. Sam jednak zacząłem grę tam o wiele inaczej, ponieważ kolega dał mi konto, na którym była klasa, która znikała w momencie kucania, ale osobiście jakoś nigdy nie przypadła mi do gustu, bo poza tym nic wcale wielkiego nie miała. Ten serwer nie zachowywał się jakoś inaczej, lewelowanie tutaj i tutaj było na bardzo podobnym poziomie, dodawanie statystyk, czy otrzymywanie perków pozostało takie samo. No może poza tym, że perki były zgoła inne np. Katalizator Boga, który sprawiał, że miało się 1/2 szansy na zabicie, ale jedynie 5 punktów zdrowia, chociaż wiele perków takich jak np. AWP Master pozostawał z goła taki sam.

GunGame MOD

Kolejnym typem trybu, który bardzo dobrze wspominam jest tzw. „GunMode”, czyli rozgrywka polegająca na rywalizacji wszystkich graczy lub drużyna przeciwko drużynie poprzez przejście wszelkich broni dostępnych w grze, a następnie zabicie ostatniego gościa z noża. Polega to na tym, że na początku każdej mapy dostajesz Glocka, który jest prawdopodobnie najgorszym pistoletem w grze i musisz zabić dwóch ludzi, żeby wskoczyć na wyższy poziom, na którym zmienia ci broń na inną i tak musisz przejść przez cały arsenał od pistoletów przez strzekby, SMG i karabiny, a na samym końcu czeka na ciebie trudność zabicia przeciwnika nożem. Rozgrywka bardzo dobra na kilka partii, gdyż bardzo szybko stawała się monotonna, a dodatkowo często potrafiła wyraźnie denerwować, bo na przykład zabójstwo przyznawane było temu gościowi, który faktycznie zabił, więc jeśli wyprztykałeś się z całego magazynka i przeciwnikowi zostało 5 hp, a przyszedł twój kolega sojusznik ci „pomóc” to luj, 5dol się, musisz lecieć do kolejnego. Dodatkowo często trafiał się debilny design plansz, który powodował, że często przeciwnicy potrafili spawnować się na twoich plecach, bo nie było typowych respów dla różnych drużyn. Z tego co pamiętam na tych serwerach zdarzało mi się wbijać z AIMBotem :|. Ale przy moich regularnych powrotach do CSa właśnie ten tryb jest tym, do którego wracam najczęściej.

PokeMOD

Wielokrotnie w moich wpisach mogliście zauważyć, że Pokemony są moją słabością i w wielu innych grach zdarzało mi się spotykać z tą kultową już ikoną popkultury. Nie ominęło to także CSika, gdzie w pewnym momencie można było spotkać się z serwerem, na którym oprócz strzelania stać można było się także trenerem Pokemon. Polegało to na tym, że na początku dostawało się Pokemona startowego, którego szkoliliśmy. Każdy z nich zupełnie jak w grach na GameBoje posiadały jedną umiejętność, którą można było używać podczas rundy. Aby pozyskać nowe Pokemony należało się udać się na przeciwnego respa, gdzie lezały pokeballe z różnymi pokemonami. Problemem tego był fakt, że na takich serwerach panowała meta i tylko część Pokemonów, a tak naprawdę ich umiejętności miała prawo bytu, przez co mimo wszelkich chęci rozgrywka na takim serwerze nie trwała zbyt długo.

Podsumowanie

Ostatnim moim większym podrygiem w tej grze była gra znowu z kolegą na serwerze określanym jako CS:GO mode, który polegał mniej więcej na tym samym, co BF2 mod, tylko jego statystyki polegały na rangach obecnych w młodszym bracie. Dodatkowo na skinie nałożone było skiny dostępne we wcześniej wymienionej grze. W tym momencie jednak pozycja CSa zaczęła słabnąć, bo osobiście lubię grać w gry, jeśli mam z kim grać, a z każdym rokiem coraz bardziej moi koledzy przestawali być do tego skłonni i przestawiali się czy to na LoLa, czy CS: Global Offensive. Dodatkowo coraz bardziej stawałem się zdenerwowany sytuacją, że wydajność w tak starej grze nadal nie pozwalała na stałe 30 FPS. Mniej więcej w tym momencie postanowiłem kupić sobie swój własny Steamowy egzemplarz, gdy gra była na przecenie. Niestety od tamtego momentu moje powroty do tej gry, nawet na nowym sprzęcie. który daje stabilne 60 klatek nadal nie potrafią zwrócić mi tego, co mogłem doświadczyć w latach 2012-2014. Co raz zdarza mi się powracać do tego miodnego shootera, lecz są to powroty bardzo krótkie, bo moje zainteresowanie znika po kilku dniach. Najczęściej podczas powrotu zdarza mi się grać na wcześniej wspominanym GunModzie ale także prostych serwerach Deathmatch, gdzie nie muszę czekać na zrespienie, bo z czasem stało się dla mnie strasznie nudne czekanie na początek rundy, szczególnie, że mój skill w tej grze nie urósł zbytnio przez te wszystkie lata. Serwery te pozwalają mi jak najbardziej zaspokoić ewentualnie pragnienie na tego CSika, nawet jeśli nie będę miał siły na granie gdzie indziej, bo im czas płynie dalej tym będzie gorzej z tym, szczególnie, że wiele tych trybów przeniesiono do CS:GO, który z czasem wyparł mojego faworyta. Właśnie z tym trochę kojarzy mi się Counter-Strike 1.6, z przemijaniem. Grałem w momencie największego hajpu, a następnie po likwidacji kolejnych serwerowni nie potrafiłem odnaleźć się w nowej rzeczywistości tej miodnej gry, przez co nie potrafiłem czerpać z niej większej przyjemności. Jednak wspomnienia związane z nią, różne śmieszne sytuacje podczas gry z kolegą (np. przy tej grze po raz pierwszy używałem komunikacji głosowej, gdy kupiłem sobie mikrofon), eventy okołoświąteczne w tym okresie to coś co zostanie ze mną na zawsze, nawet jeśli sam nie będę już chciał nigdy do tej gry wracać. Tego nikt mi nie odbierze.

Na sam koniec dodam tutaj spis moich ulubionych map, które najbardziej zapadły mi w pamięć:

de_dust2 de_inferno de_aztec de_rats_1337 aim_crazyjump de_train de_nuke fy_poolday fy_snow de_dust de_dust2002 de_office

PS. Zrobiłem to. Przez cały rok 2020 nie zagrałem ani jednego meczu w League of Legends. I jestem z siebie bardzo dumny.

PS2. Szczęśliwego Nowego Roku 2021.


Całe życie w piłkę, w FIFĘ 20 ponad 300 godzin (tak na teraz)

Moja pierwsza styczność z piłką nożną w grach miała miejsce oczywiście na Pegasusie. Nie byłem wtedy jeszcze zbyt biegły w tego typu grach z racji wieku, niemniej najmilej wspominam Soccer Simulator ze Złotej Czwórki, który dla mnie był znacznie lepszy niż popularniejszy wtedy Soccer od Nintendo, który był moim zdaniem nieco drętwy czy Goal 3, którego nie posiadałem i nie znałem. Później należy przenieść się już na PC do gry Football Generation z 2003 roku, która co prawda nie posiadała licencji, ale w sumie niewiele mi to robiło, bo postanowiłem zrobić je sobie sam. Miałem specjalny zeszyt, w którym przypisywałem odpowiednie nazwisko odpowiedniemu numerowi – robiłem w ten sposób nawet własne transfery! Później mój cykl gier piłkarskich, które traktowałem nieco poważniej wyglądał następująco: FIFA 2005 jako pierwsza z serii, z którą miałem kontakt bardziej poważnie, FIFA 07 jako ta, przy której spędziłem chyba najwięcej czasu generalnie z tego rodzaju gier, do dziś mam oryginał, romans z PESem 14, FIFA 18, w którym rozpocząłem przygodę z FUT no i teraz FIFA 20. Oczywiście nie oznacza to że przez te lata ominęły mnie inne odsłony cyklu gier piłkarskich, jednak przygody z nimi nie były jakoś szczególnie długie czy intensywne, niemniej odhaczone jako „grałem” mam również również FIFĘ 03, 04, 06, 08, 10, 11, 14, 17 czy 19 oraz PESa odpowiednio 5 czy 6 czy to w wersjach czy to pełnych czy demo. Dochodzi do tego oczywiście granie multiplayer, poza FUT, takie kontroler w kontroler ze znajomymi czy przez Hamachi bądź GameRanger z ludźmi z internetowych społeczności.

FIFY 20 nie planowałem kupować. Oczywiście może gdzieś tam po cichu człowiek by i chciał, ale jakoś nie byłem przekonany na tyle żeby dokonać zakupu. Nie przychodzi mi to łatwo, znacznie prościej wydaje mi się pieniądze chociażby na książki. Skusiła mnie jednak cena. Na Czarny Piątek udało mi się wyrwać tę grę za plus minus stówkę. Porównując z analogicznymi okresami wcześniej to naprawdę dobra oferta. Od tamtego czasu tj. chyba 26 listopada na liczniku mam przegrane nieco ponad 355 godzin (na dzień 10 październik 2020). Z racji, że sezon grania takiego „na serio” już się w sumie skończył, to chyba mogę pokusić się już więc o pewne podsumowania, doświadczenia no i problemy jakie mam tegoroczną odsłoną, a niestety parę ich mam, w tym takie, które były bardzo blisko przekreślenia tego tytułu na dłuższą metę i przez które przynajmniej na ten moment mówię „nie” FIFIE 21, ale nadal „tak” cyklowi jako takiemu.

FIFA 20 miała i pewnie ma naprawdę wysoki próg wejścia. Już w FUT 19 zrezygnowano z typowych lig jakie były w FIFIE 18 i niżej, tj. tych 10 lig każda po 10 meczów (od konkretnej ilości punktów utrzymanie awans czy spadek) na rzecz nieco bardziej luźno zawieszonych dywizji, które są oparte na nieco innej zasadzie, bardziej punktów rankingowych niż stricte jak w piłce, że 3 punkty za wygraną etc., stąd też nazwa nowego trybu, Division Rivals. System raz, że wymuszał większą ilość rozegranych meczy (zostało to ograniczone w 21 z tego co wiem) to był przede wszystkim mało miarodajny, gdzie tak naprawdę trudniej awansować z ligi 9 do 8 niż powiedzmy z ligi 5 do 4. Dodatkowo bardzo sprzyjał celowemu spadaniu lepszych graczy do niższych lig, żeby łatwiej było im zrobić różne wyzwania w stylu wygraj X meczy czy strzel Y goli lewą nogą. Innymi słowy często nie graliśmy z zawodnikami faktycznie na naszym poziomie przez co również, przynajmniej ja, praktycznie nie czułem żadnego progresu w poziomie gry. Za FUT Champions to się niespecjalnie brałem ogólnie tak nawiasem.

Innym tematem jest tu grind, nawiązując trochę do poprzedniego. Żeby odblokować jakieś wyzwanie, czyt. dostać np. paczkę, czy jakiegoś konkretnego piłkarza, trzeba było wykonać konkretne zadania. Niestety były one albo czasochłonne (tak, wiem, to trochę musi tak działać żeby każdy nie miał wszystkiego za darmo i żeby tytuł przyciągał do grania) albo niewykonalne przez wspomniane spadanie graczy. Alternatywą były wyzwania w Squad Battles, czyli w grze na bota, który był jednak…. popsuty i przykładowo był taki błąd, że wystarczyło strzelić gola, a później przejąć piłkę, zrobić fake shot przed polem karnym rywala i bot głupiał (film poniżej, sorry, że bokiem). Jeśli czegoś żałuję to chyba właśnie tego, chociaż z drugiej strony nie bardzo było inne wyjście jeśli się chciało coś mieć.

To z bramkarzem też śmieszne nawet, mówię też wrzucę.

 

Osobiście występował u mnie także problem z responsywnością, niemniej domyślam się, że to mogła być wina mojego łącza, która trochę wykluczała poważne granie, chociaż jeśli spojrzeć chociażby na film wyżej z bramkarzami to serio było różnie i nie wszystko zwalałbym konkretnie na gracza. W praktyce sprowadzało się to do tego, że często nie miałem kontroli nad swoimi piłkarzami, bądź ich reakcje były opóźnione. W kuriozalnych momentach dochodziło do sytuacji, gdzie wynik 3-0 nie był bezpiecznym wynikiem, chociaż tu wchodzi też temat handicapu czy kick off glitcha, któremu EA zaprzeczyło. Polecam film Kamyka na YT jako przykład tak swoją drogą :>

Oczywiście FIFA jak każda społeczność graczy ma również swoje ciemne elementy. I tak spotykamy mnóstwo osób, które na siłę milionowy raz oglądają powtórki spalonego, biorą 3 pause’y na minutę przed końcem tracąc bezcenne minuty swojego i mojego życia czy robią beznadziejne cieszynki. Cóż, życie.

Boli też spadek znaczenia dobrych kart, lub inaczej, strasznie szybko się dezaktualizują, wspomniał o tym niedawno Kunio w swoim wpisie. W pewnym momencie doszliśmy do kuriozum, że karty Ronaldo czy Messiego (przynajmniej te zwykłe) nie robiły już takiej różnicy za to na fali były karty, które po prostu dobrze wpisały się w silnik gry, bądź też po prostu EA wpadło na taki pomysł, by im tę dobrą kartę dać. I jakkolwiek rozumiem ten zabieg, czasy, kiedy to tzw. in-form w składzie robił wrażenie bezpowrotnie minęły i te eventy naprawdę trzymają grę przy życiu, jednak mimo wszystko trochę boli fakt, że niektóre są typowo pod SBC i powiedzmy taki Kroos, James czy nawet ikona w wersji Optimus od pewnego poziomu potrafi być niegrywalna, bo albo tempo albo gwiazdki słabszej nogi albo cokolwiek innego.

Ponarzekałem, jednak nadal coś co sprawia, że przy tej grze jestem i tak naprawdę jest to obecnie jedyny tytuł, w który jakoś regularniej gram. FIFA to nadał tytuł, przy którym można się dobrze bawić. Wiecie, jest urok w tym śledzeniu kolejnych wydarzeń, wpływu realnego futbolu na rozgrywkę, czekania czy coś trafi się ciekawego w paczce czy nie czy po prostu gameplay’em, bo hej, nadal nie ma żadnej innej alternatywy. Finalnie świetnie można się bawić poza FUTem, chociażby w sezonach online zwykłymi drużynami, gdzie to ciśnienie jest znaczenie mniejsze (i system ligowy jest normalniejszy). Nie wspominam już nawet o grze na bota, który gdybym był młodszy to pewnie piałbym z zachwytu, niemniej na ten moment ja już z gry na bota radości czerpać nie umiem. Zazdroszczę ludziom, którzy to potrafią – kariera to przecież świetna sprawa, do dziś pamiętam swoją z FIFY 07 czy chociażby Volta, z której możemy się smiać, ale kiedyś, wow! Jest jak jest.

„Zaraz, czemu ja właściwie w to gram?”

W ogóle zróbmy mały przegląd drużyny w praktyce. FIFĘ jak wspomniałem kupiłem 26 listopada. 2 dni później (nie wiem czy mnie kalendarz nie kłamie) miałem już taki skład.

Pierwszym moim transferem był Inaki Williams, legenda klubu z FIFY 18, zaraz za nim pewnie Militao. Szczerze nie pamiętam skąd ja na to znalazłem coinsy chociaż z drugiej strony w 20 niespecjalnie mi brakowało na cokolwiek. Screen niżej to już 8 grudnia – parę kart trafionych, jeden ogromny transfer w postaci Ter Stegena, który jak zagościł w tamtym momencie tak z bramki już nie wyszedł. To ogólnie plus w porównaniu z 18, tam znacznie więcej bawiłem się w tasowanie bramkarzami.

Kadr niżej to już 16 grudnia. W ogóle warto wspomnieć, że ja zawsze wychodziłem z założenia, żeby grać tymi kartami, jakie daje mi gra i chociaż na początkowym etapie to dość trudne (tu jednak większość kupiona) tak w tę stronę to domyślnie miało iść.

Dwa screeny niżej to już 19 styczeń. Ter Stegen już niewymienny, podobnie jak atak (strasznie wymęczony ten Plea był chociażby), Bats, Fekir, Mendy i Umtiti. Kształtować zaczęła się już także ławka. Kent idealny rezerwowy, z resztą z czasem stał się jedną z najlepszych kart w grze (sbc trzeba było za niego zrobić za grosze praktycznie) no i Mane, który na tamten moment był jedną z naprawdę ciekawszych kart do trafienia i kartą, która uratowała mi naprawdę dużo spotkań. W ogóle niby mija się to z sensem trochę, ale zawsze lubiłem mieć rezerwowego bramkarza i tak padło, że został nim nasz Artur Boruc.

Niżej jest 22 marca, w składzie zaczęło robić się kolorowo, ale też i miałem spore szczęście żeby trafić karty pokroju tego Mertensa czy De Jonga. Kubo to SBC, Aouar za punkty doświadczenia.

30 czerwca, dla wielu pewnie już koniec FIFY, chociaż przez tę pandemię to też wszystko się poprzesuwało. Tu znów szczęście obrodziło mnie chociażby Modriciem, Hierro (jedyna ikona, która zagościła w tym roku w moim składzie) czy Carvajalem. Jednak szczęście miało dopiero nadejść.

Wiecie, ktoś powie, że trafienie Messiego w lipcu (14tego) to nie jest jakieś wielkie osiągnięcie, niemniej tak, trafiłem Messiego. W sumie nadal tak z boku trafienie Messiego, Ronaldo, ikony czy TOTY to takie punkty przełamania, które zawsze robią wrażenie. Szkoda, że tak późno, bo chociaż tak jak wspomniałem nieco wyżej znaczenie tego typu kart spadało już w tym momencie na łeb na szyję, a ja jestem do tego przecież kibicem Realu, tak Messi to zawsze Messi i zagościł na dobre w moim finalnym składzie obok innych tuz, które widzicie niżej. Ogólnie śmiesznie, bo na papierze mój końcowy skład jest dużo mocniejszy niż te dwa lata temu, ale nie wiem czy pokusiłbym się o stwierdzenie, że gra mi się nimi jakoś łatwiej czy coś. Niemniej słabych punktów tu już nie ma, a niektóre karty to moje osobiste marzenie, żeby w ogóle je mieć.

W ostatecznym składzie, prócz piłkarzy przedstawionych wyżej, znaleźli się również (głębiej w klubie) Batshuayi, Plea, Mertens, Cazorla, Tomiyasu, Benzema, Aouar, De Jong, Lenglet, Rodrigo, Sissoko, Militao, Akinte w różnych wersjach. W sumie tymi piłkarzami bawiłem się najlepiej lub po prostu w jakimś sensie zapisali się w moim klubie. Z jakiegoś względu brak tam Williamsa, Fekira i Vidala, którzy najwidoczniej przepadli w jakimś wymuszonym SBC. W ogóle cel zrealizowany – cały pierwszy skład niewymienny, a generalnie z piłkarzy w klubie tylko Lenglet, Militao, Sissoko i Akinte są możliwi do sprzedaży.

Obecnie gram głównie formacją 4-2-2-2 w grze, ew. zmieniam na 4-1-2-1-2. Dobry motyw w 20 ze zmienianiem formacji bez wchodzenia do menu, tylko bezpośrednio z poziomu gry. Zacząłem też w końcu bawić się z wytycznymi. W sumie nie jakoś bardzo, ale koniecznie wszyscy obrońcy „zostań z tyłu”, śpd też, a napastnicy „wychodź za plecy obrońców”. Według gry wygrałem 508 spotkań, 33 zremisowałem, 282 przegrałem. Na papierze wydaje się, że to lepsze statystyki niż w 18, ale w praktyce dużo zakłamuje to Squad Battles – w końcu hej, tam byłem jednak w lidze 1 w FUT w sezonach online, a tu odbijałem się przez większość czasu przez dolne dywizje. Z resztą ogólnie w 18 czułem się znacznie mocniejszy niż w 20, a wydaje się, że różnica nie jest jakoś szczególnie duża.

Co ciekawe gracz z najlepszymi statystykami jest dość niespodziewany bo jest nim… Michy Batshuayi, który prowadzi w rankingach zarówno najwięcej goli (218) jak i asyst (165) co udało mu się zrobić w 253 meczach. Wyprzedza on Rodrigo (odpowiednio 209 bramek, 155 asyst w 179 meczach) oraz Mertensa (280 meczów, 201 goli, 148 asyst). Dużo wnieśli również Plea i Mane (który praktycznie wchodził to tylko z ławki podobnie jak obecnie jego wersja TOTS) czy Kubo po zsumowaniu statystyk z różnych kart. Pewnie z biegiem czasu, jeśli jeszcze trochę pobawię się tą FIFĄ to te statystyki trochę ulegną zmianie, chociaż wątpię, że same podium jakoś szczególnie się zmieni.

Nieco ciekawiej wyglądają za to statystyki pod względem ilości rozegranych meczy w klubie. Numerem jeden jest bez wątpienia Ter Stegen, który ma rozegrane na jednej karcie ponad 650 spotkań, a grałem nim przecież również przed trafieniem karty niewymiennej i tam też już trochę tych meczy rozegranych miał. Wrażenie robią również statystyki Semedo czy Mendy’iego, którymi rozegrałem ponad 600 spotkań czy to na jednej czy kilku kartach. Wysoko jest również Militao z ponad 500 spotkań oraz Kubo, Lenglet, Aouar czy De Jong z ponad 400 czy Sissoko, któremu zabrakło do 400 tylko dziesięciu spotkań.

Generalnie fajna zabawa, polecam, niemniej od FIFY również trzeba czasami odpocząć. I chociaż z jednej strony mógłbym powiedzieć, że zaciemniła mi obraz FUTa jako takiego, że w FIFIE 18 było weselej, lepiej i w ogóle kiedyś to było, tak może też te odcienie szarości są potrzebne, w końcu hej, i tak będę jeszcze w 20 grać, no a może kiedyś i jeszcze w coś nowszego, kto wie.

Jakby ktoś coś o moim składzie albo do mnie jakieś pytania, o FIFIE, FUT, generalnie o grach piłkarskich – zapraszam do komentarzy!